
Tłumaczenie: rara avis
Piątek 7 października 2005
Nowy York.
Witam wszystkich. Przyjechałem do Nowego Yorku w piątek wieczorem. Lot był luksusowy z mnóstwem wolnego miejsca, ponieważ na pokładzie było tylko jakieś sto pięćdziesiąt osób, z których jedną okazała się Heidi, właścicielka Helioscentric Studios, gdzie zespół nagrał Hopes and Fears. To nie był zupełny przypadek – leciała zobaczyć jeden z koncertów. Wpadliśmy na siebie w hali odlotów i spędziliśmy kolejne siedem godzin na wysokości 35 000 stóp gadając o tym, co się u nas działo przez te kilka ostatnich miesięcy. Przerzucając informator o rozrywkach pokładowych zdałem sobie sprawę, że mój mózg nie zniesie niczego zbyt wymagającego, więc zdecydowałem się obejrzeć Wojnę Światów (blee), the Descent (okropności) oraz the League of Gentelmen’s Apocalypse. Przy tym ostatnim konałem ze śmiechu.
Słuchałem Rufusa Wainwrighta i Kate Bush na moim ipodzie dopóki bateria nie wyzionęła ducha. Jak się okazało Heidi jest uzależniona od Tetris ale ja wolałem się trzymać od tego z daleka, bo wiem że skończyłoby się na płaczu i obolałych kciukach...
Na lotnisku wskoczyliśmy do taksówki, która zabrała nas na Manhattan. Pogoda była do dupy i dotarcie do centrum zajęło nam kilka godzin. Deszcz, deszcz, deszcz. Heidi musiała smyknąć, żeby zdążyć na występ, który jak wszystko na to wskazuje, był czadowy. Nie poszedłem, bo musiałem babrać się z moim nowym powerbookiem, który kupiłem na dzień przed tym, jak na początku tego tygodnia upuściłem swojego starego (i bardzo kochanego) powerbooka. Patrzyłem nie mogąc nic na to poradzić, niczym w filmie puszczonym w zwolnionym tempie, jak rozpadł się na pięć części z chwilą gdy uderzył o podłogę – spieszę jednak dodać, że zanim tak się stało zarchiwizowałem moją pracę związaną z najnowszym DVD zespołu, więc to nie była kompletna katastrofa... Z całym szacunkiem dla Apple, powerbook działał na tyle długo, że zdołałem przekopiować wszystkie moje e-maile zanim wyzionął ducha. Chlip chlip... Na koniec udało mi się spotkać ze znajomymi a potem trochę się przespać, pierwszy raz od dłuższego czasu, co pewnie nie jest najbardziej rock n rollowym sposobem spędzania piątkowego wieczoru w Nowym Yorku, ale mi się podobało. Jutro dołączam do zespołu.
Sobota 8 października 2005
Nowy York.
Wstałem wcześnie i wyczłapałem w deszcz. Poczłapałem z powrotem po parasolkę. Z powrotem wyczłapałem na zewnątrz i otworzyłem parasol. Zostałem wyśmiany przez grupkę dzieciaków, kiedy parasol gwałtownie otworzył się, oderwał od rączki i odfrunął wzdłuż ulicy. Zaskoczyło mnie to, że już kiedyś coś takiego mi się przytrafiło... Kiedy zdałem sobie sprawę, że zdążyłem przemoknąć do kości, powlokłem się w poszukiwaniu śniadania i zespołu. Śniadanie znalazłem w barze z burgerami na Broadway (czytałem Fast Food Nation ale naprawdę nie mogę się oprzeć) a zespół w studiu nagraniowym w centrum.
W ostatnim roku, ze względu na moje rozbijanie się między Londynem a Nowym Yorkiem oraz ciągłymi trasami koncertowymi zespołu, nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, więc naprawdę fajnie było usiąść i pogadać, co słychać. Wszyscy mieli się dobrze, podekscytowani występami i szczęśliwi, że znów są w Nowym Yorku. Zespół grywał ostatnio na swoich koncertach piosenkę zatytułowaną Try Again i to właśnie nad nią dzisiaj pracowali. Piosenka jest piękna i jak zawsze naprawdę fajnie było siedzieć i obserwować ich pracę nad tym oraz pomysły jakie instrumenty i w którym miejscu powinny być użyte. Andy, który był producentem Hopes and Fears, siedział za konsolą a większość popołudnia zeszła na nagrywanie wokali Toma podczas gdy Tim intensywnie przysłuchiwał się różnym wersjom.
Rich pierwszy opuścił studio wyruszając z misją przejścia się po sklepach i pójścia na późny lunch, ja natomiast siedziałem na dole z Adamem (menadżerem Keane) i oglądałem kawałki nagrań z niewydanego jeszcze DVD. Więcej o tym innym razem, wystarczy tylko że powiem iż jak to zobaczycie nie będziecie rozczarowani...
Później po południu również i ja wyszedłem na herbatę oraz, pomimo deszczu, spacer po Soho przed występem. Nadszedł wieczór a deszcz ciągle siekł, więc wskoczyłem do taryfy. Jak się okazało na taki pomysł wpadła reszta Nowego Yorku, więc przejazd wzdłuż dwudziestu bloków do Madison Square Garden zajął prawie godzinę. Taksówka była trochę rozklekotana i nie mogłem podkręcić okna więc w rezultacie deszcz padał do środka a na wycieraczce pod nogami zebrały się jakieś cztery cale wody. Chociaż nie wpatrywałem się specjalnie pod nogi. Cóż, to była nowojorska taksówka...
Jak tylko udało mi się wymanewrować pomiędzy niezliczonymi rzędami ochroniarzy w The Garden, znalazłem zespół w przebieralni na jakieś półtorej godziny przed występem. Na zewnątrz stał legendarny menadżer trasy Colin więc spędziłem z nim trochę czasu, kiedy pokazywał mi salę koncertową. Następnie wpadłem na Scotta, który jest technicznym Richa, na Goeffa, który robi dla zespołu programowanie i dba o podkłady dźwiękowe oraz na Roba, który zajmuje się światłami, Kyle’a który sprzedaje rzeczy reklamowe, Ant-a który ustawia i dba o sprzęt dźwiękowy Iaina, na Alistaira, który zajmuje się odsłuchem i Dermont-a – menadżera produkcji. Wszyscy byli dość zajęci przygotowaniami do występu a w samym środku tego zorganizowanego chaosu Tim i Tom robili rozgrzewki na keyboardzie stojącym w kącie przebieralni. Przyjechał Adam z kilkoma szokująco badziewnymi lampkami na stolik, które kupił żeby poprawić atmosferę w sterylnej, oświetlonej jarzeniówkami przebieralni. Całkiem nieźle się sprawdziły.
Czas przed koncertem upłynął w świetnej atmosferze. W pewnym momencie Steve Coogan i Rob Brydon wpadli do przebieralni, żeby przywitać się z zespołem, również Huey, wokalista z zespołu Fun Lovin’ Criminals, siedział z nami za kulisami.
Wkrótce nadszedł czas, żeby zespół wyszedł na scenę a ja stałem w tłumie i oglądałem występ. Od kilku miesięcy nie widziałem zespołu na żywo, więc naprawdę sprawiło mi to radochę zwłaszcza wysłuchanie mojej najnowszej ulubionej piosenki Try Again. Madison Square Garden to jest sala nad sale a zespół był autentycznie zachwycony mając możliwość grania przed koncertem U2 i brzmieli olśniewająco. Po występie relaksowaliśmy się przez jakiś czas w przebieralni. Wpadli the Edge i Larry z U2 żeby pogadać z zespołem. Wreszcie udało mi się dorwać Iaina, inżyniera dźwięku przy występach na żywo zespołu, więc zostało skonsumowane kilka piw.
Cieszyliśmy się na występ U2, który w większości oglądałem w towarzystwie Richa. Oglądaliśmy to stojąc w publiczności, co jakiś czas latając do przebieralni by uzupełnić drinki. U2 byli niesamowici a ich oświetlenie sceniczne mogłoby z łatwością zrobić iluminację połowy Manhattanu. Ta kobieta, która stara się w telewizji przekonać ludzi, żeby używali energooszczędnych żarówek i nie zostawiali na noc telewizorów włączonych na czuwanie, z pewnością by dostała palpitacji.
Kilka osób zostało na imprezie po koncercie. Jeszcze później zespół był zaproszony przez U2 do ich hotelu na kilka drinków. Ja też tam poszedłem i to był naprawdę cudowny wieczór. Było coś niecoś do przegryzienia oraz drinki i mogliśmy pogadać z Bono i the Edge-em – w rezultacie wyszliśmy stamtąd gdzieś koło 4 nad ranem. W sumie to była niezwykła noc i prawdziwy zaszczyt, że mogłem tam być. Dopiero w poniedziałek przenoszę się do hotelu gdzie mieszka zespół, więc pożegnaliśmy się na chodniku a potem wskoczyliśmy do taksówek i pojechaliśmy do domku.
Niedziela, 9 października 2005
Nowy York.
Dzisiaj był wolny dzień. Spędziłem go podziwiając sprzęt w salonie Apple oraz walcząc z pokusą kupna kolejnej pary tenisówek... Wieczorem dołączyłem do wszystkich na obiedzie w milutkiej, małej restauracji w pobliżu hotelu. Fajnie było usiąść i pogadać z Timem, wymienić się historiami o tym co się działo przez ostatnie kilka miesięcy. Po posiłku poszliśmy wszyscy do hotelowego baru na kilka drinków. Razem z Timem zamówiliśmy największe Margarity znane ludzkości. Rich i Scott pojawili się po jakimś czasie i też do nas dołączyli. Poprzedniego wieczoru Huey zaprosił nas do baru o nazwie Bungalow Eight, w którym zamierzał jeść obiad więc jak tylko skończyliśmy ze Scottem nasze drinki, postanowiliśmy tam wpaść. Było naprawdę rozrywkowo a Huey jest zabawnym gościem. Wzięliśmy sobie ze Scottem drinki i gadaliśmy.
Poniedziałek, 10 października 2005
Nowy York.
Wstałem zdecydowanie za wcześnie i przespacerowałem się z moimi gratami, żeby zakwaterować się do końca tygodnia w hotelu, w którym mieszka zespół. Kiedy stałem na Broadwayu z szklanką soku pomarańczowego, desperacko starając się strząsnąć z siebie poprzednią noc, dostrzegłem idącego w moim kierunku Toma więc razem przeszliśmy wokół budynku do studia nagraniowego. Dzień był w zasadzie zajęty przez nagrywanie partii perkusji Richa do kilku nowych piosenek. Po porannym spotkaniu zespołu Tom już dłużej nie siedział w studio, natomiast Tim został słuchając postępów w tym co nagrywał Rich.


W pewnym momencie Tim i ja pognaliśmy po lunch do delikatesów po drugiej stronie ulicy, a kiedy wróciliśmy, wpadł na chwilę John Roderick. Zespół Johna, The Long Winters, supportował Keane na tej jesiennej trasie koncertowej, a dla mnie, wielkiego fana Long Winters, spotkanie go było prawdziwą przyjemnością. Trochę pogadaliśmy podczas gdy Rich pracował nad swoimi partiami. Powiedział nam o szybko zbliżającym się momencie kiedy jego zespół wejdzie do studia pracować nad nową płytą. Moim ulubionym albumem Long Winters jest When I Pretend To Fall, naprawdę warto tego posłuchać.
Gdy nadeszło popołudnie opuściłem studio tuż przez Timem i Richem by wskoczyć do taksówki, która zabrała mnie pod Madison Square Garden. Spędziłem trochę czasu z chłopakami z ekipy, wymieniając się historyjkami z poprzedniego wieczoru i ogólnie przygotowując się na ten wieczór. Kulminacyjnym punktem tej części popołudnia było pojawienie się Kyle’a noszącego parę spodni w czarno-czerwone paski, jakie od dawna starał się namierzyć. Kiedy natknął się na taką parę na ebay, był w pełni zadowolony, zwłaszcza że mogły ujść jako para gaci promujących How To Dismatle An Atomic Bomb. Ponad to kupił kilka lichtarzyków pod kadzidełka w kształcie smoków, żeby ustawić w przebieralni. Rock.
Zespół przyjechał koło 6 wieczorem i wszyscy siedzieliśmy w przebieralni zabijając czas jaki pozostał do występu. Usiadłem z nogami w górze, zerkając na to co działo się dookoła. Zabawnie zobaczyć, że dawne relacje nie zmieniły się przez ostatnie miesiące. Tim schował głowę w magazynie, Tom przysiadł tuż za nim, przerzucając kartki magazynu przed jego twarzą, podczas gdy Rich, w przypływie niesłychanego lenistwa, poprosił żebym robił zdjęcie zegara, jaki za nim wisiał, po czym podawał mu aparat, tak żeby mógł zerkać na fotkę, która jest godzina... Popołudnie zmieniło się w wieczór, my cały czas się wygłupialiśmy.

Wkrótce jednak nadszedł czas występu więc przespacerowaliśmy się na salę. Tym razem zrobiłem kilka fotek w czasie występu zespołu. Dzisiaj nadeszło potwierdzenie, że Try Again jest moją nową ulubioną piosenką. Po koncercie wszyscy siedzieliśmy w przebieralni. Dwie największe znane ludzkości pizze przyjechały właśnie kiedy wychodziłem zrobić kilka zdjęć z występu U2. Kiedy się z tym uporałem porzuciłem aparat w przebieralni, złapałem piwo i dołączyłem do Tima z Richem, którzy oglądali koncert na sali. Możliwość przyglądania się występowi U2 to prawdziwa uczta więc wykorzystujemy każdą możliwą szansę, żeby zobaczyć jak najwięcej z każdego koncertu. Podczas występu Bono podziękował Keane za zagranie i ofiarowanie wszystkim swoich pięknych piosenek i melodii. To był naprawdę słodki moment i mogę sobie wyobrazić że Tim, Rich i Tom musieli czuć się niesamowicie słysząc jak Bono to mówi oraz okrzyk z sali jaki nadszedł w odpowiedzi.
Kiedy nadszedł czas, wyszedłem z Timem i Richem i wskoczyliśmy do taksówki z powrotem do hotelu. Chociaż wzywały nas nasze łóżka, Tim i John mieli ochotę na drinka, więc usiedliśmy w hotelowym barze i popijaliśmy. Rich był kompletnie wykończony po całym dniu spędzonym na graniu na perkusji więc powlókł się do łóżka sprawdzając po drodze nowe pęcherze, jakie pojawiły się na jego rękach w ciągu dnia.
Drinki i jedzenie podziałały na nas, więc zdecydowaliśmy się uderzyć w kimono. Mój pokój jest na 14 piętrze dlatego kompletnie opadła mi kopara, jak zobaczyłem widok z okna. Rozciągało się za nim miasto podświetlone i rozmyte na tle zimnego, wilgotnego nieba. Włączyłem telewizor ale zasnąłem zanim zdołałem zmienić kanał.
Wtorek, 11 października 2005
Nowy York
Kolejny dobry dzień w studio. Tego ranka wszyscy byli obecni. Tom nie tracił czasu tylko od razu rzucił w moją stronę tradycyjne wyzwisko zanim w ogóle miałem szansę skierować aparat w jego stronę. Jak się zdaje, rozwinęła się u niego obsesja na punkcie koktajli mlecznych Odwalla, więc siedział na sofie z butelką usadowioną obok niczym stary przyjaciel. Pije zdecydowanie za dużo kawy i po południu można go znaleźć świrującego w tym czy innym kącie studio. Tim i Tom spędzili trochę czasu ćwicząc piosenki na pianinie podczas gdy Rich i Andy odsłuchiwali partii perkusji jakie Rich grał poprzedniego dnia. Do tego czasu Tom rozproszył swoją uwagę z pomocą ekspresu do kawy. Tim siedział sam przy pianinie, gitara basowa zwisająca u szyi, pracując nad liniami basowymi i zmianami tonacji w piosenkach, do których te linie nagrywał.


Dziwnie było widzieć Tima grającego na basie. Piosenka, którą nagrywał to najcięższy kawałek, jaki kiedykolwiek słyszałem w wykonaniu Keane. Kiedy przyjechał Adam, Rich wyszedł na lunch ze znajomym a Tim zajął się nagrywaniem partii basowych. Kiedy wszyscy byli już zadowoleni z brzmienia, Tom zaczął nagrywać swoje wokale. Jak tylko Tom poczuł, że wystarczająco zrobił, Tim wrócił do nagrywania linii basowych i tak mniej więcej spędziliśmy resztę dnia. Wraz z nadejściem wczesnego wieczoru wszyscy się porozchodzili, a że zbliżał się czas spotkania w holu przed dzisiejszym występem, Tim i ja przespacerowaliśmy się przez Soho do hotelu. Było już dość późno, więc miałem jedynie tyle czasu, żeby pójść do swojego pokoju, rzucić aparat na łóżko, wziąć torbę z aparatem z łóżka i zejść na dół do holu, gdzie wpadłem na Richa, który już tam czekał w towarzystwie Toma. Tim wysiadł z windy, więc wszyscy wskoczyliśmy do vana i pojechaliśmy do centrum na miejsce koncertu.
Ponieważ pojechałem vanem prosto do the Garden i od razu dostałem się za kulisy, musiałem manewrować z powrotem po korytarzach do właściwego wejścia, żeby odebrać swoje przepustki, które były mi potrzebne err... żeby dostać się za kulisy. Ochrona w sali koncertowej jest tak ścisła, po prostu istne wariactwo, więc bałem się, że w trakcie próby dotarcia do wyjścia, zostanę złapany bez przepustek i wyrzucony na zewnątrz. Wystarczy dodać, że na ochroniarzu przy recepcji nie zrobiło żadnego wrażenia to, że przeszedłem za jego plecami by zapytać o moje przepustki, na które czekałem, czekałem i czekałem. Próbował mnie zagiąć mówiąc tajemniczo „Kto to są Kane?” Cóż, winda na górę przyjechała jakieś piętnaście minut po tym jak dotarły moje przepustki i wkrótce byłem znów w stosunkowym komforcie przebieralni. Tom siedział przy keyboardzie pracując nad pomysłami na piosenki i pokazując mi środkowy palec, za każdym razem, gdy próbowałem zrobić mu zdjęcie. Najwyraźniej siedzenie w zamkniętym pomieszczeniu dało się nam we znaki, bo rozwaliliśmy się na siedzeniach a ja cyknąłem tonę fotek, podczas gdy Tom robił nieprawdopodobnie kretyńskie miny, raz wołając „LAKE! ODWAL SIĘ Z TYM CHOLERNYM APARATEM” to znowu „LAKE! ZRÓB MI CHRZANIONE ZDJĘCIE!” jak tylko przenosiłem uwagę na kogoś innego. Tim, który siedział w drugim kącie przebieralni, patrzył z niedowierzaniem, jak jego najlepszy przyjaciel nie może przestać się wydurniać. Przynajmniej tak mi się wydawało zanim nie zwróciłem aparatu w jego stronę i zostałem uraczony szokującą, jak prześwietlenie rentgena, demonstracją wdzięków rozkraczonego pianisty. Na pewno nie umieszczę tutaj tych zdjęć. W końcu wszyscy po prostu stękaliśmy i śmialiśmy się z siebie nawzajem a Tim najlepiej to podsumował, kiedy ukrył twarz w dłoniach i jęknął „O Boże! Co my k**** robimy?”

To pewnie przez to siedzenie w zamknięciu. Kiedy masz już tego dosyć zmieniasz się albo w primadonnę albo wersje siebie, kiedy miałeś 12 lat. To drugie z pewnością dotyczy Keane... W każdym razie Tom trzymał teraz skradzione walkie talkie Colina i zabawiał się tym kręcąc pokrętłami oraz ogólnie sprawiając żeby nikt, kto chciałby się połączyć z Colinem, nie był w stanie tego zrobić. Colin zniknął wcześniej, bo narzekał, że jego szkło kontaktowe dostało mu się pod powiekę a Rob próbując je znaleźć, niespodziewanie zaświecił mu swoją latareczką prosto w gałkę oczną. Potykając się poszedł w stronę toalety kompletnie oślepiony.
Siedzieliśmy wszyscy w przebieralni popijając piwka i ogólnie balując. W pewnym momencie wpadł Rufus Wainwright żeby pobyć trochę ze wszystkimi i nagle zdało się, że w przebieralni jest jakieś 30 osób. Musiałem sprawdzić, czy wszystko w porządku z moją głową i czy czasem nie jest już po występie a ja znalazłem się na imprezie po koncercie. W pewnej chwili wyszedłem na zewnątrz a kiedy wracałem wdałem się w sprzeczkę z jakimś ochroniarzem, który w sobotnią noc nie chciał mnie wpuścić za kulisy. Miałem trzy ogromne przepustki przyczepione do piersi a mimo to nie dał mi wejść. Do tego czasu byłem tak zmęczony, że zacząłem się histerycznie śmiać, prawdopodobnie bardziej ku uciesze stada fanów U2 tłoczących wokół mnie, niż swojej własnej. W każdym razie on nic nie kumał, więc musiałem przejść naokoło, na drugą stronę sali, gdzie ochroniarz rozumiał, co znaczy AAA (Access All Areas – wszędzie wstęp wolny)
Na korytarzu zobaczyłem Richa z ogromnym uśmiechem na twarzy. Powiedział mi, że właśnie spędził trochę czasu na scenie z Larry’m (perkusistą U2 jeśli nie wiecie...) i każdy pograł sobie trochę na perkusji drugiego, popaplali o tym, jak to jest być perkusistą. Larry jest perkusyjnym idolem Richa, który, kiedy był dzieciakiem grał do piosenek U2 w swoim pokoju, więc wydaje mi się, że on nie może do końca uwierzyć, że grał na zestawie Larry’ego. Sądzę, że to było dość niezwykłe. Uczciliśmy to piwem.
Kiedy wróciłem do przebieralni był tam tylko Tom. Stał w kącie mamrocząc coś do siebie i wsypując zawartość saszetek z witaminami do butelki Poland Spring (polska woda mineralna). Można stwierdzić, że Tom jest w tym tygodniu przejęty nie tylko tym, żeby dać dobry wokalny występ na koncertach, ale również w ciągu dnia w studio. Ostatnio dość skromnie sobie poczynał, żeby utrzymać głos na jak najlepszym poziomie, to znaczy zero alkoholu i dużo odpoczynku. Jako zupełny kontrast do nowej aury ich wokalisty, Rich i Tim obalają piwa szybciej niż zdążą je dostarczyć do pokoju. Rich wini mnie za sprowadzenie go na złą drogę, ale jestem przekonany, że to wszystko jego wina iż na koniec każdego dnia nasza trójka po pijaku szoruje kluczem po całych drzwiach do pokoju zanim fart pomoże nam znaleźć zamek i możemy wejść do środka. Jeśli kiedyś znajdziecie się w naszym hotelu, rozglądajcie się za porysowanymi drzwiami – to będą nasze pokoje i mapa podróży, którą odbyły nasze klucze zanim dostaliśmy się do domu.
Dzisiaj podczas koncertu zrobiłem kilka zdjęć a potem znalazłem garderobę pełną ludzi i zapasu alkoholu, który szybko się kurczył. Całą grupą oglądaliśmy U2. Nie wiem, co takiego dzisiaj było z publicznością ale zupełnie oszalała. Chyba pierwszy raz widziałem taki występ, kiedy okrzyki publiki były tak ogłuszające, że niemal poczułem mdłości. Występ był znakomity i nawet Bono wspomniał, że to była najlepsza jak dotąd publiczność.

Podczas gdy my biegaliśmy z Richem w tę i z powrotem po piwa, Tim wyszedł wcześniej i puścił nam sms-a że jest na drinku w barze w Soho, więc złapaliśmy z Richem taksówkę, żeby do niego dołączyć. Zanim to nastąpiło, wpadłem na Eda, który nakręcił dokument „Strangers” a teraz przyleciał do miasta by nakręcić dodatkowe rzeczy. Wszyscy posiedzieliśmy trochę w barze i pod koniec zebrał się spory tłumek. Tom również tam wpadł, ale nie pił a ponieważ wszyscy pozostali sobie nie żałowali, wyraz jego twarzy stawał się coraz bardziej ponury. Muszę przyznać, że w tym miejscu pamięć co do reszty wieczoru mi się urywa. Pamiętam tylko, że obserwowałem Tima, Richa i Toma, zrelaksowanych i szczęśliwych, z nogami na stole świetnie się bawiących. Pomyślałem, że to było jak byśmy znów mieli po 18 lat – nie żebym znał Keane kiedy mieli 18 lat – i siedzieli w miejscowym pubie nie przejmując się całym światem. Zupełnie jak zwykłe życie. Nie wiem, co było potem ale kiedy rano spojrzałem na drzwi swojego pokoju, znalazłem kilka dodatkowych rys. Dobre czasy.
Środa 12 października 2005
Nowy York.
Co mogę powiedzieć, kolejny dzień w studio. Dołączył do nas Ed, żeby sfilmować zespół przy pracy. Dzisiaj nagrywali wersje „na żywo” utworu Hamburg Song, to znaczy grali wszyscy razem w studio zamiast nagrywania swoich partii oddzielnie.
Wieczorem zespół zabrał całą ekipę na obiad do Little Italy (nazwa dzielnicy). Nie wiem czy wystarczająco dużo razy o tym wspominałem, ale odkąd przyjechaliśmy do Nowego Yorku cały czas leje. W hotelu dołączyłem do Adama i razem stawiliśmy czoła strumieniom deszczu i zalanym ulicom, żeby dotrzeć do restauracji. Usiadłem obok Tima i dobrze sobie pogadaliśmy przez długi czas o wzlotach i upadkach, jakie w ostatnim roku przeszedł zespół w trasie koncertowej. Zespół koncertował i koncertował aż czasami czuli się kompletnie wypompowani, ale Tim stwierdził, że nie może narzekać. Jego najnowsze podejście do trasy koncertowej to „jak bycie na wakacjach z tym, że musisz zagrać parę koncertów”. Pogadaliśmy też o kierunku kolejnej płyty po Hopes and Fears oraz rozwoju w komponowaniu piosenek. Dużo mówiliśmy o Try Again, o tym jak wydawało mi się, że w zależności od tego jak Tom to śpiewał w studio, jego przekaz sprawiał, że raz brzmiało to jak lament a innym razem jak wyraz zdeterminowania. Tim mówił, że dużym wyzwaniem jest zadecydowanie pod względem instrumentalnym, co zostawić a co wyrzucić. Cały zespół jest podekscytowany brzmieniem nowych piosenek.
W prawdziwie amerykańskim stylu dostaliśmy straszliwą furę jedzenia by, co jakiś czas przerywać naszą rozmowę. W pewnym momencie Tom wstał i wygłosił nieplanowaną wcześniej mowę dziękując wszystkim za ciężką pracę w ciągu minionych lat. Po wielkim żarciu wyszliśmy na deszcz i poszliśmy na drinki do pobliskiego baru. To była wyjątkowa noc. Stopniowo wszyscy się ulotnili do inny barów lub z powrotem do domku i w końcu tylko ja, Rich i Adam przespacerowaliśmy się w deszczu z powrotem do hotelu.
Czwartek, 13 października 2005
Nowy York.
Dzisiaj był kolejny miły dzień w studio i znów bez występu wieczorem. Kiedy przyjechałem Tim już tam był z notebookiem i dyktafonem w dłoni. Kiedy strząsałem wodę deszczową z mojej torby na aparat, on wszedł do pokoju nagrań by popracować nad nowymi pomysłami na piosenki. Zaraz potem przyjechał Ed ze swoją kamerą filmową a za nim Andy, Rich i Scott. Nieprawdopodobnemu entuzjazmowi Richa dla wszystkiego, co związane z bębnami dorównuje jedynie entuzjazm jego technicznego. Jak tylko mają możliwość idą do lokalnego sklepu z perkusjami, przeglądają sklepy internetowe albo siedzą w studio, grając, strojąc lub odpakowując nowe elementy zestawu perkusyjnego.


Nie dawało mi to spokoju: „Ale Rich, twój zestaw wcale się nie powiększa, gdzie się to wszystko podziewa?”
„Wiesz Lakey, tak naprawdę to mam jakieś osiem zestawów i jeśli... o nie, właściwie to jeszcze był jeden, który ja... Tak, właściwie mam dziewięć zestawów, więc... O wiesz co, jeśli policzyć czas który Scott i ja... Widzisz, jeśli chodzi o moje dziesięć zestawów...”
Nie usłyszałem końca tego zdania dopóki nie wyszli za drzwi z kolejną misją i nie wrócili kilka godzin później z trzema nowymi bębnami Yamaha. Dzień przeszedł na pracy nad nową piosenką. Muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem. To chyba jest najbardziej „muzyczna” piosenka, jaką do tej pory słyszałem z tradycyjną, mocną wpadającą w ucho melodią w stylu Keane. Na moje ucho, był w niej nieprawdopodobnie złożony rytm perkusyjny, który Rich zagrał w naprawdę piękny, delikatny sposób oraz linia basowa, z niemal złowrogo brzmiącym groovem. Wydaje mi się, że nigdy nie słyszałem żeby coś podobnego grali.
Dzisiaj był dzień wizyt, kiedy po południu wpadł Chris Martin a pod wieczór Fran Healy. Ja i Adam spotkaliśmy się z Edem i wyszliśmy razem na obiad. Restauracja była świetna, ale miała najbardziej nieprzyjemnych kelnerów, jakich w życiu spotkałem, którzy wypluwali (w przypadku Eda, dosłownie na jego ramię) swoje pytania i odpowiedzi. Zabawnie było. Wymieniliśmy się opowieściami: ja o dorastaniu w Meksyku i szoku kulturowym, gdy pierwszy raz jako dzieciak odwiedziłem Filipiny, Adam opowiedział nam o pewnym amerykańskim hipisie zarażonym marzeniem o kupnie nieruchomości. Adam spotkał go na Kostaryce, dokąd ten gość się przeprowadził. Spędził całe swoje życie oszczędzając na zakup ośmiu hektarów lasów deszczowych w szlachetnym zamiarze ich ocalenia, by dowiedzieć się kilka lat później, że ludzie, od których to kupił przeznaczyli pieniądze na zrównanie z ziemią pozostałych dwudziestu hektarów, jakie posiadali, żeby zbudować plantację ananasów... Jeśli chodzi o Eda, teraz mieszka w LA, więc przez ten deszcz wyglądał jakby już tęsknił za światłem, przestrzenią i plażą.
Po obiedzie wyszedłem się przejść dookoła bloku a jak wracałem zobaczyłem, że Ed wychodzi, więc obaj poszliśmy na drinka. Po raz pierwszy miałem możliwość porozmawiania z Edem dłużej o dokumencie, który nakręcił i zapytania go czy podobała mu się okładka, jaką do tego zaprojektowałem. Rozmawialiśmy przez dobrą godzinę czy dłużej i naprawdę chciałbym wam przekazać jego rozważania o procesie, jaki przeszedł zanim ukończył film, ale myślę, że im mniej wiecie o tym dokumencie zanim go zobaczycie, tym lepiej, więc może innym razem. Niech to będzie niespodzianka.
Skończyliśmy nasze drinki i nasiąknęliśmy kiedy szliśmy wokół budynku z powrotem do hotelu. Wydaje mi się, że burze rozstroiły mi telewizor, bo mogłem go słyszeć, ale nie widziałem – znaczy się obrazu nie widziałem – telewizor stał tam gdzie zawsze, w kącie pokoju. No cóż, nie można słuchać obrazu, prawda? W każdym razie spędziłem jakieś dwadzieścia minut próbując to naprawić a potem odreagowałem to robiąc zdjęcia miasta przez okno sypialni, zadziwiony, że na 14-tym piętrze mam okno, które można otworzyć na całą szerokość a w końcu po prostu wdzięczny, że Rich, z jego strachem przed lunatykowaniem, nie został ulokowany w tym pokoju. Dzisiejszego wieczoru Nowy York wyglądał jak scena z Łowcy Robotów. Pięknie, jakby stał w płomieniach. Nie mogłem przestać na to patrzeć i myśleć o zbiegu wypadków, które mnie tu przywiodły. Siedząc samotnie w moim pokoju hotelowym, patrząc na miasto nie widziałem ani jednego człowieka, ale wiedziałem, że wokół mnie są ich miliony.
Piątek, 14 października 2005
Nowy York
Wielki dzień dzisiaj, bo to ostatni koncert zespołu na trasie koncertowej U2 i ostatni występ Keane na żywo w tym roku. Dzień spędziliśmy kryjąc się w środku przed deszczem, podczas gdy chłopaki kontynuowali sesje nagraniowe na album numer dwa. To był dość pracowity dzionek gdyż zespół nagrywał partie pianina, basu, perkusji i wokale do kilku piosenek.
Około piątej po południu wszyscy przespacerowaliśmy się do hotelu by przygotować się na występ. Kiedy wszedłem znów do foyer zobaczyłem Richa stojącego obok wózka załadowanego po brzegi pudłami z bębnami, tak więc bez zmian jeśli o to chodzi... Wszyscy upchaliśmy się w vanie i pojechaliśmy poprzez deszcz do The Garden.
Dzisiaj za kulisami była naprawdę rozrywkowa atmosfera, chyba dlatego, że to koniec trasy i wszyscy wiedzieli, że to ostatni wieczór, więc trochę posiedzieliśmy razem. Każdy przysiadł gdzieś popijając drinka i rzucając dowcipy. Tim zdawał się zagubiony w myślach, gdy owijał się w sznur światełek na choinkę, Tom siedział z tyłu ze swoim laptopem a Rich stał w korytarzu, starając się strząsnąć kurcz, który złapał go w nodze. Bono zajrzał, by krótko pogadać z zespołem przed występem. Członkowie ekipy Keane wlatywali i wylatywali z garderoby przygotowując się do występu.

Sam występ był olśniewający. Zrobiłem kilka zdjęć a resztę występu oglądałem w towarzystwie Adama i Eda. Kiedy zdejmowałem kurtkę niechcący wytrąciłem całą tacę z kieliszkami szampana z rąk kelnerki, kiedy próbowała manewrować przez tłum. Strasznie głupio się poczułem, ale nie widzę sensu w tym, że kelnerzy i kelnerki starają się roznosić trunki na tacach poprzez sekcję dla stojących na koncercie rockowym... Gdy Tom zaśpiewał ostatnie nuty Bedshaped a tłum wrzasnął, zdałem sobie sprawę, że to by było na tyle na 2005 rok. To już koniec. Teraz już tylko praca w studio.
W przebieralni Adam Clayton z U2 podrzucił zespołowi butelkę szampana a kiedy wszyscy ochłonęli i zrelaksowali się, napłynął niekończący się strumień gości, którzy chcieli zamienić dwa słowa z zespołem. Naprawdę miło było to obserwować z kąta pokoju, zwłaszcza wzruszający moment, gdy ekipa przyszła pożegnać się (na jakiś czas) z Timem, Richem i Tomem. Piwa zostały skonsumowane i większość z nas zebrała się na sali by obejrzeć po raz ostatni U2. Tom opuścił nas wcześnie, bo musi jutro zdążyć na lot powrotny do domu. Po jakimś czasie razem z Richem zostawiliśmy pozostałych i usiedliśmy w przebieralni z drinkiem. W garderobie przez całą noc panował ruch, gdy ekipa powoli, ale metodycznie pakowała za zespół ich sprzęt.
Kiedy nadszedł czas opuszczenia tego miejsca, wyszedłem z Richem, Adamem i Edem. Wkroczyliśmy w sam środek czegoś, co można jedynie określić jako zamieszki taksówkowe gdyż ulice na zewnątrz sali koncertowej wypełnione były widzami występu zdesperowanymi by złapać podwózkę do domu. Mój wzrost okazał się bardzo pomocny, bo udało mi się zawołać taksówkę, która była jakąś milę od nas na Ósmej Alei. To była jedna z tych nocy, kiedy ty wsiadasz do taryfy z jednej strony a jacyś obcy ludzie z drugiej. Ciężka sprawa, ale udało nam się wyjść z tego bez poważniejszego uszczerbku na zdrowiu i dojechaliśmy do hotelu w jednym kawałku. Rich poszedł ochłonąć w swoim pokoju a ja wyskoczyłem na obiad z Adamem i Edem. Ed odesłał swój obiad z powrotem trzy razy, bo ciągle mylili coś w zamówieniu a w tym czasie ja napełniałem się Margaritami. Jeszcze później Adam i Tim poszli na imprezę pokoncertową U2, natomiast ja powlokłem się na górę i szczęśliwie wpadłem w otwarte ramiona mojego łóżka.
Sobota, 15 października 2005
Nowy York.
No to jestem w studio. Siedzimy wszyscy wokół zjadłszy właśnie niesamowicie tłustego burgera i frytki z delikatesów po drugiej stronie ulicy. Cały tydzień jadłem to świństwo, ale dzisiaj nawet Tim nie mógł się powstrzymać a teraz jest przy swoim komputerze udając postacie z Gwiezdych Wojen. Rich jest w drugim pokoju nagrywając nowe partie perkusji do „Nothing In Your Way” podczas gdy Scott, na ulicy przed studio maluje sprayem napis KEANE na skrzyniach ze wszystkimi nowymi bębnami Richa... Teraz Tim plumka na stylowym Mellotronie, po spędzeniu całego rana na śpiewaniu chórków do kolejnej nowej piosenki. Tom, jak sądzę, jest na lotnisku i wymieniamy ze sobą dość głupawe maile.

Wiecie co? Myślę, że czas, aby przerwać na trochę to pisanie... Nadal tutaj tkwimy a koniec weekendu spędzimy w studio i otaczających barach – kilka godzin zabawy, rozrywki i relaksu. Wyjeżdżamy stąd w poniedziałek. Wszyscy lecą do UK na zasłużony odpoczynek przed dalszą częścią sesji nagraniowych na album numer dwa. Lecę z Edem do LA na kilka dni, potem wracam na jeden dzień do NY a później dalej, do Londynu. Dołączę do zespołu w nadchodzących tygodniach w studio w Anglii, więc co jakiś czas zaglądajcie po nowe zdjęcia i aktualizacje dziennika.
Czas odłożyć mój długopis oraz powerbook i się pożegnać. Żegnajcie na razie, ale nie na zawsze. Wielkie dzięki wszystkim, którzy przeczytali te krótkie zapiski dotyczące czasu, jaki zespół spędził w NYC. Mam nadzieję, że się wam podobało.
Muszę wyjść na dwór. Po raz pierwszy i jedyny odkąd tu przyjechaliśmy przestał padać deszcz. Zupełnie jakby ciężar świata został zdjęty. Świeci słońce a niebo jest błękitne. Bez względu na wszystkie dobre i złe chwile, jakie przynosi każdy dzień, nie można sobie życzyć w takim momencie niczego więcej, prawda?
Alex xx.


