|
|
Jak odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania
Niebawem nakładem "Roju" ukaże się książka Ireny Krzywickiej pt. Jak
odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania. Z książki tej podajemy najciekawszy
ustęp:
Jest rzeczą wiadomą, że dzieci są wścibskie i ciekawskie.
Czy należy odpowiadać na wszystkie pytania? Czy należy z fałszywą pruderią
udawać, że się pytania nie dosłyszało? Nie, obowiązkiem człowieka współczesnego
jest patrzeć śmiało w oczy własnych i cudzych dzieci. Jeśli chodzi o pytania
drażliwe - bo na pytania zwykłe oczywiście nie ma co odpowiadać byle szczeniakowi
- najlepiej jest mieć z góry przygotowane odpowiedzi. Podaję więc najważniejsze
i najczęściej przez dzieci zadawane pytania.
- "Mamusiu, z czego się robią dzieci?"
Na to pytanie proponuję dwa rodzaje odpowiedzi.
Jeśli dziecko jest jeszcze za małe, by mogło zrozumieć prawdę, należy odpowiedzieć:
"Dzieci powstają z nadmagnezjanu chlorku potasu". Jest to odpowiedź bardzo
zręczna, gdyż dziecko przeważnie nie może spamiętać tej długiej nazwy i
gdy powtórzy ją w szkole lub kawiarni starszemu koledze, nigdy się nie
wyda, żeśmy dali fałszywą informację, i w ten sposób autorytet rodziców
zostaje zachowany. Gdy dziecko zapamięta i po paru latach, wiedząc już
o co chodzi, przypomni z wyrzutem, że się je oszukało, można pętakowi wmówić,
że przekręciło słowo "potas". Inna odpowiedź powinna być stosowana wobec
dzieci już większych. Jeśli chodzi o chłopców i dziewczęta w wieku dojrzewania,
należy odpowiedzieć: "Dzieci powstają z zaniedbania i lekkomyślnego zapuszczenia
ciąży".
- "Tatusiu, dlaczego tatuś jest taki czerwony, gdy
ściska służącą?"
Jest to bardzo typowe pytanie, na które należy odpowiedzieć,
przerzucając zręcznie sprawę na tło społeczne. Mówimy więc poważnie: "Tak,
moje dziecko. Służąca należy do proletariatu, a ludzie, którzy zbliżają
się do proletariatu są >>czerwoni<<. Możesz o tym, dziecko, przeczytać
w Płomyku i w Ilustrowanym Kurierku. Gdy dziecko zacznie
się mądrzyć, że to nie to samo, możemy dodać: "Paszoł won, szczeniaku".
- "Mamusiu, czego chciała ode mnie ta pani, co stoi
zawsze u nas ma rogu ulicy?"
Na to odpowiadamy: "A won, ty bydlaku! Stare chłopisko,
kobity go na ulicy zaczepiają, a on się pyta mamusi".
W razie pytań bardziej skomplikowanych, na które
nie mamy gotowej odpowiedzi, należy uciekać się do dywersji taktycznej.
Np. dziecko pyta, czy chlorek potasu jest związkiem węgla. Odpowiadamy:
"Nie garb się". Albo: "Nie nudź, widzisz, że mamusię głowa boli". Albo
też najprostsze: "Paszoł won, pętaku". Zwykle dziecko odpowiada na to:
"Ty sama paszoł", a to już jest oczywiście wystarczającym pretekstem do
sprania szczeniaka. Potem następują płacze, przeprosiny, i sprawa potasu
rozpływa się we łzach pojednania.
Bardzo częsty u dzieci jest objaw pytań seryjnych.
Na przykład dziecko pyta się, co to jest na szybie. Odpowiadamy: "Mróz".
"A dlaczego mróz". Odpowiadamy: "Bo zima". "A dlaczego zima. A co idzie
po zimie?" Przy zimie stosujemy pierwszy cios w szczękę. Zdarzają się oczywiście
cierpliwsi rodzice, którzy biją w mordę dopiero przy jesieni lub nawet
po jedenastym, a nawet dwunastym pytaniu. Pewna matka z Ohio uderzyła dziecko
dopiero przy trzydziestym piątym pytaniu, które brzmiało: "Dlaczego mamusia
gryzie syfon?". Był to, o ile wiadomo, rekord świata. Normalni rodzice
walą w pysk przy trzecim lub czwartym pytaniu. Oczywistym błędem jest bicie
już przy drugim pytaniu. Znałam ojca, którego synek spytał: "Jak się nazywa
ta ulica?". Ojciec odpowiedział: "Chmielna". Dziecko spytało: "A jak ma
na imię?". Ojciec zaczerwienił się, no i naturalnie bęc szczeniaka w mordę.
Otóż bicie przy drugim lub trzecim pytaniu uważamy za szkodliwe. Po pierwsze,
oducza dziecko wogóle od zadawania pytań, po drugie, odbiera uderzeniom
właściwe napięcie.
Słynny uczony norweski Hugo von Gulgenstjerna radzi
stosować w pedagogice system riposty. To znaczy odpowiadania na pytanie
pytaniem. Gdy dziecko pyta: "Mamusiu, dlaczego pan Giellepur zdejmuje spodnie
w salonie?", należy szybko odpowiedzieć: "A ile jest trzydzieści pięć razy
osiem?", albo: "W którym roku była bitwa pod Zamą?". Gdy dziecko odpowie:
"Nie wiem", mówi się: "No to won, ty szczeniaku, do książki, ty cholero,
uczyć się, a nie gadać o cudzych parszywych portkach". Metoda ta daje bardzo
dobre rezultaty i jest stanowczo lepsza od systemu doktora Margulsteina,
który zaleca dawanie dziecku zamiast odpowiedzi datków pieniężnych. Gdy
dziecko pyta się: "Czy bocian przynosi dzieci zaraz, czy dziewięć miesięcy
potem?", odpowiadamy: "Masz tu, kochasiu, dwadzieścia groszy i jesteśmy
kwita". Przy bardziej kłopotliwych pytaniach suma może dojść do setek,
a nawet tysięcy. Dr Margulstein opowiada o pewnym dziecku w Zurychu, które
pytało ojca o pewną urzędniczkę z jego biura i dostawało jednorazowo po
dziesięć tysięcy franków, i to szwajcarskich.
Dzieci, jak już powiedzieliśmy, są wścibskie i interesują
się tematami seksuologicznymi. A przecież często mówi się, że nasi milusińscy
lubią tylko zabaweczki i laleczki. Ten symplicystyczny pogląd na dzieci
naszego pokolenia stanowczo należy odbrązowić. Oczywiście, wszystkie wyżej
podane sposoby są to tylko surogaty. Pozostaje droga otwartej prawdy i
uświadomienia naukowego. Zawsze najprostsze i najzdrowsze będzie zapoznanie
dziecka z nagim faktem. W tym celu polecamy gorąco znakomitą książkę doktora
Gruetzhaendlera pt. Noga i jej okolice ze składaną mapką i portretem
autora.
|