Ósma księga.

Szwajcaria 1484—1522.

 

I.

Ruch objawiający się w Szwajcarii — Początek reformy. — Jej demokratyczna cecha. — Służba za granica. — Stan oby­czajowości. — Toggenburg. — Alpejska chata. — Pasterska rodzina.

 

                   W czasie wydania Edyktu wormacyjskiego wśród cichych dolin Szwajcarii coraz większy wzmagał się ruch. Głosom od­zywającym się wśród płaszczyzn ziemi saskiej wtórowało echo szwajcarskich gór. Wydawały je potężne głosy księży, pasterzy i obywateli wojowniczych miast powyższego kraju. Trwoga zdjęła serca zwolenników Rzymu. Przeraził ich widok potę­żnego spisku, który, jako mniemali, wszędzie w łonie kościoła przeciwko kościołowi się wszczynał. Przyjaciele Ewangelii zaś radowali się, bo w tym wszystkim poznali działanie ducha Bożego. Jako w wiośnie na brzegach morza i na szczytach gór nowe wionie życie, tak i wewnątrz całego chrześcijaństwa Duch Boży lody długiej zimy roztapiał, tudzież niziny i ró­wniny i strome wierzchołki gołych skał pokrywał kwiatami i zielenią.

                   Światłość prawdy nie z Niemiec dochodziła do Szwajcarii, i stąd do Francji, a z Francji do Anglii; nie, owszem kościoły tychże krajów wprost ją od Boga odebrały. Światła zewnętrznego także jedna część ziemi drugiej nie udziela, ale jedno i to samo niebieskie ciało La całą ziemię je zsyła. Wysoko ponad pokoleniem ludzkim stał Chrystus, on Wschód z wysokości. Chrystus był w czasach reformacyi równie jako w początkach chrześcijaństwa onym boskim ogniem, z którego światu życie wynikało. Jedna i ta sama boska nauka naraz w szesnastym wieku wśród najodleglejszych od siebie i naj­różniejszych odezwała się narodów, torując sobie drogę do

 

    227   

 

kościoła i do zacisza domowego ogniska. Ten sam Duch Boży na wszystkich miejscach tę samą wiarę wytwarzał.

                   Sprawa reformacyi w Niemczech i Szwajcarii powyższej prawdy dowodzi. Zwingli żadnych nie miał z Lutrem stosunków. Łączyła ich z sobą pewna spójnia, ale takowa nie była ziemskiego pochodzenia. Prawdę Bożą jeden i drugi z nich otrzymał z nieba. „Ja zacząłem,” tak pisze Zwingli w roku 1516, „kazać Ewangelią już wtenczas, gdy w naszych okolicach imię Lutra nikomu jeszcze znanym nie było. Prawdy chrześcijańskiej nie wyuczyłem się z pism Lutra, lecz ze słowa Bożego. Jeśli Luter Chrystusa każe, to czyni właśnie to samo, co ja; więcej nic o tem powiedzieć nie można.”

                   Jako atoli te różne reformacje za pośrednictwem jednego i tego samego Ducha, z którego powstały, jedną wielką sta­nowią całość, tak znowu z innej strony ma każda z nich swą odrębną cechę według ducha pojedynczych narodów, wśród których się rozwijały.

                   Już wyżej podaliśmy obraz położenia rzeczy w Szwajcarii za czasów powstania reformacyi1). Dla uzupełnienia jego możemy się do kilku tylko uwag ograniczyć. W Niemczech istniały rządy monarchiczne. Szwajcaria rządziła się według zasad demokratycznych. W Niemczech była wola książąt na przeszkodzie reformacyi, we Szwajcarii znowu trzeba było jej liczyć się z wolą narodu. Zgromadzenie ludowe prędzej da się dla sprawy jakiej pozyskać, niż pojedynczy człowiek, prę­dzej też odnośne poweźmie uchwały. Tak więc po tej stronie Renu trzeba było lat do zwyciężenia papiestwa, gdy tymcza­sem po tamtej stronie Renu kilka miesięcy, ba nawet dni do tego wystarczyło.

                   W Niemczech ponad całym saskim narodem góruje po­tężna osobistość Lutra. On sam jeden staje do boju przeciwko olbrzymowi Rzymu. Gdzie tylko walka zawre, tam wzniosłą one postać wszędzie na placu boju widzimy. Luter jest, że tak powiemy, królem całego przeobrażenia rzeczy. W Szwajcarii zaś na kilku miejscach równocześnie odbywa się walka. Tu znajdujemy cały związek reformatorów, który liczbą sprzy­mierzonych na podziw zasługuje. Wprawdzie ponad wszyst­kimi jedna góruje głowa, ale nadaremno szukałbyś między nimi wodza. Związek podobny jest raczej do republikańskiej władzy zawiadowczej, wewnątrz której każdy pojedynczy czło­nek właściwą sobie cechę zachowuje, tudzież odrębny swój

 

1) Pierwsza księga. Rozdz. 5.

 

    228   

 

wywiera wpływ. Tu są, Wittenbach, Zwingli, Kapito, Haller, Oekolampadiusz, Oswald Mykoniusz, Leon Juda, Farel, Kalwin i inni. Walka toczy w Glarus, Bazylei, Zurychu, Bernie, Nefszatelu, Genewie, Lucernie, Szafuzie, Appenzell, St. Gallen, Gryzonach. Reformacja w Niemczech odbywa się na jednej tylko scenie, jednolitej, jakim jest cały kraj. W Szwajcarii dzieli się takowa stosownie do tysiąca niebotycznych gór tego kraju. Każda dolina osobno się przebudza, każdy wierzchołek alpejski w osobnej plonie zorzy.

                   Po zwycięstwach nad książętami Burgundii odniesionych smutne dla ludu szwajcarskiego nastały czasy. Europa prze­konawszy się o sile ich rąk, zwabiła syny narodu tego z gór­skich zarośli do siebie i w krwawych bojach powierzając orężowi ich rozstrzygnięcie losu pojedynczych państw pozba­wiła ich tem samem właściwej im swobody. Na polach Francji i Włoch walczył Szwajcar przeciwko Szwajcarowi. Wyso­kie alpejskie doliny zalegał dotąd pokój i prostota obyczajów, lecz podstępne zamysły obcych niezgodę i zazdrość wewnątrz nich zasiały. Synowie, pachołcy, wyrobnicy, nie mogąc oprzeć się połyskowi złota, potajemnie z alpejskich chat swych zmy­kali. Brzegi Rodanu i rzeki Po świetne dla wyobraźni ich przedstawiały widoki. Powolne kroki złotem objuczonych mu­łów zdeptały jedność helweckiej ziemi. Reformacya w Szwajcarii i polityczną miała oraz stronę. Rozchodziło się o przy­wrócenie pierwotnej jedności kantonów, tudzież o wskrzeszenie dawniejszej cnoty narodu. Pierwszym wołaniem jej było, aby ludy Szwajcarii zwodnicze peta obcych z siebie zerwały, i u stóp krzyża Chrystusowego w braterskim uściśnieniu na nowo się z sobą połączyły. Lecz wspaniałomyślny głos ten prze­brzmiał bezskutecznie. Rzym przyzwyczaił się już do kupo­wania w powyższych dolinach krwi ludzkiej, którą potem dla powiększenia władzy swej przelewał. Podobne wezwanie mu­siało zatem napełnić go gniewem. Rzym pobudził więc Szwaj­cara przeciwko Szwajcarowi; a tak nowe namiętności serca lu­dzkiego, które z pobudki Rzymu pomiędzy nimi wybuchły, szarpały ciało narodu na kawałki.

                   Szwajcaria potrzebowała reformy. Wprawdzie pomiędzy ludem tym przechowała się jeszcze pewna dobroduszność i prostota serca, która w oczach podstępnych Włochów za śmieszną uchodziła, ale równocześnie słynął lud Szwajcarii z tego, iż zasad czystego obcowania już co najmniej prze­strzegał. Okoliczność tę przypisywali astrologowie pewnemu wpływowi gwiazd niebieskich, filozofowie pewnej przyrodzonej

 

     229   

 

popędliwości serca niezłomnego onego narodu, a moraliści wyprowadzali ją z zasad ludu szwajcarskiego, w którego oczach podstęp, oszustwo i oszczerstwo za daleko większe grzechy uchodziły, niż życie lubieżne. Stan małżeński był duchownym wzbroniony, ale między nimi może nie było ani jednego, któ­ryby zasad celibatu przestrzegał. To też nie wymagano już od nich czystego, ale jedynie ostrożnego obcowania. Reformacya najprzód przeciwko tym grzechom wystąpiła. Podajmy tedy krótki opis o początkach onej nowej dla alpejskich dolin epoki.

                   Było to w połowie jedenastego wieku; z klasztoru St. Gallen wybrali się dwaj pustelnicy w drogę. Idąc w południowym kierunku przybyli do odludnej doliny, rozciągającej się na dziesięć godzin długości. Dolina ta nazywa się dziś Toggenburg. Od strony północnej dzielą ją od kantonu Appenzell wysokie góry, jako to Saentis, Semmerigkopf i „alte Mann.” Od południa ciągnie się pomiędzy nią i jeziorem Wallensee, tudzież miastem Sargans i kantonem Gryzonów pasmo gór zwanych Churfirsten z ich siedmioma szczytami, wznoszącymi się pod niebiosa. W stronę wschodzącego słońca otwiera się dolina, i wspaniały na Alpy Tyrolu przedstawia widok. U źródła rzeki Thur zbudowali sobie pustelnicy dwa namioty. Powoli zaludniała się dolina; na najwyżej położonym miejscu, w wysokości przeszło 640 metrów po nad zwierciadłem zurychskiego jeziora, stanął powoli kościół, koło niego powstała wioska Wildhaus, do której jeszcze dwie miejscowości Lisighaus (dom Elżbiety) i Schonenboden należą. Na wyżynach tych ziemia już żadnych nie wydaje owoców, jedynie zielony ko­bierzec alpejskich ziółek pokrywa dolinę i podnóża gór, a po­nad nimi olbrzymie dzikiej wielkości skały piętrzą się pod nie­biosa. Koło Lisighaus, o ćwierć godziny od kościoła stoi jeszcze dziś obok ścieżki, wiodącej na pastwiska leżące po za rzeką, jeden samotny dom. Dla budowy jego jak podanie donosi, na tem samem miejscu niegdyś potrzebnego nacięto drzewa. Dom ten oczywiście z bardzo dawnych czasów pochodzi. Mury jego są cienkie, okna maja jeszcze okrągłe szyby; dach zrobiony jest z gontów, na których kamienie położono, aby całego po­krycia wiatr z sobą nie uniósł. Przed domem wytryska z ziemi źródło czystej wody.

                   Pod koniec piętnastego wieku żył w domu tym przeło­żony gminy Wildhaus, imieniem Zwingli. Prastara rodzina Zwinglich w wielkim u wszystkich mieszkańców gór żyła

 

    230   

 

poważaniu1). Brat przełożonego gminy, Bartłomiej, był naj­przód proboszczem wioski, aż r. 1487 został dziekanem w mieście Wesen. Był to człowiek czasu swego bardzo słynny. Żona przełożonego gminy Wildhaus, nazywała się Małgorzata Meili. Brat jej Jan został później opatem w kla­sztorze Fischingen w Thurgau. Małgorzata miała już dwóch synów, Henryka i Klausa, gdy w sam dzień Nowego roku 1484, siedem tygodni po narodzeniu Lutra, trzeciego syna po­wiła, któremu we chrzcie świętym nadano imię Ulryka. Do powyższej liczby przybyło jeszcze później pięciu synów, a mia­nowicie Jan, Wolfgang, Bartłomiej, Jakub i Jędrzej, tudzież jedna córka, Anna. Ojca rodziny cała okolica w głębokim miała poszanowaniu. Czystością charakteru, godnością urzędu jako też przez liczną swą rodzinę stał się przełożony Zwingli poniekąd patriarchą wśród tamtejszych gór. On i synowie jego pasali trzody w górach alpejskich. Skoro w pierwszych dniach maja góry zielenić się poczęły, wypędzali ojciec i sy­nowie trzody swoje w pole, i z góry na górę się wznosząc dochodzili z końcem lipca do wyższych szczytów Alp. Potem znowu spuszczając się powoli na dół powracała ludność wioski Wildhaus w jesieni do swych chat. Część młodzieży, która w domu pozostać musiała, wybierała bię niekiedy w lecie gromadami na zielone górskie hale i murawy, by górskiego zaczerpnąć powietrza. Dźwiękom pastuszego rogu wtórował śpiew młodzieży. Na powitanie zbliżających się w oddaleniu jeszcze zagrzmiały rogi i huknął śpiew pastuszy. Tam na Alpach uczęstowano ich mlekiem, i przy miłym dźwięku pa­sterskich fujarek krętymi ścieżkami wesoła drużyna znów do domu powracała. Ulryk także w młodości swojej brał w tych wycieczkach udział; wszak u podnóża onych odwiecznych wy­rósł on skał, których wierzchołki aż do nieba sięgają. „Często pomyślałem sobie,” pisze jeden z przyjaciół jego, „iż na wy­żynach tych w pobliżu nieba się znajdując coś niebieskiego i boskiego serce jego nabrało”2).

                   W długich wieczorach zimowych przysłuchiwał się potem młody Ulryk u ogniska rodzinnej chaty opowiadaniom ojca i starszych wioski Wildhaus. Tu dowiedział się, jako mie­szkańcy doliny pod ciężkim niegdyś jarzmem wzdychali. Serce jego drżało z radości na myśl, iż Toggenburg, jego kanton rodzinny, polityczną niezawisłość sobie wywalczył,

 

1) Bullinger,

2) Myconius, Vita Zwinglii.

 

    231   

 

tudzież zabezpieczył takową związkiem dzielnic Szwajcarii. Tu uczuł Zwingli, co to jest miłość ojczyzny, tu pokochał ziemię szwajcarską, i gdy kto kiedy przeciwko Szwajcarom słowo powiedział, to pacholę wyskoczyło na nogi i mężnie w ich sta­nęło obronie1). Nieraz też w długich wieczorach zimowych zasiadał u nóg swej babci, pobożnej staruszki i patrząc na nią z uwagą słuchał i pochłaniał wszystko, co mu z historii biblijnej i pobożnych legend opowiadała.

 

1) Schuler 291.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1