RADY DLA TŁUMACZY
Sławomir Dzieniszewski
1. Systematyczność i
organizacja
To co często ratuje skórę
początkującemu tłumaczowi to
pewna elementarna systematyczność w pracy: proste i na
pozór zbędne
zabiegi organizacyjne. Mam tu na myśli tworzenie odpowiedniej
struktury
katalogów, zarówno na dysku, jak i w programie pocztowym,
przygotowanie
szablonów, słowników, itp. W przypadku wszelkiego rodzaju
tekstów specjalistycznych szczególnie ważne jest
przygotowywanie
prywatnego słowniczka do książki.
Ma on trzy podstawowe zalety:
- Przypomina, w jaki sposób tłumaczyliśmy dany
termin we
wcześniejszych partiach książki.
- Jeśli tłumaczymy książkę zespołowo, ułatwia
ujednolicanie
stosowanej terminologii z innymi tłumaczami.
- U tłumaczy leniwych wymusza sprawdzanie w słownikach
dokładnego znaczenia tłumaczonych terminów.
Oto przykład takiego słownika.
Oczywiście
każdy tłumacz może przygotować własny format, odpowiedni do jego
potrzeb.
GÓRA STRONY
2. Dopowiadanie i nazywanie
W angielskich tekstach informatycznych zazwyczaj nazwy
funkcji, programów, klas, obiektów, poleceń podawane
są bez wyjaśniania
z czym mamy do czynienia:
We can use find to search our directories.
W tłumaczonym tekście polskim trzeba jednak pisać z
czym
mamy
do czynienia. Wymaga to odrobiny wysiłku, bo tłumacz musi wiedzieć, czy
przykładowo pisze o funkcji, czy programie, niemniej ten prosty zabieg
nawet dwukrotnie poprawia czytelność tekstu
informatycznego.
Dlatego tam gdzie to tylko możliwe, należy pisać, o czym piszemy:
Możemy użyć funkcji find do
przeszukiwania naszych katalogów.
Zamiast krótszej i łatwiejszej, acz mniej
profesjonalnej:
Możemy użyć find do
przeszukiwania naszych katalogów.
Czytelnicy, a co dla tłumacza ważniejsze,
również
korektorzy i redaktorzy w wydawnictwie, będą wam wdzięczni za tę
odrobinę wysiłku.
GÓRA STRONY
3. Szyk zdania w języku
angielskim
W języku angielskim istnieje coś takiego jak sztywny szyk zdania. O funkcji wyrazu w
zdaniu decyduje w znacznej mierze jego położenie w tym zdaniu. Dzieje
się tak dlatego, ponieważ w języku angielskim nie ma odmiany
rzeczowników przez przypadki i właśnie szyk zdania pozwala
ustalić, czy
dany rzeczownik jest z podmiotem (wykonawcą
czynności), dopełnieniem
(przedmiotem czynności), czy przydawką
(opisem podmiotu
lub dopełnienia).
Ponadto jest jeszcze pewien zestaw wyrazów,
które wyglądają
dokładnie tak samo gdy są rzeczownikami, jak i gdy są
czasownikami: access,
link, save, fork, store, address, etc.
Oto uproszczony szyk zdania orzekającego:
określenia
podmiotu
|
podmiot
|
orzeczenie
|
|
określenia
dopełnienia
|
dopełnienie
|
Access (1)
|
address (2)
|
links
(3)
|
the
|
file (4)
|
handle (5)
|
Adres (2) dostępu (1)
jest połączony z (3)
uchwytem (5) pliku (4).
To co należy zapamiętać, to że: określenia
rzeczownika zawsze
idą przed tym rzeczownikiem! Jak widać, odwrotnie niż w
naszym
tłumaczeniu. Co gorsza, czasem mogą tworzyć konstrukcję
rekurencyjną:
rzeczownik wraz z określeniem używany jest jako określenie
kolejnego
rzeczownika. Oto kilka prostych przykładów
the access address link
łącze adresu dostępu
the access link address
adres łącza dostępu
the address access link
łącze dostępu do adresu
the address link access
dostęp do łącza adresu
the link access address
adres dostępu do łącza
the link address access
dostęp do adresu łącza
Proste, prawda? Wystarczy tylko zapisać wszystko od tyłu!
Niezupełnie, rzecz zaczyna się komplikować, gdy jednym z
elementów takiego złożonego określenia jest przymiotnik.
Czy fast access address tłumaczyć
jako: adres
szybkiego dostępu, czy może raczej jako szybki adres
dostępu (innym przykładem może być tytuł popularnego filmu ze
Schwarzeneggerem: Last action hero
- źle: bohater
ostatniej akcji, czy prawidłowo: ostatni bohater akcji).
W takiej sytuacji nie ma prostej odpowiedzi. Może być i tak i tak w
zależności od kontekstu. Tłumacz musi po prostu wiedzieć,
który z
wariantów tłumaczenia będzie w
danym kontekście prawidłowy. W tym przypadku nie ma
wyjścia i
niezbędna
jest znajomość tłumaczonej materii
Co gorsza w polskich przekładach informatycznych
zdarzają
się
solidnie już zadomowione, błędne przekłady takich złożeń,
szczególnie
w tłumaczeniach akronimów. Wtedty oczywiście nie ma
wyjścia i trzeba
tłumaczyć zgodnie z ogólnie przyjętą normą, nawet
jeśli jest błędna.
Czasami też stosujemy niezupełnie formalnie poprawne
tłumaczenie z przyczyn stylistycznych, gdy ścisłe stosowanie się
do
opisanej powyżej
zasady dałoby koszmarny efekt:
gateway
choke point = brama dławiąca, brama
tłumiąca (a nie
punkt dławienia
bramy)
Oczywiście zdania rozkazujące lub
pytające mają w języku
angielskim trochę inny szyk niż zdanie oznajmujące. Nie będę się
tutaj
zagłębiał w
szczegóły, tym bardziej, że kombinacji jest dużo. Warto tylko
wiedzieć,
że nawet z najtrudniejszym zdaniem można sobie poradzić
wykonując
następujący
rozbiór:
- Odnajdujemy orzeczenie (główny czasownik)
-
zazwyczaj najłatwiejszy do odnalezienia. Nawety jeśli
wygląda jak
rzeczownik, często można go rozpoznać po braku przedimka (Please handle with care).
- Odnajdujemy podmiot (główny rzeczownik,
wykonujący czynność), zazwyczaj przed orzeczeniem
- Odnajdujemy dopełnienie (rzeczownik będący
przedmiotem czynności), gdzieś za orzeczeniem.
- Dopiero teraz lokalizujemy wszystkie określenia
podmiotu
i dopełnienia (a także orzeczenia oczywiście)
Miłej zabawy.
GÓRA STRONY
4. Erudycja
Warto dużo czytać i to nie tylko książki z branży.
Podstawowa
korzyść z ogólnego oczytania polega na systematycznym
ćwiczeniu umysłu,
dzięki któremu łatwiej jest nam formułować zdania, popełniamy
mniej
błędów stylistycznych, mamy bogatsze słownictwo, znamy
standardowe
zwroty za pomocą których można zgrabnie przetłumaczyć na
polski różne
frazy angielskie.
Na szczęście, za wyjątkiem może
konieczności tłumaczenia
cytatów umieszczanych czasem na początku rozdziału,
podczas tłumaczenia
książek informatycznych nie jest zazwyczaj niezbędna wiedza
spoza
informatyki i
matematyki. Obowiązkowa jest wyłącznie znajomość
serialu Star Trek oraz Gwiezdych
Wojen.
GÓRA STRONY
5. Terminy o kilku
znaczeniach
Anglosasi tak szybko wynajdują nowe rozwiązania techniczne,
że
często zupełnie nowe rzeczy nazywane są wyrazami już istniejącymi w
języku angielskim, co gorsza bardzo często jeden wyraz używany jest
jako nazwa kilku całkowiczie różnych rzeczy (u nas dobrym przykładem
takiego wyrazu może być np. mostek).
Posłuże się przykładem wyrazu hash. Oto
kilka jego znaczeń w informatyce:
- Znak # w
zestawie znaków lub na klawiaturze.
- Hash.
Efekt funkcji haszującej (lub mieszającej), która "szyfruje" zrozumiały
tekst w losowy łańcuch znaków - hashu
nie można potem odszyfrować, ale dwa identyczne wyrazy szyfrowane tą
samą metodą dadzą ten sam hash,
co przydaje się przy sprawdzaniu haseł.
- W języku programowania Perl tablica asocjacyjna.
Tablica w której każdej wartości przypisywany jest odpowiedni klucz
(słowo-etykieta) ułatwiające odnajdywanie wartości w tablicy.
- W bazach danych hash. Tabela
(ew. indeks) bardzo podobna co do zasady do tablicy asocjacyjnej Perla,
ale utarło się niezręczne tłumaczenie hash.
Cztery całkowicie różne znaczenia!
A takich terminów jest multum. Wymienię tylko kilka
przykładów: node, link, window, tag, key, frame. Zasada jest prosta. Jeśli
mamy najmniejsze wątpliwości, należy rzecz sprawdzić w słowniku. Między
innymi dlatego
szczególnie wygodny jest słownik Marcina
Miłkowskiego (łącze do niego znajdziesz na mojej stronie ze słownikami), gdyż podaje przy
teminie po kilka znaczeń.
GÓRA STRONY
6. Importy a polskie
odpowiedniki
Moje trzy grosze do dyskusji, czy przekładając angielskie terminy
należy wymyślać polskie odpowiedniki, czy też importować je w wersji
angielskiej.
Odpowiedź jest prosta i niezbyt odkrywcza: Tak jak
wszędzie,
należy znaleźć złoty
środek
między oboma strategiami. Obie mają swoje zalety i wady.
Wymyślanie polskich odpowiedników ma następujące wady:
- W przypadku szybko rozwijających się dziedzin takich jak
informatyka jest technicznie niewykonalne. Nowe terminy pojawiają się
tu dziesiątkami,
czy nawet setkami
każdego miesiąca. Nikt nie jest w stanie wymyślać polskich
odpowiedników w takim tempie. Ponadto istnieje ryzyko, że różni
tłumacze wymyślą zupełnie różne odpowiedniki, co powoduje nieunikniony
chaos (na ogromną skalę zważywszy na tempo pojawiania się nowych
terminów) i niezmiernie utrudnia życie czytelnikowi.
- Tworzenie polskich odpowiedników spowalnia rozwój
informatyki tworząc barierę językową
między polską a światową terminologią techniczną. Jest to
szczególnie dotkliwe, gdy czytelnik próbuje studiować angielską
dokumentację techniczną (a musi, bo na język polski jest siłą rzeczy
tłumaczone tylko z 10% tekstów potrzebnych obecnie informatykowi do
pracy) i zmuszony jest w bólach porównywać pomysły tłumacza z
oryginalną terminologią.
Nie ukrywam, że osobiście uważam iż większym powodem do narodowej dumy
jest wymyślenie nowego rozwiązania technicznego (i zmuszenie innych, by
uczyli się naszej terminologii, jak np. dywan Sierpińskiego,
notacja
polska), niż fałszywe umacnianie dumy narodowej poprzez
wymyślanie nowych nazw dla cudzych idei, dodatkowo spowalniając w ten
sposób rozwój własnej nauki.
Niemniej od każdej
reguły są wyjątki
Oto najważniejsze
sytuacje w których należy jednak znajdować polskie odpowiedniki dla
obcych terminów:
- Gdy istnieje polski odpowiednik mający bardzo zbliżoną
nazwę do obcego oryginału: (mouse-mysz, daemon-demon, class-klasa, object-obiekt, table-tabela, function-funkcja). Jak widać są
to wyrazy albo wywodzące się ze wspólnego indoeuropejskiego pnia, albo
zaimportowane już dawniej do języka polskiego np. z łaciny (nihil novi sub sole).
- Gdy angielski termin wziął się od czynności lub funkcji
wykonywanej przez obiekt: (browser-przeglądarka, directory-katalog, recycling bin-kosz, dispatcher-proces rozsyłający, switch-przełącznik, link-łącze/powiązanie) lub
czasem od wyglądu (window-okno, bar-pasek). Tutaj
tłumaczenie ułatwi zwykłym ludziom (a również i specjalistom, patrz dispatcher, switch) zrozumienie
funkcji obiektu, więc jest jak najbardziej uzasadnione. W tym przypadku
mamy do czynienia z sytuacją odwrotną: to zastosowanie angielskiego
oryginału stworzyłoby barierę utrudniającą zrozumienie technologii!!!
- Gdy z jednej strony możemy przewidywać, że dany termin
będzie używany bardzo często (tag-znacznik, page-strona), a dodatkowo
automatyczne importowanie terminu spowoduje niezręczności: np. błędne
skojarzenie (directory-dyrektor), kłopoty z
odmianą (window, file), gdy termin angielski jest
dłuższy i mniej poręczny (recycling bin)
niż polski odpowiednik lub po prostu brzmi idiotycznie (Web = sieć
WWW, nie sieć Web)
itp.
- Gdy zobowiązuje nas do tego tradycja. Tzn. gdy polski
odpowiednik jest już od dawna używany i zadomowiony w języku, a więc (matrix=macierz,
digital=cyfrowy, maultiplication=mnożenie). Po pierwsze jesteśmy
osadzeni w pewnej tradycji językowej (wymyślanie nowych tłumaczeń dla
już przetłumaczonych terminów nie świadczy o inteligencji tłumacza), po
drugie wreszcie w przypadku np. terminów z matematyki, statystyki jest
to wyraz elementarnej rzetelności. Dlatego własnie polecam słownik Jacka Szaniawskiego (łącze do niego
znajdziesz na mojej stronie ze słownikami),
w którym terminy informatyczne tłumaczone są w sposób tradycyjny.
Ponadto przy dobieraniu
tłumaczeń warto pamiętać o jeszcze paru pułapkach:
- Szukanie polskiego odpowiednika na siłę naraża nas na
różne pułapki. Weźmy za przykład wyrazy: procedure, function, method i routine
- wszystko są to odmiany procedur (ew., ffunkcji), niemniej obecnie w
programowaniu obiektowym istnieją bardzo ścisłe rozróżnienia między
tymi terminami. Tłumacz próbujący spolszczania na siłę (wszędzie
procedura lub funkcja, zamiast odpowiednio procedura, funkcja, metoda,
rutyna) naraża się na popełnienie poważnego błędu merytorycznego.
Dlatego ostrożnośc
przede wszystkim: jesli ni mamy 100% pewności, o co chodzi,
należy trzymać się możliwie blisko angielskiego oryginału (wiem co
mówię, sam popełniłem kilka takich błędów).
- Zasada uzusu:
należy stosować się do tłumaczeń obowiązujących w branży lub
rozpowszechnionych wśród ludzi. Nawet jeśli wydają się nam idiotyczne
(serwer proxy, tabela haszowana), albo są wynikiem popełnionego
kiedyś błędu. Na szczęście sporo takich nieudanych tłumaczeń zanika
(vide np. krotka w bazach
danych)
- Stosując powyższą zasadę
uzusu warto pamiętać, że język mówiony rządzi się innymi prawami
niż język pisany, który jest bardziej formalny. Np. w mowie potocznej
powiemy wyłącznie email, mail natomiast już w tekstach
pisanych warto stosować i formę email
i dłuższą poczta elektroniczna,
wiadomość elektroniczna,
żeby uniknąć powtórzeń, uzyskać większą precyzję techniczną (nasz
rozmówca zazwyczaj wie, o czym mówimy, czytelnik niekoniecznie), itp.
- Warto pamiętać, że nawet bardzo zbliżony termin angielski
może obejmować inny zakres znaczeń niż termin polski (więc machine to komputer,
nie maszyna,
a technology to czasem technologia
a czasem technika,
że o bilion=miliard nie
wspomnę).
- Należy unikać tłumaczenia angielskich akronimów (tj.
skrótowców: HTML, DBCA, SQL TCP/IP, SMTP itd.). Większość takich
tłumaczeń albo brzmi idiotycznie jeśli zachowujemy poprawność
znaczenia, albo całkowicie przekręca znaczenie, jeśli tłumaczymy
akronim słowo po słowie. Dlatego tłumaczymy język HTML, protokół SMTP, asystent DBCA. Skróty takie są w
znakomitej większości w informatyce terminami technicznymi, których nie
należy przekładać, bo czytelnik będzie miał potem problemy ze
studiowaniem dokumentacji. Warto zauważyć, że tu dopuszczalne i wręcz
zalecane są pleonazmy (tj. masło maślane) - polegające na użyciu przed
akronimem słowa wchodzącego w skład tegoż akronimu (w odróżnieniu od sieci Web,
gdzie nie mamy do czynienia z akronimem).
- Nawet jawne błędy należy powielać, jeśli tłumaczymy
spolszczony program, w którym zastosowano błędny termin (znów
sztandarowy przykład: sieć Web
nagminnie używana w polskiej wersji systemu Windows).
- Jeśli polskie tłumaczenie odbiega od angielskiego
oryginału (np. array-tablica), należy
pamiętać, by w nawiasie podawać co jakiś czas polski odpowiednik.
Oczywiście bez przesady i dostosowując się do poziomu wiedzy czytelnika
- w książce dla zaawansowanych programisttów przypominanie, że tablica
(ang. array), jak najbardziej uzasadnione w książce dla początkujących,
zamiast pomóc wywoła tylko irytację czytelnika.
To chyba wszystkie
najważniejsze zalecenia
Jak widać niektóre stoją ze sobą w sprzeczności. Jeśli mamy
wątpliwości,
należy rozstrzygać analizując je pod kątem dwóch zasad nadrzędnych:
- Wygody naszego czytelnika (co bedzie się mu łatwiej
czytało, co szybciej zrozumie, co sprawi mu mniej kłopotu, jeśli
później będzie musiał przeglądać angielską dokumentację, itp.).
- Rzetelności merytorycznej (zgodności z oficjalnie
przyjętą terminologią, z tłumaczeniami zastosowanymi w programach,
itp.).
GÓRA STRONY