VI.
Teologia rzymska. – Teologia scholastyczna. – Zabytki życia. – Usprawiedliwienie z wiary . – Świadkowie za prawdą. Klaudyusz. – Mistycy.– Waldeńczycy,Waldo. – Wiklef; Hus. Przepowiednia. – Protestantyzm przed reformacyą. – Arnoldi, Utenheim, Marcin. – Nowi świadkowie: Tomasz Conecte, Andrzej, Institoris, Savonarola. – Usprawiedliwienie z wiary. Jan Vitraire, Laillier; Wesalia, Goch. – Wessel. – Protestantyzm przed reformacyą; Czescy bracia. – Proroctwo Prolesa; Hilten w Eisenach.
Nakreśliliśmy obraz położenia, w którém znajdowały się narody i książęta; przejdźmy teraz do teologii i kościoła, o ile i tutaj było dla reformacyi pole przygotowane.
Szczególniejsza budowa nauki teologicznéj, jaka naonczas
panowała w kościele, nie mało przyczyniła się do wykazania przed nowszém
pokoleniem istniejących błędów. Sposób ten przeznaczony był dla czasów
ciemnoty, jakoby takowa wiecznie trwać miała; dla tego z postępem czasu musiał
okazać się za ciasnym, urywając się na niejedném miejscu. Tak się też stało.
Papieże dodawali to tę, to ową naukę do nauki kościoła. Usunęli lub zmienili
tylko to, co hierarchii nie było na rękę; lecz co się zamiarom ich nie
sprzeciwiało, to pozostało nadal niezmienione.
– 51 –
W skład teologii téj wchodziły także prawdziwe nauki, jako nauka o pojednaniu naszém z Bogiem, o mocy Ducha Świętego. Na tych to opierając się prawdach byłby zaiste każdy zdolniejszy teolog, – jeźli w ogóle tacy istnieli, – jaką taką mający biegłość w rozumowaniu obalił cały panujący system. Czyste złoto, które w skarbcu watykańskim zmięszano z ołowiem, samo wskazywało ślady do wykrycia oszustwa. Wprawdzie nie brakło też Rzymowi łopaty, którą od razu byłby precz wyrzucił czyste ziarno prawdy, jeźliby odważny jaki przeciwnik był powziął zamiar wyświetlenia jéj. Lecz właśnie przez klątwy Rzymu stawał się zamęt coraz gorszym.
W rzeczy saméj przedstawiała się nauka wiary jakby istny chaos różnorodnych zdań; rzekoma jéj jedność była w istocie tylko mięszaniną niepewnych twierdzeń. Dwór papiezki miał swą osobną naukę, osobną też miał kościół; inna była wiara stolicy, inna zasię na prowincyach; tu znowu także było mnóstwo różnic. Inną wiarę mieli królowie, inną narody, inną zakony klasztorne; rozróżniano między zdaniami klasztorów, powiatów, doktorów i mnichów.
Prawda chrześciańska wolała przez ten czas, w którymby ją Rzym bez pochyby był stłumił, pozostać spokojnie w ukryciu. Postąpiła sobie tak, jako te owadki, które zaprzędają się w pupki, i ukrywszy się w tychże, wyczekują jako poczwarki lepszéj pory roku. Co się najdziwniejszą wydać może, jest ta okoliczność, iż prawie ci tak okrzyczani scholastycy byli onemi narzędzia mi, których prawda Boża do powyższego użyła celu. Ci staranni zbieracze myśli pozbierali wszystkie zdania teologiczne, uwinęli je w kłębek i zrobili z niego siatkę, w któréj była ukryta prawda Ewangelii. Nawet ludzie zdolniejsi od współczesników ich nie byliby w stanie w téj formie dopatrzyć się piérwotnéj piękności prawdy. Może to i szkoda, gdy taki owadek w prześlicznych połyskujący się kolorach zamknie się jakby nieżywy w swym domku, lecz całun ten jest dla niego wybawieniem. Tak miała się rzecz z prawdą. Gdyby samoluba i podejrzliwa polityka Rzymu w czasie największéj jego potęgi była natrafiła na gołą prawdę, to niezawodnie byłaby ją wniwecz obróciła, lub przynajmniéj targnęła się na nią. Lecz ponieważ ówcześni teolodzy ukryli ją pod zasłoną nieskończonych wymysłów i subtelności teologicznych, niedostrzegli jéj papieże, lub nie uważali jéj w takim stanie za szkodliwą, i dla tego wzięli robotników tudzież i dzieło ich pod swą opiekę. Lecz niech nadejdzie jedno wiosna, to ukryta prawda może znowu podniesie swą głowę, zrzuci z siebie nitki ją zasłaniające,
– 52 –
powstanie z pozornego grobu swego w nowéj sile, a w dzień wzmartwychwstania jéj zadrży Rzym razem z swymi błędami. Ta wiosna nadeszła; te dziwaczne opony, zmudna scholastyków robota, opadły, wśród śmiechu i fartów nowszych pokoleń zerwane. Prawda pojawiła się w całéj swéj młodości i okazałości.
Nie tylko z pism scholastyków odzywały się potężne głosy, świadczące za prawdą. Wszędzie udzieliło chrześciaństwo życiu narodów nieco własnego swego bycia. Kościół chrześciański równał się w prawdzie budowli rozpadłéj, lecz kopiąc koło fundamentów jéj trafiono częściowo na on żywy kamień węgielny, na którym piérwotnie był zbudowany. Istniały jeszcze niektóre urządzenia z lepszych czasów kościoła. Te musiały w niejednéj duszy obudzić ewangelickie zapatrywania, panującym zabobonom przeciwne. Owi świetli starodawni nauczyciele kościoła, których pisma znajdowały się w niejednéj bibliotece, podnosili jeszcze tu i ówdzie samotny swój głos, a należy przypuszczać, iż w cichości trafił on jeszcze do niejednego serca. Szczególnie zaś z przyjemnością zapisać możemy, że i po klasztorach, w których naonczas napotykamy prawie tylko obłudę i rozpustę, znalazła się jeszcze nie mała liczba prawdziwych braci i sióstr chrześciańskich, których serca dla prawdziwych chrześcian pałały.
Upadł kościół, ponieważ odebrano mu onę w ielką zasadę o usprawiedliwieniu przez wiarę w Zbawiciela. Jeźli znów powstać miał, to trzeba było oddać mu tę zasadę napowrót. Skoro ta zasadnicza prawda znowu zapanowała wśród chrześciaństwa, to upaść musiały wszystkie błędy i praktyki, które miejsce jéj zajęły; musiało ustąpić całe ono mnóstwo Świętych, tudzież pobożnych uczynków, praktyk pokutnych, mszy i odpustów. Skoro poznano znowu onego jedynego pośrednika, i jedynie walną jego ofiarę, to wszyscy inni pośrednicy i wszystkie inne ofiary utraciły swe znaczenie. „Ten artykuł o usprawiedliwieniu z wiary,” tak pisze mąż, znający się dobrze na téj sprawie *), „zakłada, żywi, buduje, utrzymuje i broni kościół. Nikt nie mole w kościele prawie nauczać, ani stawić skutecznego oporu przeciwnikowi, jeźli od téj odstąpi prawdy. To jest, (powiada on odnośnie do powyższéj obietnicy), ta pięta, która wężowi potrze głowę.”
– 53 –
Bóg przygotowując dzieło swoje wzbudził w przebiegu wieków cały szereg świadków za prawdą. Lecz prawda, za którą ci wspaniałomyślni mężowie świadczyli, nie była im do syć jasną, lub tek nie umieli oni przedstawić jéj wyraźnie. Dla tego nie byli w stanie wykonać dzieło samo, lecz sprostali zadaniu swemu jako narzędzia przygotowawcze. Do tego musimy wyznać, iż jako oni nie byli dla takiego dzieła dojrzałymi, tak tek dzieło samo dla nich nie było jeszcze dojrzałe. Miara jeszcze się nie przepełniła, wieki kresu swego jeszcze nie doszły, potrzeba prawdziwego środka do zbawienia jeszcze nie dała się uczuć powszechnie.
Ledwie że Rzym doszedł szczytu nieprawnej swéj władzy, to juk tek przez cały przeciąg średnich wieków odzywają się potężne głosy przeciwne.
W dziewiątem stuleciu Klaudyusz, arcybiskup Turynu, w dwunastém Piotr de Bruis, uczeń jego Henryk i Arnold z Brescii usiłowali się we Francyi i Włoszech odnowić służbę Bożą w duchu i prawdzie, lecz upatrywali takową przeważnie w usunięciu obrazów i w zewnętrznych ćwiczeniach.
Mistycy, których zgoła we wszystkich wiekach wśród kościoła napotykamy, usiłowali się w cichości zachować sobie serce świętobliwe i życie wieść poczciwe, obcując w wewnętrznej społeczności Bożéj. Smutek i trwoga przejmowały serca ich, ilekroć spojrzeli na skażenie istniejące w kościele. Sporów teologicznych, tudzież wszelkich bezowocnych dysput unikali oni troskliwie, czując to, że są zgubą prawdziwéj pobożności. Usiłowali się odwrócić ludzi od mechanicznéj bezmyślności, w jakiéj się zewnętrzna służba Boża obracała, i od hucznego przepychu kościelnych ceremonij, wskazując oraz na zacność onego wewnętrznego pokoju duszy, która wszystko swe szczęście pokłada jedynie w Bogu. Lecz nie mogli powiedzieć tego nie naruszając równocześnie nauk przyjętych w kościele i nie wykazawszy rany, na którą tenże chorował. Przytém jednakowoż sami nie mieli jasnego pojęcia nauki o usprawiedliwieniu z wiary.
Co do czystości nauki, to od mystyków daleko wyżej stali Waldenczycy, którzy z pośród siebie wydali całe zastępy świadków za prawdą. Zdaje się, że mężowie zamieszkujący wyżyny piemonckich Alp od samego początku umieli zachować sobie większą wśród kościoła wolność, anieli inni ludzie. Zastępy ich pomnożyły się przez uczniów Waldusa. Ci oddziałali korzystnie także na oczyszczenie ich nauki. Z wysokości swych gór zakładali Waldeńczycy przez wieki protest przeciwko zabobonom rzymskim **) i walczyli za żywą nadzieję, którą powinniśmy mieć w Bogu przez Chrystusa Pana, za odrodzeniem
–––––––––––––
*) Luter do Brenca.
**)
Nobla Leyçon.
– 54 –
i wewnętrzne odnowienie
siebie przez wiarę, nadzieję i miłość, tudzież za uznanie zasługi Chrystusa
Pana, łaski i sprawiedliwości jego, która wystarcza na okup za wszystkich.*)
Jednakowóż najprzedniejsza ta prawda o usprawiedliwieniu
grzesznika, to jądro wszystkich nauk wiary, nie górowała dostatecznie ponad
całą budową ich nauk, jakt o była powinna; nie przewyższała ich tak, jako góra
Montblank przewyższa Alpy. Wierzchołek nie był dosyt wysoki.
Piotr Vaud, czyli Waldus, był bogatym kupcem w mieście Lyon (1170); potém sprzedał wszystką majętność swą i rozdax ubogim. On i przyjaciele jego usiłowali się odtworzyć w życia swém zupełność cnót piérwotnego kościoła. Pracę ową zaczął wprawdzie Waldus od gałęzi, nie od korzenia, lecz mimo to działało słowo jego, opierając się na Piśmie świętém, tak potężnie, iż na głos jego zadrzała hierarchia rzymska aż do głębi.
W Anglii wystąpił r. 1360 Wiklef i odwołał się od papieża do trybunału słowa Bożego. Lecz i jemu wydawało się, że ona prawdziwa wewnętrzna rana, na którą ciało kościoła chorowało, jest tylko jedną z licznych oznak słabości.
W Czechach uczył Jan Hus prawie o sto lat przed wystąpieniem Lutra w Saksonii. Zdawało się, że on głębiéj zbadał istotę prawdy chrześciańskiéj, niżli poprzednicy jego. Modlił się do Chrystusa o tę łaskę, żeby z krzyża jego chlubić się mógł i z nieocenionéj zacności jego poniżenia i umęczenia. Lecz i Hus nie nacierał tyle na błędy kościoła rzymskiego, ile raczéj na zepsute obyczaje duchowieństwa. Był on niby Janem Chrzcicielem, poprzedzającym reformacyą. Płomienie stosu jego zapaliły wśród kościoła łunę, przed któréj blaskiem dziwnie pierzchała ciemność, i któréj światło nie tak prędko ugasnąć miało.
Co więcej ! z więzienia Husowego odzywały się słowa prorocze. On przeczuwał w bliskości prawdziwe odnowienie kościoła. Już gdy z Pragi wypędzony tułał się po polach ziemi czeskiéj, gdzie na każdym kroku szło za nim mnóstwo ludzi żądnych nauki jego, już w ten czas powiedział Hus te słowa: „Bezbożnicy zastawili zdradliwe sieci na biedną gęś. Lecz gdy już gęś, ten cichy ptak domowy, nie zdolny unieść się w powietrze, zerwała sieci ich, to inne wysoko latające ptaki jeszcze łatwiéj ję zerwą. Zamiast słabéj gęsi przyszle im prawda orły i jastrzębie, które mają bystry wzrok.”**) Przepowiednia ta wypełniła się przez reformacyą.
–––––––––––
*) Traktat o Antychryście, równocześnie o
Noble Leyçon.
**) Epist. I. Huss, tempore
anathematis scriptae.
– 55 –
Gdy czcigodny ten kapłan na rozkaz cesarza Zygmunta stanął przed soborem w Konstancyi, gdy go do więzienia wrzucono, to zajmował się tam więcej myślami o kaplicy betlehemskiéj w Pradze, gdzie głosił Ewangelią i myślami o przyszłem zwycięztwie Chrystusowém, niż o własnéj swej obronie. Pewnego razu wydawało się temu świętemu męczennikowi, otoczonemu ciemnością więzienia, że widzi, jako papież i biskupi ścierają malowidła, wyobrażające Chrystusa, któremi niegdyś ściany kaplicy swéj przyozdobić kazał. Sen ten nabawił go smutku; lecz drugiego poranka ujrzał znowu kilku malarzy, którzy obrazy jego w większej jeszcze liczbie i w większéj wspaniałości odnawiali. Ukończywszy robotę odezwali się malarze do tłumów otaczających ich w te słowa: „Niech teraz przyjdzie papież i biskupi ! Wszak tych obrazów nie zetrą już więcéj.” „A w Betlehemie,” dodał Jan Hus, „cieszył się nad tém lud, a ja cieszyłem się z nimi.” – Pamiętajcie lepiéj o waszéj obronie, niż o waszych snach, zauważał na to wierny jego przyjaciel, rycerz z Chlumu, któremu Hus sen swój opowiedział. „Nie jestem ja marzycielem,” odrzekł Hus, „lecz tegom pewien, że obrazu Chrystusowego nie zatrą oni nigdy. Usiłowali się wniwecz go obrócić, lecz przyjdą niegdyś kaznodzieje lepsi odemnie, a ci odmalują go na nowo w sercach wszystkich ludzi. Lud kochający Chrystusa rozraduje się z tego. I ja też obudzę się od umarłych, powstanę z grobu i ożyję na nowo przejęty radością wielką.”*)
Wiek jeden upłynął, a pochodnia Ewangelii zapalona ręką reformatorów rozszyrzała w rzeczy saméj swą światłość między kilkoma narodami, które się niéj radowały.
Lecz słoty o żywota odzywało się w tym wieku nie tylko między tymi ludźmi, których to kościół rzymski do swych przeciwników zalicza. Sobie ku pociesze zapisać możemy, iż w łonie samego katolicyzmu powstała znaczna liczba świadków za prawdą. Piérwotny gmach spłonął w płomieniach, lecz pod popiołami jego tlały jeszcze resztki kosztownego ognia, sypiąc od czasu do czasu iskrami.
Mylne jest to zapatrywanie, które utrzymuje, że aż do 16go wieku przechowała się wiara chrześciańska tylko w formie rzymskiego katolicyzmu, i że dopiéro odtąd odszczepiła się od tegoż pewna część, przyjąwszy postać protestantyzmu. Wielka część przed reformacyjnych nauczycieli kościoła sprzyjała wprawdzie tym naukom, które sobór trydencki r. 1562 zatwierdził jako wyznanie kościoła rzymskiego;
––––––––––––
*)
Epist. I. Huss sub tempore concilii scriptae.
– 56 –
lecz wcale pokaźna liczba tychże nauczycieli zbliżała się mniéj więcéj do tych samych zasad, które ewangelicy na sejmie augsburskim r. 1530 zapisali w skład swego wyznania. Największa zaś część wyż wymienionych nauczycieli chyliła się może to w tę, to w ową stronę.
Anzelm, arcybiskup kantuaryjeński uważa naukę o wcieleniu Chrystusa i przejednaniu Boga za właściwe jądro chrześciaństwa *) W pewném piśmie, w którem uczy, jako umierać mamy, odzywa się Anzelm do umierających témi słowy : „Bacz jedynie na zasługę Jezusa Chrystusa!” Św. Bernhard, każąc o tajemnicy odkupienia; odzywa się tak : „Jeźli grzech mój od kogo innego pochodzi, azaż nie miałaby także daną mi być sprawiedliwość moja? Dla mnie zaiste lepiéj, że mi jest daną, niż żebym ją miał z urodzenia.”**) Kilku scholastyków, i później nawet sam kanclerz Gerson, uderzało ostro na błędy i nadużycia kościoła. Szczególnie zaś nie zapomnijmy o owych tysiącach dusz, których imiona się nieprzechowały. Lubo światu nieznane, żyły one w cichości prawdziwém życiem Chrystusowém.
Zakonnik Arnoldi powtarzał codziennie w cichéj komorce swego klasztoru tę z głębi serca, idącą modlitwę : „O mój Panie Jezu Chryste ! jać wierzę, że ty jedyny jesteś odkupicielem moim i sprawiedliwością moją!” **)
Pewien pobożny biskup w Bazylei, Krzysztof Utenheim, kazał sporządzić obraz wygotowany na szkle, który przechował się aż do dziś dnia. Na nim wypisane było jego imię i na około wyryte słowa, które zawsze chciał mieć przed oczyma : „Krzyż Chrystusów, to nadzieja moja; łaski ja szukam, a nie uczynków” †).
Pewien
poczciwy braciszek w klasztorze Kartuzów, imieniem Marcin, napisał rozczulające
wyznanie swej wiary, którego jeden ustęp brzmi tak : „O najmiłościwszy Boże, wiemć ja, że nie mogę być zbawiony, ani twéj
sprawiedliwości zadosyć uczynić inaczéj, jako jedynie przez zasługę, przez
niewinną mękę i śmierć umiłowanego Syna twego. Pobożny mój Jezu, w ręku twém
jest wszystko zbawienie moje. Ty nie możesz odwrócić odemnie ręki miłości
twojéj, boś ty stworzył, wykształtował i odkupił mię. Tyś przez wielkie
miłosierdzie swoje żelaznym gwoździem wypisał imię moje na boku swoim, na
rękach i na nogach swych, a z tąd nie zmaże go nikt.”
––––––––––––
*)
Cur Deus homo?
**)
De errore Abaelardi, c. 6.
***)
Credo, quod tu, mi Domine Jesu Christe, Bolus es mea justitia et redemptio.
(Leibnitz script. Brunsv. III.
369.)
†)
Spes mea cruz Christi, gratiam non opera qnaero.
– 57 –
Potém wzuł biedny Kartuz wyznanie to i złożywszy je w drewnianą skrzynkę zachował w otworze, który sam wykował w murze swéj klasztornéj komórki. *)
O pobożności braciszka Marcina nie byłby się nikt dowiedział, gdyby dnia 21. grudnia 1776, przy zrywaniu starego zabudowania, które niegdyś do klasztoru Kartuzów w Bazyleji należało, nie znaleziono powyższéj skrzynki. W iluż to klasztorach mogą być przechowane podobne klejnoty !
Lecz świętobliwi Ci mężowie zachowali głęboką swą wiarę w własném swém sercu, innym nie mogli takowej udzielić. Wyrzekłszy się świata, żyjąc w samotności mogli oni, jako ten poczciwy braciszek Marcin do skrzynki swéj napisał, chyba wespół z nim wyznać : „Etsi haec praedicta confiteri non possim lingua, confiteor tamen corde et scripto.” (Nie mogąc tego, co powiedziałem, głośno wyznać usty swemi, wyznawam to sercem i piórem.) Słowo prawdy nie wygasło w świątyni kilku pobożnych serc, lecz nie rozszyrzało się, jako powiada Pismo, po wszystkiéj ziemi.
Znaleźli się bowiem mężowie, którzy, lubo nauki. o zbawieniu nie głosili publicznie, nie ulękli się jednak wśród kościoła rzymskiego potępić wyraźnie nadużycia, które go plamiły.
Ledwie zakończyły się sobory zebrane w Konstancy i Bazylei, gdzie Husa i zwolenników jego potępiono, a oto 1 już rozpoczyna się nowy szereg szlachetnych świadków prawdy przeciwko Rzymowi. Mężowie niepospolitego ducha występują na widownię, do proroków starego testamentu podobni, i uderzają głosem piorunów na krzyczące zepsucie papieztwa. Lecz podzielają oni także los proroków; krew ich pryska pod mieczem katowskim, popioły ich unosi wiatr.
Pewien Karmelita, Tomasz Conecte, występuje w ziemi Flandern i głosi: „W Rzymie dzieją się okropne rzeczy; kościół potrzebuje poprawy; kto Bogu służy, niech nie lęka się klątwy papieża” **). Lud słucha słów jego z zachwyceniem; Rzym kazał go spalić r. 1432; współczesnicy jego wyznają publicznie, że do niebios wywyższył go Bóg ***).
Kardynał Andrzéj, arcybiskup Krainy, przybywa do Rzymu
wysłany przez cesarza, i ku nie małemu swemu przerażeniu spostrzega, że
świętobliwość papieża, w którą dotąd z obowiązku powołania swego mocno wierzył,
wierutną jest bajką.
––––––––––––––
*) Sciens posse me aliter non
salvari et tibi satisfacere nisi per meritum. Flaccius,
Catal. test. veritatis, Wolfii
Lect. memorabiles.
**)
Bertrand d'Argentre, Hist. de la Bretagne p. 788.
***)
Baptista Mantuanus, de beaty vita.
– 58 –
W pewnéj dobroduszności poważa się zrobić nad tém papieżowi niektóre uwagi ewangeliczne, na, które Sykstus IV. odpowiada szyderstwem i prześladowaniem. Arcybiskup usiłuje się około zwołania nowego soboru do Bazylei r. 1482. „Cały kościół,” tak się odzywa, „zachwiany jest przez waśnie, kacerstwa, grzechy, występki, nieprawości, błędy i różnego rodzaju zepsucia; jest zgoła sposobny, aby go pochłonęła otchłań wiecznego potępienia. Dlatego ogłaszamy powszechny sobor, mający zreformować katolicką wiarę i poprawić obyczaje.” Za to wrzucono arcybiskupa w Bazylei do więzienia, gdzie też zakończył życie. Inkwizytor Henryk Institoris, który piérwszy przeciwko niemu wystąpił, odezwał się temi pamiętnemi słowy : „Wszyscy krzyczą i domagają się teraz soboru, lecz żadna ludzka moc nie jest w stanie poprawić kościół za pomocą soboru. Wynajdzie sobie Najwyższy środek inny, którym przywróci piérwotny stan kościoła. Co to za środek będzie, tego nie wiemy jeszcze, lubo już blisko stoi u drzwi” *).
Dominikanin Hieronymus Savonarola, wstąpiwszy w mieście Bologna r. I475 do tegóż zakonu, spędzał tygodnie i miesiące na nieprzerwanych modłach, postach, biczowaniach, i błagał Pana, modląc się : „O Boże, ty jesteś dobrotliwy, naucz mię sprawiedliwości według dobroci twojéj !”**) Koło r. 1489 powołany do Florencyi mawiał tam wzruszające kazania. Głos jego był przenikający, oblicze zapłonione, wymowa zachwycała pięknością. „Kościół musi odzyskać życie nowe,” tak wołał on głośno, podnosząc oraz onę wielką zasadę, z któréj jedynie nowe życie wypłynąć może : „Bóg odpuszcza człowiekowi grzechy i usprawiedliwia go z łaski. Ile usprawiedliwionych na ziemi, tyle objawów miłosierdzia w niebie; bo z uczynków nie dostępuje zbawienia nikt. Nikt nie może chlubić się z samego siebie. Gdyby zapytano się wszystkich sprawiedliwych, którzy są przed oblicznością Bożą : Czy doszliście zbawienia przez własne wasze siły, to jednogłośną daliby odpowiedź: Nie nam Panie, nie nam, lecz twemu imieniowi daj chwałę? – Dla tego, Boże mój, szukam ja zmiłowania twego, a nie powołuję się na sprawiedliwość moją. Ale jeźli ty mię usprawiedliwisz według łaski twojéj, to sprawiedliwość moja twoją jest, albowiem łaską jest sprawiedliwość przed Bogiem. – Człowiecze, póki wiary nie masz, dla grzechów twych łaski pozbawiony jesteś. – O Boże, zbawże ty mię według sprawiedliwości
––––––––––––––
*) Hottinger, s. 413. Yiror s. 112.
**) Batesius. Yitae sol, vir.
– 59 –
twojéj, uczyńże to w Synu twoim, który jeden jedyny znaleziony jest sprawiedliwy między ludźmi”*). Tak upajało się serce Savonaroli oną wielką świętą prawdą o usprawiedliwieniu z wiary. Na próżno sprzeciwiały się książęta kościoła;**) wiedział on, bowiem że święte słowo Boże stoi wyżéj kościoła widzialnego, że polo być głoszone bez względu na to, czy kościół mu sprzyja lub się też sprzeciwia. „Uciekajcie z Babylonu !” wołał Savonarola, mając na myśli Rzym. Za niedługo nadeszła odpowiedź, jaką zwykł dawać Rzym. Występny papież Aleksander VI. rzucił nań bullę klątwy; a tortury i stos zakończyły r. 1490 reformatorskie zapędy Savonaroli.
Franciszkanin Jan Vitraire żył w mieście Tournay. Jego zakonniczy umysł, zdaje się, nie odznaczał się wysokim ducha polotem; umiał on jednak owóż stanowczo wystąpić przeciwko skażeniu kościoła. „Lepiéj,” powiada, on “ że dziecku skręcicie kark, aniżbyście je mieli oddać do klasztoru, który nie jest z reformowany. – Jeźli proboszcz twój lub inny duchowny w domu swym chowa kobiety, to wejdź w dom jego i wywiedź je ztąd gwałtem lub innym sposobem, na hańbę ich. – Są ludzie, którzy zmawiają litanie do Panny Maryi, żeby ją w godzinie śmierci swéj ujrzeli. Szatana zobaczysz, a nie Pannę Maryą!” ***) Żądano po nim, żeby odwołał, a mnich poddał się r. 1498.
Jan Laillier, Doktor Sorbony (wydziału teologicznego na
wszechnicy paryzkiéj), wystąpił r. 1484 przeciwko tyrańskiéj władzy hierarchii;
„Wszyscy duchowni,” powiada on, „otrzymali od Chrystusa równą władzę. – Rzymski
kościół nie jest głową innych kościołów. – Przykazania Boże i apostołów powinniście zachowywać; co się zaś
tyczy rozkazów wszystkich biskupów i innych książąt kościoła, to wszystko
prawie istna słoma; oni przez swe kuglarstwa zniszczyli kościół, †). – Duchowni
wschodniego kościoła nie grzeszą przez to, że mają żony; ja sądzę, że i my w
kościele zachodnim nie popełnimy grzechu, jeźli kto weźmie żonę. – Od czasów
Sylvestra nie jest kościół rzymski więcéj kościołem Chrystusowym, lecz
kościołem państwa i kościołem pieniędzy. – Legendy o Świętych nie zasługują
więcéj na wiarę od kronikarskich podań.”
Jan Wesalia, Doktor Teologii w Erfurcie, człowiek pełen ducha i życia, uderza także na błędne nauki, na których opiera się system hierarchii, i ogłasza Pismo święte jedyném źródłem wiary.
––––––––––––––
*)
Meditat. in Psalm. Serm. supra Arch. Noe.
**) Ratesius p. 118.
***) d'Argentr~. Collectio judic. de
nov. error. II. 340.
†) d'Argentre, Coll. jud.
– 60 –
„Nie przez naszą zakonniczą
pobożność,” tak odzywa się do zakonników, „dostępujemy zbawienia, lecz jedynie
z łaski Bożéj.” – Wybrani Boży będą zbawieni jedynie przez łaskę. Komu Bóg
łaski udzieli, ten będzie zbawiony, choćby go wszyscy duchowni, ile ich na
świecie jest, potępili i wyklęli; kogo zaś potępi Bóg, ten potępiony będzie,
choćby go wszyscy duchowni zbawić usiłowali.*) Jakże mogą następcy apostołów
odważyć się nadawać ustawy, nie takie, jakie Chrystus w swém Piśmie świętém
nakreślił, lecz jakie oni przez chciwość złota i władzy wymyślili.” – „Ja za
nic mam sobie papieża, kościół i sobory, ja wielbię tylko Chrystusa.” Takie
zasady, w których sam utwierdzał się powoli, głosił Wesalia śmiało ludowi z
ambony; wstąpił tek oraz w stosunki z wysłannikami Husytów. W wieku podeszłym,
pozbawiony sił i wycieńczony chorobą, ledwie o kiju zdołał zawlec się odważny
ten staruszek do trybunału inkwizycyi, gdzie też umarł w jéj więzieniu r. 1482.
Jan Goch, przeor w mieście Mecheln, podnosił także prawie
podówczas zasadę o wolności chrześciańskiéj, uważajac takową duszą wszystkich
chrześciańskich cnót. Naukę panującą w kościele obwiniał jako przejętą zasadami
pelagianizmu, i Tomasza z Akwinu nazwał księciem błędu. „Jedynie Pismo św.,”
powiada on, „zasługuje na zupełną wiarę; ono jedno stanowi powagę, któréj nie
wolno się sprzeciwiać. – Pisma dawnych Ojców kościoła o tyle mają znaczenie, o
ile zgadzają się z prawdą Pisma świętego.**) Prawdziwe jest przysłowie ludu,
które powiada: Mnich jest w stanie zrobić to, o czém sam djabeł wstydziłby się
nawet pomyśleć.”
Między wszystkimi tymi poprzednikami reformacyi na szczegółniejszą uwagę zasługuje niezaprzeczenie Jan Wessel, którego oświatłością świata” nazwano. Był to mąż pełen odwagi, kochający prawdę. Będąc Doktorem Teologii pełnił Wessel zawód swój z kolei w miastach Kolonii, Lowanium, Paryżu, Heidelbergu i Griiningen. Luter powiada o nim tak: „Gdybym pisma jego prędzéj był czytał, mogliby przeciwnicy moi mniemać, że Luter wszystko zaczerpnął z pism Wessla; tak bardzo zgadzają się moje myśli z jego myślami.” ***) – „Apostołowie Paweł i Jakób,” powiada Wessel, „uczą różnie, lecz nie z sobą przeciwnie. Obydwaj uczą, że sprawiedliwy z wiary być będzie, ale mają na myśli taką wiarę, która przez miłość jest skuteczna.
–––––––––––––
*)
Paradoga danin. Mogunt. 1749,
**) Epist. apolog. Antw. 1521.
***)
Farago Wesseli, praef.
– 61 –
Kto Ewangelii słucha, jéj pragnie i spodziewa się, kto dobremu poselstwu wierzy, w mem ufa i miłuje Onego, który nas usprawiedliwia i zbawia, ten potém całém sercem oddaje się Jemu, którego miłuje, nie przypisując sobie samemu niczego; wié bowiem, że w samym sobie nie posiada nic, toby było jego własnością.”
„Owce powinne umieć rozróżniać paszę, na którą je prowadzą, aby zepsutą strawę pomijały, chociażby je pasterz na takową zaprowadził. Lud powinien iść za pasterzami; lecz jeźli pasterze wiodą go na miejsca, gdzie paszy niema, to przestali być pasterzami, a lud nie ma więcéj obowiązku słuchać ich, gdyż wyrzekli się powołania swego. Nikt nie przyczynia się bardziéj do upadku kościoła nikli duchowieństwo zepsute. Wszyscy chrześcianie, nawet i najmniejsi prostaczkowie, mają obowiązek przeciwić się tym, którzy burzą kościół.*) Rozkazy prałatów i doktorów obowiązują nas tylko w miarę słowa apostoła Pawła 1. Tess. 5., 2I; to znaczy, o ile ci, co na stolicy Mojżyszowéj siedzą, także w duchu Mojżyszowym mówią. My jesteśmy służebnikami Boga, nie papieża, jako stoi napisano „Pacu Bogu twemu kłaniać się będziesz i jemu samemu służyć będziesz.” – Kościół ogrzewać, ożywiać, zachowywać i w jedności go utrzymywać, to Duch Święty własnéj swojéj mocy zachował, i nie powierzył takowéj rzymskiemu biskupowi, który o to nie wiele się troszczy. – Płeć nie stoi na przeszkodzie, dla czegoby kobieta, mająca wiarę i rozsądek, jeźli w serce jéj wylana jest miłość, nie miała być sposobną czuć, myśleć, sądzić i ustanawiać, co jest dobre, a Bóg zatwierdzi to swém „Amen.”
Tym sposobem pomnaża się, im bliżej reformacyi przychodzimy, liczba głosów świadczących za prawdą. Dzieje się to ze strony kościoła niby w dowód, że reformacya istniała już przed wystąpieniem Lutra. Prąd protestantyzmu objawia się w łonie kościoła od téj samej chwili, w któréj piérwsze zarody papieztwa wystąpiły na jawią. Jest to ten sam porządek rzeczy, co w świecie politycznym, gdzie prądy zachowawcze objawiają się od téj saméj chwili, w któréj zaczynają odzywać się roszczenia wielkich lub wichrzenia buntowników. W wiekach poprzedzających reformacyą górowały chwilami nawet prądy ewangeliczne nad papieztwem. Cóż bowiem posiadał Rzym, toby postawił naprzeciwko świadectwu tych wymienionych mężów, których słowom wtórowało echo całych krajów?
––––––––––––
*) De poteet. eccl. Opp. 769.
– 62 –
Co więcej, reformacya krzewiła się nie tylko wśród nauczycieli kościoła, lecz już także pomiędzy ludem. Nauki Wiklefa, wychodząc z Oksfordu, rozpowszechniły się prawie po całém chrześciaństwie i znalazły zwolenników w ziemi bawarskiéj, szwabskiej, w okolicach Franków i w Prusiech. W Czechach wytworzyło się z pośród zamętu, jaki tamże zaburzenia wojny i spory teologiczne sprawiały, nareszcie stowarzyszenie spokojnych chrześcian, odtwarzających obraz piérwotnego kościoła. Całe życie ich świadczyło za prawdą onego hasła ewangelickiego, że „Chrystus jest tą skałą, na któréj stoi kościół, nie zaś Piotr i jego następcy.” Ci prości chrześcianie, składający się z ludzi sławiańskiego i germańskiego pochodzenia, utrzymywali śród Niemców i Sławian swych posłańców, którzy potajemnie jednali zwolenników swej nauki.
Mikołaj Huss w mieście Rostock, którego dwa razy odwiedzili, zaczął r. 1511 publicznie kazać przeciwko papieżowi. Nie powinniśmy zapominać o ważności powyższych zdarzeń.
Z nich się bowiem dowiadujemy, że pod on czas, gdy mądrość, która jest z góry, naukę swą głośniéj jeszcze wołać kazała, wszędzie już były serca przysposabiane do przyjęcia jéj. W téj chwili, gdy zasiewca, nie opuszczający kościoła swego, nowy i wielki zamierzał wykonać zasiew, była już ziemia zorana i dla zasiewu przygotowana. Gdy aniół przymierza, który się bez ustanku odzywa, naraz głośniéj zatrąbił w trąbę, musiało już być przygotowane mnóstwo wielkie, mające zbroić się do boju.
Pewne przeczucie, że bliży się godzina boju, przejmowało cały prawie kościół. Jeźli w minionym wieku rozmaitym sposobem przepowiadali filozofowie rewolucyą, którą stulecie to zakończyć się miało, azaż w obec powyższego stanu rzeczy mamy się nad tém dziwować, iż w piętnastym wieku wielu nauczycieli zwiastowało odrodzenie kościoła przez reformacyą ?
Prowincyał augustyańskiego zakonu, imieniem Jędrzéj Proles, przewodniczył blisko przez pół wieku zakonowi swemu. Niezachwiany w wyznawaniu nauk św. Augustyna zgromadził Proles koło siebie w klasztorze Himmelpforte, w okolicy miasta Wernigerode, grono braci klasztornych i czytał im słowo Pisma św. Przytém, często przerywając czytanie, tak odzywał się do słuchających mnichów: „Bracia! chrześciaństwo potrzebuje mężnéj i wielkiéj poprawy; ja widzę, jako się ona już zbliża!” „Lecz dla czegóż,” odparli mnisi, „wy sami nie zabieracie się do niéj; dla czegóż wy nie opieracie się temu mnóstwu błędów istniejących wśród kościoła?” – „Bracia moi,” odrzekł prowincyał: „widzicie przecież, jam złamany wiekiem; jestem
– 63 –
cierpiący, ani też nie posiadam takiéj nauki, ducha i wymowy, jakich tak wielkie wymaga dzieło. Lecz Bóg wzbudzi męża, który co do wieku, siły, zdolności, nauki, ducha i wymowy stanie się piérwszorzędnym bohaterem; ten rozpocznie reformacyą i wystąpi przeciwko błędom. Bóg natchnie go męztwem, iż nie ulęknie się wystąpić przeciwko władcom tego świata.”*)
Flacius ma te słowa z ust pewnego starego zakonnika w
klasztorze Himmelpforte, który je nieraz na własne słyszał uszy. – A oto ! z
łona tegóż samego zakonu, któremu przewodniczył Proles, miał wynijść ów
chrześciański bohater, przezeń zwiastowany.
W franciszkańskim klasztorze, w mieście Eisenach w Thüringen,
żył pewien mnich, imieniem Jan Hilten. Ten pilnie badał księgi proroka Daniela
i Objawienia św. Jana. Napisał też do nich komentarz, w którym surowo karcił
zdrożności życia zakonnego. Rozgniewani zakonnicy wrzucili go do więzienia. Tam
zapadł staruszek w ciężką chorobę i kazał do niebie poprosić Gwardyana
(przełożonego). Ten pałając gniewem nie pozwolił chorującemu przyjść do słowa,
wpadł owszem nań i czynił mu gorzkie wyrzuty z powodu nauki, która, jak dodaje
kronikarz nie licuje z mnisim kapturem. Lecz Franciszkanin, nie pomnąc już
choroby, z głębokiem odrzekł westchnieniem: “Wasze zniewagi zniosę ja
cierpliwie, albowiem kocham zbawiciela mego; nie powiedziałem też nic, coby
stanowi zakonnemu ubliżało; karciłem jedynie najwybitniejsze zdrożności. Lecz w
roku Pańskim 1516”, dodał umierający (jak o tém donosi Melanchton w Apologii
Konfesyi augsburskiéj) – „przyjdzie inny; ten was wniwecz obróci, a jemu się
oprzeć nie zdołacie.” Hilten przepowiedział koniec świata na rok 1651. Lepiéj
udało mu się oznaczyć rok wystąpienia reformatora. W krótce po tém zdarzeniu
ujrzał reformator światłość tego świata nie tak daleko od klasztoru onego
zakonnika. W tém samém mieście, gdzie Hilten jęczał w więzieniu, rozpoczął
Luter nauki swe, i wystąpił w sprawie reformacyi tylko o rok późniéj, niż
przepowiedział Hilten**).
––––––––––––
*) Flacii Catal. testium verit. p.
843.
**) Apologia XIII. de votis monast.
–––––––––– • ––––––––––