IX.

Zwycięstwo. — Wrzawa i spokój. — Książe Erych. — Elektor i Spalatin. — Poselstwo cesarza. — Jako się naruszenia żelaznego listu domagają. — Żywy opór. — Zapał dla osoby Lutra. — Próby pośredniczenia. — Obawy elektora. — Nacisk odwiedza­jących Lutra. — Landgraƒ heski Filip.

 

                   Tymczasem zapadł zmierzch i wszyscy śpieszyli do domu. Z Lutrem szli dwaj słudzy cesarscy. Niektórzy mnie­mali, że już po nim, że go do wiezienia prowadzą, z którego się więcej nie wydobędzie, aż go chyba na spalenie wywiodą. Stąd ogromna powstała wrzawa. Kilku szlachty zapytało się: „Czy was do więzienia prowadzą?” — „Nie,” odparł Luter, „oni do mieszkania mego ze mną idą.” Zatem uspokoiły się umysły; tylko Hiszpanie, należący do orszaku cesarza, idąc za nim szydzili między sobą i publicznie się z niego naśmiewali. Inni znowu wydawali ryk na sposób dzikich zwierząt, którym zdobyć ich wyrywają1). Luter jednak nie dał się zachwiać i pozostawał spokojny.

                   Takie sejm wormacyjski przedstawiał widowisko. Przeci­wnikom swoim zwykł był nieustraszony on mnich pewien

 

1) Luth. Opp. lat. II. 166.

 

    203   

 

wyzywający okazywać opór. W obec tych zaś, co krwi jego pragnęli, występował pełen pokoju, powagi i pokory. Żadnej nie było tam przesady; ani śladu gniewu lub jakiegoś ludz­kiego zapału — owszem wewnątrz tylu wzburzonych namiętności on jeden był spokojny; dusza jego była skromną wśród oporu, który mocarzom świata tego stawiała, tudzież wzniosłą w obec ziemskiego majestatu. Stąd już oczywiście jest widoczną, że duszą jego kierował Bóg, a nie, jak to często słychać, pycha człowieczego serca. Na sali w Wormacji jeszcze ktoś inny był obecnym, ten, który większy jest niż Luter i Karol. „Gdy na świadectwo dla mnie wiedzeni będziecie, nie troszczcie się, bo nie wy jesteście, którzy mówicie” (Mat. 10, 18, 20). Obietnica ta rzadko może kiedy tak pięknie, jak tam się wypełniła.

                   Książęta państwa głębokie odebrały wrażenie. Okoliczność ta podniosła jeszcze otuchę Lutra. Zwolennicy papiestwa gniewali się na Ecka, że od razu zbrodniczemu nie przerwał mnichowi. Kilku książąt i panów przychyliło się do sprawy, której z tak gorącem przekonaniem broniono. Wprawdzie było wrażenie to u niektórych z nich przemijającym, ale inni, co wtenczas jeszcze milczeli, niepospolitą odznaczali się później odwagą.

                   Po tak wielkim wysileniu umysłowym uczuł Luter w pomieszkaniu swym potrzebę odpoczynku. Spalatin i inni przyjaciele znajdowali się przy nim, chwaląc Boga i dziękując mu. Podczas rozmowy wstąpił naraz jakiś sługa do pokoju niosąc w ręku srebrny dzban, pełen świeżego piwa. „To wam mój pan na pokrzepienie posyła,” odezwał się obcy, podawając przy tem dzban Lutrowi. — „A któryż to książę tak łaskawie o mnie pamięta?” zapytał Doktor wittenberski. Był to sędziwy Erych, książę Brunszwiku. Dar tak potężnego pana głęboko rozrzewnił Lutra, a to tom więcej, iż dawca do papieskiego stronnictwa należał. „Jego książęca Mość,” ciągnął sługa dalej, „sam go zakosztował, nim Wam go przesłał.” Z głębokim serca wzruszeniem nalał sobie Luter do kielicha i wychyliwszy go te powiedział słowa: „Jako książę Erych dziś o mnie pamiętał, tak niechaj o nim w ostatnim boju jego pamięta Pan nasz Jezus Chrystus”1). Nie był to wprawdzie wspaniały dar; ale Luter chcąc wywdzięczyć się księciu, który w tej chwili o nim pamiętał, dal mu, co miał — swą mo­dlitwę. Sługa doniósł o tem panu swemu. W godzinie śmierci

 

1) Seckendorf 354.

 

    204   

 

wspomniał sobie sędziwy książę na te słowa i odezwał się do pazia swego niejakiego Franciszka von Kramm, stojącego tuż obok łoża jego: „Weźmij Ewangelię i czytaj mi z niej.” Chłopak czytał słowa Jezusa Chrystusa, a dusza umierającego znalazła w nich spokój. „Ktoby was napoił kubkiem wody w imieniu moim, dla tego, iżeście Chrystusowi, zaprawdę, powiadam wam, nie straci zapłaty swojej” (Marc. 9, 41).

Ledwie co sługa księcia Brunszwiku opuścił pokój, to i Spalatina do elektora saskiego odwołano. Nie bez ciężkich trosk wybrał się Fryderyk w podróż do sejmu. Obawiał się, iż może w obecności cesarza opuści Lutra odwaga. Tem głębsze stanowczość reformatora na nim wywarła wrażenie. Serce rosło mu na myśl, iż takiego męża opieką swą otacza. Kapelan, wstąpiwszy do pokoju, znalazł już stół nakryty. Książę prawie miał z otoczeniem swym siadać do wieczerzy. Natychmiast więc zawoławszy kapelana do sypialni, z głębokim serca wzruszeniem te powiedział słowa: „Ach jakże pięknie Ojciec Marcin przed cesarzem i państwem przemówił! Ja się tylko lękałem, aby zanadto nie był odważnym”1). Odtąd postanowił w sercu swym Fryderyk gorliwiej jeszcze bronić Doktora.

                   Widział to Aleander, jakie wrażenie słowa Lutra na umysły książąt wywarły. Tu trzeba było, nie tracąc ani chwili, serce młodego Karola jak najśpieszniej do stanowczych nakłonić kroków. Zamiarowi temu dziwnie sprzyjały okoliczności. Zanosiło się na wojnę z Francją. Leonowi X. chodziło o powiększenie swych ziem; na pokoju chrześcijaństwa nie wiele mu zależało. Dla tego rozkazał on wysłańcom swym, aby się o dwa sojusze oraz potajemnie układali, a zwłaszcza o jeden z Karolem przeciwko Franciszkowi, i drugi z Franciszkiem przeciwko Karolowi2). Według pierwszego żądał on od cesarza dla siebie miasta Farmę, Piacenzę i Ferrarę, według drugiego miała mu dostać się od króla Francji cześć królestwa Neapolu, które Karolowi odebrać zamierzano. Uwagi cesarza nie uchodziło, jakie przyjaźń papieża mogłaby dlań mieć znaczenie w wojnie ze współzawodnikiem swoim, gdyby mu przyjaźń tę pozyskać się udało. Kosztem Lutra można było łaskę tę okupić.

                   W dzień po oświadczeniu Lutra, było to w piątek dnia 19. kwietnia, kazał cesarz wobec sejmu odczytać następujące własnoręcznie przezeń po francusku napisane orędzie. Brzmiało ono tak: „Jako potomek chrześcijańskich cesarzów Rzeszy niemieckiej,

 

1) Seckendorf 355.

2) Guicciardini XIV, 175.

 

    205   

 

tudzież katolickich królów Hiszpanii, arcyksiążąt Austrii i książąt Burgundii, którzy wszyscy z obrony wiary rzymskiej słynęli, powziąłem i Ja niezmienny zamiar wejścia w ślady przodków moich. Mnich, którego własne głupstwo jego zaślepiło, prze­ciwko wierze chrześcijaństwa podnosi bunt. Aby takiej bezbożności zapobiedz, byłbym ja gotów nawet królestwa moje, skarby, przyjaciół, ciało, krew, życie i dusze moją położyć w ofierze1). Ja Augustianina Lutra wyprawię do domu i za­każę mu, aby pomiędzy ludem nigdzie buntu nie wszczynał. Następnie postaram się o to, abym banicją, interdyktem i wszelkimi innymi środkami jego samego i zwolenników jego jako oczywistych kacerzów wytępił2). Wzywam więc Stany Rzeszy, aby się wiernymi chrześcijanami okazały.”

                   Słowa te nie wszystkim się podobały. Młody i namiętny Karol pominął utarte formy, których dotąd przestrzegano, nie zaciągnąwszy poprzednio zdania sejmu. Dwa przeciwne sobie prądy coraz bardziej się uwydatniały. Służalcy papieża, a z nimi wespół elektor Brandenburgii i kilku duchownych elektorów domagali się, aby Lutrowi słowa cesarskiego nie dotrzymywano. „Niechaj Ren popioły jego pochłonie, jako przed stu laty popioły Hussa pochłonął,” tak się odzywali. Pewien dziejopis donosi, jako cesarz żałował tego później, iż wtenczas onej podłej rady nie usłuchał. „Ja wyznaję,” powiedział Karol pod koniec życia swego, „żem wielki błąd popełnił, nie odebrawszy Lutrowi życia. Ja mu słowa dotrzymywać nie potrzebowałem, kiedy on większemu panu ode mnie, bo samemu Bogu bluźnił. Ja mogłem i byłem powinien kazać go stracić i pomścić się obrazy Majestatu Bożego. A ponieważ tego nie uczyniłem, rosło i rozszerzała się kacerstwo. Śmierć Lutra byłaby je w zarodzie stłumiła”3).

                   Elektora i przyjaciół Lutra w głębi duszy ta przebrzydła rada przeraziła. „Spalenie Hussa,” odezwał się elektor Pfalcu, „zanadto wiele klęsk na naród niemiecki sprowadziło, aniżbyśmy raz jeszcze do wystawienia podobnego stosu dopuścić mieli.” — „Książęta niemieckie,” oświadczył najzaciętszy nieprzyjaciel Lutra, książę saski Jerzy, „nigdy na naruszenie żelaznego listu nie zezwolą. Pierwszy sejm nowego cesarza nie śmie tak haniebnym splamić się czynem. Ani też zdrada taka nie licuje z prastarą wiernością Niemców.” Książęta Bawarii, sprzyjające skądinąd Rzymowi, tego samego były zdania. A zatem nie

 

1) Pallavicini, I. 118.

2) Luth. Opp. L. XVII. 581.

3) Sandoval. Historya Karola V. według Llorente.

 

    206   

miało przyjść do popełnienia zbrodni, której przyjaciele Lutra zgoła jako nieuniknionej rzeczy się obawiali.

                   W mieście rozmaite rozchodziły się wieści o powyższych już od dwu dni trwających rozprawach. Stronnictwa coraz bardziej się niepokoiły. Szlachta sprzyjająca reformie głośno zbrodnicze zamysły Aleandra potępiała. „Cesarz jest mło­dzieńcem,” dawały słyszeć się głosy, „a biskupi i papiści według upodobania pochlebstwy swemi na pasku go wodzą”1). Pallavicini donosi, jakoby 400 szlachty było 2 mieczem w ręku stało na pogotowiu, czuwając nad wykonaniem żelaznego listu, danego Lutrowi. W sobotę rano znaleziono na drzwiach domów i na publicznych miejscach poprzybijane plakaty, niektóre na rzecz Lutra, niektóre zaś przeciwko niemu. Na jednym z ta­kowych czytano mężne słowa Salomona: „Biada tobie, ziemio! której król jest dziecięciem!” (Kaznodz. 10, 16). Inni opowiadali, jakoby Sickingen otoczywszy się wewnątrz niezdobytych murów grodu swego wielką liczbą rycerzów i wojska wyczekiwał końca tej sprawy, gotów będąc w razie potrzeby natychmiast uderzyć mieczem. Powszechny zapał narodu, tak w Wormacji jak i w najodleglejszych miastach państwa się objawiający, groźna postawa rycerstwa, tudzież i życzliwość, jaką niektóre książęta względem osoby reformatora okazywały, stały się w oczach cesarza i państwa dostateczną wskazówką. Przekonali się bowiem, iż w razie przyjęcia tych środków zaradczych, których się Rzymianie domagali, naraziłaby się najwyższa władza na niebez­pieczeństwo, tudzież niejeden wszczął się bunt i zaburzył wewnętrzny pokój państwa2). Wprawdzie tylko o spalenie prostego mnicha chodziło, lecz książęta i zwolennicy Rzymu wszyscy razem nie mieli tyle odwagi i siły, aby to uczynili. Oprócz tego wzdrygało się wtenczas jeszcze młodzieńcze serce Karola V. na myśl o złamaniu przysięgi. Tak przynajmniej niektórzy dziejopisowie donoszą. „Gdyby wiara i wierność w całym świecie wymarła, w sercach książąt musiałby jeszcze dla niej pozostać przytułek,” miał na początku panowania swego powiedzieć Karol. Tom smutniejsza, iż nad grobem stanąwszy, innego był zdania. W każdym razie inne jeszcze powody na umyśl cesarza oddziaływały. Słynny Florentczyk Vettori, przy­jaciel Leona i Macchiavela utrzymuje, iż Karol li tylko dla postrachu papieża Lutra przy życiu zachował.

 

1) Cochlaeus 33.

2) Cochlaeus 33.

 

    207   

 

                   Na sobotnim posiedzeniu sejmu odrzucono goryczy pełne wnioski Aleandra. Umysły życzliwie dla Lutra były usposobione. Wszyscy zgoła życzyli sobie ocalić męża, który tak rozczulającą ufność w Bogu udowodnił. Ale przy tym chciano także zachować kościół. Umysły drżały z trwogi na myśl o skutkach, które i zwycięstwo i śmierć reformatora wydać musiała. Sprawę pośredniczenia na nowo poruszono i nowych próbowano z Lutrem układów. Młodego arcybiskupa Moguncyi, w prze­pychach kochającego się Albrechta, nie mała ogarnęła trwoga, gdy się przekonał, z jak wielkim zapałem szlachta i naród Saksonii wittenberskiemu sprzyja Doktorowi. O tym księciu kościoła powiada Pallavicini, iż prędzej jeszcze możnaby nazwać go pobożnym niż odważnym. Kapelan jego Kapito utrzymywał w Bazylei przyjazne stosunki z Zwinglim, onym ewangelicznym kaznodzieją Szwajcarii, o którymeśmy już w biegu naszego opowiadania wspomnieli. Nie ulega zatem wątpliwości, iż sprawę reformatora przedstawił on panu swemu w świetle przychylnym. Serce arcybiskupa zanadto było światowym, ale i ono miewało chwile pewnego chrześcijańskiego wzruszenia. W takiej to chwili wybrał się Albrecht do cesarza, aby dla nowej jakiej pozyskać go próby. Lecz Karol nic o tem wiedzieć nie chciał. W poniedziałek dnia 22. kwietnia powtarzały wszystkie książęta wnioski arcybiskupa Moguncji. „Ja od postanowienia mego nie odstąpię,” odparł na to cesarz. „Ja nikomu urzędownie do Lutra się udawać nie nakazuję; jednakowoż,” dodał cesarz ku wielkiemu zgorszeniu Aleandra, „wyznaczam człowiekowi temu jeszcze trzy dni do namysłu. Kto chce, może mu w tym czasie na cztery oczy robić przedstawienia”1). Więcej też nie żądano. Niejednemu wydawało się, iż oświadczenie reformatora tylko wrażeniu przypisywać należy, jakie uroczyste posiedzenie sejmu na nim wywarło. W poufnej rozmowie uda się może nakłonić go do odwołania i z grożącej ocalić otchłani.

                   Elektor saski, który dobrze wiedział, iż rzecz inaczej się ma, nie mało był zaniepokojony. „Gdyby to ode mnie zależało,” napisał Fryderyk do brata swego księcia Jana, „to ja chętnie w sprawiedliwych sprawach byłbym pomocą Marcinowi. Wierzaj mi, mój drogi; tak tutaj na mnie nalegają, iż Mości Waszej p tem cuda opowiem. Oczywiście że im o nic innego nie chodzi, jako jedynie aby go na burze i klęski wypędzili. Kto jaką taką dla niego życzliwość objawi, już w oczach ich za kacerza uchodzi. Bóg niechaj wszystko na dobre obróci; Onci zaiste

 

1) Pallavicini, I. 118.

 

    208   

 

sprawiedliwej sprawy nie opuści” 1). Elektor saski nie okazywał publicznie życzliwości swojej dla Lutra, ale jednak nigdy sprawy jego z oka nie spuścił.

                   Inni mężowie w Wormacji inaczej się zachowali. Wielu ich publicznie oświadczyło się za Lutrem. Od piątku niepospolity ruch w gospodzie pobytu Lutra panował. Książęta, hrabiowie, baronowie, rycerze, szlachta, duchowni, świeccy i mężowie z pośród ludu bez przestanku do niego przychodzili j odchodzili, nie mogąc nasycić się widokiem reformatora. Luter stał się mężem całego narodu. Nawet i tacy, którzy naukę jego za błędna uważali, nie mogli oprzeć się wrażeniu, jakie na nich wielkość ducha jego wywierała. Trudną było odmówić poszano­wania człowiekowi, który dla głosu sumienia życie swoje poświęcał. Luter rozmawiał w Wormacji z kilku najznakomitszymi mężami wieku swego. Rozumie się, .że nie brakło tam onego szcze­gólniejszego namaszczenia, które Lutrowi było właściwym Każdy odchodząc od niego, dziwny w sercu swoim uczuwał zapał dla prawdy Bożej. „Ileż rzeczy miałbym ci do opowia­dania,” tak do przyjaciela swego napisał Jerzy Vogler, sekretarz margrabiego Brandenburgii. „Ileż pobożnych i miłych rozmów miał Luter ze mną i z innymi! Ach jakże nader luba jest to osoba2)!”

                   Pewnego poranka usłyszano tętent podkowy. Na podwórze domu wjechał młody książę, liczący dopiero lat 17. Był nim landgraf heski Filip, od dwu lat już sprawujący rządy. Był to człowiek prędki i rychły do czyny, a przy tym rozsądniejszy, niż według lat jego przypuszczać należało; tudzież wojowniczego umysłu i według własnych idący przekonań. Słowa Lutra trafiły do serca jego, i dla tego chciał on osobiście poznać reformatora. „Ale nie stał jeszcze po mojej stronie,” pisze o nim Luter3). Zeskoczywszy z konia wstąpił Filip wprost do pokoju reformatora i rzekł do niego: „Jakże się macie, kochany Doktorze?”— „Spodziewam się, że dobrze, łaskawy Panie,” odpowiedział Luter. — „Ja słyszę, mój Doktorze, iż wy po­wiadacie, że żona, mając starego męża, może go opuścić i wyjść za innego.” Dworacy cesarscy takich przed nim bajek nagadali, jak to w ogóle przeciwnicy prawdy Bożej zawsze na działanie chrześcijańskich kaznodziei lubią rzucać potwarze. — „Nie, Mości książę,” odparł Luter z powagą, „o! tak, proszę, nie mówcie!” Książę uścisnął serdecznie rękę Doktora i rzekł:

 

1) Seckendorf 365.

2) Mutzel, Magaz. I. 207.

3) Luth. Opp. XVII. 589.

 

    209   

 

„Kochany Doktorze, jeśli po Waszej stronie prawda, to niech Wam Bóg dopomoże.” I wyszedłszy z pokoju wsiadł na koń i odjechał. Takie było pierwsze spotkanie dwóch mężów, którzy później razem na czele sprawy reformacyi stali. Jeden z- nich bronił jej mieczem ducha, drugi zaś orężem zewnętrznej potęgi. Arcybiskup Trewiry, Ryszard von Greifenklau podjął się za zgodą cesarza sprawy pośredniczenia. Był on ścisłym przy­jacielem Fryderyka a oraz i gorliwym członkiem kościoła rzymskiego. Ryszard życzył sobie tak przyjacielowi swemu jak i kościołowi oddać przez to usługę. Dnia 22. kwietnia, było to w poniedziałek wieczór, siedział Luter u stołu, gdy w tem od arcybiskupa Trewiry odbiera wiadomość, iż arcybiskup życzy sobie pomówić z nim, a zwłaszcza we środę o 10. go­dzinie przed południem.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1