VII.

Odpusty. — Simson w Bernie. — Simson w Baden.  — Dzie­kan  miasteczka  Bremgarten.    Młody Henryk Bullinger.   — Simson i dziekan. — Wewnętrzne walki Zwinglego. Zwingli przeciwko odpustom. — Simson musi odejść.

 

To też za niedługo nastręczyła mu się sposobność do objawienia gorliwości serca swego. Znany nam już handlarz odpustów zbliżał się powoli w strony Zurycha; 20. września przybył do miasta Zug, i został tam przez trzy dni. Ogromne mnóstwo ludu garnęło się około niego, a znowu ci

 

    269   

 

najbiedniejsi najbardziej się cisnęli, nie zostawiając przystępu bo­gatszym. Okoliczność ta nie odpowiadała życzeniom Simsona; dla tego jeden z otoczenia jego podniósłszy głos odezwał się do zgromadzonych: „Ludkowie, nie ciśnijcie się tak bardzo; zostawcie miejsca i tym, którzy mają pieniądze. My potem i wam dopomożemy, którzy pieniędzy nie macie. Z miasta Zug udał się Simson z drużyną swoją do Lucerny, dalej do Unterwalden, a stąd poszedł do Berna. Droga prowadziła go przez urodzajne wyżyny Alp i bogate górskie doliny, tu­dzież po krawędziach odwiecznych lawin kraju, a wszędzie z rzymskim towarem swym świetne robił on interesa. W Bernie wzbroniono mu najprzód wstępu do miasta, ale za pomocą rozmaitych znajomości, które tam posiadał, udało mu się jednak dostać się do niego. W kościele świętego Win­centego rozłożył swój kram, i wołał głośniej niż gdziekolwiek indziej: „Kupujcie odpusty! Na pergaminie kosztuje jedną koronę (l złr. 50 et.), a na zwyczajnym papierze dla bie­dniejszych kosztuje 2 grosze (25 et. w. a.).” Pewnego razu nadjechał na prześlicznym siwoszu słynny rycerz Jakub Stein. Koń bardzo mnichowi wpadł w oko. „Dajcie mi odpust dla mnie, dla moich 500 jezdnych, dla wszystkich moich podda­nych na folwarku w Belp i dla wszystkich mych przodków,” rzekł rycerz, „a ja wam za to mego wierzchowca oddam.” Za jednego konia było to nie mało; ale koń tak Franciszka­ninowi przypadł do gustu, iż się na to zgodził. Zaprowadzono siwosza do stajni Simsona, a wszystkie one dusze wydostały się z czyśćca 1). Innego razu znowu kupił pewien mieszczanin odpust, mocą którego spowiednik jego miał prawo każde krzywoprzysięstwo mu odpuścić 2). Taki wszędzie przed Simsonem panował postrach, iż pewien rozsądny staruszek i czło­nek Rady krajowej imieniem May za jakieś słowo przeciwko niemu wypowiedziane, na klęczkach mnicha o przebaczenie błagać musiał.

W ostatni dzień pobytu jego donosił odgłos wszystkich dzwonów światu nowinę, iż się Simson z miasta wybiera. Mnich stał u stopni wielkiego ołtarza w kościele. Kanonik Henryk Lupulus, dawniejszy nauczyciel Zwinglego, tłumaczył ludowi pożegnalne słowa Simsona. Kanonik Anzelm obróciwszy się do burmistrza miasta Wattewylu rzekł: „Gdy wilk i lis społem idą, to wam dobrze owieczek i gęsi pilnować trzeba.”

 

1) Anselm. V. 335.

2) Müller, Reliqu. IV. 403.

 

    270   

 

Mnich atoli nie wiele dbał o podobne uwagi, na które i tak tylko po za jego plecami sobie pozwalono; owszem głośno się do zabobonnego ludu odezwał, wołając: „Uklęknijcie, zmówcie trzy „Ojczenasze” i trzy „Zdrawaś,” a dusze wasze staną się czyste jak w chwili chrztu świętego.” Wszystek lud upadł na kolana. Simson, na.d2wycza.jna chcąc okazać łaskę, zawołał głośno: „Ja z czyśćcowych katuszy i z piekła dusze wszys­tkich umarłych Berneńezyków uwalniam, bez wzglądu na spo­sób ich śmierci i na miejsce, gdzie umarli.” Tak sobie kuglarz zakończył efektem.

Wioząc zdobyte pieniądze, ciągnął Simoson przez kantony Aargau i Baden w stronę ku Zurychowi. Im bliżej nadchodził, tym większym otaczał się przepychem i z większą występował dumą. Niktby teraz nie uwierzył, w jakiej on nadzy przybył przez Alpy do kraju. Biskup Konstancy! rozgniewał się, iż mu bulli swej nie przedłożył do zatwierdzenia i wydał do wszystkich duchownych diecezji rozkaz, aby mu kościołów swych nie otwierali. Lecz w mieście Baden nie miał proboszcz odwagi do dłuższego oporu, tom więcej iż mnich z każdą chwilą, stawał się zuchwalszym. Idąc na czele procesy i udawał Simson, jakoby mu się coś na powietrzu ukazało. Towarzysze jego zanucili pieśń pogrzebową, a w tym odezwał się mnich wołając: „Patrzcie! oto lecą!” — mianowicie dusze z cmentarza do nieba. W tej chwili wyszedł jakiś człowiek na wieżę, i sypnął stąd pierzem na procesją. „Patrzcie, oto lecą!” krzy­knął żartowniś i puścił puch z poduszki na wiatr. Procesja w śmiech! a Simson gniewał się okropnie; ale ponieważ ze­znano, iż człowiek ten czasami na rozumie cierpi, zaniechał dalszych kroków w tej sprawie i opuścił miasto ze wstydem.

Pod koniec lutego przybył do Bremgarten, a zwłaszcza na wezwanie drugiego proboszcza i burmistrza tego miasta, którzy się z nim w Baden zaznajomili. Największy wpływ w okolicy tej posiadał Bulimger, dziekan w Bremgarten. Wprawdzie co do błędów kościoła i prawdy słowa Bożego, to o tym nie wiele on rozumiał, ale był człowiekiem szczerym, gorliwym i dobrym mówcą, pamiętał o ubogich i szczególnie sprzyjaj dzieciom. Wszystkie powyższe cnoty zjednały mu serca całej okolicy. W młodości swej zawarł on z córką pewnego radcy miasta tak zwane małżeństwo sumienia, do którego się duchowni, nie chcący żyć w nierządzie, często uciekali. Anna porodziła pięciu synów, a liczna rodzina ta nie uwłaczała w oczach ludu powadze dziekana. Dom jego w całej Szwajcarii słynął z gościnności. Będąc wielkim zwolennikiem

 

    271    

 

myślistwa wychodził on z dziesięciu lub dwunastu psami, w to­warzystwie panów Hallwylu, tudzież opata klasztoru Muri i patrycyuszów miasta Zurycha do okolicznych lasów i pól na polowanie. Tam myśliwskie odbywały się biesiady, a dziekan bremgardzki wszystkich gości wesołością prześcigał. De­putowani miast, idąc na posiedzenia Rady do Badenu, nigdy domu i stołu jego nie pomijali. „Dom Bullingera stoi zawsze otworem jakby dom jakiego magnata,” powiadano o nim.

Przede wszystkim zwracał tam uwagę przychodniów na siebie chłopak, nadzwyczaj żywy na wejrzeniu. Henryk, syn dziekana, bywał od pierwszych czasów młodości w niejednym wielkim niebezpieczeństwie. Pewnego razu przyszła nań dżuma. Już miano go odprowadzać do grobu, gdy się jeszcze w nim ślady życia pojawiły. Chłopak ku wielkiej radości ro­dziny powrócił do zdrowia. Znowu innego razu jakiś włóczęga zwabił go do siebie, i chciał zabrać z sobą, gdy nadeszli zna­jomi i pozna wszy chłopca wybawili go z rąk jego. Już w trze­cim roku życia umiał on Modlitwę Pańską i Apostolskie wy­znanie wiary na pamięć. Wtenczas dostał się pewnego razu do kościoła, i wstąpiwszy na ambonę z komiczną powagą za­czął głośno kazać: Wierzę w Boga Ojca itd. W dwunastym roku wyprawili go rodzice do łacińskiej szkoły w Emmerich, lecz nie bez obawy to uczynili, bo w owych czasach niejedno niedoświadczonemu chłopcu groziło niebezpieczeństwo. Często się zdarzało, iż studenci, którym się ustawy akademicznego życia zanadto surowymi wydawały, gromadami opuszczali wszechnice i zabierając z sobą chłopców w lasach osiadali. Stąd wysyłali chłopców na żebraninę, sami zaś zbrojną ręką napadali podróżujących, złupili ich i rozpraszali zdobycz swą marnotrawstwem. Henryka jednak uchował Bóg w obczyźnie ode złego. Tam musiał on, jako niegdyś Luter, śpiewem sobie kawałek chleba na utrzymanie swoje wyprosić, albowiem według woli ojca za młodu miał uczyć się na własnych stać nogach. W 16. roku życia dostał mu się nowy testament do ręki. „Znalazłem tam zupełną naukę o zbawieniu,” pisze Bullinger; „a od tego czasu postanowiłem sobie za zasadę, sa­mego tylko Pisma się trzymać i wszystkie dodatki ludzkie porzucić. Ja ani Ojcom ani sobie nie wierzę; ja wykładam Pismo święte jedynie według myśli w nim zawartych, i ni­czego nie dodawam ani nie odejmuję” 1). Tak przygotowywał

 

1) Bullinger, Epp. 19.

 

    272   

 

Bóg młodzieńca, który później miał zostać następcy Zwinglego. Z pióra jego posiadamy opis onych czasów.

O tym to czasie przybył do Bremgarten Simson z swym orszakiem. Dzielny dziekan nie uląkł się tej włoskiej drużyny, owszem po prostu mnichowi handlu jego zakazał. Burmistrz, rada miasta, tudzież i drugi proboszcz, którzy sprawie Simsona sprzyjali, przybyli na powitanie jego do gospody. Wobec oświadczenia dziekana stali teraz około zniecierpliwionego mnicha zupełnie bezradni. W tym sam dziekan nadchodzi. „Oto są bulle papieskie,” rzekł Simson, „otwórzcie mi wasz kościół.”

Dziekan: Ja nigdy nie dopuszczę, aby na mocy nieważnych papierów, których biskup nie potwierdził, moim parafianom pieniądze wyłudzano.

Mnich (z uroczystą powaga): Papież stoi wyżej biskupa. Ja rozkazuję wam, abyście trzodę waszą tak obfitej łaski nie pozbawiali.

Dziekan: A choćbym życie oddać musiał, to jednak kościoła mego nie otworze.

Mnich (w gniewie): Szalony księże! W imieniu najświę­tszego pana papieża naszego rzucam na ciebie klątwę i nie zdejmę jej pierwej, póki za niesłychany swój opór 300 dukatów nie zapłacisz.

Dziekan (odwraca się i zamierza odejść): Ja przed legal­nymi sędziami za siebie odpowiem; o ciebie i klątwę twoją nie dbam.

Mnich (wściekając się): Ty bestio odporna! Ja zaraz do Zurycha idę i tam cię przed Radą oskarżę.

Dziekan: I ja tam trafię, a owszem i od razu wybieram się w drogę.

Gdy się to w Bremgarten działo, kazał w Zurychu Zwingli z zapałem przeciwko odpustom papieża, widząc jako wróg z każdym dniem zbliża się do miasta. Wikary kostnicki Faber zagrzewał go do tego, obiecując mu, iż z wszelką wiernością po jego stać będzie stronie1). W drodze do Zurycha oświadczył Simson, iż dobrze wie o tym, że Zwingli przeciwko niemu kazać będzie, ale już mu on usta zatkać potrafi. To też zanadto czuł Zwingli w sercu swem błogość zbawienia Chrystusowego, aniżby przeciwko papierowym odpustom tych awanturników miał nie kazać. Często i jego serce uczuwało trwogę z powodu grzechu, ale zawsze znów w Zbawicielu swym znajdowało pokój.

 

1) Zwingli Opp. II. 7.

    273   

 

Skromny on ale potężny mąż coraz bardziej się w znajomości Bożej pomnażał. „Gdy szatan mię straszy i powiada: Otoś znowu nie dopełnił tego i owego, co ci Bóg nakazuje — to wtenczas cieszy mię słodki głos Ewangelii, która mi powiada: Czego ty dopełnić nie możesz (a rzeczywiście nie masz siły do tego), to pełni i wykonywa Chrystus. Gdy serce moje nad słabością i upadkiem ciała boleje, wtedy dusza moja podnosi się w wierze i radości; wie bowiem, iż Chrystus jest niewin­nością naszą, Chrystus sprawiedliwością i czystością i zbawieniem naszym. Tak my nic nie możemy, ani też nie jesteśmy, ale Chrystus jest Alfa i Omego, początek i koniec; Chrystus jest nam wszystko we wszystkim, Onci wszystko uczynić może. A choćby wszystkie stworzenia ziemskie cię opuściły, to jednak On cię nie opuści. On święty i sprawiedliwy Jezus Chrystus przyjmie cię i usprawiedliwi. Zaprawdę, Chrystus to sprawie­dliwość nasza, to sprawiedliwość wszystkich tych, co przed tronem Bożym sprawiedliwymi się okazali”1).

W obliczu takich nauk nie miały już odpusty papieskie żadnego znaczenia. „Grzechów odpuszczać nie może żaden człowiek; to czyni jedynie Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek2). Kup sobie odpust, jeśli chcesz, ale wiedz, iż ci przez to grzechy Twoje odpuszczone nie zostaną. Kto grzechy ludzkie za pieniądze odpuszczać zamyśla, tenci jest towarzyszem czarnoksiężnika Symona, przyjacielem Bileama i wysłańcem samego szatana.”

Dziekan Bullinger przybył jeszcze przed Simsonem do Zurycha. Pełen oburzenia z powodu powyższej rozmowy z mni­chem wystąpił on przed Radę i wynurzał przed nią żale swoje przeciwko Siinsonowi i przebrzydłemu handlowi jego. W tej samej sprawie przybyli także wysłańcy biskupa Konstancji, z którymi się Bullinger połączył. Wspólnymi siłami chciano sprawę prowadzić. W mieście panował duch Zwinglego. To też Rada uchwaliła nie wpuścić mnicha do Zurycha.

Simson, przybywszy tym czasem, zajechał do pewnej gospody na przedmieściu i już uroczystym pochodem do miasta wjeżdżać zamierzał, gdy naraz zjawiają się wysłańcy Rady. Ci podali mu jako wysłańcowi papieża według ówczesnego zwyczaju kubek wina na poczęstowanie, ale równocześnie oświadczyli mu, iż do miasta wjeżdżać nie potrzebuje. Przebiegły mnich oświadczył im atoli, iż z polecenia papieża ma niecoś Radzie

 

1) Zwinglii Opp. I. 207.

2) Zwinglii Opp. I. 412.

 

    274   

 

powiedzieć. Z tego powodu uchwalono wpuścić go do miasta. Lecz gdy na ratuszu o niczym innym jak jedynie o swych bullach gadał, kazano mu opuścić miasto; najprzód jednak musiał on jeszcze cofnąć klątwę, którą na Bullingera wypo­wiedział. Simson wyszedł stąd z gniewem i za niedługo wybrał się na rozkaz papieża do Włoch. „Trzy konie ciągnęły za nim wóz z pieniędzmi, które od ubogich ludzi wyłudził,” pisze Bullinger. Osiem miesięcy temu, jako goły, nie mając tylko kilka papieskich papierów u siebie, przez tę samą górę św. Gotarda przechodził.

Rada Szwajcarii większą udowodniła wtenczas stanowczość i siłę, niż sejm Rzeszy niemieckiej. Ale też w łonie jej nie było ani kardynałów ani biskupów. Z tego powodu nie wystę­pował papież przeciwko Szwajcarii tak surowo, jak przeciwko Niemcom. W niemieckiej reformacji odgrywały odpusty nader ważną rolę; we Szwajcarii są one prawie tylko chwilowym epizodem.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1