II.

Młody Ulryk. — Ulryk w Wesen i Bazylei. — W mieście Bern. — Klasztor dominikański. — Jetzer. — Widmo. — Cierpienia braciszka. — Oszustwo. — Odkrycie i kara. — Zwingli w Wiedniu. — W Bazylei. — Muzyka. — Wittembach wykłada Ewangelia. — Leon Juda. — Probostwo miasta Glarus.

 

                   Piękne zdolności syna nie małą poczciwemu burmistrzowi sprawiały radość. Przekonał się, iż Ulryk więcej potrafi, niż tylko paść krowy na górze Saentis i pieśni pasterskie śpiewać. Pewnego dnia wziął Ulryka za rękę i prowadził go do Wesen. Tam po zielonych wierzchołkach Ammonu szli razem spuszczając się na dół koło dzikich niebotycznych skał, które vierwaldstadzkie jezioro otaczają. W miasteczku odwiedził brata swego, dziekana i poruczył mu dziecię gór, aby się o jego umysłowych zdolnościach przekonał 1). Chłopak odznaczał się szczególniejszym wstrętem do kłamstwa, tudzież miłością prawdy. Sam nam o tem donosi, jako pewnego razu, gdy już myśleć zaczął, przyszła mu myśl do głowy, iż za kłamstwo surowiej jeszcze należałoby karać człowieka, niż za kradzież, albowiem szczerość jest matką wszystkich cnót. Dziekan pokochał synowca jakby własne dziecię. Żywy umysł jego nie małą sprawiał mu radość. To też od razu oddał go pewnemu nauczycielowi do nauki, od którego młody Ulryk wkrótce wszystkiego się

 

1) Melch. Adam. Vita Zwinglii 25.

 

    232   

 

wyuczył, co tylko sam nauczyciel umiał. Już w dziesiątym roku życia swego dawał Zwingli dowody wyższego uzdolnienia umysłu. Z tego powodu postanowili ojciec i wuj wysłać go do Bazylei.

                   A tak z wyżyn Toggenburgu dostał się młody Ulryk do słynnego miasta Bazylei. Serce jego pełne szczerości i czystości, które wprawdzie nie z czystego górskiego powietrza ale z góry, z nieba pochodziły, zdumiało się na widok otwie­rającego mu się nieznanego świata. Przepych słynnego bazylejskiego soboru, wszechnica miasta tego, przez papieża Piusza II. tam r. 1460 założona, tudzież drukarnie, które odtworzeniem dzieł starożytnych mistrzów pierwsze owoce budzących się nauk światu wydawały, a nareszcie obecność i pobyt tylu znakomitych mężów, jako np. Wessela, Wittembacha a szcze­gólnie słynnego Erazma, którego słońcem nauk i szkół uważano — wszystko to przyczyniło się do tego, iż Bazylea w czasach reformacyi jako jedno z największych ognisk światłości na Zachodzie zasłynęła.

Zwingli dostał się do szkoły św. Teodora. Tam nauczał Jerzy Binzli, mąż rzadkiej naonczas między nauczycielami uprzejmości i łagodności umysłu. Ulryk nadzwyczajne robił postępy. Dysputy, które się na wszechnicach zazwyczaj tylko pomiędzy nauczycielami odbywały, weszły tam i między uczniami we zwyczaj. Zwingli często w nich brał udział. Budzących się sił umysłowych próbował on w walce z uczniami innych zakładów i zawsze nad nimi odnosił zwycięstwo. Był to wstęp do onych późniejszych wielkich walk nauki, któremi w Szwajcarii władzę papiestwa obalił. Starsi współzawodnicy zazdrościli mu jego talentu, i wkrótce okazało się w Bazylei to samo, co przedtem w Wesen, iż Zwingli współuczniów swych daleko prześcigał.

                   Pewien uczony mąż, imieniem Lupulus, otworzył niedawno przedtem w mieście Bernie tak zwaną szkołę uczonych, pierwszą w Szwajcarii. Przełożony gminy Wildhaus i dziekan miasteczka Wesen postanowili wyprą wid do niej Ulryka. R. 1497 pożegnał Zwingli wspaniałe równiny Bazylei i osiadł w pobliżu wysokich szczytów Alp, wśród których wiek dziecinny spędził, i których śnieżyste, przy zachodzie słońca ogniem płonące szczyty z Berna widać było. Lupulus był znakomitym poetą. Ucznia swego wprowadził on do nieznanej podówczas i tylko dla niewielu przystępnej świątyni klasycznych nauk. Dzielny chłopczyna poił się wonnością starożytności. Duch jego dziwnie się

 

    233   

 

rozwijał i gładził się sposób jego pisania. Tak stał się Zwingli wieszczem.

                   Pomiędzy klasztorami miasta Bern słynął najbardziej kla­sztor dominikański, którego zakonnicy zacięty z księżmi Fran­ciszkanami toczyli bój. Pierwsi bowiem zaprzeczali nauce o niepokalanym poczęciu Panny Maryi, która ci ostatni utrzymywali. Dominikanie, czy to u bogatego ołtarza, czy pomiędzy dwunastu filarami dźwigającymi sklepienie kościoła swego, czy gdziekolwiek indziej się znajdowali, o niczem innym jako, jedynie o upoko­rzeniu współzawodników swych rozmyślali. Śliczny głos Zwinglego zwrócił uwagę ich na siebie. Słysząc o jego przedwczesnych zdolnościach umysłowych nie taili przed sobą, iż chłopak ten mógłby niegdyś stać się ozdobą zakonu ich. Dla tego usiłowali się zwabić go do siebie i wezwali go, aby na razie w klasztorze zamieszkał, ażby mógł zostać nowicjuszem. Przyszłości Zwinglego groziło niebezpieczeństwo. Burmistrz Wildhausu dowiedziawszy się o tem lękał się o niewinne serce syna i rozkazał mu, aby natychmiast opuścił Bern. Taką koleją uszedł Zwingli klasztoru, w którym Luter dobrowolnie szukał zbawienia duszy. Jak wielkie Zwinglemu groziło niebezpieczeństwo, wynika z pewnego zdarzenia, które nieco później zaszło.

                   Roku 1507 panowało w mieście Bem niepospolite wzbu­rzenie umysłów. Pewien młodzieniec, Jan Jetzer, rodem z Zu­rychu zgłosił się do klasztoru księży Dominikan, ale go nie przyjęto. Biedny chłopczyna powrócił znowu i przyniósł z sobą 53 złr. tudzież trochę jedwabnej materii „Więcej nie mam,” błagał Jetzer, „odbierzcie ten dar i przyjmijcie mię do waszego zakonu,” Dnia 6. stycznia przyjęto go do liczby laików zakonu. Lecz już pierwszej nocy pobytu jego w kla­sztorze przestraszył go dziwny jakiś szelest, który w komórce swej usłyszał. Z powodu tego uciekł do klasztoru Kartuzów, ale ci odesłali go na powrót do księży Dominikanów.

                   Następnej nocy, przed dniem świętego Macieja, przeraźliwe jakieś jęki ze snu go obudziły. Przetarłszy oczy widzi Jetzer jakąś wysoką postać w bieli, tuż koło łoża jego stojącą. „Jam jest biedna dusza, a przychodzę z czyśćca,” grobowy odezwał się głos. „Niech ci Bóg dopomoże,” odpowiedział braciszek, drżąc z trwogi na calem ciele, „ja ci pomódz nie mogę.” W tem duch przystąpiwszy do łoża porwał go za gardło i z oburzeniem wymawiał mu jego opieszałość. „Cóż tedy mógłbym dla ciebie uczynić?” zapytał przelękły Jetzer. — „Biczuj się przez osiem dni aż do krwi i leż w kaplicy świętego Jana na ziemi!” To rzekłszy znikło widmo. Braciszek

 

    234   

 

opowiedział spowiednikowi swemu, kaznodziei klasztoru o tem, co zaszło i za jego radą ciężkiemu poddał się ćwiczeniu. Wkrótce opowiadano sobie po całym mieście, iż dusza u księży Domi­nikan szukała pomocy celem wydobycia się z czyśćca. Lud oderwał się od księży Franciszkanów i biegł gromadami do kościoła, w którym człowiek pobożny leżał na ziemi. Dusza czyśćcowa oznajmiła, iż po ośmiu dniach znowu przybędzie. W rzeczy samej znowu się oznaczonej nocy zjawiła, a to w towarzystwie dwóch duchów, którzy ją katowali i okropnie jęczeli. „Skotus,” rzekła dusza, „który pierwszy wynalazł naukę o niepokalanym poczęciu Panny Maryi, także do tych należy, co tak okropne ze mną męki cierpią.” Nowina ta rozeszła się po mieście i niepospolitą trwogą wszystkich zwolenników franciszkańskiego zakonu napełniała. Dusza czyść­cowa, odchodząc zapowiedziała zjawienie się samej Panny Maryi. W oznaczonej chwili tuż przed zdumionym braciszkiem stoi w komórce jego Maria Ledwie oczom swym wierzył. Przystąpiła do niego łagodnie i dała mu trzy łzy Jezusa, trzy krople krwi jego, tudzież krzyż i list do papieża Juliusza II., który do tego od Boga postanowiony został, aby zniósł święto rzekomego niepokalanego jej poczęcia. Potem bliżej do łoża jego przystąpiła i wielką zwiastując mu łaskę przebódła rękę jego gwoździem. Braciszek wydał okropny jęk boleści, ale Najśw. Panna obwiązała mu rękę chustką, którą syn jej podczas ucieczki do Egiptu miał na sobie. Jedna rana jednak nie wystarczała. Aby chwała dominikańskiego zakonu w niczem chwale Franciszkanów nie ustępowała, trzeba było, aby Jetzer wszystkich pięć ran Jezusa i świętego Franciszka na rękach, nogach i boku swym nosił. To też i te drugie cztery mu zadano. Podano mu jakieś lekarstwo do picia i odniesiono go na salę, w której pełno było obrazów przedstawiających mękę Pańską. Tam przez cały szereg dni nie dano mu jeść, tak iż wkrótce wyobraźnia jego do najwyższego stopnia się rozogniła. Niekiedy otwierano drzwi sali na widok ludowi, który w pobożnym zdumieniu patrzał na braciszka z pięcioma ranami na ciele. Tłumy garnęły się oglądać człowieka, który wyciąganiem rak, skinaniem głowy, ruchami ciała i wyrazem twarzy ukrzy­żowanie Chrystusa naśladował. Często zupełnie tracił on przytomność, na ustach jego pojawiała się piana i zdawał się bliskim być śmierci. „On krzyż Chrystusa niesie,” powiadali między sobą widzowie. Mnóstwo chciwe cudów garnęło się do klasztoru, a nawet nauczyciel Zwinglego Lupulus i wielu innych zacnych mężów nie było wolnych trwogi. Dominikanie kazali

 

    235  

 

ludowi o chwale zakonu swego, której  cudownym  sposobem przysporzył im Bóg.

                   Wewnątrz zakonu tego utwierdziło się od kilku lat prze­konanie, iż koniecznie trzeba będzie upokorzyć Franciszkanów i cudami podnieść powagę swą w oczach ludu, tudzież szczo­drobliwość jego na rzecz zakonu. Na widownię powyższych usiłowań obrano miasto Bern. „Proste to i chłopskie miasto nie mające cywilizacji,” jak się o nim sam przeor Berna wyraził na zebraniu kapituły, odbytem w mieście Wimpfen nad rzeką Neckar, miasto to najlepiej zgoła celowi temu odpowiadało. Przeor klasztoru i zastępca jego, tudzież kazno­dzieja i dostawca klasztoru główne przyjęli role, lecz nie umieli odegrać ich do końca. Maria pojawiła się na nowo, ale po głosie jej poznał Jetzer spowiednika klasztoru, a ledwie że domysł swój wypowiedział, to od razu znikła Maria. Wkrótce atoli znowu zjawiła się wymawiając braciszkowi niedowiarstwo jego. „Tym razem jest to przeor,” krzyknął Jetzer i z nożem w ręku skoczył za nim. Maria rzuciła mu cynową misę o głowę i znikła. Odkrycie Jetzera napełniło księży Dominikanów trwogą; postanowili tedy pozbyć się go za pomocą trucizny. Lecz Jetzer poznawszy zamiary ich uciekł z klasztoru i całą zdradził sprawę. Dominikanie stanowczo wszystkiemu zaprzeczali i wyprawili poselstwo do Rzymu. Papież polecił legatowi swemu we Szwajcarii tudzież biskupom miast Lozanny i Sitten, aby w sprawie tej przeprowadzili śledztwo. To wykazało winę Dominikanów. Czterech uczestników oszustwa skazano żywcem na spalenie, i dnia 1. maja 1509 odbyło się takowe w obliczu wyżej 30.000 ludzi, którzy się na to widowisko zgromadzili. Sprawa rozniosła się po całej Europie i uwydatniając skażenie kościoła nie mało dla reformacji przygotowała umysły1).

                   Do takich ludzi ledwie że nie dostał się Zwingli. Ukoń­czywszy w Bernie nauki języków udał się Ulryk do Wiednia, gdzie się nauce filozofii poświęcał. Tam spotkał on pewnego młodzieńca z St. Gallen, imieniem Joachima Vadiana, po którego zdolnościach spodziewać się należało, iż znakomitym niegdyś stanie się uczonym i mężem stanu; spotkał też Henryka Loreti rodem z miasta Glarus, zwanego Glarianem, który później zasłynął jako poeta, tudzież Jana Heigerlin ze Szwabii, syna pewnego kowala, którego dla tego Fabrem nazywano. Usposo­bienie Fabra wtenczas już nadzwyczaj było giętkie; kochał się w rozgłosach i honorach i posiadał wszystkie zdolności

 

1) Wirtz, helvetische Kirchengeschichte III. 287. i inne.

 

    236   

 

wytrawnego dworaka. Oto towarzysze nauk i zabaw Ulryka w stolicy Austrii.

                   Gdy roku 1502 powrócił do Wildhausu i w strony rodzinne swych gór, uczuł Zwingli od razu i przekonał się, iż zaczerpnąwszy z kielicha nauk nie znajdzie nadal zaspoko­jenia serca li tylko w pieśniach pasterskich swych braci i wśród beku pasących się trzód. A więc w osiemnastym roku wieku swego udał się do Bazylei, by dalej poświęcać się naukom. Tam był on nauczycielem i uczniem oraz. Zajmował się nau­czaniem w szkole św. Marcina, tudzież i słuchaniem wykładów na wszechnicy. Odtąd nie potrzebował już więcej wsparcia rodziców. Za niedługo potem został magistrem sztuk wyzwo­lonych. Najściślejszym przyjacielem był mu Kapito, pochodzący z Alzacji, starszy wiekiem o lat dziewięć od Ulryka.

                   Zwingli oddawał się naukom teologii scholastycznej. Trzeba było z całym labiryntem jej sofismatów się zaznajomić, by później skutecznie walczyć przeciwko nim. Nieraz też wesoły student alpejskich gór odłożył prace szkolne na bok i brał się na przemian do lutni, harfy, skrzypców, fletu, bębna, kornetu lub rogu, na których śliczne jako na niwach Lisighausu grał melodie i w własnym lub przyjaciół swych pomieszkaniu ojczyste powtarzał pieśni. Co do muzyki był on prawdziwym synem Toggenburgu. Nikt mu w tym względzie nie dorównał. Ulryk był mistrzem na wszystkich wyż wymienionych instru­mentach i kilku innych jeszcze oprócz tego. Zapał jego do muzyki szerzył zamiłowanie do niej na wszechnicy. Przy tym nie chodziło Zwinglemu tyle o rozrywkę, ile o pokrzepienie ducha po trudnych pracach umysłowych, tudzież podniesienie sił do nowych i trudnych zadań. W towarzystwie był on bardzo wesołym i nader przyjemnym. Słowem, równał się do potężnego drzewa rosnącego na górach alpejskich, którego gałęzie dotąd nie podcięte na wszystkie strony pięknie i silnie się rozkładały. Za krótki czas konary jego dziwnie ku niebu się wzbijały.

                   Utorowawszy sobie drogę do teologii scholastycznej opuścił jednak Zwingli zaniedługo wypalone jej stepy, pełen będąc przesytu i znużenia. Zamiast zdrowej nauki znalazł tam tylko zagmatwane myśli i próżna gadaninę, tudzież próżność i podłotę serca. „Była to tylko strata czasu,” rzekł Zwingli i czekał.

                   W listopadzie roku 1505 przybył do Bazylei Tomasz Wittembach, syn burmistrza miasta Biel. Dotąd uczył Tomasz wespół z Reuchlinem w mieście Tübingen. Był on wtenczas w najlepszych latach życia, odznaczał się pobożnością i szcze­rością serca i posiadał niepospolitą znajomość nauk, matematyki

 

    237   

 

— i Pisma świętego. Z mów jego tajemnicze jakieś wionęło życie; usta prorocze wypowiadały słowa. „Jeszcze niejaki czas, a teologia scholastyczna upadnie i znowu nam nauka pierwszych wieków kościoła przywróconą zostanie”1). — „Śmierć Chry­stusa, to jedyny okup za grzechy nasze”2). Serce Zwinglego pochłaniało te ziarna żywota; a ponieważ wtenczas wszędzie od średniowiecznej scholastyki do starożytnych mistrzów powra­cano, więc też i Zwingli razem z nauczycielami i przyjaciółmi swymi na nowa tę puścił się drogę.

                   Do najgorliwszych słuchaczów onego nowego nauczyciela należał także pewien młodzieniec niskiego wzrostu i wątłej budowy. Liczył on wtenczas lat 23. Wejrzenie jego było nieco chorobliwe, ale przy wszelkiej łagodności zdradzało także pewna odwagę serca. Imię jego było Leon Juda. Był on synem pewnego proboszcza w Alzacji; wuj jego należący do zakonu Krzyżaków poległ w obronie wyspy Rodus. Leon i Ulryk zastali sobie przyjaciółmi. Leon znał się na muzyce i śliczny miał glos. W pomieszkaniu jego odbijał się nieraz wesoły śpiew obydwóch zwolenników muz. Później został Leon kolegą Zwinglego w urzędzie jego i był mu wiernym przyjacielem aż do śmierci.

                   O tymże czasie była w mieście Glarus opróżnioną posada pastora. Jakiś młody dworzanin papieski, czyli właściwie prosty koniuch Jego Świątobliwości, imieniem Henryk Göldi, który i tak już kilka prebend posiadał, zjawił się naraz z wokacją w ręku, wystosowana mu przez papieża na powyższa posadę pastora. Ale pasterze miasta Glarus, dumni z przodków tu­dzież i z bojów swych za wolność ojczyzny, nie okazywali chęci do uginania woli swej pod rozkaz papieskiego pergaminu. Wildhaus nie leży tak daleko od Glaru. W mieście Wesen, gdzie wuj Zwinglego był proboszczem, dla całej okolicy odbywały się targi. Sława młodego bazylejskiego magistra aż do tych doniosła się gór. Mieszczanie Glaru chcieli go za proboszcza i powołali go r. 1506. Otrzymawszy w Konstancji święcenie kapłańskie miał Zwingli pierwsze swoje kazanie w Rapperswylu. Pierwszą mszę odprawiał on w kościele rodzinnej wioski Wildhaus w obecności całego pokrewieństwa, i stąd udał się z koń­cem roku do miasta Glarus.

 

1) Gualter. Misc, Tig. III. 102.

2) Füsslin, Beiträge II. 268.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1