X
Narada u arcybiskupa Trewiry. — Wezwanie
Wehe'go. — Odpowiedź Lutra, — Odwiedziny Kochlaeusza. — Wieczerza u
arcybiskupa. — Ponowna próba w pomieszkaniu Lutra. — Niech sobór sprawę
rozstrzygnie. — Ostatnia rozmowa Lutra z arcybiskupem. — Luter u chorego
przyjaciela. — Luter odbiera rozkaz do opuszczenia Wormacji.
Już przed 6.
godziną z rana przybył do Lutra kapelan i herold cesarski. Ale wcześniej
jeszcze, bo już o 4. godzinie został Kochlaeusz wezwany do Aleandra. Nuncjusz
przekonał się, iż mąż, którego mu Kapito przedstawił, z całego serca kurii
rzymskiej sprzyja, tudzież iż mu zupełnie zaufać można. Przez wzgląd na godność
wysłańca papieskiego postanowił Aleander nią brać osobistego udziału w
zgromadzeniu u arcybiskupa Trewiry. Miał go więc zastąpić Kochlaeusz, „Idźcie
do arcybiskupa Trewiry,” rzekł nuncjusz do frankfurckiego dziekana; „nie
wdawajcie się z Lutrem w dysputę, ale tylko na wszystkie słowa jego jak
najlepiej uważajcie, i dokładnie mi o wszystkim donieście”1)-
Reformator przybył do
1) Cochlaeus 36.
— 210 —
arcybiskupa w towarzystwie kilku przyjaciół. Zastał już tam Joachima,
margrabiego Brandenburgii, księcia saskiego Jerzego, biskupów Brandenburgii i
Augsburga, kilku szlachty, tudzież wysłańców miast cesarskich, prawników i
teologów. Między ostatnimi wymieniamy szczególnie Koehlaeusza i badeńskiego
kanclerza Hieronima Wehe, zawołanego na onczas prawnika. Wehe życzył sobie
poprawy co do obyczajów i karności duchowieństwa. Co więcej, on domagał się,
aby słowo Boże, które przez tak długie wieki pod korcem stało, jaśniej znowu
zaświeciło światu1). Jemu powierzono sprawę pośredniczenia. Wehe
przystąpiwszy do Lutra powiedział do niego uprzejmie te słowa: „Zaprosiliśmy
Cię do siebie nie dla dysputy, ale ponieważ po bratersku chcielibyśmy Cię
upomnieć. Ty sam o tem wiesz, jak gorąco nas Pismo święte przestrzega, abyśmy
się przed strachami nocnymi i przed strzałami, które we dnie latają, miewali
na pieczy (Ps. 91. 5). Przeciwnik pokolenia ludzkiego uwiódł Cię, abyś
przeciwko religii pisał. Nad swojem własnym i nad dobrem kraju się tylko
zastanów ! Strzeż się, aby ci, których Jezus Chrystus śmiercią swoją od śmierci
wiecznej wybawił, przez ciebie będąc uwiedzeni na wieki nie zginęli.
„Nie występuj
przeciwko świętym soborom, bo gdybyśmy Bię uchwał Ojców nie trzymali, toby w
kościele chyba jedynie zamieszanie powstało. Sprawą powodzenia twego głęboko
się wszystkie te dostojne książęta zajmują, które tu widzisz obecne. Jeśli
atoli przy swem upierać się będziesz, to cię cesarz z kraju wypędzi i nigdzie
nie znajdziesz przytułku. A więc dobrze sobie to rozważ”2).
„Dziękuję Warn,
łaskawe książęta, za Wasze uwagi i wyznaję, iż zanadto biednym tylko jestem
człowiekiem, aniżby tak wielcy panowie mię przestrzegali,” odpowiedział na to
Luter 3). „Nie wszystkie ja też sobory potępiłem, ale tylko
kostancki. Ten bowiem potępiwszy naukę Hussa, że „kościół chrześcijański jest
społecznością wybranych,” potępił tem samem artykuł wiary, a zwłaszcza ten:
„Wierzę w jeden święty chrześcijański kościół,” tudzież i słowo Boże w ogóle.
Jeśli mi zarzucają, że naukami swymi zgorszenie sprawiam, to ja na to
odpowiadam, iż Ewangelii Chrystusowej bez zgorszenia kazać nie można. Ani mię
też obawa przed niebezpieczeństwem nigdy nie oderwie od Pana i słowa Bożego,
które jedyną jest
1) Seckendorf 361.
2) Luth. Opp. XVII. 582.
3) Luth. Opp. lat. I.
167.
— 211 —
prawdą. Prędzej ciało, życie i krew moją poświęcić jestem gotów.”
Książęta i
Doktorowie weszli z sobą w naradę. Po ukończeniu takowej znowu zawołano Lutra
i Wehe odezwał się do niego uprzejmie: „Zwierzchność powinniśmy szanować,
choćby nawet i błądziła; dla miłości powinniśmy niejedną rzecz poświęcili.”
Następnie nalegał Wehe na Lutra, aby się bez obawy wyrokowi cesarza poddał.
Luter: „Ja nic
przeciw temu nie mam, aby cesarz lub książęta albo i najmniejszy chrześcijanin
księgi moje oceniał, ale tylko według słowa Bożego. Ludzie słowa tylko słuchać
powinni. Moje sumienie jest Pismem świętem i słowem Bożym zniewolone i
związane”1).
„A więc żadnego
innego sędziego, oprócz Pisma świętego nie przyjmiecie?” zapytał elektor
Brandenburgii.
Luter: „Tak jest,
Najłaskawszy Panie. Ja przy tem obstawam”2).
Książęta i
Doktorowie poszli do domu. Jeden elektor Trewiry, maż nader czcigodny, jeszcze
zamiaru swego nie porzucił. Wezwał on Lutra do pokoju swego, a z nim razem
wstąpili tam Jan Eck, Kochlaeusz, Amsdorf i Schurff. „Dla czegóż się zawsze na
Pismo święte powołujecie?” zapytał Lutra Eck, „przecież to wszystkie kacerstwa
z niego pochodziły?” „Luter atoli stał niewzruszony jak skała,” powiada o nim
Mathesius, „bo się też na skale słowa Bożego opierał.” „Papież,” odparł
reformator, „w sprawach Pisma świętego rozstrzygać nie może. Tu każdy
chrześcijanin sam musi baczyć i starać się o to, aby według słowa Bożego żył i
umierał”3). Za tem się rozstano. Zwolennicy papiestwa czuli duchową
przewagę Lutra nad sobą, którą tem tłumaczyli, iż nikogo nie powołano, któryby
mu sprostał. „Cesarz wtenczas byłby mądrze sobie postąpił,” powiada
Kochlaeusz, „gdyby wezwawszy Lutra do Wormacji był oraz celem zwalczenia błędów
jego i uczonych teologów powołał.”
Arcybiskup
Trewiry doniósł sejmowi, iż pośredniczenie jego nie odniosło pomyślnych
skutków. Nie małe było z powodu tego zdziwienie cesarza, ale większe jeszcze
jego oburzenie. „Sprawę tę ostatecznie zakończyć trzeba,” rzekł Karol. Arcybiskup
prosił jeszcze o dwa dni; prośbę tę popierał cały sejm,
1) Mathesius 27.
2) Luth. Opp.
XVII. 588.
3) Luth. Epp. V.
604.
— 212
—
i cesarz dał się nakłonić. Aleander gorzko się
nad tom użalał1).
Podczas gdy na
sejmie powyższą sprawę roztrząsano, zachciało się Kochlaeuszowi popróbować,
azaliby jemu nie udało się odnieść zwycięstwo, o które się prałatowie nadaremno
kusili. Wprawdzie już u arcybiskupa Trewiry nie omieszkał on wtrącić od siebie
kilka uwag, ale ze względu na rozkaz Aleandra musiał ostrożnie się zachować.
Teraz chciał szkodę tę wynagrodzić. Zdawszy tedy nuncjuszowi sprawę z poselstwa
swego udał się natychmiast do Lutra. Przemawiał do niego jako przyjaciel i
ubolewał nad postanowieniem cesarza. Po obiedzie więcej się pogadanka ożywiła.
Kochlaeusz nalegał na Lutra, aby odwołał, Luter zaś sprzeciwiał się temu. Kilku
obecnych szlachty nie mogąc oburzenia swego zataić, wymawiali Kochlaeuszowi,
iż zwolennicy Rzymu, nie mogąc Pismem świętem przezwyciężyć Lutra, ciągle tylko
przemocą do odwołania go nawoływają. Kochlaeusz rozgniewał się i oświadczył,
że on od razu wda się w dysputę z Lutrem, byle się tylko Luter zrzekł najprzód
opieki listu cesarskiego. Reformator życzył sobie publicznej dysputy. Ale
jeśliby opieki cesarskiej się zrzekł, to i samego siebie wniwecz obrócił. A
znowu jeśliby wyzwania Kochlaeusza nie przyjął, możnaby to i tem tłumaczyć, że
sam sprawie swojej nie ufa. Goście upatrywali w wniosku Kochlaeusza podstęp
Aleandra, od którego dziekan frankfurcki prawie co przyszedł. Vollrath von
Watzdorf wybawił Lutra z kłopotu. Szlachcic ten z natury popędliwy oburzył się,
iż znowu Lutrowi stawiają sieć, która go niechybnie w ręce kata wydać musiała.
Powstawszy więc z krzesła porwał przelękłego dziekana za kołnierz i bez
ceremonii go za drzwi wyrzucił. Niezawodnie byłby mu głowę okrwawił, gdyby go
inni nie byli zasłonili. Z hańbą i przerażeniem opuścił on gospodę pomieszkania
Lutra. Dziekan frankfurcki podał podobno wniosek ten w zapale rozprawy, nie
umówiwszy się poprzednio co do powyższej paści z Aleandrem. Przynajmniej
Kochlaeusz stanowczo podobnemu porozumieniu zaprzecza, a my świadectwu jego
wiary odmawiać nie chcemy. Faktem zaś jest, iż wprost od kardynała poszedł do
Lutra.
Arcybiskup Trewiry
zaprosił wszystkich tych na wieczorek do siebie, którzy z rana na konferencji
byli obecni. Środek taki uważał on skutecznym do złagodzenia umysłów i
zbliżenia ich do siebie. Luter, którego w obliczu sędziów nic zachwiać
1) Pallavicini I.
120.
— 213 —
ani zastraszyć nie zdołało, w bliższym obejściu taka zwyczajnie okazywał
wesołość i dobroć, iż się po niej wszystkiego spodziewać należało. Nawet
kanclerz arcybiskupa, który w pełnieniu urzędu swego tak nieprzystępnym się
wydawał, był na uczcie obecnym i sam pod koniec wieczerzy wypił zdrowie Lutra.
Luter chciał się odwzajemnić, i powstawszy już według zwyczaju swego przeżegnał
wino znakiem krzyża — gdy w tem pęka mu w ręku szklanka i wino leje się na
stół. Całe zgromadzenie zdjęła trwoga. Niektórzy przyjaciele Lutra głośno
powiadali, że mu chyba trucizny podano1)- Luter jednak odpowiedział
spokojnie: „Kochani Panowie, wino to nie było dla mnie przeznaczone, albo
byłoby mi mogło zaszkodzić. Szklanka zaś pewnie dla tego tylko pękła, ponieważ
ja przy czyszczeniu podobno za prędko do zimnej wody włożono.” Te proste słowa,
w tej chwili wypowiedziane, coś wzniosłego w sobie mają; co najmniej, są
świadectwem o niezachwianym pokoju duszy Lutra. Nie wydaje się prawdopodobną,
iżby go zwolennicy Rzymu w domu biskupa Trewiry otruć zamyślali. Uczta jednak
nie przyczyniła się ani do zbliżenia ani oddalenia od siebie umysłów.
Mianowicie postanowienie Lutra ani od łaski ani od nienawiści ludzkiej nie
zawisło. Na umysł jego wyższe wpływy oddziaływały.
We czwartek dnia
25. kwietnia odwiedził Lutra kanclerz Wehe w towarzystwie radcy cesarskiego
Doktora Peutingera, tego samego, który mu podczas rozpraw jego z kardynałem de
Vio w Augsburgu nie jedną usługę wyświadczył. Ze strony elektora saskiego mieli
na rozprawach tych Fryderyk Thun i drugi jeszcze radca być obecni. „Spuśćcie
się na nas w tej sprawie,” rzekli Wehe i Peutinger, którzy celem zażegnania
rozerwania w łonie Rzeszy niemieckiej wszystko uczynić byli gotowi. „Wierzajcie
nam, sprawa ta w chrześcijański sposób się załatwi.”
„Moja odpowiedź
jest krótką,” odpowiedział Luter; „ja się prędzej listu żelaznego zrzekę i
wydam osobę i życie moje cesarzowi, ale słowa Bożego nigdy się nie zaprę.” —
Fryderyk Thun powstawszy ze wzruszeniem, rzekł do obecnych wysłańców: „Azaż to
jeszcze nie wystarcza? A cóż jeszcze więcej poświęcić ma?” Do tego oświadczył,
iż już nic więcej słyszeć nie chce i wyszedł. Wehe i Peutinger spodziewali się,
iż po odejściu jego sprawa ich stanie się łatwiejszą. Usiadłszy więc obok
Doktora prosili go usilnie, aby się woli sejmu poddał. — „Nie,” odpowiedział
Luter, „przeklęty mąż, który ufa w
1) Luter nic o tym
wypadku nie wspomina; donosi o nim przyjaciel jego Ratzeberg, któremu go jeden
z obecnych gości opowiadał.
— 214 —
człowieku! (Jerem. 17. 5).” Wehe i Peutinger podwoili wzywania i
przedstawiania swoje, i coraz bardziej na reformatora nalegali. Ten będąc już
na końcu zmęczony pożegnał ich tymi słowy: „Ja, krótko mówiąc, sądu człowieka
nad słowem nie uznam.” Oni prosili go, aby raz jeszcze sprawę tę rozważył; znów
jeszcze mieli przyjść po południu.
I przyszli; ale
wiedząc, iż Luter nie ustąpi, nowy podali mu wniosek. Luter nie chciał w
sprawie swej uznać sędzią ani papieża, ani cesarza, ani sejmu. Jeden pozostawał
jeszcze trybunał, do którego i tak już Luter się odwołał, a mianowicie — sobór
powszechny. Rzym, rozumie się, byłby wniosek taki odrzucił z oburzeniem. Ale i
tak był to jedyny i ostatni środek, którego się uc2epić było można. Takowy więc
mu podano. Luter mógłby bez ogródki zgodzić się nań, bo byłyby i lata upłynęły,
zanimby trudności przezwyciężono, które niezawodnie stawiłby papież.
Reformator zwłoką tą wszystkoby osiągi. Bóg i czas niejedną byłby uskutecznił
zmianę. Ale Luter chciał przede wszystkim być szczerym, nie szukając kosztem
prawdy własnego ocalenia swego, lubo tylko milczeć było trzeba. Luter zgodził
się na wniosek ich, ale tem samem odrzucił go, ponieważ go z tem zastrzeżeniem
przyjął, aby na soborze tym według Pisma świętego sprawę roztrząsano.
Peutinger i Wehe
uważali to za rzecz, która się co do soboru po prostu sama przez się rozumie.
Uradowani pobiegli więc do arcybiskupa i donieśli mu, iż braciszek Marcin
zgadza się na poddanie ksiąg swoich pod sąd powszechnego soboru. Arcybiskup
chciał natychmiast przyjemną wiadomość tę donieść cesarzowi, ale w ostatniej
chwili ogarnęła duszę jego pewna wątpliwość. Kazał więc poprosić Lutra do
siebie.
Doktor przybywszy
zastał Ryszarda von Greifenklau samego w swym pokoju. Mówił on ze mną „bardzo
dobrze i zgolą więcej niż łaskawie”1). „Kochany Doktorze, dowiaduję
się, iż sprawę swą bez wszelkich zastrzeżeń soborowi oddać zechcecie.” — „Ja na
wszystko się zgodzę, ale Pisma świętego się nie zaprę,” odpowiedział Luter.
Arcybiskup przekonał się, iż tłumaczenie Wehe'go i Peutingera nie było
dokładne. Rzym nigdy nie mógł zgodzić się na sobór, na którymby tylko według
Pisma świętego rzeczy oceniano. „Toby tyle znaczyło,” powiada kardynał
Pallavicini, „jako żeby słabe oko niewyraźne pismo czytało, nie włożywszy do
tego okularów.” Poczciwy arcybiskup odrzekł z westchnieniem: „Tyle przynajmniej
dobrze, iżem
1) Luth. Epp. I.
604.
— 215 —
Cię do siebie zawołał; bo cóżby z tego wynikło, gdybym o doniesieniu tem
był cesarza zawiadomił!”
Niezachwiana
stanowczość i upór Lutra mogą niejednemu wydawać się dziwactwem. Ale kto prawo Boże
poznał, zrozumie ją i cenić musi takowa. Rzadko kiedy ono niezmienne, z nieba
pochodzące słowo piękniejsze na tym świecie znalazło uznanie. Tu stało się to z
narażeniem wolności i życia onego męża, który takie słowu wiekuistego Boga
hołdy oddawał.
„A więc mi
przynajmniej jaki środek do załatwienia sprawy podajcie!” odezwał się czcigodny
prałat do Lutra.
Luter, po krótkim milczeniu: Już ja chyba tylko radę Gamaliela powtórzyć
mogę: Jeśli z ludzi jest ta rada, wniwecz się obróci, ale jeźlić jest z Boga,
nie będziecie mogli tego rozerwać, byście snadź z Bogiem walczącymi nie byli
znalezieni (Dzieje A. 5, 38). Niechaj cesarz, elektorowie, książęta i Stany
państwa tę papieżowi dadzą odpowiedź!
Arcybiskup: To
przynajmniej niektóre artykuły odwołajcie.
Luter: Tylko nie
te, które sobór kostnicki potępił.
Arcybiskup: Tak
jest, te prawie będziecie musieli odwołać.
Luter: Ja prędzej
ciało i życie poświęcę, prędzej do szczętu się wyniszczę, ale jasnego i
prawdziwego słowa Bożego nigdy się nie zaprę.
Nareszcie zrozumiał
go arcybiskup. „Odejdźcie sobie,” rzekł on łagodnie do niego. „Wyjednajcie mi
żelazny list dla powrotu,” prosił Luter. „Ja się o to postaram,” odparł dobrotliwy
arcybiskup i pożegnał Lutra.
Tak się rozprawy
zakończyły. Całe państwo niemieckie usilnymi prośbami i straszliwymi groźbami
nań nalegało, lecz Luter nie dał się nakłonić. A prawie tem, iż pod żelazne
ramię papieża ugiąć się nie dał, wyzwolił kościół i nową w dziejach świata tego
rozpoczął epokę. Nikt w sprawach tych działaniu Opatrzności Bożej zaprzeczyć
nie może. Jest to jedno z liczby onych wielkich historycznych zdarzeń, nad
któremi się chwała Wszechmocnego unosi.
Luter wyszedł w
towarzystwie Spalatina, który podczas rozmowy z arcybiskupem się zjawił. Tajny
radca dworu saskiego, Jan Minkwitz, rozchorował się w Wormacji; do niego więc
udali się obaj przyjaciele. Luter pocieszył chorującego i pożegnał się z nim,
bo następnego dnia zamyślał opuścić Wormacją Co do przewidzenia tego okazało
się, iż Luter miał słuszność. Jeszcze trzech godzin w domu nie był, gdy naraz
kanclerz Eck w towarzystwie cesarskiego kanclerza i notariusza wstąpił do
pomieszkania jego i oświadczył mu: „Marcinie Lutrze,
— 216 —
Jego Cesarska Mość, elektorowie, książęta i Stany Rzeszy kilkakrotnie i wielorakim
sposobem do posłuszeństwa Cię napominały, ale zawsze na próżno. Cesarz jako
zastępca i obrońca katolickiej wiary widzi się spowodowanym do dalszego w obec
Ciebie postępowania. On rozkazuje Ci, abyś w przeciągu dni 21 do domu powrócił,
tudzież abyś po drodze ani kazaniami ani pismami nie buntował ludzi.”
Widząc w poselstwie
tem początek potępienia swego odpowiedział Luter: „Jak się Panu upodobało, tak
się stało. Imię Pańskie niechaj będzie błogosławione!” Następnie te dodał
słowa: „Ja jak najpokorniej i najuniżeniej dziękuje przede wszystkim Jego
Cesarskiej Mości, dziękuje elektorom, książętom i Stanom Rzeszy niemieckiej za
to, że mię tak łaskawie wysłuchać raczyli. Ja niczego nie żądałem oprócz tego,
aby reformacją według Pisma świętego przeprowadzono. Ja dla Jego Cesarskiej
Mości i dla państwa wszystko uczynię i wszystko zniosę, życie i śmierć, chwałę
i hańbę, i niczego dla siebie nie zastrzegam oprócz jednego słowa Bożego, które
swobodnie głosić i wyznawać chce, albowiem apostoł Paweł powiada, iż słowa
Bożego więzić się nie godzi.” Posłańcy cesarscy opuścili go.
W piątek rano dnia
26. kwietnia przyszli do Lutra przyjaciele jego, tudzież i kilku szlachty. Raz
jeszcze, a może i po ostatni raz pragnęli tego nie ustraszonego mnicha oglądać
i — rozstać się z nim. Po skromnym śniadaniu żegnał się Luter z przyjaciółmi
swymi, by w złowrogiej chwili puścił się w podróż. Ważną chwilę tę spędził on
przed obliczem Bożym, a potem w uroczystym natchnieniu duszy przyjaciołom swoim
błogosławił! Na zegarze dziesiąta godzina wybiła. Luter puścił się w drogę w
towarzystwie tych samych osób, które z nim do Wormacji przybyły. Powóz jego
więcej niż 20 jezdnych otaczało. Wielkie mnóstwo ludu szło z nim aż po za bramę
miasta. W miasteczku Oppenheim przyłączył się do nich herold cesarski, i
następnego poranka przybyła drużyna nasza do Frankfurtu.
–––––––––– • ––––––––––