VIII.
Słabość Zwinglego. — Pobyt w
Pfeffers. — Drogi Boże. — Dżuma. — Choroba Zwinglego. — Nieprzyjaciele jego. — Przyjaciele
jego. — Wyzdrowienie. — Powszechna radość. — Skutki zarazy. — Mykoniusz w
Lucernie. — Oswald zachęca Zwinglego. — Zwingli w Bazylei. — Kapito odchodzi do
Moguncji. — Hedio w Bazylei. — Wyrodny syn. — Zbrojenia do boju.
Po ciężkiej umysłowej pracy potrzebował Zwingli wypoczynku. Polecono mu udać się do wód, a mianowicie do Pfeffers. Jeden z uczniów jego, którzy w domu jego mieszkali, imieniem Herus, napisał do niego list pożegnalny, w którym wyrażone są myśli wszystkich przyjaciół Zwinglego. Stoją tam te słowa: „Choćbym miał sto języków i sto ust, jako Wirgiliusz powiada, i choćbym miał głos jakby ze spiżu, i wszystką wymowę Cycerona, to jednak nie byłbym w stanie tego
— 275 —
wypowiedzieć, ile ci zawdzięczam i jak trudnym jest mi to rozstanie”1). Zwingli udał się do Pfeffers. Droga prowadziła go przez on okropny padół, wśród którego 2 łoskotem szumią górskie wody rzeki Tarniny. Dostawszy się na dół przez tak zwana „piekielną paszczę” przybył Zwingli do wyż wymienionego miejsca kąpielowego, w którem wieczny huczy łoskot wodospadów i delikatne krople łamiących się wałów wodnych na całą okolicę się rozlatują. W pomieszkaniu Zwinglego we dnie musiano palić światło; a nawet O straszliwych upiorach opowiadano, które się niekiedy na onym ciemnym miejscu pokazywać miały.
I tam znalazł Zwingli sposobność do służenia Panu. Uprzejmością swą zjednał sobie serca kilku chorych, a między nimi szczególnie serce poety Filipa Ingentina, profesora w mieście Fryburgu. Ten należał odtąd do najgorliwszych przyjaciół reformacji.
Bóg forytując dzieło swoje troskliwie czuwał nad nim. Słabość Zwinglego miała mu być siłą. Siły ciała i duszy jego pokruszył w nim Bóg, chcąc zrobić go narzędziem woli swojej, jakie się jemu podoba. Do tego potrzeba było jeszcze pomazania i chrztu odbywającego się cierpieniem, słabością i bólem. Luter dostąpił poświęcenia tego wtenczas, kiedy się wewnątrz komórki i ganków erfurckiego klasztoru jęki serca jego odbijały. Co do Zwinglego miała chrzest ten odbyć choroba jego i bliskość śmierci. Bohaterowie świata tego, jakimi byli np. Karol XII. i Napoleon, miewają chwile, w których się przyszłe koleje ich i losy pełne chwały rozstrzygają; a mianowicie są to te chwile, w których oni naraz do poczucia siły swojej przychodzą. I dla bohaterów według serca Bożego podobne chwile nastawają, tylko że innego są rodzaju. Wtenczas, gdy do zupełnego poczucia słabości i nicestwa swego przychodzą, — wtenczas w siłę swą uzbraja ich Bóg. Tego rodzaju dzieło, do jakiego się Zwingli zabierał, nigdy tylko przyrodzonymi siłami człowieka wykonać się nie da. Owszem takowe zwiędłoby jak drzewo, które w pełni rozwoju i kwiecie na inne miejsce przesadzono. Słabą jeszcze i tkliwą musi być ta roślinką, która na innem miejscu korzenie zapuścić ma. Ziarnko musi najprzód w łonie ziemi obumrzeć, a potem dopiero owoc wydać może. Bóg postawił Zwinglego, a z nim i dzieło reformacji, które on pełnił, nad samą krawędzią grobu. Wśród ciemności grobu, wśród kości i popiołów powoływa Bóg narzędzia woli swojej,
1) Zwinglii Epp. 84.
— 276 —
którymi potem na ziemi światłość, życie i wewnętrzne odrodzenie rozszerza.
Zwingli znajdował się wewnątrz onych potężnych skał, które szumiące wody Tarniny otaczają, gdy w tym uszu jego doszła nowina, iż w Zurychu grasuje zaraza, czyli „wielka śmieć,” jako ją. nazywano. Wybuchła ona w sierpniu, prawie w dzień św. Wawrzyńca i trwała aż do gromnic; 2500 osób padło jej ofiara. Uczniowie Zwinglego opuścili natychmiast według danych przezeń wskazówek miasto Zurych; dom jego był opróżniony. Mimo to uczuł się Zwingli spowodowanym jak najśpieszniej na miejsce swoje powracać, i opuściwszy od razu wody pfefferskie śpieszył do trzody swojej, które niejedną już i bolesna poniosła stratę. W domu czekał nań brat jego Andrzej; tego natychmiast wyprawił Zwingli do Wildhaus i sam poświęcał siły swoje duchownej usłudze ofiarom onej straszliwej zarazy. Chorującym zwiastował on na każdy dzień Chrystusa i pociechę Ewangelii jego. Przyjaciele radowali się nad tym, widząc go wśród tylu latających strzał śmierci zdrowego. Mimo to tajemniczy jakiś przejmował ich dreszcz. Konrad Brunner, który w kilka miesięcy później sam stał się ofiarą zarazy, napisał wtenczas do niego z Bazylei: „Dobrze czyń, ale też przy tym o swojem życiu pamiętaj.” Lecz już było za późno. Już we wnętrznościach jego tkwił zaród zarazy. Potężny kaznodzieja Szwajcarii zwalony został na łoże ciężkiej choroby, o którem się zdawało, iż już z niego więcej nie powstanie. W tych ciężkich chwilach spoglądał Zwingli do wnętrzności serca swego, a znowu i wzgórę ku niebu. Wiedział on, iż Chrystus i jemu dziedzictwo swoje zapewnił, a dla tego wylał uczucia serca swego w pobożnej pieśni, która wtenczas powstała.
Choroba coraz bardziej się wzmagała. Przyjaciele jego patrzyli nań pełni trwogi i żalu. Tak nadzieja kościoła i kraju miała stać się zdobyczą grobu. Siły i przytomność ducha go opuszczały. Ale serce jego zawsze jeszcze w pieśniach i modlitwach do Boga się zwracało.
Szczerze pobożny Hoffmann, kanonik kapituły zurychskiej, nie mógł pogodzić się z tą myślą, iżby Zwingli w błędach, które kazał, z tego świata miał odchodzić. Wybrawszy się więc do przełożonego kapituły rzekł do niego te słowa: „Wyobraźcie sobie przecie niebezpieczeństwo, w którym się dusza jego znajduje. On wszystkich Doktorów, którzy od 380 lat nauczali, nazwał nowatorami; on Aleksandra Halezjusza, świętego Bonawenturę, Alberta Wielkiego, Tomasza z Akwinu i wszystkich kanonistów miał za fantastów. On nauki ich nazywał
— 277 —
marzeniami, które się im wewnątrz klasztorów w ich zakapturzonych mózgownicach uroiły. Ach, gdyby Zwingli żniwa i winnice nasze był zepsował, lepiej zaiste byłoby to jeszcze dla Zurycha. A teraz człowiek ten na śmiertelnej leży pościeli. Ja błagam was, abyście o losie jego biednej duszy pamiętali.” Może być, że proboszcz kapituły oświeceńszym był od kanonika; przynajmniej nie uważał on za rzecz potrzebną, aby Zwinglego do świętego Bonawentury lub Wielkiego Alberta nawracano. Owszem pozostawiono go w pokoju.
W calem mieście ogromny panował postrach. „Wszyscy wierzący serdecznie błagali Pana, aby im pasterza wiernego napowrót oddać raczył” (Bullinger). Z Zurycha puściła się jędza w stronę gór Toggenburgu i tam się na dobre rozgościła. Ẃ rodzinnej wiosce Zwinglego umarło siedem osób, a między nimi i parobek brata jego Mikołaja. Od reformatora żadnej nie było wiadomości. Brat jego Andrzej napisał do niego: „Donieś nam, kochany bracie, jak ci się wiedzie. Opat i wszyscy braciszkowie zasyłają Ci pozdrowienia.” W liście tym niema wzmianki o rodzicach Zwinglego, dla tego należy przypuszczać, iż podobno dawniej już przedtem umarli.
”Wieść o chorobie Zwinglego, tudzież pogłoska o śmierci jego rozeszła się po Szwajcarii i Niemczech szybkością błyskawicy. Hedio napisał te słowa: „Ach któżby nie żałował, iż ten, który zbawieniem ojczyzny, który między nami był głosem trąby Ewangelii i zwiastunem prawdy Bożej, oto już sobie zasnął w pokoju.” Gdy w Bazylei rozeszła się wieść o śmierci jego, to całe miasto w smutku było pogrążone.
Lecz powoli znowu ocknęła się iskierka życia jego; a lubo członki prawie żadnej władzy nie miały, to jednak dusza jego niezachwianą tchnęła pewnością i przekonaniem, iż Bóg do tego go powołał, aby na świeczniku kościoła jego na nowo pochodnie słowa Bożego wystawił. Powoli opuściła go dżuma, a Zwingli wynurzył wdzięczność serca swego w pieśni nabożnej, którą na chwałę Panu ułożył.
Było to z początkiem listopada; Zwingli ledwie pióro trzymając napisał list do rodziny swojej. Tu nieopisana z powodu tego panowała radość, a szczególnie zaś cieszył się najmłodszy brat jego Jędrzej, który sam w rok później umarł na dżumę. Śmierć jego boleśnie opłakiwał Zwingli. W Bazylei ulegli zarazie po trzydniowej chorobie Konrad Brunner i słynny drukarz Bruno Amorbacb, obaj w młodym jeszcze wieku. W mieście tym wierzono przez niejaki czas pogłosce o śmierci Zwinglego. Na wszechnicy wielki stąd panował
— 278 —
smętek. „Kogo Bóg miłuje, tego wcześnie od woływa,” powtarzano sobie dla pociechy. Tym większą była ich radość, gdy pewien student z Lucerny imieniem Kollin i pewien kupiec zurychski przynieśli wiadomość, iż Zwingli z czarnej otchłani śmierci został ocalony.
Faber, znany nam już wikary biskupa Konstancji, wtenczas jeszcze przyjaciel ale później najzaciętszy wróg Zwinglego, napisał do niego: „Najdroższy przyjacielu! Niezmiernie się raduję, iż nam z okropnej otchłani śmierci ocalałeś. Gdy ty jesteś w niebezpieczeństwie, to i chrześcijańska republika w nim się znajduje. Taka była rada Boża, iż krzyżem popchnął cię do tym gorliwszego szukania żywota wiecznego.”
Prawda, iż taka była rada Wszechmocnego, ale była nią w inny sposób, jako myślał Faber. Okropne zaiste były spustoszenia, które zaraza r. 1519 w północnych stronach Szwajcarii zrządziła. Lecz była ona równocześnie potężnym środkiem w ręku Bożym, nawracającym ludzi do pobożności i cnoty. Na nikogo jednak nie wywarła ona tak wielkiego wrażenia jak na samego Zwinglego. Z głębokości grobu powstawając z nowym powstał on sercem. Gorliwość jego stała się tym czynniejszą, żywot jego tym świętobliwszvm, kazanie jego jeszcze więcej swobodnym, chrześcijańskim, porywającym. Były to chwile zupełnego wewnętrznego wyzwolenia Zwinglego. Od tej chwili całkiem już poświęcił się Panu. Z reformatorem razem i sprawa reformacji nowe odzyskała życie. On bicz Boży, jakim „wielka śmierć” była, nawiedzając wyżyny i doliny; uświęcał objawy życia nowego, które się wewnątrz nich pojawiać zaczęło. Natura reformy stała się jako i wiara Zwinglego, w ognia nawiedzenia i przez dowody łaski Bożej tym głębszą i czystszą, tudzież pełniejszą zapału i życia. Wielki był to w ręku Najwyższego dzień odrodzenia całego narodu.
W obejściu z przyjaciółmi nabierał Zwingli powoli nowych sił, których i tak nie mało było mu potrzeba. Z pomiędzy nich najdroższym sercu jego był Mykoniusz. Obaj byli sobie nawzajem podporami, jako Luter i Melanchton. Oswald czuł się w Zurychu szczęśliwym. Dochody jego nie były wprawdzie wielkie, ale zacna i skromna małżonka jego umiała uprzyjemnić i przyozdobić mu życie. Glareanus napisał o niej te słowa: „Gdybym znalazł dziewczynę jej równą, tobym ją wolał niż królewską córę.” Niestety, pewien acz życzliwy głos często tę harmonią zaprzyjaźnionych dusz przerywał. Był to Ksylotekt, kanonik kapituły miasta Lucerny, który wzywał Oswalda, aby do ojczyzny swej powrócił. „Nie Zurych, ale Lucerna jest
— 279 —
twoją ojczyzną. Co prawda, w Zurychu cię szanują, ale któż wie, co wieczór z sobą przynieść może? Ja proszę, a jeśli można, rozkazuję ci, abyś ojczyźnie swojej oddał jej cześć.” Od słowa postąpił Ksylotekt do czynu, i postarał się o to, iż Oswalda zamianowano rektorem szkoły w Lucernie. To też i Oswald nie wzbraniał się dłużej; owszem upatrując w powołaniu tym palec Boży postanowił przynieść ofiarę, lubo mu krok ten trudnym się wydawał, Azaż w ręku Pańskim nie miałby stać się naczyniem wybranym do rozszerzania nauki pokoju wśród wojowniczego kantonu Lucern ? Mimo to rozstanie się z Zwinglim nie mało go łez kosztowało. „Odjazd twój,” napisał wkrótce potem do niego Ulryk, „niepomierna jest klęską dla sprawy, której ja bronię; prawie tak, jako gdy w bitwie jedno skrzydło wojska idzie w rozsypkę. Teraz dopiero poznaję, co Mykoniusz dla sprawy Chrystusowej zdziałał, i jako nieraz i bez mojej wiedzy jej bronił”1).
Strata przyjaciela podwójnie dała się uczuć Zwinglemu, który i tak po przebyciu choroby nie bardzo jeszcze powrócił do siły. „Dżuma,” pisze Zwingli w liście z dnia 30. listopada 1519, „osłabiła mi pamięć, i nader siły życia mego nadwyrężyła.” Ledwie że do zdrowia powrócił, a już do nowych zabierał się prac; „często jednak,” żali się Zwingli, „mówiąc podczas kazania tracę watek myśli. Członki moje są jakby władzy pozbawione, a ja sam jestem jakby umarły.” Do tego wystąpienie Zwinglego przeciwko sprawie odpustów pobudziło przeciwników jego do gniewu. Oswald pisał z Lucerny do przyjaciela swego i dodawał sercu jego otuchy. Przecież prawie o tym czasie dawał Pan widoczne dowody pomocy i opieki swojej. Stanowcze bowiem były to zwycięstwa, które tam na ziemi saskiej potężny on szermierz za prawdę Bożą nad Rzymem odnosił. „Cóż ty o sprawie Lutra sadzisz?” napisał Mykoniusz do Zwinglego. „Ja spokojny jestem tak co do sprawy Ewangelii, jak i względem jego osoby. Jeśli Bóg prawdy swej nie broni, to nikt inny jej obronić nie zdoła. Ja wzywam Pana, aby opieki swojej nie pozbawiał tych, którzy Ewangelii jego wiernymi pozostawają. Nie ustawaj tylko w pracy, którąś rozpoczął, a w niebiesiech obfita zapłata cię nie minie.”
Wkrótce potem przybył do Zurycha pewien dawny przyjaciel Zwinglego i pocieszył serce jego po odejściu Oswalda. Był to dawny nauczyciel jego z Bazylei, imieniem Bunzli, który
1) Zwinglii Epp. 98.
— 280 —
na miejscu wuja Zwinglego został dziekanem miasteczka Wesen. Ten przybył w pierwszych tygodniach r. 1520 do Zurycha i nakłonił Zwinglego do odbycia z nim podróży do Bazylei celem odwiedzenia wspólnych im przyjaciół. To też pobyt Zwinglego w mieście tym nie był bezowocnym. Jan Glother napisał do niego później te słowa: „Ja Ciebie nigdy, mój kochany Zwingli, zapomnieć nie mogę.” Większej jeszcze duchowej korzyści doznali stąd dawniejsi przyjaciele Ulryka. Kapito, Hedio i inni ze słów jego pełnych zapału nowej nabyli siły. Wskutek tego rozpoczął i Kapito w Bazylei odczyty o Ewangelii św. Mateusza i miewał je przed coraz liczniejszym gronem słuchaczów. Nauka Chrystusa jednała sobie przystęp do serc narodu i nowym napawała je życiem. Lud witał ją z zapałem i cieszył się nad odrodzeniem chrześcijaństwa. Były to niby chwile porannej zorzy reformacji. Wprawdzie nie obeszło się i bez zasadzek i rozruchów ze strony mnichów i duchowieństwa, które sprawie i życiu Kapitona groziły. Kardynał Albrecht, arcybiskup Moguncji, pragnąc najznakomitszymi otoczyć się mężami, wezwał o tymże czasie i Kapitona pod nader świetnymi warunkami do siebie. Kapito, czując się postępowaniem duchowieństwa zniechęconym, przyjął wezwanie kardynała. Z powodu tego ogromne powstało między ludem oburzenie przeciwko duchownym, tak iż w mieście nawet aż do buntów przyszło. Na miejsce Kapitona zamierzano powołać Hediona, ale jedni powiadali, że jeszcze bardzo młody, drudzy zaś, że to uczeń Kapitona! Hedio sam napisał te słowa: „Niebezpieczna to wprawdzie rzecz, gdy się tkliwym uszom ostrą prawdę wypowie; ale mimo to nic mię od drogi prawdy odwieść nie zdoła.” Zakonnicy zaś tym głośniej na ambonach swych krzyczeli wołając: „Nie wierzcie przecież tym, którzy powiadają, że się w Ewangelii i listach świętego Pawia suma chrześcijańskich nauk znajduje. Skotus daleko więcej przysłużył się sprawie chrześcijaństwa niż apostoł Paweł. W nowszych czasach wszystką naukę i umiejętność jedynie z pism Skotusa skradziono. To tylko ludzie, próżnej chwały chciwi, zaprawili naukę jego kilkoma greckimi i hebrajskimi wyrazami, aby ją tym sposobem zamącili.”
Wrzawa coraz bardziej się wzmagała. Zachodziła obawa, aby odejście Kapitona jeszcze bardziej nie zaostrzyło oporu. Hedio użala się, mówiąc: „Otóż ja jeden i słaby przeciwko onym jadowitym wrogom walczyć muszę.” Dla tego wzywał on gorliwie pomocy z góry i napisał na dniu 17. marca 1520 do Zwinglego te słowa: „Byłeś ty mi tylko listami swymi
— 281 —
otuchy dodawał! Nauka bowiem i wiara chrześcijańska znajdują się teraz między młotem i kowadłem. Wszechnice miast Kolonii i Lowanium potępiły Lutra. Jeśli w ogóle kiedy, to teraz wielkie grozi kościołowi niebezpieczeństwo.” Dnia 28. kwietnia wyjechał Kapito do Moguncji i na miejsce jego wstąpił od razu Hedio. Co do wykładu ewangelii Mateusza, to nie ograniczył się Hedio jedynie do publicznych nabożeństw w kościele, lecz postanowił także i w domu swym, jako w liście do Lutra napisanym donosi, poufne odbywać zgromadzenia, aby umysłom szukającym głębszej znajomości prawdy ewangelicznej, dać sposobność do poznania takowej. Skuteczny środek ten do rozszerzania prawdy i podniesienia udziału i gorliwości dla spraw królestwa Bożego po wszystkie czasy wielkie natrafiał trudności. Stawiali takowe ludzie światowi, ale też i duchowni chciwi władzy, którzy, lubo z innych znowu powodów zawsze do tego dążyli, aby służba Boża jedynie do murów kościoła się ograniczała. Mimo to nie dał się Hedio od zamiaru swego odstraszyć.
Podczas powyższych usiłowań sługi Bożego w Bazylei przybył do Zurycha pewien człowiek nie bardzo czystego charakteru. W chwilach wstrząśnienia stosunków społecznych występują i tacy ludzie na widownią rzeczy. Są oni niby pianą nieczystą, która wirem wzburzonej fali na powierzchnię wody wychodzi. Radca miasta Zurycha, Grebel, którego poczciwość powszechnie była znana, miał syna. Imię jego było Konrad. Ten odznaczał się niepospolitymi zdolnościami umysłu; ciemnota i zabobon były mu wstrętne. Charakter Grebla był porywczy, namiętny, mowy jego tchnięte sarkazmem. Nikt go też nie lubił. Grebel prowadził życie rozpustne, mimo ciągle o niewinności swojej gadał, na innych zaś ani poczciwej nitki nie pozostawiał. Wspominamy tu o nim dla tego, ponieważ on później smutną odegrał rolę. Po rozmaitych przejściach życia swego postanowił on stać się panem Zwinglego; a później znów znajdziemy go na czele nowochrzczeńców. Może być, iż Opatrzność Boska dla tego prawie w wieku reformacji podobnym mężom na widownią rzeczy wystąpić pozwalała, aby się przewrotnościami ich mądry, chrześcijański i stopniowo naprzód idący sposób działania reformatorów tym więcej uwydatniał. Według wszystkiego przypuszczać należało, iż między papiestwem i zwolennikami Ewangelii za niedługo przyjdzie do walki. „Opieszałych trzeba zachęcać,” napisał Hedio, „albowiem już zerwano pokój. Przywdziejmy zbroję — a naprzód przeciwko przebrzydłym wrogom do walki.” W podobny sposób pisał i Mykoniusz do Ulryka. Lecz Zwingli z podziwiania godna
— 282 —
łagodnością, odpowiedział na te objawy
wojowniczego umysłu. „Ja życzyłbym sobie, aby lepiej życzliwością i poczciwą
uprzejmością udało się nam pozyskać serca tych ludzi, aniż byśmy ich
uderzeniem obalić mieli. Jeśli naukę naszą, która nie jest naszą, nauką szatana
nazywają, to ja się zupełnie nad tym nie dziwuje; owszem jest mi to tylko
dowodem, iż my od Boga wysłani jesteśmy. Szatan bowiem nigdy w obec Chrystusa
milczeć nie może.”
––––––––––
• ––––––––––