Dziennik Alexa Lake’ z trasy po USA 2004 rok

Tłumaczenie: rara avis

Alex Lake w 2004 roku pisywał na swojej oraz na oficjalnej stronie Keane dzienniki z tras koncertowych a także z przygotowań do wydania płyty Hopes and Fears. W internecie na stronie http://www.keane.at można jeszcze znaleźć pierwsze części dziennika, oraz na stronie http://www.keaneband.com mocno ocenzurowaną część relacji z trasy w USA w 2004. Cenzura została prawdopodobnie wprowadzona z dwóch powodów – po pierwsze Alex stosunkowo niewiele miejsca poświęca muzyce i koncertom, skupiając się na tym, co dzieje się, gdy zgasną reflektory. Po drugie opisuje głównie rozrywkowe życie ekipy Keane, a zespół prawdopodobnie nie chciał aby z tym kojarzono image grupy ;-)
W każdym razie dziennik został drastycznie ocenzurowany, więc w internecie znaleźć można jedynie jego „kaleką” wersję. Fanom jednak udało się ocalić całość notatek, które poniżej prezentujemy w takiej formie, jak były początkowo opublikowane.

DZIENNIK Z TRASY KONCERTOWEJ USA 2004

Witajcie w części będącej dziennikiem

Alex Lake będzie informował was o tym, co na bieżąco dzieje się w świecie Keane, podczas gdy zespół koncertuje w USA. W miarę możliwości będzie regularnie zamieszczał tekst i zdjęcia, więc zaglądajcie tu po informacje i inne rzeczy...

Dobra, no to od ponad tygodnia jesteśmy w LA. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego jeszcze nie robiłem dziennych zapisków to dlatego, że przez większość ostatnich dziesięciu dni zespół i ja właściwie zajęci byliśmy własnymi sprawami. Oni zatrzymali się ulicę dalej ode mnie tutaj w Hollywood, zajęci robieniem prasówki i przygotowaniami do występów, podczas gdy ja zatrzymałem się u znajomych i spotykałem się z Timem, Richem i Tomem, kiedy pozwolił na to czas. Jutro na dobre zaczyna się trasa koncertowa i dziennik będzie obfitował w więcej szczegółów. W każdym razie poniżej podsumuję ostatnich kilka dni.

Piątek 21 maja 2004

Przyjechałem do LA dzisiaj, na kilka dni przed zespołem. Lot przez Atlantyk jak zwykle był długi i nużący. By zabić czas obejrzałem The Office Christmas Special, Nighty Night (zabawne), 21 Gramów i Anakondę (genialne), ale po 9 godzinach bujałem się na fotelu w tył i w przód, tocząc ostatni Malteaser (*) po stoliku przy pomocy gratisowej szczoteczki do zębów od Virgin-Atlantic, wyjąc z nudów. Słuchałem Hopes and Fears (oczywiście), DCFC i Daisy Chainsaw, zanim mój ipod zupełnie nie padł. Niesamowite – 10 000 piosenek w mojej kieszeni, ale z taką baterią można sobie ich posłuchać z 10 minut... Wspaniała, skręcająca żołądek turbulencja nad Las Vegas była punktem kulminacyjnym lotu.

Wydawało się, że minęły zaledwie 4 miesiące i z pewnością odczułem DVT (*) gdy zobaczyłem Los Angeles rozciągające się w dole, pod samolotem. To jest dość przejmujący widok. Miasto z jego przedmieściami jest ogromne. Wytaszczyłem swoje bambetle z terminala do Super Shuttle (*) co zajęło mi jakieś trzy okrążenia terminala w desperackim poszukiwaniu „jeszcze jednego kursu”... potem do domku.

Wkrótce mi się poprawiło. Zanim się zorientowałem, moje rzeczy zostały upchane, a ja byłem z powrotem na zewnątrz ciągnięty do baru by zwalczyć zmęczenie lotem przy pomocy Margarity starając się z trudem nawiązać kontakt wzrokowy z martwymi kobrami pływającymi w butelkach Tequili nad barem, zwiniętymi w spiralkę, głowa do tyłu, język na wierzchu, czekającymi tylko by dziabnąć.

(*) Malteaser to chyba jakieś ciastko ???
(*) DVT – chyba chodzi o Deep Vein Thrombosis – zatory w żyłach – to chyba taka metafora że go zatkało
(*) Super Shuttle – shuttle bus – autobus dowożący pasażerów z i na lotnisko

Sobota, 22 maja 2004

Wolny dzień dla mnie! Laptop / na zewnątrz i z powrotem / Burger / nocny bar / CNN / łóżko

Niedziela, 23 maja 2004

Dzisiaj zespół przyjechał do LA. Jutro wieczorem będą występować w programie Jimmy’ego Kimmela. Prawdopodobnie zobaczę ich we wtorek.

Poniedziałek 24 maja 2004

Właśnie się obudziłem. Wcześniej, wieczorem oglądałem z przyjaciółmi Jimmy Kimmel Show. Zespół przyjechał wczoraj i nagrał występ wcześniej tego wieczoru. Byłem zajęty pracą i nie mogłem pojawić się na nagrywaniu ale wszystko brzmiało i wyglądało świetnie. Zespół zagrał Somewhere Only We Know i Everybody’s Changing przed kamerami a potem, po programie, dali krótki występ dla zgromadzonej publiczności. Ucieszyłem się widząc, że Rich używa nowego naciągu na bęben basowy z motywem młoteczków z okładki płyty. Wysłałem mu mailem ten projekt w szalonym pośpiechu przed wyjazdem na lotnisko, więc z radością zobaczyłem, że udało im się zrobić wszystko na czas. Zostawiłem wiadomość dla zespołu gratulując im debiutu telewizyjnego w USA, przebiłem się przez talerz kalmarów z winem, po czym usnąłem na podłodze. Jutro sekretny występ...

Wtorek, 25 maja 2004

Dzisiaj Keane dali rewelacyjny występ w klubie o nazwie Spaceland, który mieści się w dzielnicy LA nazwanej Silverlake. Koncert był organizowany w sekrecie, bez rozgłaszania, ale gdy zespół wyszedł na scenę klub był pełen.

Występ był prawdziwym świętowaniem amerykańskiej premiery Hopes and Fears, która miała dzisiaj miejsce. Przed koncertem mieliśmy małe przyjęcie w pięknym domu na wzgórzach Silverlake. Przyjechałem na imprezę z przyjacielem i od razu podrałowaliśmy do baru, gdzie spędziliśmy trochę czasu nad wieloma kieliszkami z wódką i z gębami pełnymi Sushi, gadając z ludźmi z wytwórni płytowej, których nie widziałem od zeszłego listopada. Cieszyłem się, że zobaczę Tima, Richa i Toma pierwszy raz odkąd kilka tygodni wcześniej świętowaliśmy pierwsze miejsce Hopes and Fears na brytyjskiej liście przebojów w klasycznie skromnym stylu nad małym tranzystorowym radiem z kilkoma butelkami szampana na Hampstead Heath. Wkrótce przyjechali Rich i Tom i od razu podeszli się przywitać. Tima zobaczyłem dopiero po koncercie.

W każdym razie zbliżał się czas koncertu i wszyscy udaliśmy się w stronę klubu. Był dość pustawy, ale jakieś 10 minut przed tym jak zespół wyszedł na scenę, parkiet zapełnił się bywalcami. Chłopaki brzmieli niesamowicie i zostali świetnie odebrani przez publiczność.

Po koncercie wszyscy rozeszli się w różne strony. Zespół poszedł do klubu Troubadour zobaczyć the Cardigans, parę osób wróciło do domu na wzgórzach a ja zostałem w klubie Spaceland by obejrzeć zespół o nazwie Destroyer.

Środa 25 maja 2004

Dzisiaj zespół miał dzień pełen wywiadów prasowych. Nie było potrzeby żebym tam był, więc popracowałem trochę na laptopie i poszedłem do Samy’s, takiego wielkiego sklepu z aparatami fotograficznymi na Fairfax Avenue, by kupić masę klisz, na których udokumentuję tę trasę koncertową. Cały dzień nie widziałem zespołu a w tej chwili siedzę na balkonie z Margeritą patrząc na zachód słońca nad wzgórzami Hollywood.

Czwartek 27 maja 2004

Poszedłem dzisiaj do hotelu, w którym zatrzymuje się zespół. Spotkałem się na śniadaniu z Richem, Iainem i Goeffem. Posiedzieliśmy trochę w hotelu. Nie mieliśmy nic do roboty, więc namierzyliśmy Toma, który wyglądał na bardzo skacowanego i wyciągnęliśmy go żeby powałęsać się trochę po sklepach. Odłączyłem się od reszty wczesnym wieczorem żeby popracować na laptopie.

Piątek 28 maja 2004

Keane zagrali wieczorem w salonie Hear Music w Santa Monica Beach. Sklep był wypełniony ludźmi a koncert był rewelacyjny. Wszyscy trzej zgodzili się, że to był najlepszy występ tego rodzaju, jaki do tej pory dali. Cofając się trochę w czasie, spotkałem zespół w sklepie Apple w Hollywood, gdzie przez godzinę wszyscy wzdychali nad najnowszymi Mac-ami (*) a potem poszliśmy wzdłuż Melrose Avenue zrobić trochę zakupów. Rich i ja udaliśmy się na lunch. Przypadkiem zamówiliśmy największą pizzę znaną ludzkości, która była wyzwaniem zwłaszcza, że wcześniej zjadłem talerz sushi na śniadanie i chińskie jedzenie na wynos na lunch... Po pewnym czasie wkroczył Tim i gdy wymiótł ze stołu całe jedzenie, którego my z Richem nie byliśmy w stanie zmęczyć, pojechaliśmy do Santa Monica. O mało nie byliśmy światkami nieszczęścia, gdy motocyklista, który przemknął koło nas na skrzyżowaniu, o centymetr uniknął uderzenia przez kobietę prowadzącą samochód jadący z przeciwnego kierunku. Był taki przerażający moment, w którym widać było jak ona otwiera szeroko usta a motocyklista unosi na płasko dłoń w jej stronę, jakby ważność tego gestu miała sprawić, że ona szybciej naciśnie hamulce. W każdym razie w tym przypadku to zadziałało.

Po występie w salonie muzycznym zespół rozdawał autografy przez dobrą godzinę a kiedy tłumy się rozeszły poszliśmy na obiad. Po drodze do restauracji minęliśmy grupkę gości, którzy za niewielką cenę piętnastu dolców, dawali się walnąć po głowie kijem od miotły. Podczas gdy wszyscy się z tego śmialiśmy, Tom autentycznie przeszukiwał kieszenie w poszukiwaniu piętnastu dolarów... Powiedziałem mu, że za przystępniejszą cenę pięciu dolców mógłby kopnąć ich w jaja. „Genialne!” wykrzyknął a my musieliśmy go odciągnąć drogą w stronę morza i do restauracji.

(*) Mac – komputer firmy Apple

Sobota 29 maja 2004

Dzisiaj kręciliśmy nowe video promocyjne do amerykańskiego wydania Somewhere Only We Know. Zdjęcia miały miejsce w studio tutaj w Hollywood. Spotkałem się z zespołem w ich hotelu i pojechaliśmy na plan. Od razu pomknąłem tam gdzie był catering po zdrowe śniadanko złożone z czterech czekoladowych pączków. Ujęcia były robione przy zielonym ekranie (*) co właściwie oznacza, że niewiele jest do opowiadania. Wszystko zostanie dodane na komputerze. Dla mnie najlepszym momentem było patrzenie jak zespół moknie pod maszyną do robienia deszczu. Chociaż pod koniec wszyscy wyglądali jakby mieli zapalenie spojówek, ponieważ ktoś najwyraźniej dodał za dużo chloru do wody... Wcześniej wszedłem do przebieralni i zastałem Richa z Tomem w szale podpisywania jakichś około 500 kopii książeczki od płyty na potrzeby różnych konkursów i licho wie czego jeszcze. Zażartowałem, że zrobiłbym wszystko, by dostać w ręce jeden z tych niezwykle rzadkich albumów podpisanych przez Keane, co zainspirowało moment przemocy kiedy Rich rzucił we mnie tępym, plastikowym nożykiem, który brzdęknął w sofę tuż obok mojej głowy. Na tę chwilę wszedł Tim trzymając plik potencjalnych projektów na następny brytyjski singiel Keane, Bedshaped, do którego video ma być kręcone za kilka tygodni w Nowym Yorku. Biedny Tim, wyglądał jakby miał przesyt teledysków ale odpowiedni, zwariowany projekt w końcu został wybrany.

(*) zielony ekran – na jego tle kręci się zdjęcia trikowe

Niedziela 30 maja 2004

Dzisiejszy dzień spędziłem robiąc trochę zakupów na Melrose Avenue, plącząc się znów po sklepie Samy’s rozważając, który super 8 milimetrowy film kupić do mojej kamery. Wieczorem Tim, Rich, grupa znajomych i ja poszliśmy na obiad do restauracji mieszczącej się w przerobionej stacji benzynowej. Tom nie mógł dotrzeć, bo od popołudnia był na mieście, ale wypaplał przez swoją komórkę, że z pewnością spotka się z nami później na drinka... Kiedy nadeszło „później” znaleźliśmy się w hotelu o nazwie The Standard Downtown, który słynie z widoków roztaczających z baru na dachu. Kiedy wpakowaliśmy się do środka, zgodnie z obietnicą stary dobry Tom już tam był, tupiąc niecierpliwie nogą i uśmiechając się. Rzecz w tym, że The Standard Downtown zasługuje na miano prawdziwej uczty serowej – przychodzą tu ci wszyscy „ludzie z LA” po odsysaniu tłuszczu, jakich według naszych wyobrażeń, powinno być pełno w tym mieście, ale których na szczęście aż do dzisiaj nie uświadczyliśmy. Każdy tu z pewnością został poprawiony w tę czy inną stronę.

Stojąc na dachu The Standard Downtown w otoczeniu tych hord mężczyzn i kobiet obnoszących się z tym zastygłym wyrazem zaskoczenia, jaki może zapewnić jedynie galon lub dwa Botoxu (*), trudno było zachować poważną minę. Nie opuściłbym czegoś takiego za nic na świecie, to było tak niedorzeczne i zabawne. Oddaliłem się w ciemny zakątek z tyłu basenu i obserwowałem wszystkich. Tom i Iain siedzieli oparci o ścianę, stopy w górze, drinki w dłoniach, śmiejąc się i gadając ze znajomymi. Rich nie tracił czasu czując się na łóżku wodnym jak u siebie w domu i był właśnie w środku rozmowy z Kenem i Barbie, która jak mogłem dostrzec, strasznie go bawiła. A tam, w tłumie ludzi był Tim, drapiący się po głowie i co raz to uśmiechający się to znowu marszczący brwi a wszystko to dokoła niego. To był niezwykły widok, Keane wetknięci w środek tego blichtru i kiepskiej muzyki house. Pogadałem chwilę z Timem. Trzeba przyznać, że widoki z dachu były niesamowite. Budynki wyrastały nad nami jak w scenie z Łowcy Robotów. Tysiące oświetlonych okien a za nimi wieczorne niebo płonące pomarańczem u swojej podstawy, przechodzącym następnie w ciemnnoniebieski kolor wysoko nad nami. Kiedy już ponapawaliśmy się widokami, a housowy beat nam się przejadł, wychyliliśmy nasze drinki, pożegnaliśmy się z pięknymi ludźmi i wytoczyliśmy się w noc w poszukiwaniu rozrywki gdzieś, gdzie ludzie nie trzymają głów w chmurach.

(*) Botox – środek który w chirurgii plastycznej wstrzykuje się w skórę, żeby poprawić jędrność

Poniedziałek 31 maja 2004

Jesteśmy w autokarze!

Dzisiaj mieliśmy dość wypoczynkowy dzień. Większość spędziła go relaksując się na plaży. Ja trochę popracowałem a przez resztę dnia robiłem pranie... errr, bardziej interesująco zrobiło się pod wieczór, kiedy spotkałem się z Richem i Timem żeby pójść na obiad. Poszliśmy do restauracji o nazwie Ago, której właścicielem jest Robert De Niro i która jest naprawdę super. Dobra, chrzanić to, pomyśleliśmy, - będziemy jeść pączki na tylnym siedzeniu autokaru przez następny miesiąc, więc rozpusta w postaci porządnego posiłku wydawała się na miejscu. To był świetny wieczór. W środku widzieliśmy kilku graczy LA Lakers, którzy byli naprawdę wysocy i górowali nade mną i Timem (*). Właśnie wygrali mecz i przyszli to oblać. Kiedy się najedliśmy, wróciliśmy do autokaru, żeby wpakować cały nasz sprzęt. Greg przyleciał tego popołudnia z Londynu i spotkałem go w poczekalni, ciągnącego za sobą walizkę, w swoich szortach surfera i okularach przeciwsłonecznych umieszczonych na czubku głowy. Przywitał mnie „Cze stary” w swojej brzękliwej mowie typowej dla wszystkich Kiwi (*) Miał bezpieczny lot i przybył na czas, pomimo że wyleciał z godzinnym opóźnieniem.

No to, kto jest w autokarze Keane? (trochę więcej o tych gościach później...)

Tim – pianino
Tom – śpiew
Rich – perkusja
Colin – menadżer trasy koncertowej
Iain – inżynier dźwięku
Geoff – programowanie / odsłuch
Greg – sprzedaż gadżetów reklamowych
Alex – fotografowanie i filmowanie
Steve – kierowca

Wszystkim nam podoba się autokar. Ma przyjemną część do siedzenia na froncie, z ogromnym telewizorem, który Iain, jak tylko rzucił swoją torbę, na próżno starał się uruchomić. Jest tu też małe miejsce na kuchnię i toaleta. Jak się pójdzie na koniec tej części to są drzwi, które prowadzą do przedziału gdzie wszyscy śpimy. Kuszetki idą po trzy do góry i jest ich w sumie 12, osobiste zasłonki, które można zaciągnąć wzdłuż każdego posłanka zapewniają prywatność. Idzie się do końca tej części, przechodzi przez kolejne drzwi i jest się na końcu autokaru, gdzie znajduje się kolejna część do siedzenia ze stolikiem i jeszcze jednym telewizorem. Wprowadzanie się zajęło nam trochę czasu, bo przejście między kuszetkami ma jakieś 3 stopy szerokości (ok. 90 cm). Tom wydał z siebie okrzyk radości, kiedy zorientował się, że każda kuszetka ma własny telewizor. Wybrał łóżko na poziomie podłogi i w ciągu kilku sekund zniknął zaciągając swoją zasłonkę by po chwili wydać kolejny okrzyk, tym razem desperacji, gdy odkrył że najniższe posłania nie mają telewizora. Trochę nam zajęło rozlokowanie się. Otworzyliśmy kilka piw i rozgościliśmy się. Autokar ruszył około 1.30 nad ranem. Ludzie zaczęli ulatniać się do łóżek, układać swoje rzeczy i odpoczywać. Posiedziałem trochę, patrzyłem jak za oknami przesuwa się LA , potem poszedłem do łóżka. Wybrałem górną kuszetkę, bo jestem taki wysoki, że wydało mi się, że najłatwiej mi będzie wskoczyć na górę. To nie takie proste, kiedy autokar pędzi autostradą... powiodło się po kilku próbach. Ipod na uszach, nadszedł sen.

(*) Tim ma 190 cm wzrostu a Alex jest jeszcze wyższy!
Kiwi – tak Anglicy nazywają mieszkańców Nowej Zelandii

Wtorek 1 czerwca 2004

Bardzo prosto jest spać w autokarze. Sen przychodzi kiedy tylko ucichną dowcipy zza sąsiednich zasłonek. To jest trochę jak ten kawałek na końcu The Waltons... Poruszanie się po drodze sprawia, że dobrze się śpi, a część sypialna nie ma okien, więc po zgaszeniu świateł zapada zupełna ciemność o każdej porze dnia czy nocy. Wytoczyłem się ze swojego posłania jakoś tak wcześnie rano, wymacałem drogę do drzwi i wszedłem prosto w oślepiające słońce, płynące zza okien na przedzie. Staliśmy pod miejscem gdzie miał być koncert. Colin był już na nogach organizując wszystkie sprawy na ten dzień. Iain wynurzył się tuż po mnie i podjął kolejną nieudaną próbę włączenia telewizora. Następny z ciemności części sypialnej wyłonił się Greg i posiedział z nami przez chwilę. To jest jego pierwsza wizyta w Ameryce, więc bardzo mu zależało, żeby jak najszybciej wyjść i trochę się rozejrzeć. Ja i Iain umieraliśmy z głodu, więc na palcach podreptaliśmy w ciemności, żeby się ubrać, starając się nie obudzić pozostałych, co oczywiście nam się nie udało – kiedy wysiadaliśmy Tim przywlókł się na front autokaru zapytując co porabiamy.
Obudziłem się z bólem uszu. Zastanawiałem się czy zasypianie w słuchawkach nie było czasem złym pomysłem, ale najwyraźniej w nocy jechaliśmy wysoko ponad poziomem morza i wszyscy cierpieli na to samo.

Iain, Greg, Tim i ja poszliśmy wzdłuż drogi w poszukiwaniu śniadania. San Francisco ze swoimi wysokimi wieżowcami i krętymi ulicami jest bardzo pięknym miastem. Chociaż niesamowicie pulsuje życiem i jest ruchliwe daje jednocześnie niezwykłe poczucie spokoju. Atmosfera tutaj jest tak luźna jak nigdy nie mogłaby być w LA czy Londynie. Wkrótce znaleźliśmy jadłodajnię o nazwie the Bagdad Cafe i zdecydowaliśmy, że warto tam zajrzeć chociażby dlatego, że nazywa się The Bagdad Cafe... Nie mam pojęcia, dlaczego w Ameryce dają tak dużo jedzenia, ale moje śniadanie złożone z kiełbasy, jajek, bekonu i naleśników, wjechało na dwóch talerzach. Było smaczne, ale niedorzeczne. Uległem jego duchowi i wszystko polałem syropem klonowym by po chwili skakać pod sufit z powodu przedawkowania cukru. Wszyscy byliśmy podekscytowani tym, że trasa koncertowa na dobre się zaczęła. Można od razu stwierdzić, że Tim po prostu chce wreszcie zagrać parę koncertów.

Wróciliśmy do autokaru żeby przygotować się do występu w sklepie Virgin Megastore w śródmieściu San Francisco. Tom siedział jedząc kanapkę podczas gdy Greg, Geoff, Iain i Colin zabrali sprzęt by rozstawić go w sklepie po drugiej stronie miasta. Występ był absolutnym sukcesem. Sprawił wiele radości zespołowi i zostali bardzo dobrze przyjęci owacjami ze strony publiczności. Tom zagadywał między piosenkami a po występie chłopaki zostali podpisywać płyty. Zwinąłem naprawdę fajny winylowy baner przedstawiający okładkę płyty, który wisiał za zespołem w czasie ich występu i powiesiłem go w autokarze.

Na kilka godzin rozeszliśmy się po mieście wszyscy, poza Tomem, który zdrzemnął się w autokarze w czasie gdy Rich, Tim i ja krążyliśmy wokół Union Square. Po jakimś czasie Rich się odłączył, żeby dotrzeć wcześniej do miejsca koncertu i pomajstrować trochę przy swojej perkusji. Trochę zakupów, kilka drinków...

Późnym popołudniem wróciliśmy do klubu na próbę przed występem. The Cafe Du Nord jest miłym, małym miejscem. Ciemne, oświetlone lampami i wyłożone drewnianymi panelami. Zespół miał próbę a ja w tym czasie poszedłem w poszukiwaniu baterii i obiadu. Kiedy wróciłem klub był pełen (wszystkie bilety sprzedane!) i grał właśnie pierwszy zespół Aveo. Posiedziałem z Keane w przebieralni, robiąc zdjęcia, pijąc piwo i ogólnie wygłupiając się.

Keane wyszli na scenę około 10.45 wieczorem. Występ był znakomity. Przez większość koncertu trzymałem się na końcu sali i stamtąd wszystko obserwowałem. Bedshaped jest zawsze moim ulubionym kawałkiem, ale dzisiaj podobało mi się również Allemande i SOWK. Greg był z boku na swoim stoisku z rzeczami reklamowymi, sprzedając koszulki i płyty, a chociaż słyszał występ nie mógł niczego zobaczyć, szkoda, ale i tak wyglądało, że świetnie się bawi. Nie schodząc ze sceny, zespół odegrał cały zestaw utworów, włączając Allemande, TITLT i Bedshaped jako bis. To był świetny występ i doskonały początek trasy koncertowej.

Cóż, teraz już zbliża się koniec nocy. Jesteśmy w autokarze i jedziemy z powrotem do LA, żeby wystąpić w programie „Morning Becomes Eclectic” w radiostacji KCRW. To ten sam program w jakim zespół grał zeszłego listopada. Jest około 3 nad ranem i wybieram się do łóżka, autokar tak bardzo podskakuje, że pisanie tego przyprawia mnie o mdłości...

Środa 2 czerwca 2004

Obudziłem się skacowany. Zdecydowanie za dużo dżinu poprzedniego wieczoru. Obudziłem się też pokryty czekoladowym popcornem, co było dość dziwne. Przez jakiś czas plątałem się wokół, powiedziałem cześć Colinowi, który latał w kółko szykując sprzęt do przewiezienia samochodem transportowym do KCRW. W pewnym momencie Colin wyszedł z części sypialnej przepraszając Richa za to, że musiał go obudzić tak wcześnie (8 rano). Rich wyszedł za nim potykając się i wyglądając zupełnie jak ktoś, kto kilka sekund wcześniej był jeszcze w głębokiej fazie r.e.m. (*)
Musiał pojechać do studia przygotować swój zestaw perkusyjny. Zniknął w toalecie mamrocząc do siebie. Tom i Tim ciągle byli w łóżkach. Obudziłem ich dopiero około 10 rano. Zza zasłonki posłania Toma dobiegł jęk niedowierzania, ze w ogóle musi wstać. Jakieś pomruki na temat przerwania snu a potem, ni z tego ni z owego, najokropniejsza wersja TITLT, jaką słyszałem. "Och - nic z tego nie będzie" - Tom zaśmiał się do siebie. Tim wyjrzał ze swojej kuszetki i pokręcił głową z udanym wyrazem dezaprobaty na twarzy. Życzyłem Timowi wszystkiego najlepszego a chwilę później byliśmy w samochodzie jadącym do radiostacji.

Zrobiłem kilka zdjęć, podczas gdy zespół miał próbę i się rozgrzewał. W Richu kocham najbardziej to, że on zawsze ma najdziwniejsze życzenia. Dzisiaj to było: "Alex, czy mógłbyś sięgnąć do mojej torby i podąć mi trochę Gluta Goryla?" Nawet nie chcę wiedzieć... (*)

Spotkałem Adama, menadżera zespołu, który właśnie przyleciał na kilka dni. Występ wypadł naprawdę dobrze. Jedyny zgrzyt polegał na tym, ze zerwała się jedna ze strun w CP-70 powodując kilka problemów z dźwiękiem, ale zespół podszedł do tego spokojnie. Wszyscy chcieliśmy jeszcze trochę pobyć w LA, ale naprawdę musieliśmy dostać się do San Diego przed godzinami szczytu. Zasiedliśmy do oglądania DVD Eddiego Izzarda a potem poszedłem się położyć do mojej kuszetki by tam to obejrzeć. Było dopiero około 3 po południu, ale obudziłem się już o 7 przed hotelem w San Diego.

Rozdzieliliśmy się i poszliśmy się zakwaterować. Dzielę pokój z Gregiem. Oglądaliśmy program dokumentalny o jakimś gościu, który potrafi zginać stalowe pręty opierając je z jednej strony o ścianę a z drugiej poniżej jabłka adama na swojej szyi i popychając. Kilka głębokich wdechów i już go odurzyło. Prezenter nadawał „Och, nie próbujcie tego w domu!”. Taaa stary, nadziewanie się na metalowe druty to pierwsza rzecz, jaka przyjdzie mi do głowy jak tylko znikniesz z wizji.

Spotkaliśmy się w holu by wyjść gdzieś i uczcić urodziny Tima. Wybraliśmy się do miłej restauracji na jedzenie i kilka drinków. Później, wieczorem zakończyliśmy świętowanie w barze na dachu hotelu przerobionym na plażę. Siedzieliśmy na piachu i popijaliśmy Margarity. Próbowałem kopać by sprawdzić jak głęboko sięga. Tom nigdy nie dotarł na dach/bar na plaży w przeciwnym razie z pewnością zagrzebalibyśmy go w piachu... W każdym razie było dużo śmiechu i drinków zanim ulotniliśmy się z powrotem do hotelu do spanka.

(*)rem - rapid eye movement - faza snu, kiedy poruszają się gałki oczne
Glut Goryla – to jakiś taki żel do smarowania pałeczek perkusji, żeby się nie wyślizgiwały z rąk

Czwartek 3 czerwca 2004

Obudziłem się wcześnie. Greg już wisiał na telefonie, próbując namówić wszystkich by wyskoczyli do siłowni przed poranną sesją w radiostacji 91X (Xtra) więc się nie uchylałem, bo nie byłem nawet w stanie pomyśleć o maszynach, urządzeniach i tym podobnych rzeczach. Zamiast tego, w ramach gimnastyki poszedłem na drugą stronę ulicy by kupić w Wendy’s super wielkiego cheesburgera z bekonem i frytkami na moje śniadanko. Rich złapał mnie z burgerem w holu i walnął mi gadkę, że od kilku godzin powinienem być z nim na siłowni. Jak zwykle wszędzie pełno było Colina, który organizował wszystkie sprawy. Jak tylko pojawili się Tom, Adam i Tim wyruszyliśmy w drogę. Greg był szczęśliwy bo miał wolny ranek. Postanowił zmienić się w turystę i zniknął za drzwiami.

Podczas gdy Geoff i Iain przygotowywali się do sesji nagraniowej, ja plątałem się po holu stacji radiowej. Wszystko, co było w maszynie sprzedającej przekąski kosztowało dolara, czemu nie mogłem się oprzeć, wiec stałem przed maszyną wrzucając dolara za dolarem i napychając się tym badziewiem. Kupiłem butelkę niebieskiego Gatorade (*) której widok wywołał u Toma okrzyk „Co to?! Też chcę takie!!! Tylko żeby nie było niebieskie...” Zdobyłem dla niego czerwone Gatorate i bardzo mu smakowało. Tom i ja wydurnialiśmy się cały ranek robiąc głupie zdjęcia. W reakcji na nasze wygłupy Rich stwierdził, że Tom wygląda jak hobbit, co prawdopodobnie usłyszał DJ bo później w wywiadzie zagaił na ten temat Toma. Tom odpowiedział na to coś w stylu „Cóż, jestem wyższy niż hobbit ale całkiem jak Samwise Gamgee (*) jeśli chodzi o facjatę”. Skręcałem się w kącie, próbując nie wybuchnąć śmiechem.

Sesja wypadła świetnie. Kolejny akustyczny występ z Timem na klawiszach i Richem na grzechotce. Po nagraniu wszyscy wskoczyliśmy w vana i pojechaliśmy z powrotem do hotelu. Poszedłem z Timem na lunch i przy okazji rozejrzeć się po sklepach. Tim wyszedł z misją kupienia okularów przeciwsłonecznych. Przez ostatnie dwa lata nigdy nie widziałem Tima noszącego okulary przeciwsłoneczne. Przenigdy. Trochę to zajęło czasu, ale w końcu je dostał. „Ale czy nie wyglądam idiotycznie?” Tom i Rich zgodnie przyznali, że ciemne okulary sprawiły, iż Tim wygląda „niemal odjazdowo”.

Wzięliśmy taksówkę do The Casbah. To miły, niewielki klub z częścią na zewnątrz budynku, oświetloną girlandami drobnych światełek i lampionami (o ile pamiętam) gdzie Greg ustawił swoje stoisko z koszulkami. Próba odbyła się bez żadnych problemów. Ktoś wystawił misę z owocami i warzywami, więc razem z Gregiem skorzystaliśmy z tej zdrowej opcji i wtrząchnęliśmy masę marchewek i pomarańczy, podczas gdy zespół grał Strangers, Everybody’s Changing i She Has No Time.

Wkrótce stało się oczywiste, że gdzieś w pobliżu musi być lotnisko, bo co kilka minut przelatywał nad nami samolot i przysięgam na boga, gdybym był ciut wyższy, to z pewnością któryś zawadziłby o czubek mojej głowy... istne szaleństwo – te samoloty były tak nisko. Trochę jak ta scena w Wayne’s World (*) kiedy leżą na masce samochodu... chociaż mój ulubiony kawałek z Wayne’s World to ten, kiedy Garth śpiewa „Foxy Lady” Jimmy’ego Hendrixa. Znakomite.

Klub był wypełniony po brzegi. Myślę, że sprzedano wszystkie bilety. Kolejny idealny występ zespołu. Balansowałem między oglądaniem koncertu a gadaniem z Gregiem. Po koncercie zespół pokręcił się po części na zewnątrz klubu, rozmawiając z fanami i rozdając autografy. Każdy był w świetnym humorze, bo występ okazał się ogromnym sukcesem. Powrót do autobusu zarządzono na 1:45 w nocy, więc zostaliśmy w klubie na kilka drinków aż w końcu wszyscy dotarli do autokaru. Była mowa o powrocie do hotelu, żeby wziąć prysznic zanim wyjedziemy w drogę do LA, za czym jak sądzę głosowało kilka osób, ale nie ja, bo jak mi się zdaje poszedłem do łóżka zanim autokar ruszył wioząc nas ponownie do LA.

(*) Gatorate – po naszemu nazywa się chyba Powerate
Samwise Gamgee – jeden z hobbitów, bohaterów Władcy Pierścieni Tolkiena
Wayne’s World – film z lat 90-tych z dwoma komikami bardzo popularnymi w tamtym czasie

Piątek, 4 czerwca 2004

Obudziłem się z kiepskim samopoczuciem. Chyba wczorajszego wieczora wychyliłem trochę za dużo ginu z tonikiem, bo zafundowałem sobie koszmarnego kaca. Greg tylko na mnie spojrzał i gruchnął śmiechem. Staliśmy pod the Troubadour, dzisiejszym miejscem koncertu. Jesteśmy z powrotem w LA. Adam musiał udać się do swojego hotelu, więc on, Greg, Steve i ja opuściliśmy autokar żeby złapać taksówkę. Pozostali jeszcze mocno spali. Łapanie taksówki w LA nie jest prostą sprawą. Tym trudniejszą, kiedy stoi się w prażącym kalifornijskim słońcu z mdłościami wywołanymi alkoholem, ale w ogóle trudną, ponieważ nie ma tutaj zbyt wiele taksówek. Nie tak jak w Nowym Yorku czy Londynie. LA to właściwie seria rozciągających się szeroko przedmieść bez żadnego efektywnego systemu transportu. Każdy tutaj ma samochód, SUV lub, jeśli naprawdę chcesz schrzanić środowisko możesz kupić Hummera. To jest zaadoptowany zbrojny pojazd do przewozu osób w armii amerykańskiej. Przejeżdża około 12 mil na galonie (paliwa). Chcę się przenieść do LA i kupić sobie czołg.

Staliśmy wysychając na słońcu dopóki ze słonecznego blasku na horyzoncie nie wyłoniła się taksówka, która zabrała nas na Bulwar Zachodzącego Słońca. Greg, Steve i ja poszliśmy na śniadanie do jadłodajni o nazwie Mel’s. Greg był oburzony, że zjadłem na śniadanie cheesburgera z bekonem a sam zamówił francuskiego tosta i ketchup, co w moim mniemaniu nie ma żadnego sensu. Steve poszedł do hotelu trochę się przespać. Greg przyznał, że bardzo chce zabawić się w turystę i zobaczyć gwiazdy na Bulwarze Hollywood. Myśl o czekaniu na kolejną taksówkę, to było dla nas za wiele, więc zapytaliśmy na stacji benzynowej o drogę. „O, to zaraz tutaj kochaniutki, a potem skręćcie na lewo. Nie daleko”. To nauczyło mnie, że mieszkańcy LA mają wypaczone pojęcie przestrzeni i czasu, bo polegają wyłącznie na swoich samochodach i daleko nie chodzą. Znalezienie gwiazd na Bulwarze Hollywood zajęło nam ponad godzinę... Byłem padnięty. To jest turystyczne piekło i lepiej to miejsce omijać za wszelką cenę. Wolę już luzackie przedmieścia Hollywood wokół Melrose... Nie byliśmy już tacy głupi, żeby wracać piechotą, zaczekaliśmy na taksówkę i przyjechaliśmy pod the Troubadour przed 2 po południu.

Przed koncertem chłopaki udzielili kilku wywiadów a ja poszedłem na obiad z Richem, Adamem i kilkoma innymi osobami. Tom został w autokarze robiąc ćwiczenia rozgrzewające struny głosowe a Tim poszedł na obiad ze znajomymi.

Dzisiejszy koncert był absolutnym sukcesem. Wszystkie bilety na Keane w the Troubadour się sprzedały. Chłopaki cieszyli się na występ a do przebieralni dochodziły odgłosy wrzawy publiczności. Uznanie dla publiki, bo do czasu aż Keane wyszli na scenę, rozpętało się zupełne szaleństwo. Zespół był w szczytowej formie a atmosfera przesycona elektrycznością. Po koncercie pogadałem z zespołem i powiedzieli mi, że bardzo im się podobało. Prawdziwi fani.

Po koncercie chłopaki podpisywali w klubie różne rzeczy dla fanów, potem wzięli prysznic i wrócili go autokaru. Dzisiaj jedziemy do Phoenix.

Sobota, 5 czerwca 2004

O mój Boże, gorąco jest w Phoenix w Arizonie. Obudziłem się i potykając dotarłem na front autokaru. Było słonecznie, więc wystawiłem głowę na zewnątrz. Poczułem się jakby ktoś walnął mnie w twarz. Upał był niesamowity. Później jeden z gości z supportującego zespołu Aveo powiedział mi, że temperatura sięgnęła 113 stopni Farenheita... Rich wyszedł z przedziału sypialnego wyglądając jakby łapała go migrena. Nic nie powiedział, po prostu usiadł, połknął kilka proszków przeciwbólowych i znów zniknął.

Wrócił Steve i ruszyliśmy dalej do naszego celu. Usiadłem na trochę dopóki nie pojawił się Colin. Nie tracił czasu tylko od razu odpalił laptopa, drukarka cicho bzyczała... Zjawił się Tom i położył się na sofie rozmawiając przez telefon z kimś w UK. Spojrzał na mnie i zachichotał.
Uśmiechając się w odpowiedzi zapytałem: „Co tam Tom?”
Śmiejąc się: „Czekam na linii. Ona zamawia drinka”
Z nonszalancją: „Odlotowo! Zabawne, zwłaszcza, że to międzynarodowa rozmowa i te sprawy”
Brwi unoszą się do góry: „To chyba trochę kosztuje taki telefon do UK, co Lakey?”
Odwracając się w fotelu, twarzą do Toma: „Errr... tak to może być bardzo kosztowne”
Wyglądając jakby to przemyślał: „Halo? Halo? Jesteś tam? Nie, chyba czeka żeby ją obsłużyli...”

W tym momencie opowiedziałem mu ile kosztowały mnie telefony z komórki do domu, co sprawiło, że znacznie pobladł. Potem nastąpiła chwila napiętej ciszy, kiedy Tom podsumował w myślach wszystkie godziny, jakie spędził na telefonie w ciągu ostatnich tygodni... i szybko zakończył rozmowę. Zobaczyłem małą deszczową chmurkę nad jego głową. Żeby odciągnąć jego myśli wskazałem na sklep z pianinami, koło którego właśnie przejeżdżaliśmy.

„O to w takim razie zaraz Tim się obudzi” - westchnął Tom „Wystarczy, że przejeżdżamy obok sklepu z pianinami i on się budzi. To ten zapach, wiesz Lake. Zupełnie jak pies Basset.”

Nowe motto Toma brzmi:
“KEANE – nigdy nie przygotowani z rozmysłem”

Zatrzymaliśmy się przy the Manson Jar, po czym ja i Tom wysiedliśmy w poszukiwaniu śniadania. Upał był właściwie nie do wytrzymania. Chodziliśmy w jedną i w drugą stronę drogi. Oczy szczypały od gorąca. Nie mogliśmy znaleźć żadnej knajpy, więc wskoczyliśmy do the Subway i kupiliśmy kanapki. Kiedy wróciliśmy do autokaru wszyscy już wstali. Tim postanowił wyprowadzić siebie i swoje nowe okulary przeciwsłoneczne na spacer. „Niedługo wrócę” oznajmił i wysiadł. 45 sekund później skrzypnęły drzwi a on wszedł z powrotem wyglądając jakby przez tydzień zgubił się na Saharze.

Colin i ja byliśmy w desperacji, żeby znaleźć się online, więc wzięliśmy taksówkę, która zabrała nas do Starbucks (*) Z jakiegoś powodu laptop Colina nie chciał załapać a kiedy wreszcie udało się połączyć, nie mógł wysłać e-maili, więc po 10 minutach wyszedł, łapiąc taksówkę z powrotem do autokaru. Ja zostałem dopóki mój laptop nie zaczął wariować. Potem zamówiłem taksówkę i czekałem na nią w słońcu.

Kiedy wróciłem, poczułem głód a że słońce chyba źle podziałało mi na głowę, zrobiłem rzecz nie do pomyślenia i poszedłem do Burger Kinga... Gdy wróciłem do autokaru zostałem powitany McPomrukami McDezaprobaty, że kupiłem takie tłuste McŚmieci, po czym te dupki McUkradli mi wszystkie frytki! Dostałem znów jeden z tych kubasów sody, które są wielkości wiadra i mają opcję ponownego napełniania (taaaa....) Taki kupiłem poprzednim razem, gdy byliśmy w trasie koncertowej w USA i zajęło mi 4 godziny zanim go McWypiłem.

Co robią Keane, kiedy temperatura sięga 113 stopni a oni są na pustyni? Grają w cricketa. Szaleństwo. Cóż, będąc w trasie koncertowej tyle się siedzi, że trochę sportu czy ćwiczeń jest zawsze mądrym posunięciem. Wyobraźcie sobie Toma raz za razem rzucającego piłkę w stronę twarzy Tima i śmiejącego się przy tym jak hiena. Tim wzdycha na takie zachowanie przyjaciela po czym odbija piłkę jakieś dwie mile wzdłuż szosy a potem słychać z oddali histeryczny śmiech Toma, kiedy lawiruje między samochodami goniąc piłkę. Za dużo słońca, coś tak czuję.

No dobra, to jeszcze raz, kto jest w autokarze?

Na pierwszy ogień idzie Colin. Colin to nasz menadżer trasy koncertowej. Colin jest Szkotem, ale spędził tyle czasu pracując w Ameryce, że wyrobił sobie własny akcent. Nie chce nam wierzyć, że kiedy odbiera telefon wymawia swoje imię Colin jak Colin Powell a nie Colin jak errr... Colin. „NIE, nie wierzę wam chłopaki!?! Co jest z wami??? Jestem SZKOTEM!!!”

Następnie jest Iain. Iain to skarb. Inżynier dźwięku przy występach na żywo Keane od zarania dziejów. Kolejny klasyczny Szkot, który jest zawsze chętny by wyskoczyć na piwko czy dwa i jest czymś w rodzaju geniusza, jeśli chodzi o uzyskanie brzmienia Keane na żywo wieczór za wieczorem. Byłem na takich występach, kiedy brakowało Iaina i zespół tego nie cierpiał. Wygląda na to, że brzmisz tak dobrze, jak dobry jest twój dźwiękowiec. Jego charakterystyczne okrzyki w typie „Uruchom komputer!” albo „Nie ma basu!!!” wyrzucane z grubym, szkockim akcentem podczas prób, to dźwięk miły dla uszu zwłaszcza jak jest się daleko od domu a z tyłu autokaru, zazwyczaj od strony Toma lub Richa regularnie dobiega jęk bez żadnego powodu.

Greg to Kiwi (*) Wygląda jak kompletny koleś-surfer i ma obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. Zna się z chłopakami od lat a obecnie stara się utrzymywać w autokarze reżim zdrowego odżywiania się, którego ja notorycznie nie przestrzegam i do którego stara się z trudem dopasować Tim. Na trasie koncertowej Greg sprzedaje artykuły reklamowe zespołu. Widziałem raz jak sam wynosił nad głową pół CP-70 (*) po koncercie, więc może czas skończyć z jedzeniem tych wszystkich pączków Alex... On jest bardzo zabawnym gościem i łatwo go znaleźć – każdego wieczoru podczas występu tańczy za swoim stoiskiem.

Geoff jest odpowiedzialny za sprzęt na scenie, programowanie komputerów i tym podobne rzeczy, jak też brzmienie zespołu na żywo. Myślę, że jest on trochę takim komputerowym czarodziejem a w całym autokarze pełno jego sprzętu – pudełka z wystającymi z nich kablami, błyskające diody i bóg jeden wie co jeszcze. Kiedy myślę o Goeffie w LA od razu przychodzi mi do głowy obrazek jak przedziera się bez miasto w żółtym sportowym samochodzie z odkrytym dachem, który tam wynajął.

Wracając do koncertu w Phoenix. Z wielu względów dzisiejszy występ był nieoczekiwanym sukcesem. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że tak dużo osób słyszało o zespole tutaj, w Phoenix zaś dzień lub nawet wcześniej sprzedaż biletów była trochę słaba, jednak z pewnością zwiększyła się, jako że klub niemal całkiem się wypełnił przed koncertem a publiczności faktycznie się podobało. Strasznie trudno jest przebić się, nawet na małą skalę, w miejscach takich, jak Phoenix, więc podczas swojego debiutanckiego występu Keane naprawdę byli zadowoleni z faktu, że tak wiele osób przyszło ich zobaczyć. W sali było niesamowicie gorąco i ciemno, dlatego nie mogłem za bardzo niczego nakręcić ani sfotografować. Ale to był dobry występ, kolejny raz świetnie odebrany przez publikę a zespół znakomicie się bawił.

Dla mnie najciekawszym momentem był ten, podczas wokalnej solówki w Bedshaped, w oryginale granej na syntezatorze, kiedy Iain wyskoczył w tłum w kierunku frontowych drzwi. Dosłownie na ostatni dzwonek przedarł się z powrotem przez salę do swojej kabiny dźwiękowej. Po koncercie zapytałem, jakie problemy techniczne wywołały taki incydent i czy wszystko było w porządku. Iain roześmiał się śmiechem szczęśliwego człowieka „Ooo nieeee. Po prostu potwornie chciało mi się sikać”

Kiedy zespół zszedł ze sceny posiedziałem trochę w autokarze gadając z Tomem zanim nie wyszedł na zewnątrz podpisać płyty dla zebranych tam ludzi.

Po występie wstąpiliśmy do mieszczącego się obok baru dla motocyklistów. Kiedy tam wchodziłem nie byłem pewien czego oczekiwać... czy to będzie jak The Blue Oyster Bar z Akademii Policyjnej? (*) A może zostaniemy powitani przerażającym brzęczeniem banjo... Nie, w rzeczywistości knajpa była odjazdowa z miła panią za barem, która nalała porządnego pinta Guinnessa (*) Posiedzieliśmy tam kilka kolejek a potem poszliśmy do pokoju dziennego w pobliskim hotelu, żeby wziąć prysznic, jako że czekała nas długaśna jazda przez 17 godzin do Denver w Colorado.
W tej chwili siedzę w autokarze na moim posłaniu. Potwornie bolą mnie oczy – być może od tego dzisiejszego słonecznego blasku? No cóż, nie żeby były kluczowo ważne dla mojej kariery czy coś... Posiedzieliśmy przez długi czas, wychyliliśmy kolejne drinki, oglądaliśmy South Park a teraz myślę o śnie i czymkolwiek innym, co by zabiło czas zanim dojedziemy do Denver...

(*) Sturbucks – sieć kafejek w typie McDonalda z tym że z kawą i ciastkami
Kiwi – w slangu angielskim - Nowozelandczyk
CP-70 rozkłada się na 2 części z których każda waży powyżej 60 kg.
The Blue Oyster Bar – w komedii Akademia Policyjna bez przerwy ktoś lądował w tym barze gdzie pełno było typów w skórach – to był bar dla gejów
Anglicy piją piwo na pinty – to taka miara circa about tyle co nasze duże piwo w pubie

Niedziela 6 czerwca 2004

KEANE CUDEM UNIKNĘLI ŚMIERCI!!!
Siedzę w autokarze. Jest jedenasta przed południem i jedziemy przez Nowy Meksyk. Wczorajszej nocy, kiedy toczyliśmy się szosą w naszej 18-sto godzinnej podróży do Denver w Colorado, wystrzeliła przednia opona. Uznanie dla naszego kierowcy Steve’a który musi mieć nerwy ze stali, bo udało mu się utrzymać autokar na drodze (przednie opony nie powinny nigdy wystrzelić...) i uniknęliśmy uderzenia w ciężarówkę, jadącą obok nas w momencie, gdy poszła opona a autokar naturalną koleją rzeczy zaczęło ściągać w tamtą stronę. Prawdę mówiąc mieliśmy kupę szczęścia, że nie skończyło się to o wiele gorzej... Przez jakąś milę wyhamowywaliśmy aż wreszcie zatrzymaliśmy się bezpiecznie, chociaż muszę przyznać, że przespałem cały incydent... Właściwie tylko Rich się obudził, więc to chyba brzmi bardziej dramatycznie niż w rzeczywistości wyglądało, aczkolwiek przez chrapanie w autokarze nikt by pewnie nie usłyszał pękającej opony. Minęły trzy godziny zanim zdobyliśmy nowe koło, wymieniliśmy je i ruszyliśmy w dalszą drogę, więc jesteśmy trochę spóźnieni. Szczerze mówiąc dramatycznie było tylko przez chwilę, bo potem dotarły do nas wieści z UK, że Hopes and Fears znów jest na pierwszym miejscu listy przebojów. Tak więc wszelkie obawy co do bliskiego spotkania z Belzebubem zostały zagłuszone przez świętowanie ciągłego sukcesu płyty. W tej chwili jest 4:20 po południu, wszyscy siedzimy na tyle autokaru patrząc przez okno na niekończące się połacie ziemi Colorado i popijając piwo, które zgromadziliśmy przez ostatnie dni w autokarze. Tom właśnie poczłapał, żeby obejrzeć telewizję w mojej kuszetce a Greg martwi się czy kombinacja ibuprofenu (*) i alkoholu nie sprawi, że dostanie krwotoku w żołądku. Wcześniej mieliśmy postój na parkingu dla ciężarówek. Wszędzie wokół byli goście w Stetsonach (*) i pasach z wielkimi klamrami, jedzący suszoną wołowinę. Uwielbiam tutejszy krajobraz. Zupełnie jak ze Spaghetti westernów (gdyby tylko nie były kręcone we Włoszech). Właściwie przypomina mi film the Misfit’s, jeden z moich ulubionych, więc w hołdzie temu filmowi robię przez okno czarno-białe polaroidowe zdjęcia. OK. Wracamy do piwka.

Siedzę w hotelu w Denver. Reszta podróży przebiegła gładko. Tim spędził większość czasu brzdąkając na gitarze, śpiewając cichutko do swojego dyktafonu, nagrywając pomysły na nowe piosenki. Pozostali plątali się w te i z powrotem między posłaniami, odpoczywając, oglądając telewizję, gadając. Pijąc piwo i jedząc przekąski... Zanim zakwaterowałem się w hotelu, stałem w holu, kiedy włączył się alarm. Chociaż nie widać było ognia hol zapełnił się strażakami. To jeden z tych dni...
Wczesnym wieczorem wszyscy się znów rozdzieliliśmy. Ja musiałem pójść do Kinko’s zrobić sobie zdjęcia do paszportu. Facet z obsługi hotelowej zawiózł mnie tam hotelowym samochodem. Gość był w porządku a przez miasto przedzieraliśmy się słuchając the Postal Service. Kiedy wróciłem zastałem Goeffa i Richa w hotelowym holu. Wyskoczyli na drinka ale Rich znów zapomniał swoich dokumentów... Rich nigdy nie pamięta o dokumentach. W każdym razie już miał je przy sobie, więc mogli wreszcie pójść. Tom i Greg poszli do siłowni. Iain poszedł szukać jakiegoś porządnego baru, Tim udał się na obiad a Colin i Steve poszli razem coś zjeść.

(*) ibuprofen – prawdopodobnie lek przeciwbólowy jak nasz ibupron
Stetson – kapelusz, coś jak kowbojski

Poniedziałek, 7 czerwca 2004

Kolejny obfitujący w wydarzenia dzień. Zespół miał zagrać trzy utwory w sesji radiowej. Greg i ja nie byliśmy na razie potrzebni, więc skorzystaliśmy z okazji żeby załapać się na jakieś śniadanie. Poszliśmy do Subway gdzie kupiłem coś w rodzaju „Longera” pełnego mięsa, sera i bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. Pięć minut przed tym ubrałem diabelskie różki i prawie udało mi się zwabić Grega do Johnny Rocket’s na absolutnego McŚmierć burgera, ale oparł się temu... do czasu (diabelski śmiech...)

Wróciliśmy z Gregiem do autokaru i pojechaliśmy do Virgin Megastore, gdzie Keane mieli mieć występ. Zespół już tam był plącząc się na zapleczu. Centrum Denver było odjazdowe. Znalazłem świetny sklep z aparatami, gdzie utknąłem na jakiś czas. Występ wypadł bardzo dobrze, a potem zespół śmigał między półkami kupując DVD do oglądania w autokarze.

Podczas gdy Greg, Iain i Geoff udali się do miejsca koncertu, żeby wszystko przygotować, ja wróciłem z zespołem do hotelu. Tim chciał zwiedzić Zoo a Tom poszedł do siłowni. Ja z Richem postanowiliśmy wypuścić się na lunch. Bezskutecznie starałem się złapać Richa na magię Johnny’ego Rocketa kiedy przechodziliśmy koło kusząco wyglądającej knajpy w stylu lat 50-tych. Moje telekinetyczne wiadomości najwyraźniej nie dotarły. Wylądowaliśmy z powrotem w Subway, gdzie zamówiłem dokładnie to samo, co zjadłem jakieś 3 godziny wcześniej.

Kiedy ruszyliśmy w powrotną drogę do hotelu Rich zwierzył się, że ogarnęła go „paranoja”. Pokój Richarda jest na 7 piętrze. Zeszłej nocy do czwartej nad ranem siedział na łóżku bojąc się, że może lunatykować.

Richard: „Co by było, gdybym we śnie wyszedł na balkon i skoczył ? Co by mogło mnie powstrzymać? Alex, nic nie mogłoby mnie powstrzymać przed skoczeniem!”

„Często lunatykujesz Rich?”

Rich spojrzał na mnie jakbym chciał go złapać na gorącym uczynku. Uniósł do góry brwi: „Err... nie nigdy. Przynajmniej nic o tym nie wiem”

„No to nic ci nie grozi. Nie przejmowałbym się tym”

Coraz bardziej maniakalny: „Ale skąd mam wiedzieć? Skąd mam wiedzieć, że wiem, że wiem, że wiem, że nie chodzę we śnie? Wiesz? Mogę lunatykować każdej nocy i po prostu nic o tym nie wiem. CAŁE moje życie. Jak często mam pokój z balkonem, eh? Nie tak często, więc wszystko jest możliwe...”

„No to, co chcesz z tym zrobić?”

Robi wielkie oczy: „Wczorajszej nocy przesunąłem wszystkie meble w pokoju pod drzwi balkonowe. Pomyślałem, że jeśli się dobrze zabarykaduję, nic mi się nie stanie. Wydawało mi się też, że na pewno się obudzę, jeśli bym spał, wiesz? To znaczy jakbym musiał odsunąć te wszystkie graty z drogi, żeby wyjść na balkon i rzucić się. Na pewno bym narobił sporo hałasu i tak dalej, więc sądzę, że bym się obudził. Muszę ustawiać przeszkody Lakey. W przeciwnym wypadku będę musiał za każdym razem upewniać się, żeby mieć pokój na parterze...”

„Och, patrz Rich – sklep z butami...”

Momentalnie wybity z toku Richard znalazł się w otoczeniu ogromniastych białych butów sportowych i innych koszykarskich gadżetów.

„Alex, chcę jedną z tych koszulek, ale zobacz na rozmiary. XL. XXL, XXXL, XXXXL”

„Wiem, mogłyby robić dla mnie za suknię balową a mam 6 stóp 6 cali wzrostu (*) Natomiast potrzebne mi nowe tenisówki”

„Co jest nie tak z tymi, które już masz?”

„Hmm... coś potwornego się im przytrafiło w the Troubadour. Zdaje się wtedy, gdy rozdawaliście autografy. Zaatakowało je coś wyciekającego ze śmietników. Dostaję świra. Coś nieludzkiego je zanieczyściło. Zostawiłem je na parkingu jako ostrzeżenie dla pozostałych...”

Dostałem nowe, czarne trampki i wróciliśmy z Richem do hotelu. Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby kupić kilka magazynów dla perkusistów. Znalazłem Richowi świetne pismo z Travisem Barkerem z Blink-182 na okładce. Obaj przyznaliśmy, że jest on jednym z najlepszych obecnie pałkarzy.

Przy autokarze wpadliśmy na Tima. Tim stwierdził, że Zoo było dosyć przygnębiające. Miśki i hipopotamy pocące się w betonowym upale. Opowiedziałem Timowi o tym, jak zwiedzałem zoo w Mexico City. To było bardzo przygnębiające. Wszystkie zwierzęta kiwające się w tył i w przód... płaczące małpy i tak dalej.

Tim powiedział, że najciekawszą rzeczą było zwierzę, które sobie swobodnie biegało po terenie. W pewnym momencie podbiegło do niego, ale nie wiedział, co to jest. Powiedziałem mu, że to pewnie wydra. Nie wiem dlaczego.

Wskoczyliśmy do autokaru i pojechaliśmy do miejsca koncertu. The Bluebird jest odlotowym, starym teatrem i wspaniałym miejscem na występ. Iain był w siódmym niebie jeśli chodzi o nagłośnienie. Timowi bardzo się podobało. Wiedziałem, że tak będzie, bo Tim ma słabość do starych teatrów, więc poszedł go bliżej zwiedzić. Dałem Colinowi koszmarne zdjęcia do paszportu, jakie zrobiłem wcześniej tego dnia, co go bardzo rozbawiło. Siedzieliśmy w przebieralni, która właściwie była podziemną dziurą pod sceną. Kiedy Rich poszedł na próbę swoich bębnów, usłyszeliśmy jego kroki na schodach po których nastąpiło głuche stuknięcie i okrzyk „k***a mać!” Grzmotnął głową w rurę, więc trzeba było przykleić białą maskującą taśmę (na rurę, nie głowę Richa). Żeby poprawić mu humor po próbie poszliśmy wszyscy na parę drinków i obiad. Zamówiłem talarki cebuli, które po wjechaniu na stół wyglądały i smakowały jak wielkie pączki, więc byłem szczęśliwy. Zjadłem też kolejnego burgera i frytki. W drodze powrotnej do sali koncertowej wstąpiłem z Richem do księgarni by skorzystać z bezpłatnego połączenia internetowego i sprawdzić e-maile. Wkrótce zorientowaliśmy się, że to była księgarnia samoobsługowa z takimi klasykami jak „Każdy robi kupkę”

The Bluebird to kolejny bardzo udany występ. Dzisiejszego wieczoru najbardziej podobało mi się Snowed Under.

W tej chwili siedzę w autokarze, jedziemy do Chicago. Zanim dotrzemy do Chicago we środę, jutro będziemy w mieście Des Moines. Wszyscy oglądamy Family Guy. Zabawne.

(*) 6 stóp 6 cali wzrostu to ok. 198 cm!

Wtorek, 8 czerwca 2004

Zaparkowaliśmy autokar z Des Moines po czym Colin, Rich, Iain i ja postanowiliśmy zjeść śniadanie. Nie widziałem żadnego znaku życia od strony pozostałych, poza Tommym, którego ręka i część rzeczy zwieszały się z łóżka na podłogę.

Iain i ja (mięsożercy) pozwoliliśmy Colinowi i Richowi (wegetarianie) przewodzić marszrucie bo mimo wszystko bardzo trudno jest znaleźć interesujące wegetariańskie jedzenie. Minęliśmy kilka knajp z barem i grillem, na których widok mi i Iainowi leciała ślinka, bo jeśli tylko byśmy poprosili, z pewnością dostalibyśmy tam krówkę zapakowaną w dwie kromki chleba ale weganie nic by z tego nie mieli... Robiliśmy do siebie z Iainem głupie miny a kiedy tylko warzywowcy się odwrócili parskaliśmy złośliwym śmiechem. „Jasna sprawa chłopaki! Idźmy dalej! Nie ma sprawy! Tak, słabo tutaj z wegetariańską kuchnią! Wygląda gówniano! Dalej!”

W końcu znaleźliśmy budę gdzie mieli w menu wołowe burgery i coś w rodzaju falafela (*) więc wszyscy byli szczęśliwi.

Mój boże, Des Moines jest dziwnym miejscem. To stolica stanu Iowa. Jak już znajdziesz się w gąszczu budynków mieszczących instytucje finansowe przy ogólnym braku oznak bytności człowieka, zastanawiasz się gdzie się wszystko podziewa. Sklepy, ruch, ludzie, ptaki... W końcu dostrzegasz, że wszystkie budynki są połączone przejściami biegnącymi jakieś trzy piętra w górze i niech mnie szlag, jeśli to nie ludzie tam spacerują... Tak, Des Moines to miasto ponad miastem. W każdym razie taki był plan. Najwyraźniej nieprzyjazne warunki pogodowe w zimie sprawiają, że wszystkie sklepy są wewnątrz budynków, kilka pięter w górze, połączone przejściami będącymi odbiciem ulic w dole, jak poinformował nas Colin. „Bardzo w stylu Mineapolis, chłopaki. Rzućcie sobie na to okiem. Ja muszę wracać i trochę popracować. Miłej zabawy”

No to masz. Miasto ponad miastem! Mall (*) na niebie. Na dole jest tak cicho, bo wszystko tętni życiem ponad nami. No to się zabawmy!

Tak więc Rich, Iain i ja weszliśmy do Banku Federalnego Który Został Nazwany od Nazwisk Pięciu Różnych Ludzi w Przydługim i Pompatycznym Stylu, po czym złapaliśmy windę w górę do Miasta Ponad Miastem. Jakieś 16 sekund później Iain nadał odpowiedni ton kolejnej godzinie swoim cierpkim komentarzem: „O rany chłopaki, ale gówno”

Faktycznie był tam Nail Bar i Salon z Lodami ale niewiele poza tym, jednak szliśmy dalej. Zazwyczaj zostawiam sobie trochę wątpliwości na korzyść danego miejsca, ale po 10 minutach chodzenia po czymś co wyglądało z zamierzenia i przeznaczenia jak biurowiec z gdzie niegdzie rozmieszczonym jakimś fryzjerem czy neonem wiszącym nad pustym sklepem, zacząłem się czuć deczko zniechęcony. To już na dole było więcej możliwości, żeby zabawić się swoją forsą i to też jedynie gdyby silny wiatr wyrwał ci pieniądze z luźno zaciśniętej garści. Iain wyglądał na zdołowanego a Rich świrował.

„Chyba weszliśmy gdzieś, gdzie jest zakaz wchodzenia obcym?”

To faktycznie wyglądało jak kupa korytarzy, biur, facetów w garniturach, jakieś dziecko trzymające balonik przy kiosku. Po godzinie zupełnie mi dobiło.

„Ej gostki, czy to nie wygląda trochę jakbyśmy szli przez terminal 3 na Heathrow?”

Wszyscy zatrzymaliśmy się w pół kroku, ręce nam opadły.

„O Boże...” jęknął Rich „Jesteśmy na koszmarnym lotnisku...”

Tak, Des Moines jest dziwacznym miejscem do spacerów. Są tu niezwykle przyjaźni ludzie, tylko miasto jest dziwne. Musicie tu zajrzeć.

Na zewnątrz Rich zdecydował się wrócić do autokaru i pokoju dziennego w hotelu, podczas gdy Iain i ja udaliśmy się do budki Bar i Grill, którą wcześniej minęliśmy. Zamówiłem OGROMNIASTY talerz paluszków z sera Mozarella, chociaż wcale nie byłem głodny, po prostu dlatego by poprawić sobie humor, gdyż wcześniej nie mogłem ich zjeść. Tutaj pamięć mi się trochę zamgliła, ale wiem, że pokonałem Iaina w poola (*) Ostatni raz grałem w poola jakieś 3 lata temu więc wydaje mi się, że on uważa, iż go orżnąłem.

Wróciliśmy do hotelu i klapnęliśmy w pokoju gdzie był już Colin, Rich, Tim i Geoff. Tom i Greg zniknęli w poszukiwaniu kina. Colin pokazał mi kilka wybitnie złych zdjęć do paszportu, jakie zrobił sobie wcześniej tego dnia.

„Ale Colin, masz tu półprzymknięte oczy...”

„Wiem – nawet dziewczyna, która je robiła ryknęła śmiechem jak wyszły z maszyny”

Zbiórka na odjazd autokaru miała być o 3 nad ranem, więc żeby zabić czas Rich, Colin i ja poszliśmy do hotelowej restauracji na obiad. Szczerze mówiąc wszystkie moje posiłki zaczynają zlewać się w jeden... O ile pamiętam zamówiłem kolejnego burgera z frytkami. Rich zarzucał mi, że mam tasiemca. On zamówił pizzę na cienkim cieście ale kiedy wjechała na stół była gruba na jakieś 2 cale.

„Przepraszam koleś, ale zamawiałem na cienkim cieście” powiedział Rich do kelnera wskazując oskarżycielsko na stojące przed nim ogromne żarcie.

„U-huh...” zabrzmiało w odpowiedzi

Rich dał sobie spokój.

(*) Falfel – potrawa zdaje się turecka, w każdym razie w Polsce można ją spotkać w barach tureckich ;-)
Mall – to takie centrum handlowe, które w jednym budynku mieści sklepy, restauracje, banki, usługi itd. – coś jak nasze galerie handlowe
Pool – po naszemu bilard – zaganianie kijami do dziur kolorowych piłek po zielonym stole ;-)

Środa 9 czerwca 2004

Czy to przez to całe piwo i Margarity? Nie wiem, ale calusieńką noc musiałem latać do kibla. Wymanewrowanie się z i do łóżka a także poruszanie po pojeździe (jak już wcześniej wyjaśniałem) to porypana sprawa, jeszcze gorzej odpryskiwać się o 4:30 nad ranem w jadącym autokarze, kiedy w połowie śpisz, jesteś przemarznięty od klimatyzacji i masz kaca... a potem musisz wstawać żeby to powtórzyć jakieś 5 razy. To jest trudna sztuka, którą musimy dopracować.

W każdym razie jesteśmy w Chicago! Jest czadowo. Znane jest jako Wietrzne Miasto i faktycznie trochę powiewało kiedy wyszedłem przespacerować się w poszukiwaniu czegoś w typie Starbucks, żeby uzyskać połączenie internetowe. Rich znalazł mnie w środku i po filiżance kawy zostaliśmy z powrotem przywiani do hotelu.

Dzisiaj był dzień wolny więc wszyscy zajmowaliśmy się swoimi rzeczami aż do popołudnia, kiedy zespół musiał odbyć w pokojach kilka wywiadów przez telefon. Po uporaniu się z tym Rich zadzwonił do mnie pytając czy chciałbym wyskoczyć na obiad.

„Uh... miałem 7 wywiadów telefonicznych – wyjdźmy gdzieś!”

Spotkałem się z Richem w jego pokoju i skrupulatnie odnotowałem, że stół oraz krzesła zostały przesunięte pod uchylne drzwi, blokując przejście na balkon...

Nasz hotel jest w części Chicago zwanej Greektown (Grecka dzielnica). Jak można się domyśleć, to jest Grecka część miasta z wieloma greckimi restauracjami do wyboru. Zdecydowaliśmy się na jedną w połowie głównej ulicy i zasiedliśmy tam z Colinem i Goeffem, żeby coś przegryźć.

Czwartek 10 czerwca 2004

Zespół miał dzisiaj koncert oraz występ w sklepie.

Ranek spędziliśmy mailując i co tam jeszcze kto miał do zrobienia, w lokalnej kafejce a potem z Colinem, Iainem, Gregiem i Goeffem udaliśmy się do miejsca koncertu. Martyrs jest sympatyczne – restauracja wczesnym wieczorem a w nocy sala koncertowa. Kilka godzin później przyjechał zespół na próbę. Po wszystkim siedzieliśmy z Tomem i Gregiem na tyle autokaru słuchając ACDC (Greg grał do muzyki na gitarze akustycznej Tima) do czasu aż trzeba było jechać na występ w sklepie. Po drodze drażniłem się z Tomem robiąc mu zdjęcia przez ramię dopóki nie zauważyliśmy szpiegowskiej kamerki wystającej spod lusterka wstecznego. Zapytaliśmy kierowcę, o co chodzi –

„Hej, czy to nas cały czas filmuje?”

“Nie, to jest tylko w razie wypadku. Zaczyna nagrywać 10 sekund przed wypadkiem – potrzebne przy odszkodowaniu...”

„10 sekund przed...?”

Dziwne, cały dzień padało, ale zignorowałem mżawkę i przed występem wybrałem się na spacer. To przyjemna część miasta z wieloma fajnymi sklepikami i knajpkami. Występ w sklepie wypadł naprawdę dobrze. Zjawiło się sporo osób a zespół brzmiał świetnie.

Dzisiejszy koncert z wielu powodów był niezwykły. Po pierwsze, kiedy przyjechaliśmy do Martyrs tłoczyło się tam pełno ludzi. Przecisnęliśmy się przez tłum i weszliśmy na górę do przebieralni. Wcześniej zamówiliśmy jedzenie, które przyjechało w tym samym czasie, co my. Usiedliśmy w wielkim kręgu napychając gęby i popijając piwo. Były tam też puszki z Red Bullem ale wszyscy powiedzieli mi, żebym tego nie pił o ile nie chcę paść martwy na atak serca! Sądzę, że to potworne świństwo. Pamiętam jak w koledżu poszedłem z kumplem na imprezę, na której można było napić się jedynie Red Bulla z wódką. Wyszliśmy z imprezy gdzieś koło 3 nad ranem po wytrąbieniu paru szklanic tej mieszanki a dziewięć godzin później wciąż siedzieliśmy ględząc o potwornych bzdurach. W każdym razie 7 lat później nie mam zamiaru ponownie tego przechodzić.

Myślę, że koncert był fantastyczny. Wszystkie bilety sprzedane. Publice strasznie się podobało. Zaraz po występie wszedłem na górę razem z zespołem, żeby cyknąć parę fotek. Nagle ktoś wbiegł po schodach.

“Err... Richard czy masz zapasową pałeczkę?”

„Jak to?”

“Tam na dole, pod sceną dwie dziewczyny walczą o pałkę, którą rzuciłeś w publiczność”

„Um... tak, daj jej znać, że zaraz skombinuję następną”

„Nie rozumiesz, one się biją. Tłuką się o nią. Tarzają po podłodze...”

„Oh, to dziwne”

Zszedłem na dół, ale jak dotarłem na miejsce już było po bójce a dziewczyny zniknęły. Słyszałem, że zostały wyrzucone. Usiadłem i pogadałem przez chwilę z gośćmi z zespołu Aveo. Pojedynek fanek Richa był gorącym tematem.

Teraz o tym jak się przedstawiają sprawy. Zespół przerywa trasę koncertową i leci do kraju ze względu na sprawy osobiste. Ja zostaję z resztą grupy i mamy kilka dni wolnego! Zrobiło się późno a zespół rusza z rana, więc chłopaki wzięli samochód do hotelu, podczas gdy pozostali będą spać w autokarze. Uściskaliśmy się na pożegnanie, po czym wróciłem do sali koncertowej na kilka drinków. Iain chciał wpaść do pobliskiego baru Country and Western, więc Greg, Geoff, Iain i ja złapaliśmy taksówkę. C&W bar był odjazdowy. Siedzieliśmy przy barze pijąc dzbany piwa gadając z miejscowymi, którzy wystroili się w najlepsze Stetsony i buty z wężowej skóry. Iainowi ogromnie się to podobało. Śpiewaliśmy do muzyki country z szafy grającej i słuchaliśmy serenad w wykonaniu kobiety, która była chodzącą kopią Jenis Joplin...
Zawsze wywiązuje się długa rozmowa, kiedy ktoś zapyta nas skąd jesteśmy. Myślę, że ludzie oczekują jednej, zbiorowej odpowiedzi, więc są zaszokowani, gdy mówimy:

„Londyn”
„Nowa Zelandia”
„Australia”
„Szkocja”


Wytoczyliśmy się w noc i złapaliśmy taryfę z powrotem do autokaru, gdzie oglądaliśmy Taksówkarza na kablówce.

Kiedy się obudziłem autokar był zaparkowany przy jeziorze w Grand Haven, które jest w połowie drogi między Chicago i Detroit.

Piątek, 11 czerwca 2004

Właściwie, kiedy to piszę jest już sobota. Zespół jest nieobecny. Staram się unikać pisania o naszych popijawiach w trasie bo to staje się nudniejsze niż czyjeś pijackie opowieści, ale muszę przyznać, że na tym właśnie spędziliśmy cały wczorajszy dzień.

Mając wolny weekend dla siebie zdecydowaliśmy się zostać w miejscu o nazwie Grand Haven w hotelu nad jeziorem, może trochę powętkować, zrelaksować się. Kiedy meldowaliśmy się w hotelu było dość pochmurno i wietrznie wiec Iain, Greg i ja poszliśmy na śniadanko (stek i frytki – tak!) a potem przeszliśmy się do miasta.

Muszę przyznać Grand Haven wydało się całkiem zachęcające ale byliśmy trochę znudzeni. Dziwne, ale zdawało się, że co drugi sklep to kręgarz a wszędzie kompletne pustki jakby wymiotło wszystkich ludzi. Po bezcelowym plątaniu się przez parę godzin znaleźliśmy bar o nazwie Tip-A-Few i niech mnie szlag, jeśli życie i dusza Grand Haven nie siedziała w środku nieźle balując. Bar był odjazdowy. Usiedliśmy w środku, obaliliśmy kilka piwek i po jakimś czasie mieliśmy się zbierać z powrotem do hotelu. Nagle taki starszy gość klapnął na wolnym miejscu przy naszym stoliku. Miał na imię Dale. Wyobraźcie sobie Bob’a Hope’a w jego stroju do golfa i czerwonej czapce basebolowej, śmiejącego się jak Alvin i Świstaki. Facet był absolutnie legendarny i momentalnie wszystkich nas sobie zjednał. Przedstawił nas swojej żonie Melody. Mieliśmy kupę śmiechu. Wypiliśmy z nimi kilka drinków, opowiedzieliśmy o życiu w trasie koncertowej z zespołem i innych rzeczach aż w końcu pożegnali się i wyszli.

„Jaki świetny gość” – wykrzyknął Iain.

Nagle drzwi baru otowrzyły się z impetem i wkroczył Dale.

„Dobra chłopaki, idziecie do naszego klubu. Bardzo tanie drinki. Chodźcie.”

Popatrzyliśmy po sobie, wzruszyliśmy ramionami i wstaliśmy od stołu. Na zewnątrz upchnęliśmy się w samochodzie Dale’a. Jestem pewien, że gość się nawalił, ale zawiózł nas do klubu, gdzie się wpisaliśmy (*) i weszliśmy do środka. Ludzie tam byli naprawdę przyjacielscy i kompletnie się z nimi nawaliliśmy. Zamówiłem kolejkę sześciu drinków co kosztowało 5 dolarów... Wiedziałem, że to oznacza kłopoty. No ale spędziliśmy wieczór w klubie gadając z miejscowymi. Później na scenę wszedł zespół. Wyglądali starzej niż Grateful Dead (*) i grali klasyczne standardy rockowe. W pewnym momencie nawet zaserwowali „Every Rose Has It’s Thorn” zespołu Poison. (*) Weźcie sobie Grega i mnie, oplecionych ramionami, kielichy wzniesione, śpiewających do piosenek podczas gdy miejscowym przy barze opadły szczęki z zaskoczenia, że w ogóle znamy słowa.

Najśmieszniejszy był Iain z piwem w dłoni próbujący pomóc dźwiękowcowi ustawić odpowiedni poziom, żebyśmy lepiej słyszeli zespół.

„Och nie... nie ma żadnego wokalu...”
Tak więc ci ludzie byli naprawdę słodcy i kompletnie nas spili. Dale spiknął nas ze swoją córką, która wraz ze swoimi przyjaciółmi zabrała nas do jeszcze kilku barów. Poszło więcej drinków aż do momentu kiedy musieliśmy powiedzieć stop. Wróciłem z Gregiem do hotelu zahaczając o Walgreens, żeby sprawić sobie późny obiad złożony z Pringles (*) zanim zwaliliśmy się na nasze łóżka.

Ciężko jest w pełni oddać w tym dzienniku humor i gościnność ludzi z Grand Haven. Częściowo ponieważ nie jestem zbyt elokwentny ale głównie dlatego, że spoili mnie taką iloscią dżinu i Manhattanów, że połowy nie pamiętam. Nasz imprezowy dzień był zaskakującą niespodzianką, dlatego do wszystkich, którzy stali z nami ramię w ramię przy barzę (a potem się zwalili) – było czadowo. Podziękowania od Grega, Iaina i Alexa.

(*) O ile dobrze rozumiem skróty myślowe Alexa, przed wejściem do klubu trzeba było się do owego klubu zapisać (?)
Grateful Dead – kultowy zespół z czasów hippisowskich, który grał i grał i grał dopóki jeden z jego założycieli nie umarł. Tacy starsi, siwi goście.
Poison – zespół z lat 80-tych grający miększą odmianę heavy metalu, popularny wśród dziewcząt ze względu na pięknisia-wokalistę
Pringles – czipsy z mączki ziemniaczanej pakowane w podłużne tuby

Sobota 12 czerwca 2004

Jesteśmy w Detroit. Dopiero około 5 po południu udało mi się przedostać na drugą stronę kaca. Greg i Iain wcale nie czuli się lepiej. Zatrzymaliśmy się w świetnym hotelu w Greektown. Hotel jest w greckim stylu, z wielkimi pokojami i łazienkami. Luksus i jesteśmy tu przez dwie noce!!! Na przeciwko jest kasyno, ale nie za bardzo pociąga mnie hazard, więc prawdopodobnie sobie odpuszczę.

Jak tylko zakwaterowaliśmy się w pokojach, wyszliśmy po coś do jedzenia. Colin dobrze zna Greektown, bo był tu w trakcie poprzednich tras koncertowych, więc wszyscy szliśmy za nim. Zaprowadził nas do świetnego miejsca o nazwie the Plakas Cafe. Tradycyjne jedzenie greckie i amerykańskie. Burgery mmmm.... Naszym kelnerem był miły dzieciak, która podłapała nasze akcenty, na co zrobiły jej się wielkie oczy i zapytała skąd jesteśmy.

„Jeeeeja!”

Oczy niemal wyszły jej z orbit. Ścięło ją jak usłyszała od Geoffa, że ludzie w Australii jedzą kangury.

„NIE! A czy one naprawdę wszędzie skaczą?”

„Tak, one są dość brutalne i mogą zabić człowieka”

„NIE! I one naprawdę wszędzie skaczą?”

„Tak, szczerze mówiąc przetrzebiamy je żeby kontrolować populację”

„NIE! I one naprawdę wszędzie skaczą?”

Do Colina: „Ty! Ze Szkocji! Czy wy faceci nosicie tam spódnice?”

„Kilty, tak mamy kilty”(*)

“Ha! Tak! Na prawdę nosicie kiecki” – potem lekko zagubiona w swoich myślach – „łał...”

Colin z uśmiechem: „W rzeczywistości one nazywają się kilt”

Oczy zwracają się w jego kierunku: „Łał, faceci w spódnicach...”

Iain mamrocząc pod nosem: „W życiu nie zobaczysz mnie noszącego cholerny kilt”

Zabawna była. Zapytała Grega o Władcę Pierścieni (*) a mnie o ruch lewostronny. Potem wyszliśmy. Poszedłem na spacer z Gregiem i Iainem. Później zasiadłem w swoim pokoju, żeby trochę popracować i obejrzeć kawałki filmów w telewizji. W Amerykańskiej telewizji jest zdecydowanie za dużo przerw reklamowych, więc trudno jest utrzymać zainteresowanie jakimkolwiek filmem, bo zaraz masz już dość reklam produktów na schudnięcie, fast foodów czy specyfików na męską impotencję. W każdym razie skończyło się na tym, że całe popołudnie oglądałem reklamy przerywane od czasu do czasu kawałkami The Others, Stir Of Echos, Siedem i Hannibala, więc jak nadszedł wieczór czułem się całkowicie wytrącony z równowagi.

Wszyscy poszliśmy na obiad do uroczej greckiej restauracji tuż obok hotelu. Dostałem klasyczną grecką mieszankę złożoną w połowie z pieczonego kurczaka i frytek a Colin zamówił Saganaki, które wjechały na stół umaczane w alkoholu i podpalone. Przysięgałem, że ten wieczór będzie bez picia, więc po posiłku wróciłem do pokoju popracować. Greg był wykończony, więc również padł. Colin poszedł pracować do swojego pokoju, podczas gdy Geoff i Iain wybrali się do baru.

Później, kiedy o trzeciej nad ranem Geoff wtoczył się do pokoju, był niezwykle radosny gadając o dziewczynach tańczących na stołach, więc sądzę, że się nieźle bawili.

(*) Kilt to właściwa nazwa tego, co potocznie się określa szkocką spódnicą
Władca Pierścieni był kręcony w Nowej Zelandii skąd pochodzi Greg

Niedziela 13 czerwca 2004

Geoff naprawdę musiał się świetnie bawić – leniwa świnia nie wstał z łóżka aż do piątej po południu... W każdym razie to nasz ostatni wolny dzień! Zespół dołączył do nas dzisiaj po południu. Rano wyszedłem z Gregiem na śniadanie do the Plakas Cafe. Wieprzowy kebab i frytki... mmm.... Greg nie był zachwycony... Znaleźliśmy Iaina trzymającego się za szczękę i rzucającego przekleństwa. Zwija się z bólu i sądzi, że potrzebne będzie leczenie kanałowe. Zespół przyjechał do hotelu po południu. Byli zmęczeni tym całym podróżowaniem przez kilka ostatnich dni. Rich zapukał do moich drzwi i zaczął klepać bzdury. Wysłałem go żeby się trochę przespał.

Poszedłem na drinka z Gregiem i Iainem do fajnego, małego, meksykańskiego baru, zaraz za hotelem. Nabijaliśmy się z gościa w bandanie i okularach przeciwsłonecznych (w środku... nienawidzę tego) (*) który właśnie próbował zagadnąć Grega gdy wszedł Tim. Był głodny, więc wszyscy udaliśmy się na poszukiwanie obiadu.

OBIAD

Zupełnie mnie ścięło. Właśnie zjedliśmy obiad. Obiad nazywał się S.O.B. Burger. To znaczy 16-to uncjowy burger. Wyzwanie? Zjedz naszego 16-to uncjowego burgera a dostaniesz deser za darmo. Greg, Iain, Tim i ja podjęliśmy wyzwanie. Greg mówi, że niedziele to jego wolne dni od reżimu zdrowego odżywiania się. Kiedy żarcie wjechało na stół wyglądało obscenicznie a może nawet trochę niebezpiecznie. Burgerowi towarzyszyły frytki i sałatka (ha!) Jedliśmy i jedliśmy i jedliśmy... pod koniec posiłku pot kapał mi z gałek ocznych a kręgosłup próbował wydostać się z mojego ciała. Rezultat?

Tim – pierwszy skończył burgera ale zostawił frytki

Greg i Alex – praktycznie łeb w łeb i nawet skończyliśmy frytki

Iain – od początku niezbyt chętny żeby uszkodzić sobie żołądek a do tego z poważnym bólem zęba, zjadł jedynie pół burgera i garstkę frytek. Rozsądny facet.

Iain darował sobie także deser. Tim mądrze wziął lody, podczas gdy Greg i ja wybraliśmy czekoladowe ciasto. Kiedy je podano było wielkości cegły ze środkową warstwą, którą Greg ze łzami w oczach, trafnie określił jako „masło”.

Zapłaciliśmy rachunek i wróciliśmy do hotelu. Musiałem trochę przysiąść nad pracą a pozostali poszli na koncert Franz Ferdinand. Mieliśmy parę świetnych dni wolnego w Detroit. Wszędzie, gdzie się udaliśmy ludzie byli niezwykle przyjaźni. Jutro zespół gra koncert.

(*) Jeśli dobrze odgaduję skrót myślowy Alexa, chodzi o to, że gość siedział w ciemnych okularach w środku baru.

Poniedziałek 14 czerwca 2004

Mam przyjemność ogłosić, że dzisiaj skończyło się moje eksperymentowanie z niezdrowym jedzeniem. Nie musieliśmy się wymeldowywać z hotelu aż do popołudnia, więc leżałem do 10-tej w łóżku pracując we wszystkie strony na komputerze. Z korytarza dobiegały krzyki Geoffa na temat gównianego serwisu firmy telekomunikacyjnej. Biorąc pod uwagę to, że nikt mu nie odkrzykiwał, zgaduję, że rozmawiał przez telefon.

Wstałem i spędziłem jakieś 40 minut pod prysznicem a potem spotkałem się z Gregiem w jego pokoju. Biedny, stary Iain musiał udać się do dentysty ze swoim bólem zęba, więc razem z Gregiem poszliśmy do the Plakas Cafe na śniadanie, gdzie zjadłem pierwszego burgera tego dnia. Wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy manatki i załadowaliśmy je z powrotem do autokaru. Wróciliśmy znów do pokoju gdzie Greg i ja obejrzeliśmy zestaw programów telewizyjnych z cyklu Fear Factor... Widzieliście to kiedyś? Niektóre rzeczy, jakie ludzie jedzą w tym programie to kompletne wariactwo. Rozkładające się mięso albo koktajle z robali. Przepraszam, ale za cenę marnych 50 000 dolarów, trzeba być zdrowo stukniętym, żeby brać w tym udział! To nie tak dużo forsy za niektóre rzeczy, jakie muszą tam robić / jeść. Pokaz nagości na wybiegu dla modelek był nieprzyzwoity. Dziewczyna, która zrobiła gwiazdę była po tym kompletnie zażenowana... Mdliło nas jak na to patrzyliśmy (nie chodzi o gwiazdę tylko o koktajle z robali).

Być może to porywające przedstawienie, ale nie sądziłem, że człowiek jest w stanie zjeść takie gówno bez natychmiastowego zwymiotowania. Pod koniec Greg stwierdził, że poczuł się „pogwałcony”. Iain wszedł do pokoju z największą butlą antybiotyków, jaką kiedykolwiek widziałem.

„Och, muszę mieć kolejne leczenie kanałowe...”

Biedaczysko.

Zeszliśmy wszyscy do autokaru a jak już byliśmy na pokładzie, Steve zawiózł nas do miejsca koncertu. Rich nie tracił czasu w autokarze tylko od razu nastawił Halo na swoim komputerze. Całkiem zabawnie jest obserwować go jak tańczy na swoim siedzeniu, słuchawki na uszach, wrzeszcząc na kosmitów czy inne diabelskie piksle, jakie pojawiają się w Halo. Tom pobiegł na tył autokaru i nastawił Family Guy.

Zaparkowaliśmy pod salą koncertową, która nie była daleko od hotelu. Kiedy zespół miał próbę, stałem na ulicy przy budce telefonicznej próbując przeprowadzić rozmowę międzynarodową w szumie samochodów i syren. Poszedłem z Geoffem na spacer żeby znaleźć coś na obiad, co skończyło się dla mnie dwoma hamburgerami z frytkami... Usiedliśmy w autokarze jak uczniaki z poczuciem winy, podczas gdy członkowie zespołu i reszta załogi, jeden po drugim wchodzili i wychodzili z autokaru kręcąc głowami i ganiąc nas za błędy w naszym postępowaniu. Musieliśmy trochę posprzątać w autobusie, bo dziś wieczór mamy przekroczyć granicę z Kanadą i chcemy, żeby przebiegło to możliwie gładko.

Obejrzałem fragmenty występów Aveo i Matt Pond PA, pogadałem z Gregiem na jego stoisku aż do czasu gdy Keane wyszli na scenę. Dali dzisiaj świetny występ, który sprawił im wiele radochy, zwłaszcza Tomowi. Colin zapowiedział wszystkim, żeby zachowywali się po koncercie jak najlepiej ze względu na przejazd przez granicę, więc jak tylko cała ekipa znalazła się na pokładzie, otworzyliśmy wszystkie piwa, co wywołało małą, czarną chmurkę nad głową Colina. Cóż, nie byliśmy tacy źli, naprawdę.

Najpierw wróciliśmy do hotelu żeby wziąć prysznic. Potem poszedłem z Timem do the Plakas Cafe, żeby przekąsić coś na wieczorowego (1.30 nad ranem) czyli burgera i frytki. Z powrotem w autokarze miałem moment rozjaśnienia umysłu. Dzisiaj zjadłem cztery burgery... Umysł mi się zmącił. Błagałem wszystkich o przebaczenie i ślubowałem, że przez resztę trasy koncertowej będę jadł zdrowo. Muszę przyznać, że mój eksperyment z niezdrowym żarciem był całkiem rozrywkowy, ale czuję się po tym niezbyt zdrowo. Myślę także, że gadanie Iaina o leczeniach kanałowych wywarło na mnie psychosomatyczny efekt, bo zaczął boleć mnie ząb mądrości i piekielnie boli mnie szczęka.

Tak, od teraz będzie już tylko porządne jedzenie. Usiedliśmy wszyscy na tyle autokaru oglądając Family Guy, pijąc piwo i wygłupiając się. Dotarcie do granicy kanadyjskiej nie zajęło dużo czasu i musieliśmy migiem doprowadzić się do porządku, żeby po wyjściu z autokaru nie wyglądać na osoby, które z pewnością zasługują na rewizję osobistą o 2 nad ranem. Nie wiem, co jest z Tomem, ale jeśli mu się powie, żeby zachowywał się poważnie i nie rozrabiał, nie jest w stanie tego zrobić – nawet, jeśli to tylko niemożność zachowania poważnej miny, kiedy stoi przed tobą 5 strażników granicznych uzbrojonych po zęby i wkładających gumowe rękawice, więc musiałem się odwrócić do niego tyłem i zagadać Richa, bo inaczej wiem, że gruchnąłbym śmiechem, co skończyłoby się poważnymi kłopotami.

Może i wyglądaliśmy trochę podejrzanie, wyciągnięci z autokaru, stojąc w zielonkawym świetle lamp wewnątrz budynków granicznych.

W jednej grupce jest Rich, wyglądający jakby cała sprawa nie robiła na nim wrażenia, czapka baseballowa naciągnięta na oczy. Gada ze mną i z Goeffem, który jest cały w tatuażach, wytartych na tyłku spodniach i nastroszonych, przefarbowanych na blond włosach.

Następnie Iain, który wygląda jakby został przeciągnięty przez żywopłot, szepczący do Tima, który stara się być niewidzialny, mrugając oczami zza okularów.

Wreszcie Tommy bardzo starający się wyglądać na trzymającego dystans w rzeczywistości robiący wrażenie kogoś, kto zaraz zostanie wyprowadzony na zaplecze żeby go „specjalne potraktować”, mamrocze coś do Grega, ubranego jak na plaże, koleś-surfer cały w uśmiechach, z błyskiem niepokoju o oczach kiedy kątem oka zauważa pudełko z rękawicami lekarskimi.

Stało się tak, że przekroczyliśmy granicę praktycznie bez problemu. Władowaliśmy się z powrotem do autokaru i odetchnęliśmy z ulgą, jak tylko smyknęliśmy w kanadyjską noc. Piliśmy piwo i oglądaliśmy więcej Family Guy aż zdaliśmy sobie sprawę, że widzieliśmy wszystkie 21 odcinków co najmniej dwa razy, więc powoli zaczęliśmy ulatniać się do łóżek.

Dotarłem do mojej kuszetki i próbowałem odgonić myśli o bolącej szczęce słuchając płyty artystki, która nazywa się Jen Wood. Ona gra również w zespole Aveo. Zostawiła nam kilka swoich płyt. To naprawdę piękna muzyka tak, że w pewnym momencie odpłynąłem w krainę snu i obudziłem się znacznie później w Kanadzie po snach pełnych pożywnych sałatek w rockowo-indie niebie.

Obudziłem się jakąś godzinę przed przyjazdem do Toronto. Rich nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł wysiąść i się rozejrzeć. Rich zna to miasto dość dobrze, bo był tu już kilka razy. Występ ma miejsce we włoskiej części miasta, więc wysiedliśmy i poszliśmy wzdłuż ulicy znaleźć jakieś śniadanie. Usiedliśmy i pogadaliśmy o tym jak się sprawy mają. Zjadłem zdrowego kurczaka z grilla i sałatkę... (ziewnięcie)... Ta część miasta jest odlotowa i przypomina mi Nowy York.

Później tego dnia pod salą koncertową pojawiła się przyjaciółka Richa – Steph. Nie widziałem jej od naszej ostatniej trasy koncertowej w październiku 2003 więc fajnie było znów się spotkać. Usiedliśmy wszyscy, żeby pogadać, podczas gdy Geoff i Iain podłączali instrumenty do systemu nagłośnienia. Geoff sprawdzał perkusję. Siedzieliśmy tam w czasie, gdy Geoff przez jakieś 20 minut monotonnie walił pedałem w bęben basowy. Iain przepuścił to przez system nagłaśniający, co brzmiało jak jakiś potworny miotacz ognia. Z każdym bębnięciem osuwałem się coraz niżej na fotelu. Kiedy już ześlizgnąłem się mniej więcej do pozycji horyzontalnej załapaliśmy, że czas przenieść się do autokaru, gdzie było cicho.

Wraz z nadejściem wieczoru wszyscy rozeszli się na drinki i obiad. Siedziałem w miłym miejscu z Iainem i Gregiem. Naprawdę miałem ochotę na wysmażone kalmary, ale wiecie kto mnie obserwował, więc zamówiłem bardzo zdrową miskę pierożków ravioli, które były smaczne...

Powiedziałbym, że dzisiejszy występ był jak dotąd najlepszy podczas tej trasy. Kolejka ludzi wiła się wokół budynku wczesnym wieczorem, na długo zanim zaczęto wpuszczać. The Mod Club jest świetną salą koncertową w stylu lat 60tych. Mają znakomitą instalację oświetleniową, która tworzy dziwną atmosferę podczas koncertu. Sala była napakowana, znów wszystkie bilety sprzedane a zespół brzmiał niesamowicie. Oglądałem występ z kabiny dźwiękowej Iaina, wysoko ponad sceną na końcu sali, więc mogłem nagrać koncert moją kamerą DV.

Po występie spotkałem się z zespołem w przebieralni gdzie dzieliliśmy się piwem i ananasem. Chłopaki poszli spotkać się z fanami a ja siedziałem z drinkiem i miską owoców.

Po koncercie obaliliśmy parę drinków i wzięliśmy prysznic zanim załadowaliśmy się do autokaru i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Przekroczenie granicy było dość proste. Do godziny 4 nad ranem byłem na nogach, dopóki nie usnąłem na sofie z tyłu autokaru oglądając Family Guy. Wszyscy poszli spać kilka godzin wcześniej, poza Richem, który pozostał przyklejony do swojego komputera grając w Halo do czasu, gdy o 5 nad ranem zaskoczył go uzbrojony strażnik graniczny prosząc o pokazanie paszportu.

Wszyscy zostaliśmy gwałtownie obudzeni i musieliśmy przejść na front autokaru, do kontroli paszportowej. Zdarzył się zabawny incydent, kiedy Iain wyskoczył z łóżka, ubrał się i wysforował na przód na spotkanie ze strażnikami. Geoff marudził na końcu autobusu nie mogąc znaleźć swoich dżinsów, które nosił kilka godzin wcześniej. Wreszcie, ociągając się musiał przejść do przodu w samych gaciach, żeby dać dokumenty do sprawdzenia. Po chwili usłyszeliśmy: „IAIN!?! Co ty robisz??? Masz na sobie moje dżinsy!!!”

Biedny Iain.

“Ooo nieee... Przepraszam, tak mi się właśnie wydawało, że coś nie pasują... ale, ale moje też są czarne... ooo nieee...”

Szczęśliwie nie chciano prowadzić „dalszego dochodzenia” i pozwolono nam odjechać. Teraz jest około 6 nad ranem, leżę na moim posłaniu starając się usnąć. Słucham muzyki i nadwyrężam oczy patrząc na ten piekielny monitor, więc pora go wyłączyć. Mamy jeszcze kilka godzin zanim dotrzemy do Cleveland, kupa czasu żeby się trochę przespać, tak czuję.

Środa 16 czerwca 2004

Co za wspaniały dzień. Teraz jest 2:30 nad ranem (czwartek) a w autokarze rozpętuje się piekło. Wszyscy piją i walczą o tubę Hob Nobsów, które Ann (U2QueenBee) (*) była tak miła i dała nam wcześniej wieczorem. Greg i Tom o nie walczą. Tom tak się śmieje, że opluwa Grega okruchami. Greg zabronił mi pokruszyć jedno ciastko do mojego jogurtu, odkąd jestem pod jego skrzydłami, jeśli chodzi o zdrowe żywienie. On jest żywieniową policją.

Powiesiłem w autokarze całkiem przyjemny obrazek, który dzisiaj przed koncertem w Cleveland został podarowany zespołowi przez dwie fanki Kelly i Aby.

Colin właśnie zganił Toma za rozpryskanie butelki piwa na froncie autokaru. Cały dzień Tom był hiper aktywny i nie wykazuje oznak uspokojenia. Stuka swoją butelką piwa o butelki pozostałych zmuszając nas, żebyśmy je wypili zanim piana wyleci na wszystko dookoła. Znowu śmieje się jak hiena i gada bzdury.

Teraz Tom osunął się na siedzenie „BOŻE! To jest taaakie dobijające. Zupełnie mi odbiło podczas obiadu. Potem wróciłem do autokaru i oglądałem Ojca Chrzestnego. Nie rozumiem dlaczego pokazują jak facet zostaje rozwalony z broni maszynowej na środku drogi, potem skopany po głowie ale rozmazali obraz jak były cycuszki żony Ala Pacino. Tak nie powinno być! Potem miałem atak paniki i poszedłem na spacer”

Następnie do Iaina: :”Mogę wlać ci trochę piwa do ucha?”

Teraz wyje ze śmiechu po wlaniu piwa do swojego własnego ucha.

Do Colina: „Och moje ucho, teraz krwawi”

„Koleś, żartujesz?”

„Ha ha hee hee... moje ucho... ho ho...”

“Tom, zaraz wyślę cię do łóżka”

„Och, pół głowy mam zalane piwem”

To powiedziawszy oddalił się do dziennego pomieszczenia, żeby wziąć prysznic.

Cofnijmy się. Jesteśmy w Cleveland. Właściwie to jesteśmy w Coventry, stanowiącym przedmieścia Cleveland w Ohio. Przyjechaliśmy dziś rano. To miejsce jest fajne. Znaleźliśmy świetną restaurację o nazwie Tommy’s, gdzie wszyscy zjedliśmy śniadanie. Zjadłem sałatkę zawiniętą w plaster indyka. Greg był cały w uśmiechach. Tim i Rich zamówili jakieś hardcorowe jedzenie wegetariańskie, które dla mnie wyglądało jak szare lody. Włączyłem laptopa i skorzystałem w kafejce z bezprzewodowego połączenia z internetem. Ściągałem właśnie projekt do okładki płyty nad którym pracuję i już miałem 99% przy 40 mb pobierania, kiedy na całej ulicy wyłączyli prąd, wi-fi poszło a za tym i moje ściąganie. Nieco wkurzony wróciłem do autokaru.

Po powrocie do autokaru wszyscy rzuciliśmy się do rozładowywania sprzętu do sali koncertowej. To było bardzo zabawne. Musieliśmy wszystko przenieść wzdłuż autokaru, poprzez główną ulicę, pochyłym chodnikiem do sali. Jak tylko zaczęliśmy wyciągać rzeczy z autokaru zaczęło padać ale było tak gorąco i tak parne powietrze, że zdawało się iż ulotnił się cały tlen. Jak tylko wszystko zostało rozładowane Greg i Tom poszli pobiegać, Tim poszedł na zakupy a Geoff i Iain zaczęli ustawiać sprzęt. Colin siedział w autokarze odstawiając pracę menadżera – pisząc na swoim laptopie i drukując rozkłady dnia i tego typu rzeczy.

Po wypakowaniu gratów usiadłem w autobusie razem z zespołem, który przeglądał terminarz na najbliższe miesiące. Mają bardzo mało wolnych dni w tym roku, więc powoli odznaczali swoje cenne, wolne dni, podczas gdy nowe zobowiązania wylatywały z komputera Colina. Potem rozmowa zeszła na strony B kolejnego singla. Tim napisał kilka świetnych kawałków, więc słuchaliśmy wersji demo z komputera Richarda podczas gdy ja gadałem z Timem o tym, co narysowałem na okładkę następnego singla. Pod koniec rozmawialiśmy o wybranym projekcie teledysku Bedshaped a potem, po wyjrzeniu przez okno i zobaczeniu, że światła na skrzyżowaniu znów działają, czyli prąd został przywrócony na ulicy, udałem się z powrotem, żeby połączyć się z internetem.

(uwaga na marginesie* Teraz jest 4 nad ranem. Wszyscy poszli do łóżek poza Tomem i Gregiem, którzy siedzą na przeciwko mnie, grają w „Circle of Death” i są coraz bardziej narąbani. „Greg musi teraz wypić 9 palcy. Właśnie wyciągnąłem Policzek i kciuk więc ma przerąbane” )(*)

Przed koncertem zjedliśmy obiad na piętrze w restauracji Tommy’s. Zjadłem sałatkę zawijaną w plaster idyka (NUDA!!!) oraz ciasteczka i śmietankowego shake’a kiedy tylko Greg poszedł ustawiać swoje stoisko...heh... Dzisiejszy koncert to kolejny sukces. Sala była naprawdę zapełniona a ja dreptałem wokół filmując moją kamerą DV, podczas gdy zespół dawał czadu na scenie. Hardcorowa Armia fanów Keane stała na froncie dopingując zespół.

Po koncercie usiedliśmy na zewnątrz w cieple nocy z kilkoma gośćmi z zespołów Aveo i Matt Pond PA sącząc piwko i gadając. My mamy przed sobą długaśną jazdę do Atlanty podczas gdy tamci będą biwakować przez noc na farmie. Jestem trochę zazdrosny.

W pewnym momencie Colin wyszedł z sali koncertowej i został powitany chóralnym „CZEŚĆ COLIN!” w naszej najlepszej interpretacji jego amerykańsko-szkockiego akcentu. Tylko westchnął...

Stałem też chwilę gadając z Ann która podarowała Hob Nobsy czyli punkt zapalny dla późniejszych wydurnień. Dała chłopakom mnóstwo prezentów, co było niezwykle miłe nawet jeśli oberwałem od Grega za próbę schrupania herbatników...

Teraz jest 4:30 nad ranem, piwo jest ciepłe a Tom i Greg nadal grają w pijackie gierki. Tom próbuje powiedzieć mi coś bardzo głębokiego i poważnego.

Tom ma przylepioną do czoła kartę z damą pikową.

Dobrej nocki.

(*) U2QueenBee czyli Ann to fanka, bywalczyni oficjanego forum i mama chrzestna Roxleya
Hob Nobsy – ciastka
Circle of Death – nie bardzo wiem co to, ale przypuszczam że rodzaj gry w którym coś się wyciąga albo pokazuje rękami, może jak „Papier, kamień, nożyce”.

Czwartek 17 czerwca 2004

No to gdzie my jesteśmy... Erm... zaraz... ATLANTA!!! O tak! Dzień wolnego... Przebyliśmy tutaj długą drogę – jakieś 700 mil w ciągu nocy... Właśnie zatrzymaliśmy się pod hotelem.

Jazda była w porządku. Rich był szczęśliwy. Spał przez jakieś 11 godzin. Tom i Greg cały ranek wyglądali na dość skacowanych. Tim cały dzień siedział na tyle autokaru wyglądając przez okno, patrząc jak przesuwa się świat. Po drodze stanęliśmy na chwilę na postoju dla ciężarówek. Nie wiem co to było za miejsce ale gdziekolwiek to było, było potwornie gorąco. Poszedłem skorzystać z ubikacji na postoju, ale wycofałem się na widok stada much wylatującego z kabiny, jak tylko otworzyłem drzwi.
W sklepie wcale nie poszło nam lepiej. Nie było niczego dobrego do jedzenia. Nawet ja nie dotknąłbym corn-dogów… (*) a Krispy Kremes wyglądały jakby wyszły z pieca jakieś sześć miesięcy temu.

Po powrocie do autokaru nastroje się poprawiły. Greg i Tom wyglądali, że całkiem doszli do siebie a Iain robił kawę. Wyjąłem trochę rzeczy z lodówki i zrobiłem sobie zdrową kanapkę z szynką. Wszyscy na mnie wsiedli jak przymierzyłem się do robienia trzeciej kanapki, więc usiadłem nachmurzony w kącie.

Po południu przyjechaliśmy do hotelu i rozgościliśmy się w pokojach. Dzielę pokój z Gregiem. Od razu wyszli z Iainem żeby obciąć sobie włosy. Spotkałem się z Richem i też wyszliśmy. Miał kilka pocztówek do wysłania, trzymanych od San Diego i wreszcie dzisiaj udało mu się je wysłać. Zrobiłem potworny błąd wskazując fajnie wyglądające sklepy z ciuchami i po chwili Rich już w nich buszował. Rich jest uzależniony od kupowania tee-shirtów więc wyszedł z kilkoma… Ja już prawie kupiłem ciemne okulary bo przy tym blasku słonecznym zaczynam myśleć, że powinienem lepiej chronić oczy, ale czuję, że w okularach wyglądam jak sztywniak, więc po przymierzeniu trzeciej pary straciłem zainteresowanie.

Za rogiem zobaczyliśmy zbliżających się do nas Iaina i Grega, prosto od fryzjera. Z daleka mógłbym przysiąc, że to Erasure idzie w moją stronę. (*) Iain wyglądał jakby był dwadzieścia lat młodszy a Gred w niecałą godzinę przeszedł przemianę z kolesia-surfera w ikonę geja. Jeśli to czytają to już nie żyję…

Poszliśmy dalej ulicą do małej kafejki gdzie Rich zamówił super zdrowy obiad złożony z tofu a ja zamówiłem stosunkowo zdrową sałatkę z połówką pieczonego kurczaka z ziemniaczanym puree.
Podczas obiadu dostaliśmy telefon od Teda, który w Island Records odpowiada za kontakty Keane z prasą. Jest w mieście z the Daily Telegraph, które przygotowuje artykuł o zespole, więc zaprosiliśmy jego i dziennikarkę Naomi, żeby do nas dołączyli. Zanim przyjechali skończyliśmy już jeść. Ted bardzo chciał pójść do restauracji z lat 50-tych, o której słyszał, więc cała nasza czwórka udała się jego wynajętym samochodem i po pięciu minutach już tam byliśmy. Restauracja była zabawna. Wszystko pomalowane w pastelowych odcieniach, wszędzie kiczowate rzeczy z lat 50-tych, chociaż nie wiem czy miejscowym to się wydawało kiczowate. Naszym kelnerem był taki wielki facet, który recytował specjały dnia jak automat, może nawet w lekko teatralnym stylu z południowym zaśpiewem w głosie. Rich i ja poczuliśmy potrzebę wczucia się w ducha tego miejsca i chociaż właśnie zjedliśmy obiad, on zamówił grzyby na przystawkę a ja ogromnego steka z chlebem kukurydzianym. Rich uważa że jestem powalony ale kto wie gdzie dostaniesz kolejny posiłek wiec twierdzę, że najlepiej napchać się gdzie się da.

Potem pojechaliśmy do hotelu, w samą porę żeby złapać Toma i Tima wracających z nowiutkimi powerbookami, które właśnie kupili w sklepie Apple. Tom uśmiechał się od ucha do ucha bo wcześniej nigdy nie miał komputera. Jakiś czas temu Tom dostał ipoda ale nie miał komputera na którym mógłby gromadzić piosenki. Klasyczny scenariusz jeśli chodzi o Toma. Wcześniej tego dnia Tom próbował wydębić od Goeffa informacje jak przekopiować mp3 z ipoda Richarda na swojego (właśnie co zakupionego) powerbooka.

No, nie wiem, Tom sam przyznaje, że ma zwyczaj psucia wszystkiego (któregoś dnia złapałem go jak podrzucał mojego powerbooka w powietrzu, jakby to był naleśnik…) więc prawdopodobnie na nim usiądzie albo go upuści zanim wrócimy do Anglii.

Rich nawet nie wie co Tom zrobi ze swoim ipodem. „Wrzuci na niego Rufusa Wainrighta i to będzie wszystko…”

Pozostali zdecydowali, że mają ochotę na drika więc udaliśmy się z Tedem i Naomi do baru sportowego po drugiej stronie ulicy na szybkie małe piwko. Jakieś dwie godziny i wiele pustych dzbanów piwa później, Ted i Naomi wyglądali jakby chcieli już ulotnić się i przespać. Przylecieli dzisiaj więc byli na nogach jakieś 20 godzin. Jednak udało się nam namówić ich, żeby poszli z nami do kolejnego baru, gdzie udaliśmy się wszyscy poza Richem, który chciał trochę odpocząć i wrócił do hotelu. W następnym barze, gdzie zasiedliśmy, bawiliśmy się super. Ted przedstawił legendarną parodię Tommy’ego Coopera, Iain wylewał drinki, Tim wychylał butelkę z Coroną jakby od tego zależało jego życie, Greg nadal wyglądał jak Andy Bell, Tom rozsiadł się i z piwem w dłoni rozprawiał o tym jak uporządkować ten świat a Naomi wyglądała jakby zbyt dobrze wiedziała, że tam w UK już minęła 7 rano.

Iain opowiedział ten dowcip jak stado koni przychodzi do pubu, gburliwymy głosami zamawiają drinki a barman pyta „Skąd takie smutne twarze?” (*) Z tym że opowiedzenie tego zajęło mu jakiś kwadrans, co było bardzo śmieszne albo my byliśmy już tacy pijani…

W tym momencie stwierdziłem, że na tym pora zakończyć, chcąc jeszcze popracować po powrocie do pokoju pomimo późnej godziny. Ted i Naomi wrócili razem z Timem podczas gdy Tom, Greg i Iain, zmienieni w zarys trzech sylwetek, rozpłynęli się w nocy szukając dalszej zabawy i gier.

(*) corndog to pewnie coś jak hot-dog tylko z kukurydzy
Dowcip o koniach to stary angielski humor słowny. Pytanie barmana w oryginale brzmi „Why the long faces?” gdzie ma podwójne znaczenie bo „long” oznacza podłużną, pociągłą, końską twarz ale znaczy też smutny.

Piątek, 18 czerwca 2004

Obudziłem się i stwierdziłem, że Greg nigdy nie dotarł z powrotem do pokoju. Z jakiegoś powodu spał w autokarze. Zakładam, że wracając widział trzy hotele i trzy autokary i zdecydował się na jeden z autokarów… Plątaliśmy się trochę z rana podczas gdy zespół pojechał nagrać sesję dla lokalnej radiostacji. W autokarze znalazłem pudło pełne koszulek Keane i płyt Hopes and Fears, które właśnie zostały dostarczone z Japonii! Pierwszy raz widziałem japońską wersję płyty. Jest bardzo fajna, z masą japońskiego tekstu wszędzie, zupełnie jak na tych płytach z importu na jakie zawsze gapiłem się w sklepie HMV jako nastolatek ale nigdy mnie nie było na nie stać.

Steve już był w autokarze, więc jak tylko coś przegryźliśmy, pojechaliśmy pod salę koncertową.

Okazało się, że dzisiaj jakiś gość ze zniczem olimpijskim przebiegał obok Cotton Club stąd wzięły się hordy ludzi zemierzające w stronę parku główną ulicą przed klubem, obok autokaru. Okazało się również, że Geoff i Iain zostali zatrzymani razem z zespołem, bo sesja nagraniowa szła dość powoli, co kompletnie rozwaliło ich harmonogram. Co gorsza podnośniki sceniczne w klubie wyglądały tak, że prędzej uniosłyby plandekę niż CP-70 więc mi i Gregowi nie pozostało nic innego, jak zapobiec temu by dzień zmienił się w totalną katastrofę, rozładowując we dwóch cały autokar sprzętu. Właściwie to trafiła się pomoc… The Daily Telegraph przygotowuje duży artykuł o zespole i pracujący w Stanach fotograf tej gazety, facet o imieniu Stuart, czekał pod klubem, kiedy zajechaliśmy. Dołączył do nas kiedy rozładowywaliśmy sprzęt zespołu! Śmialiśmy się z siebie, dwóch fotografów taszczących CP-70 przez porażająco gorący parking w Atlancie. W dziwnych sytuacjach można się czasem znaleźć. Po rozładowaniu sprzętu usiadłem ze Stuartem w autokarze i gadaliśmy jak dwóch maniaków o fotografowaniu.

Kiedy przyjechał zespół, poszli ze Stuartem zrobić kilka zdjęć a ja skorzystałem z chwili, żeby usiąść w autokarze i dokończyć projekt, który musiałem jak najszybciej wysłać.

Potem znalazłem się w środku klubu i pogadałem z Jen z zespołu Aveo, która powiedziała mi że ta sala koncertowa jest nawiedzona… Straszne… Eve, która gra na wiolonczeli w Matt Pond PA przyjechała tam dużo wcześniej przed wszystkimi. Brała kąpiel w wannie za kulisami kiedy usłyszała jęki jakiejś kobiety. Odwróciła się… nic. Zakręciła kran i znów to usłyszała, odwróciła się…nic. Potem zerknęła w lustro i zobaczyła tuż za sobą ulotne odbicie starej kobiety.
AARRRGGG!!!! Jak możecie sobie wyobrazić, dość szybko opuściła łazienkę po czymś takim. Cała ta historia z duchem ma trochę sensu, bo w tym miejscu był kiedyś kościół, a jeśli wirzyłbym w duchy to najprędzej spodziewałbym się zastać jakiegoś w takim miejscu.

Skończyłem pracę i pogadałem z kilkoma fanami, którzy wcześnie przyjechali na występ.

Następnie, kiedy zespół miał próbę, skoczyłem na drugą stronę ulicy po obiad. Zdrowa kanapka z kurczakiem (znowu…), którą zjadłem w autokarze. Kiedy wszedłem do autokaru był tam już Chad, przedstawiciel wytwórni płytowej Keane na Wschodnie Wybrzeże. Chad był kiedyś w boybandzie. Gdy się tylko tego dowiedzieliśmy Colin ściągnął z internetu śmieszne zdjęcie z prasy całej grupy z tamtych czasów i powiesił je nad sofą w autokarze. Kiedy Chad pierwszy raz wszedł do autokaru kilka dni temu, byliśmy ciekawi czy dużo czasu zajmie mu dostrzeżenie siebie.

Nie dużo.

To brzmiało mniej więcej tak: „Cześć chłopaki, jak się wszyscy macie? Świetnie znów was widzieć. Tak, popularność zespołu tutaj rośnie, wszyscy są podekscytowani. Przedstawiciele koledży są zajeci ro… WY SKUR****! NIEEEE!!! O MÓJ BOŻE!!!! JAK SIĘ DO CHOL… ALE… WY SKUR****!!!!”

Dobry, stary Chad. Widzieliśmy go pierwszy raz od zeszłego listopada. Przyjął to dobrze.

Zespół dał świetny występ dzisiejszego wieczoru pomimo tego, że spadło na nich kilka problemów technicznych na scenie i z nagłośnieniem. System nagłaśniający zaczął brzęczeć, krztusić się, prychać, miał sprzężenie zwrotne i ogólnie brzmiał jakby miał zaraz paść podczas She Has No Time i kilku innych piosenek. Ogólnie wszyscy się zgodzili, że to było gówniane miejsce na koncert. Rzeczywiście, gdybyście tylko mogli usłyszeć słownictwo Iaina, Grega i Goeffa po koncercie… tak naprawdę…

Razem z Gregiem desperacko próbowaliśmy zebrać wszystkich z Keane, Matt Pond PA i Aveo żeby pójść razem na drinka, ale zanim się ze wszystkim uporaliśmy i znaleźliśmy się w autokarze, była pierwsza w nocy a ludzie z pozostałych zespołów się porozchodzili bo wszystkie knajpy zamykają o drugiej.

W drodze powrotnej do hotelu Steve wyskoczył z autokaru na skrzyżowaniu żeby odgonić kogoś, kto wyłonił się z cienia i zaczął smarować graffiti na autokarze. Pod salą koncertową zostaliśmy otoczeni przez grupę bezdomnych, z których każdy chciał koszulkę Keane.

Poszliśmy do baru obok hotelu na kilka drinków przed pójściem do łóżka. Barman poinformował nas o kilku otwartych do późna barach w pobliżu, więc się tam udaliśmy. Znaleźliśmy się w hip-hopowej części miasta, gdzie liczne imprezy wylewały się na ulicę. Świtenie się bawiliśmy spacerując jednym z pasów ulicy, przyglądając się półnagim i obwieszonym biżuterią gościom ale szanse na odkorkowanie kilku Crystali rozmyły się bo i tutaj wszystkie knajpy już się zamykały, więc zamiast tego odbyliśmy miły, wolny spacerek z powrotem do hotelu. Ted podpuścił mnie, żeby przebiegł przez spryskiwacze nawadniające długi trawnik przy obrzeżu drogi. Było tak parno, że przystałem na to i reszte drogi powrotnej musiałem przejść kompletnie przemoczony. Czułem, jakbym się na śmierć zaparował. W hotelowym foyer Tim i ja zastanawilaiśmy się jeszcze czy nie wziąć taksówki do 24-godzinnej jadłodajni, ale w końcu nam się nie chciało i zdecydowaliśmy zażyć trochę jakże potrzebnego snu.

Sobota 19 czerwca 2004

Szalony ten dzisiejszy dzień. Kiedy wszyscy rozstawiali sprzęt przed występem w sklepie Tower Records, ja siedziałem na tyle autokaru pracując na swoim powerbooku. Katastrofa nastąpiła gdy otworzyłem aplikację do poczty a ona się kompletnie zwaliła. Otworzyłem ją jeszcze raz i odkryłem, że w jakiś dziwny sposób mój komputer usunął wszystkie e-maile z całego zeszłego roku, które miałem zarchiwizowane ze względu na prace, które wysłałem i rzeczy jakie otrzymałem w ciągu ostatnich kilku dni. Wszystko. Ponad 5000 emaili przepadło. Najpierw spanikowałem na myśl o stracie takiej masy informacji dotyczących mojego życia w ostatnim roku. Potem ogarnął mnie dziwny stan, niczym sen… czułem jakby zdjęto mi z ramion jakiś ciężar. Potem się wkurzyłem. W każdym razie wyobraźcie sobie mnie przez kolejne 4 godziny próbującego naprawić swój laptop podczas gdy zespół występował w środku sklepu. Zdaje się, że mój cały laptop jest chory, więc trochę się martwię.

Słyszałem, że występ w sklepie wypadł dobrze. Wpadłem tam na chwilę po wszystkim, żeby złapać Teda zanim się pożegnamy, bo dzisiaj jedziemy do Baltimore. Jak już graty zostały załadowane do autokaru, wpadliśmy do hotelu, żeby wziąć prysznic. Iain i ja skoczyliśmy do Subway na lunch a potem poszliśmy do autokaru, gdzie zastaliśmy Toma i Tima pochłaniających pizzę, niczym para żarłoków. Opuściliśmy hotel około 6 po południu i wyruszyliśmy w 703 milową podróż do Baltimore.

Geoff zajął cały tył autokaru budując nową podstawę dla sprzętu komputerowego Tima, więc wszyscy siedzą tutaj, na przedzie autobusu, poza Timem, który jest tam z Geoffem. Colin siedzi na froncie gadając ze Stevem. Rich siedzi za mną i Tomem, Greg i Iain siedzą na sofach po mojej stronie jak Trzy Pachołki. Tom gra w Indianę Jonesa na swoim nowym laptopie. Wszyscy oglądamy Family Guy (znowu) i pijemy piwo.

Teraz jest już później. Zabiliśmy czas pijąc piwo i oglądając 28 Dni Później. Całkiem niezłe. Zombie i tego typu rzeczy. Tomowi bardzo się podobało ale Greg uważał, że zakończenie było słabe. Chciałem zobaczyć alternatywne zakończenia, ale Greg już je widział i jego zdaniem były kiepskie, więc mnie zniechęcił. I tak je zobaczę prędzej czy później. Kiedy samolot przeleciał nad znakiem HELLO (przepraszam, jeśli tego jeszcze nie widzieliście) zjechaliśmy z autostrady i zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji Crackerbarrel. Jeden stek i frytki później wczłapałem do autokaru z torbą popcornu o smaku toffee, który właśnie kupiłem. Poczułem, że Chaplin lustruje je z daleka wzrokiem. Szybki rzut oka na autokar upewnił mnie w przekonaniu, że nie miałem innego wyjścia, jak usiąść obok niego, bo wszystkie siedzenia były zajęte nowymi powerbookami i innymi tego rodzaju gratami, których uzbierało się od rana. Usiadłem obok Toma.

„Hmm… Chodź Lake, zjedzmy trochę tego”

To, co nastąpiło później wyglądało jak powtarzający się ruch ramienia, które mechanicznie poruszało się od strony Toma do mojej torby popcornu, po czym popcorn po wyjęciu z torby zostawał umieszczony w gębie Chaplina. To się powtarzało raz za razem, z automatyczną precyzją czasową dopóki nie przekopał się przez pół torby. Greg i ja wymieniliśmy spojrzenia. Czyjaś brew uniosła się do góry.

Gdy ruszyliśmy znów w drogę, Tom, Greg i ja obejrzeliśmy odcinek Sześć Stóp Pod Ziemią z satelity. To był jeden z ulubionych odcinków Toma, dość smutny. Colin zdecydował, że idzie do łóżka i zostawia nas z naszym oglądaniem a Iain przysiadł się do nas na chwilę. Wcześniej, całkiem przez przypadek odkryłem magnetowid pod miejscem Colina w autokarze. Colin ma swoje własne, specjalne miejsce w autokarze przy stoliku gdzie robi całe swoje ustrojstwo związane z pracą menadżera trasy koncertowej. W pewnym momencie każdy z nas został wywalony z tego miejsca… Jednak pogodziliśmy się z tym, bo Colin jest ostry jako kierujący trasą gość i nie chcielibyśmy rozstroić jego całkiem zmyślnej organizacji.

Wracając do magnetowidu. Cóż, jakieś pół godziny szarpaliśmy się z draniem, żeby zadziałał a kiedy ruszył, nie było dźwięku. Nawet Tom, który zazwyczaj wykazuje się sprytem jeśli chodzi o obsługę pilota, nie mógł sobie z tym poradzić, więc nie udało nam się obejrzeć Żony Astronauty, jak to sobie zaplanowaliśmy w momencie radości po znalezieniu pokaźnej kolekcji kaset, które teraz mogliśmy praktycznie rozdać.

Byłem już właściwie dość zmęczony, ale Tom kusił mnie piwem. Greg jeszcze nie spał ale nawet on przestał pić. Tom jak zwykle postawił sobie zadanie bojowe. Na kolejnym przystanku Tom wysiadł z autokaru by odwiedzić kibelek a w czasie jego nieobecności ja szybko ulotniłem się na swoje posłanie. W środku, z ipodem na uszach, odpłynąłem w dal.

Niedziela, 20 czerwca 2004

Baltimore!

Tak. Obudziłem się w Baltimore. Zajechaliśmy pod miejsce koncertu wcześnie rano. Szczęśliwie było tam pełno podnośników scenicznych pod err.. ręką, więc cały sprzęt zespołu został ładnie i szybko wstawiony do środka. Spędziliśmy dzień spacerując po mieście i przesiadując w autokarze. Wcześniej tego dnia poszedłem z Timem trochę się powłóczyć. Miasto jest naprawdę miłe z główną drogą prowadzącą w stronę wody. W dokach stał zakotwiczony brytyjski statek wojenny. Rich był wcześniej na jego pokładzie i zaprosił załogę na koncert, więc lista gości wyglądała jak HMS Warwick +5 (*)

Razem z Timem przeszliśmy się ulicą i zajrzeliśmy do kilku sklepów z płytami, a potem weszliśmy na lunch do wegetariańskiej kafejki. Tim kupił mleczny koktajl o bezpretensjonalnej nazwie Oxymoron. Upił wielkiego łyka.

„Jakie to jest? Wygląda nieźle”

„Obrzydliwe”

„Co w tym jest?”

Tim rozwinął listę składników, która brzmiała tak kompletnie od paki, że bebechy mi się przewracały od samego słuchania. Brakowało tylko opiłków od skrawania i obciętych paznokci od nóg żebym zupełnie odjechał…

Zamówiłem czarną kawę.

Posiedzieliśmy przez godzinę na słońcu zanim nie pojawił się Iain i wszyscy razem przespacerowaliśmy się z powrotem do miejsca koncertu na próbę.

Scena w klubie the Fletchers jest MALEŃKA. Pomimo tego udało nam się zmieścić na niej cały sprzęt zespołów. Posiedziałem chwilę na górze w przebieralni z Gregiem i Eve z Matt Pond PA zanim nie pojawiła się reszta gości z zespołów supportujących. Pojawił się Iain i wszyscy posiedzieliśmy gadając, oglądając koszykówkę, pijąc piwo i jedząc kanapki oraz chipsy.

Jazda z Atlanty do Georgii wyniosła ponad 700 mil. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jakie to szczęście, że mamy taki fajny autokar. Matt Pond PA i Aveo przemierzają te wszystkie mile w dwóch samochodach dostawczych, bez (działającej) klimatyzacji. Zmieniają się przy prowadzeniu. Myślę, że podobnie było z Keane w dawnych czasach – samochody pełne sprzętu przedzierające się przez kraj. Ale 700 mil…

Wszyscy zgodziliśmy się, że dzisiejszy występ był jak dotąd najlepszy w trakcie tej trasy. Publiczność faktycznie była wkręcona a ten entuzjazm odbił się na grze zespołu. Zespół autentycznie ogromnie cieszył się występem. Potem siedzieliśmy i godzinami o tym gadaliśmy. Wszyscy byli podekscytowani. Z pewnością najlepszy koncert dotychczas na tej trasie koncertowej.

Długo po koncercie chłopaki podpisywali rzeczy dla fanów a jak już wszyscy opuścili salę, odjechaliśmy.

Wpadliśmy do hotelu wziąć prysznic. Pierwszy tam zanurkowałem. Jak wyszedłem w pokoju był Rich i wyglądał przez okno z hipnotycznym spojrzeniem w oczach. Byliśmy na 26 piętrze i wygłądało na to, że Rich bardzo chciał się stamtąd wydostać. Na szczęście nie nocowaliśmy w tym pokoju, a nawet gdyby, to Rich mógłby być spokojny – nie było balkonu. Ale mówię wam, widzę tutaj skłonności podobne do tych przejawianych przez lemingi… (*)

Sprawy mają się tak. Jutro musimy polecieć przez USA by nagrać wykonanie na żywo Somewhere Only We Know dla programu Pepsi Smash. Rzecz w tym, że musimy przylecieć z powrotem do Filadelfii tego samego dnia. To oznacza podróż w kółko Wschodnie Wybrzeże – Zachodnie Wybrzeże – Wschodnie Wybrzeże w jeden dzień… Na samą myśl o tym już jesteśmy zmęczeni…

W tej chwili jesteśmy w autokarze w drodze na lotnisko. Jest około 1 w nocy. Musimy wstać o 5:30, więc siedzenie tutaj z Tomem i Iainem i popijanie Corony nie jest pewnie najmądrzejszym posunięciem. Powinno być w porządku, w końcu mamy tylko zabrać komputer, naciąg na bęben i siebie. Nie powinno być ciężko?

(*) HMS Warwick – nazwa statku (Her Majesty’s Ship – okręt Jej Królewskiej Mości)
Lemingi – małe futerkowe zwierzątka, trochę jak chomiki, które podobno przejawiają skłonności samobójcze, bez uzasadnionych przyczyn rzucając się ze skał do wody, gdzie giną całymi masami

Poniedziałek, 21 czerwca 2004

O mój boże, ależ było ciężko.

Złapaliśmy kilka godzin snu zanim zostaliśmy wyrwani przez Colina wrzeszczącego, że już jest wpół do szóstej rano i czas wstawać. Wszyscy wstali dość szybko ale większość była stosunkowo milcząca ze względu na zmęczenie i brak snu. Zanim zdążyłem zebrać myśli, staliśmy pod terminalem na lotnisku Dulles International, ciągnąc za sobą do środka to, co potrzebowaliśmy zabrać z autokaru.

O mały włos nie spóźniliśmy się na nasz lot. Przybyliśmy o czasie na lotnisko i najpierw uzyskaliśmy pomoc pani przy odprawie bagażu. Sprawdziła rzeczy zespołu i już miała je odesłać dalej, kiedy Colin zauważył, że nadała to wszystko do Filadelfii nie do LA…

„STOP!”

Kiedy Colin wyjaśniał cały bałagan przy odprawie, my pognaliśmy do hali odlotów i kontroli. Powitała nas najdłuższa kolejka do kontroli jaką kiedykolwiek widziałem. Wiła się w tę i z powrotem kończąc przy maszynie prześwietlającej bagaż podręczny. Pomimo tego, że przepuściliśmy cały nasz dobytek, łącznie z butami i paskami, przez maszynę, zostaliśmy odciągnięci do pełnego sprawdzenia. Odlot samolotu był coraz bliżej a ja nadal starałem się trzymać portki wyciągniętymi rękami, podczas gdy jakiś gość z wykrywaczem metalu skanował mnie w poszukiwaniu czegoś metalowego. Zapakowanie mojej torby to była istna chińska układanka, więc byłem bardzo rozczarowany widząc jak mój aparat i ipod zostają wytrząśnięte na stolik. Z nieco mniejszą starannością, niż pakowanie dzisiejszego ranka, wrzuciłem wszystko z powrotem do torby i pospieszyliśmy do wyjścia.

Wszystkich szczypały oczy od wczesnego wstania kiedy weszliśmy do samolotu i znaleźliśmy swoje miejsca, co nie było trudne, biorąc pod uwagę, że byliśmy ostatnimi osobami, które się zameldowały na pokładzie. Lot był w porządku, tylko długi. Pięć godzin. Nie chciało mi się oglądać gównianego pokładowego filmu na gównianym pokładowym ekranie telewizorka, więc słuchałem mojego ipoda, desperacko starając się złapać trochę snu, który nie nadchodził. Kiedy wylądowaliśmy mgła pokrywała LA. Czerwcowy Zmrok jak na to mówią kładł się na całym mieście. Wyprostowaliśmy ciała, chwila żeby wymacać wszystkie zatory w obiegu krwi i już mogliśmy pokuśtykać do terminalu. Tom i Rich od razu polecieli do Starbucksa podczas gdy my czekaliśmy na nasz bagaż. To zajęło trochę czasu, więc Tom, Iain i ja usiedliśmy na zewnątrz. Upuściłem moje latte (*) na torbę Toma co zostało przyjęte okrzykiem:

„LAKE!!! O NIEEE!!! LAKE!!! Teraz będzie śmierdzieć mlekiem… Och Lake… nie. Nie Lake och… Lake och nie… Lake Lake Lake. Nie. Och Lake… NIEEEE!!!! Lake.”

Patrzyłem jak kawa płynie chodniczkiem, obok butów numer dziewięć oficera kierującego ruchem, który wyglądał jak ludzki odpowiednik Twinkie i wrzeszczał na jakiegoś starszego gościa, który właśnie wyciągnął kebab. Tom i ja przyglądaliśmy się temu. Co za życie. Cierpi na nadwagę, stoi i wrzeszczy na całe gardło przez osiem godzin wdychając opary spalin. Zestresowany aż po gałki oczne.

Tak więc wylecieliśmy ze Wschodniego Wybrzeża około 7 rano a wliczając 3 godzinną różnicę czasu, wylądowaliśmy w LA o 9 rano.

Colin poprowadził nas na parking, gdzie czekał dość reprezentacyjny samochód, który miał nas zabrać do studia CBS. Graliśmy w „Kto chce być milionerem” (*) na komputerze Toma. Jak się pewnie domyślacie Tom radośnie zadawał i odpowiadał na pytania wszystkich zanim my mieliśmy okazję zareagować, jak zwykle, zaśmiewając się przy tym.

Jazda z lotniska do studia zajęła jakąś godzinę. Po drodze powiedziano nam, że ekipa filmowa chciałaby uchwycić zespół wysiadający z pojazdu, tak żeby się przywitali, bla bla bla. Filmowcy stwierdzili, że zabawne jest to, że ja filmuję zespół, więc nakręcili mnie w dziwacznym momencie jak sam filmowałem. W każdym razie nie podobały mi się takie bzdety. Lake nie powinien nigdy się pojawiać. Kamery wymierzone w moim kierunku wkurzają mnie.

W każdym razie zostaliśmy zabrani stamtąd do przebieralni, bardzo czystego, porządnego miejsca z siedzonkami, stolikami, lodówką pełną napoi (Pepsi) i łazienką. W 45 sekund pokój zmienił się tak, jakby walnęła w niego bomba. Siedem G4 powerbooków, kable wijące się przez pokój w poszukiwaniu gniazdek z prądem, torby, ciuchy, papiery, śmieci, jedzenie wszędzie.

Poczuliśmy się jak w domu.

Naprzeciwko naszej przebieralni było studio gdzie miało być kręcone Pepsi Smash. CBS to jedno studio za drugim. Wielki kompleks. Wszyscy poszliśmy tam na próbę, która przebiegła bardzo gładko. Zespół z całą pewnością zdobył nowych fanów wśród ekipy. Kluczowym momentem była chwila gdy prezenter ćwiczył swoje wypowiedzi czytając je z wyświetlacza.

„Keane wydali debiutancki album Hopes and Dreams, już w sprzedaży” (nadzieje i marzenia)

„Err… musicie to zmienić…” – usłyszałem ze sceny wołanie Richa

Colin: „Przepraszam, tytuł brzmi Hopes and Fears!”

Ja: “Naprawdę, jesteś pewien? Myślałem, że nazywa się Popes and Beers?” (papieże i piwa)

Iain: „Nie… Ropes and Ears, no nie?” (sznury i uszy)

„A ja myślałem, że nazwya się Slopes and Gears…” westchnął Geoff (pochyłości i sprzęty)

Po próbie wszyscy przespacerowaliśmy się przez pomieszczenia, żeby zjeść lunch z firmy cateringowej. Jedzenie było dobre więc napakowaliśmy sobie twarze. Po lunchu przeszliśmy się oglądając dekoracje pozostałe po innych programach. Iain i Geoff sfotografowali się trzymając w powietrzu ogromne kambulce z polistyrenu. Były tam fasady ulic, pozostałości domów z lat 60-tych, część Nowego Jorku, plastikowe drzewa i tego typu rzeczy. Mieliśmy wolny czas do 7 wieczorem, kiedy to zespół miał dać kilka wywiadów i wystąpić na scenie.

Zabijaliśmy czas serfując w internecie albo, jak Tom, grając w Indianę Jonesa na komputerze. Różni ludzie z wytwórni płytowej wpadli zobaczyć się z nami więc godziny jakoś powoli mijały. Adam, menadżer Keane, przyleciał koło piątej po południu z Londynu, więc kiedy wszedł rozległy się okrzyki powitania.

Gdy zbliżała się pora występu chłopaki musieli się przygotować i przejść proces nakładania makijażu telewizyjnego, czego nienawidzą, bo boją się że wyjdą pomarańczowi, umalowani tak przez nadgorliwego makijażystę. Przeszedłem do osobnego studia i sfilmowałem jak zespół udzielał wywiadu a potem wróciłem do przebieralni, bo chłopaki lada moment mieli wyjść na scenę.

Poniżej, na lewo od nas formował się coraz większy tłum dzieciaków. One miały być dzisiejszą publicznością. Jak już miejsca się zapełniły, ekipa filmowa i prezenter byli gotowi do kręcenia. Przez następną godzinę słyszeliśmy nieprzerwany harmider krzyczących dzieciaków, który towarzyszył oczekiwaniu na występ…

Cóż, 7 wieczorem nadeszła i minęła. Było coraz później… Gdy już wreszcie zasiedliśmy w Zielonym Pokoju oglądając Keane na scenie, wszyscy byliśmy coraz bardziej niespokojni czy zdążymy z powrotem na lotnisko, na nasz powrotny lot do Philly. Występ poszedł dobrze. Keane mogli być dumni ale musieli jeszcze raz zagrać tę samą piosenkę, bo wystąpił jakiś problem techniczny. Każdy z nas był lekko podenerwowany na myśl o spóźnieniu się na samolot… Pozostałe loty były już wykupione, więc musieliśmy zdążyć na nasz…

Jak tylko zespół opuścił scenę przy aplauzie publiczności, wpadliśmy do przebieralni i zaczęliśmy się pakować. Jak zwykle Colin był chodzącą gracją pod presją czasu i bardzo dobrze znosił nasze dreptanie dookoła. Wkrótce wszyscy i wszystko zostało zapakowane do samochodu i wrzasnęliśmy „do widzenia” Pepsi Smash gdy nasz kierowca z piskiem opon wyjechał w noc ze studiów CBS.

Jak najszybciej się dało popędziliśmy na lotnisko. Jezdnie tutaj są tak wyboiste, ze jak zbliżaliśmy się do lotniska, rzucało nas po całym samochodzie. Wszyscy rzucaliśmy dowcipami i wygłupialiśmy się. Pomimo tego, że z jednej strony byliśmy spięci, bo nikt nie chciał zostać na lotnisku w LA gdy mieliśmy być na Wschodnim Wybrzeżu, wygłupialiśmy się bo co innego można zrobić w takiej sytuacji? Co będzie to będzie, więc po co się stresować? Wszystko, o co musieliśmy się martwić, to czy przeżyjemy tę jazdę…

Zdążyliśmy na nasz lot, który i tak jest opóźniony, więc mam czas na pisanie tego ale nie mogę uwierzyć, że musimy znów lecieć.

Znowu była beznadziejnie długa kontrola, podczas której zostaliśmy wyciągnięci do dodatkowego przeszukania chociaż mi akurat udało się tym razem przejść bez zatrzymywania, więc nie wiem czy to dobra czy zła rzecz jeśli chodzi o bezpieczeństwo światowe. Nie ma się co martwić, z super wielką kawą ze Starbucksa w dłoni – prześlizguję się.

No to tak, sądzę że lepiej będzie już wejść na pokład.

Pobyt był przelotny, krótki ale słodki, do widzenia LA.

(*) latte – cafe latte – kawa z mlekiem
Kto chce być milionerem – to jest zapewne odpowiednik quizu „Milionerzy” tylko w wersji gry komputerowej

Wtorek 22 czerwca 2004

Lot do Philly był stosunkowo gładki. Znów nie sposób było spać w samolocie. Było w porządku tylko strasznie monotonnie. Bez końca. Po wylądowaniu staliśmy wszyscy przy wyjściu wyglądając na lekko ogłuszonych. Jak się tylko pozbieraliśmy, poszliśmy po odbiór bagażu. Była koło 6:30 rano. Po zabraniu gratów, załadowaliśmy je i siebie samych do autokaru, który stał zaparkowany pod lotniskiem.

Prawie natychmiast wszyscy poszli do łóżek. Chociaż, gdy wjeżdżaliśmy do Filadelfii, ja siedziałem na przedzie autokaru gadając ze Stevem i Colinem. Zdałem sobie sprawę, że jestem zbyt zmęczony żeby spać, a poza tym czułem frustrację związaną z siedzeniem w zamkniętym miejscu i czułem że muszę gdzieś wyjść. W końcu koło 8:30 rano zajechaliśmy na miejsce koncertu. Colin zdecydował, że idzie do łóżka ale ja, widząc że Steve wybiera się do miasta, żeby zameldować się w hotelu, zdecydowałem się mu towarzyszyć i trochę się przejść.

Złapaliśmy autobus, który zabrał nas pod urząd miejski, gdzie Steve poszedł w jedną stronę a ja w drugą. W tym momencie wcale nie czułem się zmęczony więc połaziłem rozglądając się dookoła, nareszcie jak na turystę przystało. Poszedłem na zakupy, widziałem Dzwon Wolności i poszedłem do słynnego muzeum sztuki, znanego z klasycznego filmu Rocky z Sylvestrem Stallone, który w jednej ze scen w czasie treningu wbiega po schodach muzeum. Cóż, nie miałem źle leżącego, szarego dresu, ani ochoty do biegania czy okładania pięściami martwej krowy (*), ale wszedłem po schodach na jeden poziom do melodii Eye Of The Tiger zespołu Survivor pobudzającej mnie do zwycięstwa.

Gdy wróciłem na miejsce koncertu, zaraz po mnie pojawił się zespół, który nagrywał sesję dla radiostacji. Kiedy Geoff i Iain przygotowywali wszystko do próby, my siedzieliśmy z ludźmi z Aveo i Matt Pond PA. Dawno nie byłem w tak gorącym miejscu jak The North Star Bar. Daję słowo, że gorąc pozbawił mnie apetytu bo dzisiaj zjadłem jedynie sałakę Cesar z kurczaka.

Greg, Tom i ja wślizgnęliśmy się z powrotem do autokaru żeby obejrzeć Jackass The Movie. Przez cały czas trwania filmu Tom krzyczał z uciechy, życząc żeby Johnny Knockville, Party Boy, Bam, Wee Man i reszta znaleźli się w jakiejś bolesnej albo kończącej się zagładą sytuacji. Tom nie mógł jednak znieść wyczynów pod nazwą Papierowe Cięcia. Miałem nadzieję, że uda mi się trochę popracować ale Jackass to fascynujący obraz… Colin siedział naprzeciw mnie na Tronie Menadżera Trasy. Nie wiem jak wytrzymywał hałas jaki robiliśmy.

Tom wysiadł z autokaru, by pójść do sali koncertowej i przygotować się do koncertu. Dwie minuty później był z powrotem w autokarze.

„Na miłość boską… Colin, masz mój paszport? Nie mam przy sobie żadnego dokumentu a facet w wejściu nie chce mnie wpuścić nawet z moją przepustką. Nie wpuszczono mnie na mój własny występ… To jest skandaliczne!”

Późnym popołudniem otworzyły się niebiosa i spadł deszcz. W czasie tej trasy koncertowej tak padało tylko w Chicago. Dzisiaj przeszedłem 15 stóp od frontowych drzwi do autokaru i byłem przemoczony.

Dzisiejszy występ wypadł bardzo dobrze, poza tym że w środku było goręcej niż w piekle. Zespół wyglądał jakby na moich oczach miał się wypocić a Tom zdawał się rozpuszczać. W publiczności było nie do wytrzymania więc bóg jeden wie jak zespół dotrzymał do końca występu… Wydaje mi się że i tym razem sprzedano wszystkie bilety. Zespół brzmiał świetnie, chociaż wyrzucili z zestawu piosenek End Of The Earth chcąc żeby było bardziej rockowo. Snowed Under brzmiało znakomicie. To zabójczy kawałek, który będzie znany jako świetna piosenka która nie znalazła się na Hopes And Fears (no chyba że mieszkasz w Tokyo). Publiczności w Stanach bardzo się ten utworek podoba, zwłaszcza że jak sądzę, większość nigdy przedtem tego nie słyszała. Cóż, to całkiem rockowy kawałek, nie?

Po występie, jak tylko zespół zszedł ze sceny, sala szybko się wyludniła. Myślę, że wszyscy potrzebowali trochę powietrza i przestrzeni. Rich i ja gadaliśmy przez chwilę z Jen z zespołu Aveo a potem przyszedł Tim więc usiedliśmy przy barze i wypiliśmy kilka dżinów z tonikiem dyskutując o nadchodzących światowych trasach koncertowych czekających zespół. Tim jest autentycznie przejęty ugruntowaniem reputacji występów na żywo zespołu, graniem większej ilości koncertów w wielu miastach w wielu krajach i ogólnie szerzeniem swojej muzyki oraz spotykaniem się z ludźmi którym się ona podoba. Więc sądzę że tak będzie wyglądać przez jakiś czas życie Tima, Richa i Toma. Trasa.

Po powrocie do autokaru nikt nie chciał się położyć. Korki od butelek fruwały w powietrzu kiedy przedzieraliśmy się przez trunki. Zatrzymaliśmy się na chwilę w hotelu żeby wziąć prysznic. Tym razem poszedłem ostatni a jak tylko się oporządziłem, około 1:30 w nocy opuściliśmy Philly.

Teraz siedzę na moim stałym miejscu. Colin jest naprzeciwko starając się namówić wszystkich na pójście do łóżka ale to nie działa. Tom, Iain i Greg siedzą obok mnie na sofie. Greg rozwalił się z uśmiechem na ustach, Iain po prostu się śmieje a Tom mówi tak szybko, że nie nadążam.

Tim właśnie znów się pojawiłby dołączyć do nas na drinka. Jakieś pół godziny temu Iain wyciągnął butelkę rumu, której zawartość właśnie wypala dziurę w moim żołądku, w którym jest jedynie pozostałość sałatki z kurczaka jako zagrycha do trunków.

Myślę, że można powiedzieć iż z biegiem czasu stajemy się coraz gorsi. Nie mam pojęcia która jest godzina. Faktycznie, napisanie tego zdania zajęło mi jakieś 45 minut. Od wieków nie spałem ale sądzę, że zdolności Iaina do nalewania jeszcze kropelki, przynoszą zamierzony efekt.

Mam zamiar teraz wyłączyć ten komputer, nalać sobie jeszcze jednego a pewnie za chwilę wszyscy odpłyniemy w stronę czegoś w stylu głębokiego snu.

Dobranoc.

(*) źle leżący szary dres, bieganie i boksowanie martwej krowy to wszystko aluzje do filmu Rocky

Środa 23 czerwca 2004

Kiedy się obudziłem staliśmy pod miejscem koncertu. Kac... The Paradise Club. Iain zaskoczył sam siebie tym, że przypomniał sobie jak grał tutaj ze swoim dawnym zespołem APB gdzieś tam w latach 80-tych. Natychmiast tuż obok namierzyłem McDonaldsa i musiałem zapanować nad sobą. To był kolejny gorący, słoneczny dzień a za chwilę mieliśmy mieć występ w sklepie.

Kiedy tylko wszyscy otrząsnęli się ze snu, wskoczyliśmy do vana i zostaliśmy zawiezieni do Newbury Comics gdzie miał mieć miejsce dzisiejszy występ. Muszę przyznać, że jak tylko wysiadłem z samochodu od razu poszedłem do Dunkin’ Doughnuts gdzie wtrząchnąłem pół tuzina pączków i bagel z twarożkiem. Spieszę dodać, że musiałem się pozbierać...

Na zewnątrz natknąłem się na Grega. Nagadał mi między jednym łykiem kawy a drugim, po czym przespacerowaliśmy się z powrotem do sklepu z komiksami. Newbury Comics jest całkiem fajne. Sprzedają tam płyty, komiksy, ciuchy i zabawki. Tom wybrał sobie pudełko na śniadanie z Goonies, Tim jakieś płyty, Adam i ja ultra odlotowe ciemne okulary dla kierowców ciężarówek a ja do tego wybrałem parę naszywek, z których najlepszy był znaczek z napisem KOCHAM MOTLEY CRUE. Chad wybrał odjazdowe nowe CD z remiksami i ulepszonymi wersjami demo piosenek zespołu o nazwie Hollywood Rose, który, jeśli lubicie nosić fryzury jak metalowcy, to będziecie wiedzieć, był pierwowzorem i wywodzi się z niego połowa późniejszych członków Gun’s N Roses... W każdym razie sprytnie wrzuciłem to zaraz na mojego ipoda...

Sesja wypadła świetnie, naprawdę bardzo intymnie i przyjemnie. CP-70, z którego korzystaliśmy, było wypożyczone i nieużywane od dziesięciu lat. Pod koniec Bedshaped zerwała się struna w pianinie sprawiając, że zaczęło ono wyć i turlać się z bólu, aż w końcu padło. Tom odśpiewał ostatnie linijki accapella. Właściwie brzmiało to całkiem odlotowo, taki trochę czadowy punk-rockowy moment. Publiczność była zachwycona i niemal wszyscy ustawili się w kolejkę po autografy.

Po sesji zespół, Adam i ja uprowadziliśmy naszego kierowcę i zmusiliśmy go by nas przewiózł po mieście. Pierwszym przystankiem było centrum handlowe, gdzie Tim wskoczył do salonu Apple. Można zagwarantować, że w każdym mieście, na każdej trasie koncertowej Tim w pewnym momencie w ciągu dnia pojawi się w sklepie Apple. Poszedłem z Tomem do Sarbucksa. Adam został na zewnątrz kupując zegarki cyfrowe po 5 dolców. Weszliśmy z Tomem do sklepu z butami, w którym Tom został bardzo łatwo pozbawiony części swojej gotówki przez asystenta sklepowego a potem obaj namierzyliśmy Adama w sklepie typu Dixon’s. (*)

Tom zaczął się strasznie podniecać w otoczeniu tych wszystkich urządzeń a jego oczekiwania zostały zaspokojone, gdy natrafił na przyrząd do samodzielnego mierzenia ciśnienia. Założył to, a ja z rozbawieniem patrzyłem jak pasek powoli zaciska się na jego ramieniu...

„Ile to musi przekroczyć??? Nie... coś jest nie tak... Zaraz... Au, robi się coraz ciaśniejsze... Nie... Och... co jeśli – Zaraz... PONAD CO??? Nie chwila... czy ja nie żyję?”

Twarz mu się ściągnęła jak zobaczył migający na wyświetlaczu komunikat BŁĄD. Adam gruchnął śmiechem:

„Hej Tommy, to by się zgadzało...”

Z centrum handlowego nasz kierowca zabrał nas do sklepu ze stylowymi ciuchami, gdzie spędziliśmy godzinę. Niektóre z tych rzeczy pochodziły z epoki ale Tim zauważył, że większość z tego co sprzedawano, to były nowe rzeczy zrobione tak żeby wyglądały na stare.

„Zgadzam się” – powiedziałem – „Wszystko jest w rozmiarze XL. Ludzie nie byli tacy wielcy w latach 70-tych.”

Najlepszego zakupu dokonał Tom, który sprawił sobie koszulkę ze zdjęciem Stevie’go z Family Guy z podpisem u dołu ZWYCIĘZTWO BĘDZIE MOJE!

Ze sklepu kierowca podrzucił nas z powrotem na miejsce koncertu. Wszystko było gotowe do próby, którą zespół przykładnie odbył.

W oczekiwaniu na występ siedziałem z Gregiem i Jenny, która sprzedaje w trasie koncertowej rzeczy reklamowe zespołu Aveo. Biedna Jenny. Jej sznury światełek, które sprawiają, że jej stoisko jest absolutnym zjawiskiem na tej trasie, tego wieczoru wyzionęły ducha. Bezskutecznie staraliśmy się zrobić im reanimację, manipulując żaróweczkami w niezwykle melancholijnym stylu. Przygnębiony z powodu braku oświetlenia zamówiłem dla siebie i Grega po pizzy i sałatkę dla Jenny na obiad. Zanim przyjechały – półtorej godziny później – byliśmy już wpół martwi.

Oglądałem występ Aveo, który brzmiał świetnie. Gorąco polecam ich płytę Battery. Jest na niej piosenka Hypochondria Is Spreading. Klasyczny kawałek indie. Po ich występie wpadłem na kumpla z LA, który był akurat przez lato w tym mieście, więc przez chwilę pogadaliśmy zanim nie poszedłem trochę popracować w autokarze. Spotkaliśmy się później by zobaczyć występ Keane.

Do czasu jak Keane mieli wyjść na scenę, sala była właściwie pełna. Zespół dał z siebie wszystko a publiczność odpowiednio na to zareagowała. Naprawdę dali czadu przy Bend and Break. Rich złamał pałeczkę rozpryskując jej kawałki po scenie. Skończył występ z połową pałki w prawdziwie punk-rockowym stylu. Hmm... Dzisiaj Keane pokazują, że są punk rockowi. Tom wyglądał jakby miał w pewnym momencie wskoczyć w publikę. Później Chat słusznie zauważył, że gdyby Tom dał nura ze sceny w trakcie Allemande to byłoby niesamowite punk rockowe posunięcie. Nigdy nic nie wiadomo... Wraz z ostatnimi akordami Bedshaped budynek ogarnęło szaleństwo.

Po załadowaniu sprzętu zespół zdecydował się wrócić do hotelu żeby wziąć prysznic, a reszta z nas została w pobliskim barze, korzystając z pliku talonów na darmowe drinki, jakie od kogoś wydębił Iain. W barze była niezła zabawa. Wszyscy w środku, głównie dziewczyny, pokryci byli tatuażami, miękki pornosek leciał z telewizora nad naszymi głowami, co było trochę dziwne, a DJ przerzucał się od metalowych balladek z lat 80-tych, po Britpop z lat 90-tych i punk z lat 70-tych. Wreszcie zapukał do nas Colin więc musieliśmy się zebrać z powrotem do autokaru, Iain oczywiście na końcu i z ociąganiem. Stałem pod autokarem gadając przez telefon, kiedy nadjechała taksówka i wysiadł zespół czyściutko odpicowany.

Po wejściu do autokaru ochłodziliśmy się kilkoma drinkami, gadając o nadchodzącym występie w Glastonbury. Tom poinformował nas, że tam już siecze deszcz... (*)

Powoli wszyscy ulotnili się do łóżek. Kiedy się obudzimy, będziemy w Nowym Yorku a to będzie ostatni dzień tej trasy...

(*) Dixon’s - Jeśli mnie pamięć nie myli to sieć sklepów z RTV / AGD
Festiwal Glastonbury słynie z tego, że tam przynajmniej jednego dnia leje (w 2005 roku zalało doszczętnie część kampingu tak, że namioty były w wodzie po czubki dachów a ludzie poruszali się na pontonach)

Czwartek 24 czerwca 2004

Zgodnie z przewidywaniami obudziliśmy się w Nowym Yorku. Wyszykowaliśmy się i wyszliśmy. Dzień był dość napięty. Rano zespół wystąpił na żywo i udzielił dwóch wywiadów w radio. Żeby tego dokonać musieliśmy przedzierać się vanem przez Manhattan patrząc na mijane miasto, przygnębieni że nie możemy wysiąść i się nim nacieszyć, a z drugiej strony zadowoleni że w ogóle tam jesteśmy.

Na jeden z wywiadów pojechaliśmy do Bronxu a potem siedzieliśmy w słońcu jedząc spaghetti. Drugi wywiad był na Wyspie Manhattan. Mieliśmy przed tym całe pół godziny wolnego. Tom postanowił wskoczyć w taksówkę i pojechać na miejsce występu, żeby się trochę zdrzemnąć. Rich i Tim poszli poszwędać się po sklepach muzycznych. Ja zajrzałem do Tower Records na Times Square. Jak wszedłem grali Untitled 1 co wywołało uśmiech na mojej twarzy.

Wraz z nadejściem wieczoru udaliśmy się na miejsce koncertu na próbę. The Knitting Factory jest fajne, ale ma najmniejszą scenę jaką kiedykolwiek widziałem. Zespół miał jeszcze występ w sklepie, który zdecydowałem się opuścić, by skorzystać z tego, że autokar jest pusty i spakować rzeczy przed jutrzejszym wylotem. Kiedy wrócili opowiedzieli mi, że występ wypadł bardzo dobrze. Wybraliśmy się w kilku do Soho na obiad. Wiedząc, że mamy przed sobą wiele godzin podróży, poszedłem na całość i zjadłem stek. Wszyscy wskoczyliśmy w taksówki, żeby zdążyć na czas na występ.

Wzrastał nastrój oczekiwania na występ. W sali roiło się od ludzi, część stała na ulicy upierając się, że są wpisani na listy gości, starając się w ten sposób dostać do środka. W moich oczach atmosfera momentami zbliżała się do granic histerii. Nie mogłem się ruszać ze względu na ścisk wokół mnie, więc wszelkie plany filmowania czy fotografowania koncertu spaliły na panewce i zdecydowałem, że w odpowiednim stylu obejrzę ostatni występ na tej trasie. Stojąc z tyłu, z drinkiem w dłoni, patrząc jak zespół gra i po prostu ciesząc się tym.

Keane rzucili wszystkich na kolana. Zagrali przepięknie, zmieniając tłum w rozkrzyczaną, rozśpiewaną masę poruszających się w górze ramion. Występ naprawdę był ukoronowaniem trasy, niesamowity zestaw piosenek zagrany przed zwariowanymi Nowojorczykami. Pojawił się nawet jeden z muzycznych bohaterów Tima – Ron Sexmith. Tim był tym szczerze zdumiony. Ta noc w każdym calu była świętowaniem. Całkowity triumf i zwycięstwo.

Patrząc dzisiaj na headbanging Tima przy pianinie, niezmąconą radość jakiej poddaje się Rich w trakcie każdego koncertu oraz na Toma wyglądającego momentami jakby kompletnie zatracił się w swoim występie a potem rzucającego dowcipami pomiędzy piosenkami, kiedy twarz rozjaśnia mu się tym jego niekontrolowanym uśmiechem, popadłem w chwilową zadumę. Wspominając ten szalony miesiąc aż trudno uwierzyć, że udało nam się wszystko zmieścić czasie, z czego większość, mam nadzieję, uchwyciłem dla tych z was, którym chciało się o tym czytać w niniejszym dzienniku. Wydaje się, że przylot tutaj, leżenie na podłodze z miską kalmarów i oglądanie Keane w programie Jimmy’ego Kimmela, działo się w innym życiu.

Po koncercie było już tylko gorączkowe świętowanie. Przez długi czas kręciliśmy się w barze. Milion osób przyszło powiedzieć zespołowi „cześć” i „do widzenia”. Z każdym wypiliśmy parę drinków i spędziliśmy trochę czasu. Pożegnaliśmy się z Aveo i Matt Pond PA, wyrwaliśmy masę kartek papieru zapisując i wymieniając się z nimi adresami mailowymi. Uściskaliśmy się na pożegnanie, mając nadzieję, że nasze drogi jeszcze kiedyś się przetną.

Wreszcie wszystko dobiegło końca. Autokar był zapakowany. My byliśmy spakowani. Sala i ulica ciche i puste. Druga w nocy. Musimy być na nogach za dwie i pół godziny do kontroli. Siedzimy wszyscy w autokarze. Każdy wygląda na szczęśliwego, choć wykończonego. Teraz ściskając piwa w dłoniach, nie wiadomo właściwie, co powiedzieć, czy świętować koniec trasy, czy rozmawiać o Glastonbury czy w przypadku wszystkich pozostałych, o czekających ich niekończących się dalszych trasach. Jestem zbyt wycieńczony by dalej pisać, więc trochę posiedzę z innymi i zakończę tę trasę tak, jak tego zawsze pragnąłem – otoczony przyjaciółmi, z piwem w dłoni w autokarze oświetlonym migającymi za oknami neonami Nowego Jorku, gdy opuszczamy miasto a za chwilę również ten kraj.

Piątek 25 czerwca 2004

Jestem w domu. Złapaliśmy nasz lot bez problemów. Na lotnisku spotkały nas kłopoty nie do opisania z powodu naszego ciężkiego bagażu, które jednak Colin opanował w swoim luzackim stylu.

„Nie wiem, jak on to robi” – stwierdził Tim

Lot był w porządku. Siedziałem trochę jak zombie. Obojętny na pokładowe rozrywki, słuchałem mojego ipoda dopóki nie padła bateria a samolot zaczął kołować. Wokoło mnie cała Ekipa Keane nałożyła takie gogle z materiału, które wkłada się na oczy, jeśli się chce odciąć dopływ światła gdy się jest w jakimś stadium niepełnej świadomości. Już na ziemi tymczasowe pożegnanie. Wszyscy pozostali jadą od razu nowym autokarem dziś wieczorem do Glastonbury. Colin wybiera się do domu, podobnie jak ja, mam zamiar wkraść się na krótką wizytę do moich staruszków. Z rana pojadę na festiwal.

Uściskałem wszystkich na pożegnanie i wytaszczyłem moją walizkę z autokaru.

Siedząc tutaj czuję się tak samo jak ostatnim razem, kiedy zszedłem z trasy Keane. Wycieńczony, ale podekscytowany tym, co nas dalej w życiu czeka. Spoglądając przez okno na ogród, mam uczucie jakby mijający miesiąc nigdy się nie zdarzył, ale ból w kościach mówi mi, że jednak to się stało. To dziwne uczucie, ale ten dziennik jeszcze nie całkiem dobiegł końca. Jutro Glastonbury a potem może chwila odpoczynku.

Sobota 26 czerwca 2004

O rany... od czego zacząć...dobra.

Dotarcie do Glastonbury zajęło mi 5 godzin z powodu nienormalnej ilości robót drogowych na całej trasie z Londynu. Zbliżając się na miejsce słuchałem jak zespół występował w Radio 1. Chaotycznie poszukiwałem miejsca do zaparkowania a jak wreszcie znalazłem, powiedziano mi, że to kosztuje 5 funtów. Zajrzałem do portfela, gdzie miałem 300 dolarów i 4,30 funta. Nastąpił dość napięty moment gdy powiedziano mi, że mam pojechać z powrotem do Shepton Mallet i wyjąć pieniądze z bankomatu... Przez głupie 70 pensów. Wreszcie mnie wpuścili i wysiadłem z samochodu. Natychmiast pożałowałem, że nie mam na sobie jakichś porządnych buciorów, bo moje nowiutkie tenisówki ugrzęzły w błocie. Zanim przeszedłem przez teren, tu odbierając srebrną bransoletkę, tam pomarańczową (*) byłem uwalany błockiem i kompletnie przemoczony. Festiwal rozciągał się wokół mnie. Ogromy i żywy. To robiło wrażenie.

Znalazłem zespół przy autokarze. Okrzyki powitania ze wszystkich stron. Narastało napięcie. Zespół przyznał, że są podenerwowani swoim debiutem na Glastonbury. Wszyscy żartowaliśmy, że zdrowa odrobina nerwów jest dobrą rzeczą. Właściwie to jedynie Tom to okazywał, chociaż trema Toma to zabawna sprawa...

Jej objawy to niemożność usiedzenia przez chwilę spokojnie, histeryczny śmiech, dzikie spojrzenie, potem opadnięcie na siedzenie i zaśnięcie, zerwanie się z miejsca, rzucanie dowcipami, wyjście z autokaru, wejście do autokaru, uśmiech, poważna mina, uśmiech, poważna mina, uśmiech, poważna mina. Śmiech, jakieś „O BOŻE...” Dziwny skowyt albo przytłumiony okrzyk, trochę wydurniania się, westchnienie a wraz ze zbliżaniem się pory występu, zdawało się, że ogarnia go poczucie spokoju i koncentracji – tak jak się zawsze dzieje. Rich jak zwykle był chodzącą radością, cały w uśmiechach a Tim zaniepokojony, ale dzielnie to znoszący, albo przynajmniej starający się to znieść. Świetnie było spotkać się znów z resztą ekipy. Zamieniliśmy palące słońce i ciemne okulary na gęsią skórkę w grzęzawisku śmierdzącego błocka.

Greg i ja przespacerowaliśmy się do Drugiej Sceny, żeby się rozejrzeć. Wpadliśmy na Geoffa, który przygotowywał zestaw komputerowy Tima. Przed koncertem Simple Kid, który występował zanim Keane wyszli na scenę, jedynie jakieś kilkaset osób plątało się pod sceną a podczas jego koncertu (swoją drogą świetnego) publiczność znacznie się powiększyła. Nie wiedzieliśmy, czego oczekiwać i jak wiele osób chciałoby zobaczyć Keane zwłaszcza w tym deszczu. Wzruszyliśmy ramionami i powlekliśmy się z powrotem do autokaru.

Gdy zbliżała się pora występu zespół przeniósł się z autokaru do przebieralni, żeby się przygotować. Rich rozgrzewał się mechanicznie, uderzając pałeczkami o stół w przebieralni. Tim, co dla niego charakterystyczne, siedział z boku, wyglądając jakby był miliony mil stąd i przeglądał gazetę, a Tom unosił dach przebieralni swoimi wokalnymi rozgrzewkami. Bliżej występu, wszyscy wstali i każdy krążył nerwowo pogrążony we własnym świecie, pragnąc by już było po wszystkim. Chcąc dać im trochę swobody, życzyłem im powodzenia i poszedłem na scenę. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Pomimo deszczu i zachmurzonego nieba, morze ludzi a kolejne setki napływały ze wszystkich kierunków. Dla mnie, z mojej perspektywy to wyglądało niesamowicie. Nastrój oczekiwania unosił się nad sceną i od strony festiwalowej publiczności. Odwróciłem się i zobaczyłem Toma zerkające zza kurtyny. Oczy niemal wychodziły mu z orbit.

O ile wiem, reszta jest historią. Keane wyszli na scenę niczym opętani. Publika oszalała. Potem pojawiło się wiele spekulacji na temat ile osób przyszło zobaczyć występ. Wiem tylko, że dali idealny koncert przed morzem ludzi, które zdawało się rozciągać na całej przestrzeni aż do namiotów i sklepików. Atmosfera od strony publiczności była oszałamiająca. Kiedy latałem po scenie robiąc zdjęcia, czułem w środku dygotanie.

Pod koniec pierwszej piosenki Tom rozłożył ramiona i krzyknął „GLASTONBURY!!!” a ja o mało nie wywaliłem się jak usłyszałem okrzyk publiki w odpowiedzi. Kiedy zespół grał Snowed Under a Tom zaśpiewał „I open my eyes and it’s a lovely day...” (Otwieram oczy a to jest cudowny dzień) słońce wyszło zza chmur i jego promienie spłynęły na wszystkich. Legendarny moment. Zdawało się, że wszystkich ogarnęło szaleństwo, ręce wzniesione nad głowami, klaszczące do piosenek. W pewnym momencie podczas SOWK, gdy kucałem z boku sceny, spojrzałem na publikę a tam wszyscy śpiewali. Co za powrót do domu, pomyślałem. Byłem oszołomiony i niesamowicie szczęśliwy. Pomijając niekończące się podróże, kiepskie żarcie w trasie i ciężką pracę, wiedziałem że właśnie o to tutaj chodzi. Keane dają z siebie wszystko a publiczność, czy to złożona z 20 czy 20 000 ludzi śpiewa z zespołem, świetnie się bawi, ma rozrywkę, jest szczęśliwa. Gdy zabrzmiały ostatnie nuty Bedshaped, tłum pożegnał Keane ogromnym aplauzem. Występ był niepodważalnym sukcesem.

Zaraz po tym zostałem zasypany wiadomościami. Najpierw dostałem sms-a od swojego taty, który informował, że obejrzał w telewizji debiut Keane na Glastonbury i ogromnie mu się podobało. Nie wiem, co bardziej mnie zażyło – czy to, że koncert był takim sukcesem, czy też fakt, że mój ojciec wreszcie nauczył się jak wysyłać sms-y. Najwyraźniej był to taki dzień, kiedy pewne rzeczy dzieją się po raz pierwszy.

Po koncercie był szczególny, pełen emocji i świętowania czas dla zespołu, przyjaciół i znajomych. Nie do mnie należy próba opisu czy podsumowania tego, co myśleli czy czuli pozostali. Mogę jedynie powiedzieć, że wszyscy byli niezwykle przejęci a zespół szczęśliwy oraz w siódmym niebie, że tak wiele osób chciało przyjść na ich występ, poświęcić czas na zobaczenie i wysłuchanie ich.

Świętowanie trwało. Potem nastąpiły wywiady a zanim wszyscy się porozchodzili, ja pożegnałem się. Mam masę zaległej pracy, więc muszę opuścić resztę festiwalu. Praca nad projektem okładki do Bedshaped i tego typu rzeczy... Była masa uścisków i pożegnań, rozmowy o spotkaniu w przyszłym tygodniu, w jeden z niewielu wolnych dni, jakie zespół będzie miał zanim nie ruszy w objazd festiwali. Myślę, że czuło się, że to koniec trasy. Smutno mi było odchodzić.

Kiedy myślę o Colinie widzę obraz wiecznego spokoju. Rozwiązywał problemy zanim miały szansę się pojawić. Wyraz jego twarzy, kiedy zdał sobie sprawę, że został uwięziony w autokarze z objazdowym cyrkiem szympansów. Nasze wieczne zgrywy z jego hybrydowego szkocko-amerykańskiego akcentu i radosne obserwowanie go, kiedy odgryzał się najlepiej jak potrafił w odpowiedzi na naigrywania.

Iain siedzący w autokarze i bez końca otwierający, czym tylko miał pod ręką, butelki z Coroną. Zawsze ostatni na zbiórkę w autokarze. Uwielbiany przez wszystkich. Zabawna chwila każdego ranka, kiedy Iain wytaczał się na front autokaru, oczy zaciśnięte przed rażącym światłem, włosy jak strach na wróble, oświadczając, że czas na śniadanie, będzie się ciągle powtarzać, podczas gdy on nadal sprawia, że Keane każdego wieczoru brzmią świetnie na żywo, kępka farbowanych na blond włosów podskakująca za konsolą dźwiękową.

Następnie Greg, który niestety będzie nas opuszczał, bo wraca wkrótce do Nowej Zelandii. Przyjmował wszystko na swój sposób, będąc spoiwem dla całej trasy poprzez swój lwi udział w ciężkiej pracy od upewnienia się, że wszystkie graty zostały wyładowane a potem z powrotem zapakowane do autokaru, niezależnie od tego czy były dostępne podnośniki sceniczne czy nie, po entuzjastyczną sprzedaż koszulek i płyt w trakcie występów i desperackie próby zmuszenia nas do zdrowego odżywiania, żebyśmy nie popadali na twarze w połowie trasy...

Geoff był zawsze otoczony komputerami łącząc kawałki przewodów i bóg jeden wie czego jeszcze, na nowe sposoby sprawiając aby występy Keane na żywo przebiegały gładko, przejęty tym by upewnić się, że żaden z gadżetów Tima nigdy go nie zawiedzie na scenie. Kiedy się odwróciłeś, zanim zdążyłeś mrugnąć okiem, on już się dobierał do twojego G4 (*). Jak się znów odwróciło, można go było znaleźć obsesyjnie kupującego magnesy na lodówkę w każdym mieście jakie odwiedziliśmy.

No i wreszcie jest zespół, dopiero na początku wielkiej serii tras koncertowych i podróży. Tom prawie narkoleptyczny jeśli chodzi o możliwość zasypiania na żądanie w każdym wybranym miejscu, z szaleńczym zachwytem przyjmujący wszystko, co się wokół niego działo. Tim, czasami kryjący się i pracujący nad nowymi piosenkami to znowu rozkładający wszystkich swoim miażdżąco cierpkim poczuciem humoru, udający Golluma czy Stevi’ego z Family Guy kiedy znużenie dawało o sobie znać, no i Rich, fanatycznie grający w Halo na swoim komputerze, albo znowu on i ja bez przerwy zgrywający się z siebie nawzajem a potem razem wymykający się z autokaru, kiedy tylko mogliśmy, by usiąść w kafejce i paplać.

Myślę, że czas bym się odmeldował! Przepraszam, że nie byłem w stanie zamieszczać fotek na bieżąco – czas i problemy techniczne zrobiły z tego koszmar, więc zdecydowałem się zebrać wszystko tutaj i możliwie jak najszybciej stworzyć dla was wszystkich galerię.

Ta trasa koncertowa pod każdym względem była sukcesem dla nas wszystkich. Przejechaliśmy przez Amerykę i mieliśmy kilka przygód po drodze. Spotkaliśmy paru wspaniałych ludzi, ciężko pracowaliśmy ale mieliśmy też mnóstwo radochy. Reakcja na występach przez cały czas przechodziła nasze wyobrażenia i wiem, że zespół jest niezwykle podekscytowany na myśl o powrocie tutaj we wrześniu. Ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy przyszli na występy i wspierali nas przez całą drogę.

Wszystkim z was, którzy poświęcili czas żeby przeczytać moje wywody o tym, jak wygląda trasa z Keane, dziękuję, mam nadzieję, że dostarczyło to wam rozrywki!

Dobra, to by było na tyle. Teraz znikam, ale jeszcze o mnie usłyszycie…

Do zobaczenia.

Alex Lake
Czerwiec 2004

(*) Na większości festiwali bilety wymienia się przy wejściu na zaciskane wokół nadgarstka plastikowe bransoletki, w różnych kolorach w zależności czy osoba jest na jeden, dwa, czy trzy dni. Artyści i ekipy również noszą bransoletki w jeszcze innych kolorach uprawniające do poruszania się za kulisami.
G4 – typ powerbooka
Hosted by www.Geocities.ws

1