217   

 

XI.

Odjazd Lutra. — Jego list do Kranacha. — List Lutra do Karola V. — Luter u opata w Hirschfeld. Proboszcz miasta Eisenach. — Niektóre książęta opuściły sejm. — Karol V.  podpisuje wyrok przeciwko Lutrowi. — Luter u swych ro­dziców. — Napad i uprowadzenie Lutra. — Drogi Boże. — Wartburg. — Niewola Lutra.

 

                   Taką koleją opuścił Luter miasto, które według ogól­nego przypuszczenia popioły jego pochłonąć miało. Serce jego wysławiało Pana. „Diabeł stał na straży grodu papieskiego,” powiada Luter, „ale Chrystus wyłamał w nim otwór. Szatan musi przyznać, iż Pan jest mocniejszy” 1).

                   Uczeń i przyjaciel Lutra, Mathesius powiada: „Ten dzień w Wormacji jest jednym z onych wielkich i wzniosłych dni przed skończeniem świata” 2). Wiadomość o wypadkach wormacyjskich w najodleglejsze dochodziła strony. Na północy i we Szwajcarii, w miastach Anglii, we Włoszech i Francji powsta­wali mężowie, którzy z wszelkim duszy swej zapałem potężna broń słowa Bożego pochwycili.

                   W sobotę wieczór dnia 27. kwietnia stanął Luter w Frankfurcie i z pierwszej chwili upragnionego wypoczynku swego korzystając, napisał do przyjaciela swego, Łukasza Kranacha słynnego malarza w Wittenberdze, list odznacza­jący się uprzejmością i siłą : „Serdeczne pozdrowienia, kochany Łukaszu! Ja myślałem, że Jego Cesarska Mość jednego lub pięćdziesięciu Doktorów zwoła, i uczciwie mnicha wytuza! Tu nic więcej nie zrobiono jedno tyle: Są te księgi twoje? Tak jest. Zechcesz takowe odwołać czy nie ? Nie ! To się wynoś ! O jakże to my Niemcy jesteśmy zaślepieni i niedołężni, że się Rzymianom tak nędznie na dudków wystrychnąć pozwalamy.

                   Dziś sobie żydzi znów śpiewają: Jo, jo, jo!3) Ale i nam przyjdzie Wielkanoc, a potem my zaśpiewamy: Halleluja! Przez krótki czas trzeba milczeć i cierpieć. Maluczko, a nie ujrzycie mię; a znowu maluczko, a ujrzycie mię, powiada Chrystus Pan (Jan. 16, 16). Ja mam nadzieję, że i nam się

 

') Luth. Opp. XVII. 589.

2) Mathesius 28.

3) Radosne okrzyki żydów przy ukrzyżowania Chrystusa. Luter ma na myśli tryumf zwolenników papieża w Wormacji.

 

    218   

 

tak powiedzie. A teraz bądź zdrów! Bóg niech będzie z wami wszystkimi! On niechaj strzeże znajomości i wiary waszej w Chrystusie i broni was przed wilkami Rzymu i zastępami ich. Amen.”

                   Ukończywszy ten prawie zagadkowy list wyjechał Luter spiesznie do Friedberga, odległego o sześć mil drogi od Frankfurtu. Tam cały następujący dzień spędził. Tam, aby go między pospolitych buntowników nie policzono, napisał do cesarza Karola V. list, w którym jaśnie dowodzi, jak daleko królów i jak daleko Pana Boga słuchać należy, tudzież gdzie jest granica pomiędzy jednym i drugim posłuszeństwem. Mimowolnie przychodzi nam przy tem na myśl słowo onego najpotężniejszego samowładcy naszego wieku, który powiedział: „Moje panowanie się kończy, gdzie się panowanie sumienia zaczyna”1).

                   List Lutra brzmi tak: „Bóg, który serc ludzkich do­świadcza, niech mi świadkiem będzie, iż ja z wszelką uniżonością jak najchętniej gotów jestem, bądź to życiem bądź śmiercią, bądź przez chwałę bądź przez hańbę wolę Waszej Cesarskiej Mości wypełnić, niczego nie wyjmując, prócz jedy­nie słowa Bożego, którym człowiek żyje. W cielesnych rze­czach powinien jeden drugiemu ufać, ponieważ poddanie się ba nawet i strata w tym względzie poniesiona zbawieniu duszy nie szkodzi. Lecz w sprawie słowa Bożego i nieskazi­telnych dóbr duszy Bóg sposobu takowego nie cierpi, aby się jeden człowiek drugiemu miał poddać. Albowiem prawdziwe nabożeństwo i służba Boża w tem właściwie zależy, abyśmy czystą wiarę zachowali, i co do takowej nikomu się nie pod­dawali”2).

                   Oprócz tego napisał Luter i niemiecki list do Stanów Rzeszy niemieckiej, który co do treści zupełnie do powyższego był podobny. Luter nakreślił w nim oraz opis przebiegu rzeczy w Wormacyi. List ten po kilkakroć wydrukowano i rozpowsze­chniano go po całych Niemczech. Wszędzie, powiada o nim Kochlaeusz, budził on wśród ludu oburzenie przeciwko cesa­rzowi i duchowieństwu 3). Następnego poranka napisał Luter krótki list do Spalatina, do którego oba powyższe listy dołą­czył; potem uścisnąwszy herolda Sturm, którego serce dla

 

1) Powiedział je Napoleon I. do deputacji ewangelików przy wstą­pieniu swym na tron.

2) Luth. Epp. I. 592.

3) Cochlaeus 38.

 

    219   

 

 

Ewangelii zjednane zostało, pożegnał się Luter z nim i udał się do Grünbergu.

                   We wtorek przybył mu o dwie godziny drogi kanclerz księcia - opata miasta Hirschfeld naprzeciw. Wkrótce potem samego opata z otoczeniem jego spotkali. Opat ujrzawszy re­formatora zsiadł z konia, Luter wyskoczył z powozu, i powi­tawszy się uściśnieniem kroczyli obaj, książę i reformator, pieszo do miasta. U bramy przyjmowała ich rada miasta Hirschberga. Tak książę kościoła uroczyście wychodzi powitać mnicha, którego papież ze społeczności kościoła wyklął; tak przedniejsi ludu biją czołem przed mężem, którego cesarz wyjął z pod opieki praw.

                   „Jutro o piątej rano zobaczymy się w kościele,” rzekł wieczór książę na zakończeniu uczty, na której i Luter był obecnym. Luter w własnym jego spał łożu. Następnego dnia miał Luter kazanie, a książę opat znowu w towarzystwie jego pozostawał.

                   Wieczorem przybył Luter do miasta Eisenach, w którym młodociane spędził lata. Tam zgarnęli się koło niego przyja­ciele jego i prosili go, aby u nich powiedział kazanie. Na­stępnego poranka sami w towarzystwie jego udali się do kościoła. Proboszcz miejski wyszedł przeciwko niemu z notariuszem i kilkoma świadkami. Lękał się bowiem, aby posady swej nie utracił; a znów z innej strony brakło mu odwagi do sprzeci­wiania się onemu potężnemu człowiekowi, który przed nim stał. „Ja protestuję przeciwko temu, na co sobie pozwalacie.” Więcej biedny ksiądz powiedzieć nie umiał. Luter wstąpił na ambonę. Ten sam glos, który przed 23 laty po ulicach miasta śpiewał dla otrzymania kawałka chleba, ten sam, powiadam, głos potężnie odbijał się teraz wewnątrz sklepieni starego kościoła. Po kazaniu nadsunęła się znowu lękliwa postać pro­boszcza. Notariusz spisał akt, świadkowie podpisali; wszystko znajdowało się w tym stanie, iż się kapłan uczuł bezpiecznym. „Przebaczcie mi,” rzekł on pokornie do Doktora, „ale bojaźń przed moimi tyranami do takiego zmusza mię postępowania”1).

                   I w rzeczy samej trzeba ich było się bać. W Wormacyi zmieniło się położenie rzeczy. Aleander wyłączny zgolą wy­wierał wpływ. „Wygnanie stanie się nieodzownym losem Lutra,” napisał elektor Fryderyk do brata swego księcia Jana. „Nic go ocalić nie zdoła. Jeżeli mi Bóg do Ciebie powrócić pozwoli, to o niesłychanych rzeczach Ci opowiem. Nie tylko

 

1) Luth. Epp. II. 6.

 

    220   

 

Annasz i Kajfasz, ale także Piłat i Herod się przeciwko niemu sprzysięgli.” Fryderykowi sprzykrzył się już dalszy pobyt w Wormacyi. Wyjechał więc do domu, a za przykładem jego poszedł elektor Pfalcu, arcybiskup Kolonii, tudzież kilku innych książąt. Przekonawszy się, iż nic więcej nie wskórają, woleli oni stanowisko swoje opuścić, w czem prawdopodobnie popeł­nili błąd. Na miejscu pozostali jedynie Hiszpanie, Włosi i z pomiędzy książąt niemieckich ci, którzy najzawzięciej sprawy papieża bronili.

                   A zatem pole było oczyszczone. Serce Aleandra tryum­fowało. Przedłożył on cesarzowi projekt ustawy, aby według osnowy takowego wyrok sejmu przeciwko Lutrowi ułożono. Rozgniewany cesarz zgodził się nań; zwołał więc obecne w Wormacyi Stany Rzeszy niemieckiej i przedłożył im projekt nuncjusza. Wszyscy obecni pochwalili takowy, jako Pallavicini donosi1).

                   Następnego dnia, było to w wielkie święto, przybył cesarz z całym swym dworem do kościoła. Po ukończeniu nabożeństwa, zanim się jeszcze' mnóstwo rozeszło, przystąpił naraz Aleander, będąc we wszystkie oznaki wysokiego dostojeństwa swego ubrany, uroczystym krokiem do cesarza, trzymając w ręku łaciński i niemiecki egzemplarz `wyroku przeciwko Lutrowi. Ukłoniwszy się przed Karolem wezwał go, aby wy­rok ten podpisem swoim zatwierdził, tudzież pieczęcią państwa zaopatrzyć rozkazał. Było to prawie po ukończeniu mszy; dym kadzidła unosił się wewnątrz świątyni, ostatnie dźwięki muzyki odbijały się od sklepieni; — w tej uroczystej, prawie jeszcze obecnością Bożą uświęconej chwili zagładę wroga Rzymu zatwierdzić miano. Z uroczyście nastrojoną miną pochwycił cesarz pióro i — podpisał. Aleander oddalił się pełen będąc radości; od razu też wyrok ten podał do druku i wszędzie go rozpowszechniał. Osiągnięcie powyższego skutku papiestwa nie małych kosztowało ofiar. Pallavicini pisze, iż wyrok ten wydany z dnia 8. maja, daleko później został podpisany. W datę wcześniejszą zaś dla tego go zaopatrzono, aby się wydawało, iż takowy jeszcze podczas obecności wszystkich członków sejmu został ułożony.

                   Wyrok ten brzmiał, jak następuje:

                   „My, Karol V. (następują tytuły) wszystkim i każdemu z osobna, elektorom itd. łaskę Naszą i wszystko dobre ogła­szamy.

 

1) Pallavicini I. 122.

 

    221   

 

                   Ponieważ Bóg wszechmogący w nieograniczonej dobrotli­wości swojej Nas dla obrony i opieki świętej wiary swojej wielą koronami i krajami, tudzież większą potęgą niż którego­kolwiek z poprzedników Naszych na tronie cesarskim obdaro­wał, dla tego usilnie o to dbać będziemy, aby w państwie rzymskim żadna zaraza kacerstwa świętej wiary naszej nie plamiła. Marcin Luter, zakonu Augustianin, pomimo przestrogi Naszej jakby wściekły na kościół święty się rzucił, i księgami swymi pełnymi bluźnierstwa takowy podkopać się usiłuje. On splamił nienaruszone zasady świętego małżeństwa. On poważa się świeckie osoby pobudzać do tego, aby ręce swoje we krwi duchownych zbroczyły; on posłuszeństwo potępia i nic zgoła innego, jak jedynie takie rzeczy pisze, które do podnoszenia buntów, do wszczynania rozerwania, wojny, mordów, zabójstwa, pożarów i zupełnego odszczepieństwa od wiary chrześcijańskiej zmierzają. I abyśmy w krótkości wszystkie one niezliczone złości tego Lutra wypowiedzieli, to on jeden, nie człowiek, ale sam wróg piekła, który ludzką postać przybrał i habit mnisi przywdział, wszystkie najsrożej potępione i przez niejaki czas ukryte kacerstwa niezliczonych kacerzów w śmierdzącą kałużę razem pozbierał a do tego jeszcze niektóre nowe wy­myślił.

                   „Ponieważ wszyscy, bojący się Boga i mający rozum, tego Marcina Lutra szaleńcem lub przez diabła opętanym być uznawają, tedy My pozwoliliśmy mu odejść od oblicza Naszego, abyśmy potem po upływie zastrzeżonego mu terminu odpo­wiednich środków zaradczych przeciwko ciężkiej tej i jadowitej zarazie użyli.

                   „Rozkazujemy tedy, abyście wszyscy i każdy z osobna pod kara zbrodni zelżonego Majestatu po upływie wyż wymie­nionych dwudziestu dni tego Marcina Lutra ani do domu ani majątku waszego nie przyjmowali, abyście mu ani pokarmu ani napoju nie dali, tudzież ani słowem ani czynem ani pu­blicznie ani potajemnie żadnej pomocy mu nie wyświadczali, ale owszem abyście, gdziekolwiek go znajdziecie, pojmali i do Nas go odstawili, lub w więzieniu zamknęli, oczekując dalszych Naszych rozkazów, jak dalej z nim postąpić należy. A za tak świętobliwy uczynek sowita dostanie się wam nagroda.

                   „Zwolenników jego powinniście prześladować, uwięzić i dobra ich na wasza rzecz zagarnąć.

                   „Gdy do najlepszej potrawy kroplę trucizny dodadzą, to wszyscy ludzie będą się jej wystrzegać. A tem więcej powin­niście wy nie tylko wystrzegać się, ale owszem tępić i niszczyć

 

    222   

 

księgi i pisma jego, w których tyle dla dusz waszych znajduje się przeklęstwa i trucizny. Te wszystkie powinniście spalić ogniem, tudzież wszelkim innym sposobem wniwecz je obracać. Dobra, majętności i wszelkie prawa tych, którzy takie pisma, książki, listy, malowidła przeciwko papieżowi lub kościołowi piszą, odpisują, drukują, malują, sprzedawają lub kupują, po­winniście sobie samym przywłaszczyć, a nawet życiem takich osób według własnego upodobania szafować.

                   „Gdyby zaś kto, bez względu na godność, stan i zna­czenie osoby wbrew takiemu Naszemu chrześcijańskiemu i ce­sarskiemu postanowieniu zbrodniczym sposobem działać się odważył, ten banicji cesarskiej podpada i najzupełniej z pod opieki prawa wyjętym zostanie. Taka jest Nasza cesarska wola.”

                   Tak brzmiał wyrok, który cesarz w kościele wormacyjskim podpisał. Edykt ten więcej znaczył, niż klątwa papieża. Tą ogłaszano we Włoszech, a w Niemczech nieraz nikt o nią nie dbał. Teraz przemówił cesarz, a wyrok jego potwierdził sejm! To też wszyscy zwolennicy papiestwa wydali okrzyki radości. „To koniec tragedii,” wołano. — „Mnie się zdaje,” rzekł pewien Hiszpanin na dworze Karola, imieniem Alfons Valdez, „że to nie koniec, ale początek”1). Poznał to Valdez, iż on ruch na polu kościoła ma podstawę swoją w narodzie i w duchu czasu, tudzież iż sprawa Lutra nie ugaśnie, cho­ciażby i jego nawet zabili. Ale zaprzeczyć się nie dało, Luter w ogromnym, niechybnym prawie znajdował się niebezpieczeń­stwie. Wielka zaś zgraja zabobonnych ludzi żegnała się na samą myśl o wierutnym diable w habicie mnicha, którego sam ce­sarz wskazał ludowi.

                   Mąż zaś, przeciwko któremu mocarze świata tego pioruny przygotowywali, wyszedłszy z kościoła w Eisenach pożegnał się z niektórymi z pośród najmilszych swych przyjaciół. Za­miarem jego było nie puszczać się w drogę na miasta Gotę i Erfurt, ale zwiedzić rodzinne miejsce ojca swego, wioskę Moera, gdzie jeszcze sędziwa babcia jego żyła, która w cztery miesiące później umarła. Oprócz niej chciał Luter także wuja swego i innych pokrewnych odwiedzić. Schurff, Jonasz i Suaven wybrali się wprost do Wittenbergi, Luter zaś i Amsdorf pu­ścili się w drogę w głąb Turyńskiego lasu.

                   Jeszcze tego samego wieczora dostali się do wioski. Biedna sędziwa chłopka uściskała wnuka, który cesarzowi Karolowi i papieżowi Leonowi stanął naprzeciw. W kółku

 

1) Petr. Martyr. Epp. 412.

 

    223   

 

rodziny swojej spędził Luter dzień jeden i spokojnie odetchnął nieco po wrzawie dni spędzonych w Wormacji. Następnego poranka puścił się znów w drogę w towarzystwie Amsdorfa i brata swego Jakuba Tam, w onej cichej okolicy, gdy lasem do Waltershausen jechali, miał się los Lutra rozstrzygnąć. W wąwozie obok rozpadłego kościółka wioski Gleisbach, w po­bliżu zamku Altenstein zahuczał naraz tętent końskiego kopyta. Pięciu zamaskowanych, od stóp aż do głowy uzbrojo­nych rycerzy rzuca się na jadący powóz. Brat Lutra Jakub, ujrzawszy rycerzów, wyskoczył z powozu i uciekał, co sił starczyło, po cichu, nie wydawszy głosu. Woźnica zaczął się bronić. „Stój!” odezwał się potężny głos męża; i w tem jeden porwawszy rzucił woźnicę o ziemię i zaczął go oprawiać; drugi znowu porwał Amsdorfa i silną trzymał go dłonią. Trzech z nich w zupełnym milczeniu pochwyciło Lutra, wyrwali go z powozu, zarzucili nań płaszcz rycerza i wsadzili na koń, który mieli na pogotowiu. Ci drudzy wypuścili Amsdorfa i woźnicę na wolność, i w okamgnieniu wsiedli na koń. Je­dnemu z nich upadł kapelusz na ziemię, ale go ani nie pod­niósł, i w okamgnieniu wszyscy jakby przepadli w lesie. Naj­przód puścili się w kierunku ku Brederode, potem zawró­ciwszy kilka razy, to w prawo to w lewo przelecieli, aby na wszelki wypadek żadnego dla prześladowców nie pozostawić śladu.

                   Luter nie wiele był do konnej jazdy przyzwyczajony, i za niedługo uczuł się zmęczonym. Dla tego pozwolili mu na krótką chwilę zsiąść z konia i odpocząć w cieniu gałęzistego buka, gdzie z wytryskającego źródła świeżej wody się napił. Dziś jeszcze studzienkę tę źródłem Lutra nazywają. Brat Lutra Jakub, uciekając dalej, dostał się wieczorem do Wal­tershausen. Amsdorf z woźnicą wsiedli do powozu i popędzając konie z wielkim pośpiechem do Wittenbergi jechali. Nowina o uprowadzeniu Doktora rozchodziła się szybkością błyskawicy w Waltershausen, w Wittenberdze, po wszystkich miastach i wsiach! Niektórzy nie posiadali się z radości, większość atoli pełną była zdziwienia i oburzenia! W krótkim czasie po całych Niemczech bolesny słyszeć było odgłos: „Luter wpadł w ręce swych wrogów!”

                   Po odbyciu tak ciężkiego boju zaprowadził Lutra Bóg na ciche miejsce spokoju i odpoczynienia. Wystawiwszy go w Wormacyi na burzliwą scenę świata tego, tam, gdzie wszy­stkie jego siły umysłowe w najwyższym stopniu się wytężyły, życzył mu teraz Bóg chwilę cichego, duszę jego upokarzają­cego spokoju więzienia. Tak z ciemności powoływa Bóg

 

     224   

 

narzędzia, przez które wielkich rzeczy dokazać zamyśla. A po­tem postawiwszy je na chwilę w pełni blasku na wysokiej scenie świata tego, znowu do najgłębszej odstawia je ciemności. Nie trudnymi bojami, nie przepychem publicznych zgromadzeń miała się sprawa reformacyi rozwijać Nie na tej drodze wsiąka kwas słowa Bożego do rdzeni narodów. Duch Boży inne ma na to sposoby. Maż, którego nieprzejednani zwolen­nicy Rzymu z wściekłością prześladowali, musiał na chwilę ustąpić na bok. Potężna postać jego na chwilę z widowni rzeczy zniknąć musiała, aby duchowe ono przeobrażenie na­rodów nie przybrało piętna jednego człowieka. Człowiek mu­siał ustąpić, aby jedynie pozostał Bóg, którego duch unaszał się nad przepaścią, ta przepaścią, w której ciemność wieków średnich przepadła. Bóg, rzekł: „Niech będzie światłość, — i stała się światłość.

                   W nocy nie potrzebowali towarzysze Lutra obawiać się prześladowania, a dla tego na nową puścili się drogę. Około jedenastej godziny w nocy przybyli do podnóża jakiejś góry, na którą jadąc zwolnili kroku. Na wierzchołku stary jakiś znajdował się gród, a naokoło wszędzie tylko same ciemne widać było lasy, jakie wszędzie góry Turyngii pokrywają.

                   Tam na Wartburg, do onego samotnego, wysoko położo­nego grodu, dawnej siedziby turyńskich landgrafów, tam pro­wadzili Lutra. Skrzypnęły wrzeciądze, drągi żelazne się zni­żyły, podwoje się otwarły; reformator przekroczył próg wię­zienia, a za nim zatrzęsła się brama. W podwórzu zamku zsiadł z konia. Jeden z jezdców, Burkhart von Hundt, pan na Altenstein, oddalił się; drugi, Jan von Berlepsch, kasztelan Wartburga, zaprowadził Doktora do pokoju, który mu miał być więzieniem. Tam leżał ubiór rycerski i pałasz. Trzej inni jeźdźcy, należący do służby, zdjęli z Lutra szatę zakonnika i oblekli go w ubiór rycerza. Rozkazali mu zapuścić brodę i nie podcinać włosa, aby nawet i w zamku nikt go nie po­znał. Mieszkańcy Wartburga znali go tylko jako rycerza Je­rzego. Sam Luter siebie nie poznał. Nareszcie zostawiono go na sam, tak iż teraz spokojnie mógł oddać się rozmyślaniom o poszczególnych wypadkach w Wormacyi, o niepewnej przy­szłości, która go czekała, tudzież o nowym swym i tajemni­czym w zamku pobycie. Przez wąskie okno więzienia swego patrzał Luter na rozlegle ciemne i ciche lasy, które go na­około otaczały. „Tam mieszkał Doktor, jako niegdyś Paweł w więzieniu w Rzymie,” powiada Mathesius.

                   W pewnej rozmowie, którą z rozkazu elektora Fryderyk

 

    225   

 

Thun, Filip Feilitsch i Spalatin jeszcze w Wormacji z Lutrem mieli, nie omieszkali nadmienić Doktorowi, iż wolność jego koniecznie gniewowi cesarza i papieża poświęcić będzie trzeba 1). Lecz uprowadzenie w takiej odbyło się tajemnicy, iż nawet sam Fryderyk przez długi czas o miejscu pobytu Lutra nie wiedział. Minęła wiosna, nadeszło lato, a za nim jesień i zima. Rok 1521. dobiegał do końca, a Luter zawsze jeszcze siedział na Wartburgu. Sejm wormacyjski prawdę Bożą potę­pił; mężny jej orędownik znikł i przepadł bez śladu z wi­downi rzeczy, wewnątrz murów oddawnego grodu więzienne znajdując schronienie. Aleander cieszył się z wygranej, wszyst­kim wydawało się, iż już po reformacji. Ale światem rządzi Bóg. Cios, który zgubą reformacyi być się wydawał, ten sam cios miał tylko mężnego sługę Bożego ocalić, tudzież do tego posłużyć, aby światło wiary coraz dalej zajaśniało. My zaś pozostawmy teraz Lutra w więzieniu jego na Wartburgu i obejrzyjmy się na około, abyśmy poznali, co w innych krajach chrześcijaństwa zdziałał wtenczas Bóg.

 

1) Seckendorf, 365.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1