— 185 —
VIII.
Wjazd do Wormacji — Rekwiem — Narada u Karola V. — Kapito i pośrednicy. — Zbiegowisko około Lutra. — Wezwanie. — Hutten pisze do Lutra. — Pochód jego do sejmu. — Słowa Frundsberga. — Ogromny natłok. — Przemowa kanclerza. — Odpowiedz Lutra. — Jego oględność. — Słowo Karola V. — Obawy. — Zwycięstwo. — Stanowczość Lutra. — Gwałty Hiszpan. — Rada. — Modlitwa Lutra. — Siła reƒormacyi. — Przysięga na Pismo św. — Sejm. — Mowa Lutra. — Trzy rodzaje ksiąg jego. — Luter żąda, aby mu błędów jego dowiedziono. — Poważne przestrogi. — Luter powtarza mowę swa po łacinie. — Oto stoję, inaczej nie mogę. — Boska słabość. — Nowa próba.
Nareszcie dnia 16.
kwietnia ujrzał Luter mury onego starego grodu, w którym wszyscy przybycia jego
z ciekawością wyglądali. Młodsza szlachta, nie mogąc niecierpliwości swojej
poskromić, wsiadła na koń i wyjechała naprzeciwko Lutrowi. Bernard von Hirscbfeld,
Albrecht von Lindenau, sześciu rycerzów i przez sto młodszej szlachty,
należącej do orszaku obecnych w Wormacji panów, towarzyszyło tym sposobem, jako
Palla-vicini donosi, reformatorowi wjeżdżającemu do Wormacji. Naprzód jechał
herold cesarski w zupełnym urzędowym mundurze; potem jechał Luter w powozie
swoim, tuż za nim na koniu postępował Jonasz, a orszak rycerstwa zamykał cały
pochód. Około południa przybył Luter do bramy tego miasta, o którym mu wszyscy
przepowiadali, iż z niego więcej nie wynijdzie. Było to prawie w obiadowej
godzinie; wszyscy siedzieli u stołu. W tem odzywa się trąbka stróża bramy
miejskiej — i w okamgnieniu wszyscy na ulicę wylatują, by zobaczyć mnicha.
Dwa tysiące osób
postępowało około niego, natłok był ogromny. Tłumy coraz bardziej wzbierały. W
ogóle daleko było więcej ludzi na nogach, niż przy wjeździe cesarza. W tem
naraz wystąpił z pośród tłumów jakiś człowiek w szczególniejszym ubraniu,
niosąc w ręku krzyż, jak to przy pogrzebach bywa, i zbliżając się do Lutra
śpiewał głośno żałosnym tonem, prawie tak jako przy odprawianiu mszy za
umarłych, żałosne, niby z tamtego świata się odzywające słowa pieśni:
— 186
—
Advenisti o
desiderabilis,
Quem
expectabamus in tenebris!
(Wśród ciemnościśmy czekali,
Ażbyś przyszedł, wyglądali).
A tak więc
pogrzebowym śpiewem przybycie Lutra powitano. Śpiewakiem zaś był nadworny
błazen księcia Bawaryi, który, jeżli opowiadanie to na prawdzie się opiera,
chciał Lutra w swój nawpół śmieszny i nawpół poważny sposób przestrzedz o
grożącym mu niebezpieczeństwie. Lecz coraz bardziej wzmagający się szmer
zgromadzenia przygłuszył pieśń pogrzebowego śpiewaka. Pochód ledwie mógł ruszyć
się z miejsca. Herold zatrzymał się nareszcie przed gospodą niemieckich
Krzyżaków, w której dwaj radcy elektorscy, Fryderyk Thun i Filip Feilitsch
tudzież marszałek cesarski, Ulryk Pappenheim mieszkali. Luter wysiadłszy z
powozu powiedział w duchu do siebie: „Bóg ze mną będzie.” Później te napisał
słowa: „Do Wormacji w pokrytym powozie i rnym zakonnym habicie wjechałem. Cały
świat się zbiegł, by ujrzeć mnicha Marcina”1).
Elektor saski i
Aleander równie się na wieść o przybyciu jego przelękli. Młody i wytworny
Albrecht, arcybiskup moguncki, który pomiędzy obiema stronami stał w pośrodku,
aż zdumiał się nad zuchwałością Lutra! „Gdybym trochę więcej nie miał odwagi,
niż on,” rzek} Luter, „toby mię pono nigdy nie byli w Wormacji widzieli.”
Karol V. zwołał
natychmiast otoczenie swoje na naradę. Tajni radcy cesarscy zbiegli się od
razu, pełni będąc trwogi. „Luter tu jest,” odezwał się cesarz, „cóż teraz
zaczniemy?”
Bodo, biskup
Palerma i kanclerz Flandrii, odpowiedział na to według doniesienia Lutra:
„Długo już naradzaliśmy o tem. Niechaj Wasza cesarska Mość człowieka tego po
prostu uprzątnąć i stracić rozkaże. Tak sobie Zygmunt z Hussem postąpił.
Kacerzom nie potrzeba listów żelaznych wydawać a tem mniej dotrzymywać słowa” 2).
Rada ta nie podobała się jednak cesarzowi, który zauważał, iż słowa danego
dotrzymać należy. Nareszcie postanowiono dopuścić do tego, aby Luter stawił się
przed sejmem.
Gdy się mocarze
świata tego sprawą Lutra zajmowali, to inni znowu nie mało się ucieszyli,
spodziewając się, iż w Wormacji onego słynnego sługę Bożego osobiście zobaczą.
Do tych ostatnich należał przede wszystkim Kapito, który
1) Luth. Opp.
XVII. 687.
2) Luth. Opp.
XVII. 587.
— 187 —
był kapelanem i radcą na dworze arcybiskupa Moguncji. Znakomity ciąż ten z
wielką swobodą głosił przedtem na szwajcarskiej ziemi prawdę Ewangelii; w obecnym
stanowisku swym atoli uważał on za stosowaiejszą takiego przestrzegać sposobu
zachowania się, który mu ewangelicy za tchórzowstwo, katolicy zaá za obłudę
poczytywali1). W Moguncji kazał Kapito czystą naukę Ewangelii,
tudzież odchodząc ztąd powołał na miejsce swoje młodego i bardzo gorliwego
kaznodzieję prawdy Bożej, imieniem Hedio. W tej prastarej siedzibie prymasa
Niemiec nie doznawało wtenczas słowo Boże żadnego bynajmniej przeciwieństwa; z
wielkim owszem zajęciem słuchano tam Ewangelii. Nadaremno były usiłowania
mnichów, zmierzające do tego celu, aby Pismo św. według ich sposobu wykładano;
nadaremne ich zabiegi, aby podniesieniu ducha położyć tamę. Rzeczy te
bynajmniej się im nie udały. Ale Kapito, odnowioną głosząc naukę, chciał
równocześnie z prześladowcami takowej zostawać w przyjaźni. Kapito i kilku
równie jak on myślących pocieszali się tem, iż zachowaniem takiem niepomierne
oddawają usługi kościołowi. Oni utrzymywali, iż dawno już nie byłby Luter
uszedł spalenia, tudzież zwolennicy jego klątwy i banicyi, gdyby Kapito nie był
wpływu swego na umysł arcybiskupa-elektora wywierał. Frankfurcki dziekan
Kochlaeusz, przybywszy prawie równocześnie z Lutrem do Wormacji, udał się
natychmiast do pomieszkania Kapitona, który na zewnątrz w dobrem porozumieniu z
Aleandrem ro stawał. To też od razu przedstawił Kapito Kochlaeusza
nuncy-uszowi, i tym sposobem dwóch najzaciętszych wrogów reformacji zbliżył do
siebie. Jemu wydawato się, iż powyższymi względami sprawie Chrystusa służy,
gdy tymczasem jednak niczego nie wskórał. Zwykle to tak bywa, iż bieg wypadków
podobne rachuby ludzkiej mądrości wniwecz obraca, tudzież w obliczu całego
świata wykazuje, że droga stanowczości jest najuczciwszą, a oraz i
najrozsądniejszą.
Pospólstwo zawsze
jeszcze hufami otaczało dom, w którym Luter stanął gospodą. Jedni uważali go za
cudo mądrości, w oczach innych uchodził zaś za istnego wysłańca piekła j ale
jedni i drudzy pragnęli go widzieć 2). W pierwszych godzinach po
przybyciu swojem pragnął Luter nieco odpocząć, i z najściślejszymi tylko
przyjaciółmi rozmawiał. Wieczorem przychodzili potem do niego hrabiowie,
baronowie, rycerze, szlachta,
1) Coehlaeus 36.
2) Paliavicini, I. l
U.
— 188 —
duchowni i mieszczanie. “Wszyscy, a nawet najzaci§tsi wrogowie jego
dziwowali się nad odwagą postępowania, nad radością duszy jego, tudzież potęg%
słowa i porywającą sita i zapałem prostego mnicha tego, której się oprzeć nie
było można. Jedni przypisywali takową wewnętrznej sile i natchnieniu Bożemu;
zwolennicy papieża znowu publicznie utrzymywali, iż przez diabła jest opętany.
Aż do późnej nocy nie przerywały się odwiedziny.
We środę rano
dnia 17. kwietnia wezwał go marszałek cesarski, Ulryk von Pappenheim,
aby o czwartej po południu gotów był stawić się przed cesarzem i państwem. Doniesienie to przyjął Luter z należną
pokorą.
Tak więc rzeczy się
miały; w obliczu najwspanialszego zgromadzenia w świecie miał on za sprawą
Jezusa Chrystusa wydać świadectwo. Nie brakło i takich, którzy mu odwagi dodawali.
Ognistej duszy rycerz, Ulryk von Hutten, bawił podówczas w zamku Ebernburg. Do
Wormacji przybyć nie mógł, albowiem Leon X. napisał do cesarza, aby mu z
związanymi rękoma i nogami przesłał człowieka tego do Rzymu. Chcąc mimo to
pomocna podać Lutrowi rękę, napisał Hutten do niego na dniu 17. kwietnia list,
w którym użył słów wypowiedzianych niegdyś przez usta króla nad Izraelem:
„Niech Cię Pan wysłucha w dzień utrapienia; niech Cię wywyższy imię Boga
Jakóbowego! Niech Ci ześle ratunek z świątnicy, a z Syonu niech Cię podeprze!
Niech Ci da wszystko według serca Twego, a wszelką radę Twoją niech wypełni!
(Psalm 20). Ukochany Lutrze, Przewielebny Ojcze! nie lękaj się niczego, i bądź
stałym. Rada złośników otoczyła Cię; jako lwy ryczące otworzyli paszczeki swoje
na Ciebie! Ale Pan powstanie przeciwko niezbożnym i rozproszy ich. Mężnie sobie
w sprawie Chrystusowej poczynaj, bo i ja dzielnie za nią walczyć będę. Oby mi
Bóg widzieć pozwolił, jak oni czoła swe marszczyć będą. Ale Pan oczyści winnicę
swoją, którą wieprz leśny zepsował. Chrystus wybawi Cię”1). Czego
Hutten dopełnić nie mógł, to uczynił Bucer. Opuściwszy Ebernburg udał się do
Wormacji, i przez cały ten czas prawie nie odstępował Lutra 2).
Czwarta godzina
wybiła. W tem zjawia się marszałek cesarski; Luter miał iść za nim. Wzruszonym
sercem puszcza się w drogę, która przed tak wysokie zgromadzenie go prowadzi.
Naprzód szedł herold, za nim postępował marszałek, a za
1) Luth. Opp. II.
175.
2) Melch. Adam, Vita
Buceri 212.
— 189 —
marszałkiem dopiero Luter. Ścisk jeszcze był większy, niż poprzedniego
dnia. Przed tłumami zebranymi nie można było ani kroku postąpić naprzód.
Nadaremno wołano: ustępować miejsca! ciżba coraz większą się stawała. Herold
przekonawszy się, że zwyczajną drogą żadnym sposobem do ratuszu nie dojdzie,
kazał sobie kilka prywatnych domów otworzyć, i prowadził Lutra przez ogrody i
potajemnymi gankami1). Mnóstwo cisnęło się do domów, biegło do okien
idących do ogrodów; wielu ich nawet na dachy powychodziło. Na gościńcach i szczytach
domów pełno było ciekawych 2).
Koło ratusza taki
znowu był ścisk, iż nie podobną było postąpić ani kroku. Nadaremno wzywano
publiczność do ustępowania; nikt się ani z miejsca nie ruszył, aż nareszcie
wojsko cesarskie przemocą drogę otworzyć musiało. Gdy Luter wstąpił na ratusz,
hurmem za nim cisnęła się zgraja, tak iż żołnierze helebardami lud
powstrzymywać musieli. Wewnątrz ratusza także pełno było ludzi. W
przedpokojach, u okien znajdowało się przeszło 5000 ciekawych, Niemców, Włochów
i Hiszpanów. Luter ledwie że naprzód ruszyć zdołał. U drzwi wiodących do sali,
w której sędziowie jego siedzieli, spotkał Luter walecznego rycerza. ByJ nim
słynny dowódca wojsk cesarskich, Jerzy Frundsberg, ten sam, który w cztery lata
później pod Pawią na czele żołdactwa niemieckiego ukląkł na kolana, a potem
uderzywszy na lewe skrzydło wojska francuskiego wparł je do rzeki Ticino i
króla francuskiego wziął w niewolę. Stary ten rycerz klepnąwszy Lutra po
ramieniu, zachwiał swoją na wojnach posiwiałą głowę i rzekł do niego uprzejmie:
„Mnichu, mnichu! Ty w taką wybierasz się drogę i do tak gwałtownego stawiasz
się szturmu, jakiegom ani ja ani żaden hetman w najgorętszej nawet bitwie nie
doznał. Ale jeśli sprawa twoja jest sprawiedliwa i sumienie twoje przekonane o niej,
to w imię Boże naprzód, i niczego się nie lękaj! Bóg Cię nie opuści”'). Tak
męstwo miecza męstwu ducha hołdy składało. Król to był, który powiedział, że
„kto sercu swemu panuje, lepszy jest, niżeli ten, co dobył miasta.” (Przyp.
Sal. 16, 32).
Nareszcie otwarły
się podwoje — Luter wstąpił na salę, a z nim wielu innych, co do sejmu nie
należeli. Nigdy zaiste żaden człowiek przed dostojniejszym nie stanął
zgromadzeniem.
1) Luth. Opp.
XVII. 574.
2) Seckendorf 384.
3) Seckendorf 313.
— 190 —
Karol V., którego berło staremu i nowemu światu panowało, brat jego
arcyksiążę Ferdynand, sześciu elektorów Rzeszy niemieckiej, których potomkowie
zgoła wszyscy dziś są królami, 24 książęta, pod których berłem większe lub
mniejsze dzielnice państwa niemieckiego się znajdowały, a z pomiędzy których
niejeden później dla reformacja straszliwy powstał wróg, tudzież książę Alba i
dwaj synowie jego, 8 margrabiów, 30 arcybiskupów, biskupów i prałatów, 7
posłów zagranicznych państw, a między nimi posłowie Francji i Anglii, dalej
wysłańcy dziesięciu cesarskich miast, wielu książąt, hrabiów, baronów i
nuncjuszowie papieża — słowem 204 osoby na sejmie były obecne. Oto on wysoki
trybunał, przed którym stawił się Luter.
Już stawienie się
jego przed powyższym zgromadzeniem było poniekąd zwycięstwem nad papiestwem.
Człowiek, którego papież potępił, stoi tuż przed wysokim trybunałem całego
państwa, który przez to samego siebie wyżej papieża stawia. Papież go wyklął,
tudzież z wszelkiego społeczeństwa ludzkiego wykluczył, a on będąc jak
najbardziej uczciwymi słowy wezwany, stawia się oto przed najdostojniejszem
zgromadzeniem w świecie. Papież klątwą zawarł mu usta, a Luter bierze się do
wydania świadectwa w obliczu tysięcy słuchaczów, którzy się ze wszystkich
chrześcijańskich ziem zgromadzali. Taką koleją wstrząs! Luter istniejącym dotąd
porządkiem rzeczy; słowo prostego mnicha złamało światowładczą potęgę Rzymu.
Nie bez wzruszenia
stanął skromny syn górnika z Mansfeldu przed tem zgromadzeniem królów. W tem
kilku książąt z widoczną życzliwością przystąpiło do niego. Jeden z nich rzekł
mu: „Nie bójcie się tych, co zabijają ciało, albowiem duszy zabić nie mogą.” A
drugi znów dodał: „Gdy przed starosty i króle wiedzeni będziecie, Duch Ojca
waszego mówić będzie w was!” (Math. 10, 18, 20). Tak własne słowa Pana, przez
usta mocarzów świata tego wypowiedziane, serce reformatora pocieszały.
Straże zrobiły
miejsce; Luter stanął tuż przed tronem Karola V. Na chwilę zdawało się, jakoby
blask i chwała zgromadzenia tego oko jego przyćmiła, tudzież serce pozbawiła
odwagi. Oczy wszystkich zwróciły się na niego; ustał wszelki niepokój, — i
głęboka zapanowała cisza. Marszałek cesarski dał Lutrowi do zrozumienia, iż
tylko wtenczas mówić mu wolno, gdy się go pytać będą, i sam się oddalił.
Po kilku chwilach
uroczystego milczenia powstał Doktor Jan Eck, kanclerz elektora Trewiry i
przyjaciel Aleandra — jest to inny Eck, nie ten, którego z dysputy lipskiej
znamy
— 191 —
— i donośnym głosem powiedział najprzód po łacinie a potem po niemiecku te
słowa: „Marcinie Lutrze! Święta Jego i nieprzezwyciężona Cesarska Mość wezwała
Cię według życzenia i rady wszystkich Stanów świętej Rzeszy niemieckiej tutaj
przed tron Majestatu Swego, aby z ust twoich o dwóch rzeczach się dowiedziała.
Najprzód pytam się, azali przyznawasz, iż księgi te są twoje?” —
To mówiąc wskazał
na niejakich dwadzieścia ksiąg, leżących na stole w pośrodku sali. „Ja nie
wiem, skąd je pozbierali,” pisze Luter, donosząc o tym. Tymczasem był to
Aleander, który sobie pracę tę zadał. — „Po wtóre pytam się, ciągnął kanclerz
dalej, „azali księgi te i treść ich odwołać, albo czy przy niej nadal obstawać
i upierać się zechcesz?”
Luter byłby od razu
to pierwsze zapytanie bez namysłu potwierdził, ale doradca jego Hieronim
Schurff wtrącił prędko wołając: „Przeczytajcie tytuły tych ksiąg!”
Kanclerz przystąpiwszy do
stołu odczytał takowe. Znajdowały się między niemi i książki do nabożeństwa, w
których żadnej polemiki nie było.
Po tym wyliczeniu
rzekł Luter po łacinie i po niemiecku, co następuje:
„Najjaśniejszy
Cesarzu! Najłaskawsze książęta i Panowie! W obliczu Jego Cesarskiej Mości dwa
artykuły mi przedstawiają. Co pierwszego z nich się tyczy, to ja księgi
wymienione za swoje uznawam i nie wypieram się ich. Ale w następującej sprawie,
dotyczącej wiary, zbawienia duszy naszej i słowa Bożego, które nam największym
jest skarbem na ziemi i w niebie, byłoby z mojej strony po prostu
bluźnierstwem, gdybym jakie nierozważne słowo powiedział. Mógłbym bowiem albo
mniej powiedzieć, niż sprawa koniecznie wymaga, albo i więcej, niż z prawdą się
zgadza; a w jednym i drugim razie podpadłbym sądowi wyroku, który wydał
Chrystus mówiąc: „Ktoby się mię zaparł przed ludźmi, zaprę się go i Ja przed
Ojcem moim, który jest w niebiesiech.” A dla tego proszę Waszą Cesarską Mość
jak najpokorniej o przyzwolenie mi czasu do namysłu, abym taką dać mógł
odpowiedź, któraby słowu Bożemu nie uwłaczała.”
Odpowiedź ta nie dowodzi bynajmniej jakiejś niepewności po stronie Lutra;
owszem takowa zupełnie odpowiada i osobistemu usposobieniu reformatora i
godności zgromadzenia. W tak nadzwyczaj ważnej sprawie nie uchodziłoby zachować
się inaczej, jak z powagą i spokojem. W obliczu tak świetnego zgromadzenia koniecznie
wszystkiego zaniechać należało,
— 192 —
w czemby jaka taka popędliwość lub lekkomyślność dostrzedz się dała. Czas
udzielony do namysłu musiał tylko o stanowczości zamiarów Lutra wydać
świadectwo. Prędkością słowa i odpowiedzi niejeden już wielki mąż ciężką i na
siebie i na cały świat sprowadził klęskę. Luter poskromił tym razem popędliwy
swój charakter, zatrzymał na języku swoje gdzie indziej może za nadto prędkie
słowo i stłumił w duszy swojej wzruszenie, które niezawodnie chętnie byłoby
się objawiło na zewnątrz. Pokój i umiarkowanie człowieka takiego słusznie nas
do podziwu pobudza. One to niezawodnie potęgę jego podwoiły i dopomogły mu do
tego, iż później tak mądrą, tak stanowczą i powagi pełną wydać mógł odpowiedź,
która oczekiwania przeciwników jego wniwecz obróciła, tudzież złość i pychę
ich wydała na pośmiewisko.
Ponieważ jednak z
pewną pokorą i nie bardzo głośno mówił, dla tego mogło się niektórym wydawać,
jakoby nie był siebie pewnym, tudzież jakoby mu odwagi brakowało. W sercach
zwolenników Rzymu zabłysnął promień nadziei. Karol nie zwrócił z niego ani na
chwilę oka, przypatrując się z ciekawością człowiekowi, którego słowo w łonie
całej Rzeszy niemieckiej zamęt wywołało. Obróciwszy się do jednego z swych
dworzan, odezwał się o Lutrze z pogardą: „Ten człowiek nigdyby mię kacerzem nie
zrobił”1). Potem udał się z ministrami swymi do pobocznej sali na
naradę, tudzież elektorowie i książęta wstąpili do innej, a do trzeciej sali
udali się posłowie cesarskich miast. Powróciwszy potem na salę sejmowa
uchwalili jednomyślnie przychylić się do prośby Lutra. A zatem nie sprawdziły
się oczekiwania, jakie najzaciętsi przeciwnicy jego żywili.
„Marcinie Lutrze!”
tak odezwał się oficjał Trewiry, „Jego Cesarska Mość wyznacza ci według
wrodzonej dobroci serca swego jeszcze jeden dzień do namysłu, a to z tem zastrzeżeniem,
abyś zdanie swoje nie na piśmie ale ustnie oświadczył.”
Zatem odprowadził
go herold do jego pomieszkania. Po drodze odzywały się raz groźby a znowu i
okrzyki radości. Pomiędzy przyjaciółmi Lutra najniepomyślniejsze szerzyły się
wieści. Opowiadano sobie, iż sejm niezadowolenie swoje wynurzył, że
nuncjuszowie odnieśli zwycięstwo, że reformator padnie ofiarą. Umysły coraz
bardziej się zagrzewały. Kilku szlachty przybiegło do Lutra. „Panie Doktorze!
jakże ma się
1) Pallavicini, I.
115.
— 193 —
sprawa?” odezwali się do niego, „powiadają, że was chcą spalić; ale to się
nie stanie, chyba żeby sami wszyscy z wami zginęli”1). „I tak byłoby
się też stało,” zauważał Luter, gdy we 20 lat później słowa te opowiadał.
Nieprzyjaciele
Lutra wydawali znowu okrzyki radości. „On czasu do namysłu zażądał,” tak
powiadali, „zobaczycie, on odwoła. W oddaleniu okazywał się upornym, a teraz
zupełnie stracił odwagę. Już i po jego zwycięstwie!”
W całej Wormacji
był jedyny Luter spokojnym. Powróciwszy z sali sejmu napisał on od razu do
radcy cesarskiego Kuspiniana następujący list: „Wśród tej ogromnej wrzawy pisze
do Ciebie. — (Odnosi się to niezawodnie do zgiełku ludzi, którzy przed gospodą
jego gromadami stali). — Tejże godziny stałem przed cesarzem i jego rzymskim
bratem. Odpowiedziałem im, że księgi te są wprawdzie moje, ale co vi sprawie
odwołania postanowię, życzę sobie dopiero jutro oświadczyć. Ale ja im z pomocą
Chrystusową ani joty nie odwołam”2).
Między ludem i
obcymi żołnierzami z każdą chwilą rosło wzburzenie umysłów. W sali sejmowej
odbywały się narady spokojnie i \v cichości, ale na ulicach co chwila do
bijatyki przychodziło. Dumne i surowe hiszpańskie żołdactwo wyzywało na siebie
przez rozmaite, bezwstydne psoty gniew mieszczan Wormacji. Tak np. znalazł
jeden żołnierz w pewnej księgarni bullę papieża z uwagami, które do niej dodał
Hutten. Wziąwszy podarł ją na kawałki i podeptał nogami. Inni znowu znaleźli
niektóre egzemplarze pisma Lutra „O babilońskiej niewoli kościoła,” i tak samo
je podarli. Mieszczanie czując się takim zuchwalstwem oburzeni, rzucili się na
żołnierzy i odpędzili ich. Innego razu pędził znowu jakiś hiszpański żołnierz z
szablą w ręku na koniu za Niemcem, który najludniejszymi ulicami Wormacji przed
nim uciekał. Przestraszona ludność nie odważyła się wściekłemu żołnierzowi
zastąpić drogę3).
Niektórzy politycy
mniemali, jakoby znaleźli sposób do ocalenia Lutra. ,Odwołaj błędy co do
nauki twojej,” tak powiadali do Lutra, „ale obstawaj przy wszystkim, coś
przeciwko papieżowi i kurii rzymskiej napisał — wtenczas nic ci się złego nie
stanie.” Aleander wściekał się nad tą radą. Luter atoli nie dał się zachwiać,
owszem otwarcie wyznał, iż nie chce politycznej reformy, któraby się na wierze
nie zasadzała.
1) Luth. Opp.
XVII. 588.
2)Luth. Epp. I.
587.
3) Kappe. Ref.
Urk. II. 448.
— 194 —
W porannej godzinie
dnia 18. kwietnia zebrali się na rozkaz Karola V. Glapio, kanclerz Eck i
Aleander u cesarza celem narady, jakby z Lutrem postąpić należało.
Luter, przed tak
świetnym stanąwszy zgromadzeniem nie mógł na chwilę oprzeć się wrażeniu. Na
widok tylu książąt, przed którymi potężne korzyły się narody, zaczęło serce
jego głośniej uderzać. Nie mało niepokoiła go myśl, iż ma wypowiedzieć
posłuszeństwo mężom, w których ręce Bóg najwyższą władzę świata tego złożył.
Uczuł więc potrzebę szukania pomocy gdzie indziej, niźli naokoło siebie. „Kto
od złego nieprzyjaciela zaczepki doznawa, niech pochwyci tarczę wiary, a
wtenczas stanie się jako Perseusz z głową Meduzy w ręku. Kto na nią spojrzał,
śmiercią umierał. Tak i my przeciwko szatanowi Synem Bożym jakby głową Gorgony zakrywać
się musimy”1). Słowa te powiedział Luter później. W porannych
godzinach dnia 18. kwietnia i dla niego nastały chwile, w których mu się
wydawało, jakby Bóg oblicze swoje przed nim był zakrył. Wiara jego zaczęła się
chwiać, żywa jego wyobraźnia przedstawiała mu rosnące hufy nieprzyjaciół. Dusza
jego była w tej chwili podobną do okrętu miotanego wśród burzy, który chyląc
się tam i sam to tonie w otchłani, to znowu pod niebiosa się podnosi. W onój
czarnej godzinie cierpienia i jemu dostał się kielich Chrystusowy do picia; i
on miał swoje Getsemane, w którym upadłszy na oblicze w urywanych westchnieniach
wydał głos modlitwy, a to takiej modlitwy, którą wtenczas tylko zrozumiemy, gdy
sobie wyobrazimy, z jak wielkiej wewnętrznej walki i trwogi się zrodziła:
„Wszechmocny, wiekuisty Boże! O jakże ten świat jest straszliwy! Jakże on
paszczekę swą otwiera, aby mię pochłonął, a znowu jak słabe jest moje zaufanie
w Tobie! Ach ciało tak jest mdłe, a szatan tak silny. . . Gdybym ufność mą w
tem miał pokładać, co według świata jest mocne, to zaprawdę już mi godzina moja
wybiła. . . Jużci dzwon pogrzebu mego ulali, już wyrok śmierci mój ogłosili! .
. O Boże! Boże! . . Ach Ty Boże mój! . . bądźże mi przeciwko wszelkiej mądrości
świata tego pomocą! . . Ty o Panie uczyń to! Ty to uczynić musisz! Ty jedyny! o
Panie! Wszakci nie moja ale Twoja to sprawa. Bo cóż moja osoba ma na tem
miejscu do czynienia? Nie ja z tymi wielkimi panami świata tego rozprawić się
mam; nie ja, który także spokojnych i szczęśliwych dni pragnąłbym zażywać! Ale
Twoją jest ta sprawa, o Panie; Twojać ona jest i sprawiedliwa
1) Luth. Opp. L.
XVII. 589.
— 195 —
i wieczna; a dla tego dopomóż mi, o Boże mój! . . Boże wierny, Boże
niezmienny! ja na Ciebie spuszczam się jedynie, i na żadnego nie spuszczam się
człowieka. Biada wszystkiemu, co ludzkie; toci bowiem ginie i upada! . . Ach
Boże, Boże mój! Azaż głosu mojego nie słyszysz? Azaż umarłeś, o Boże? . . Nie,
Ty nie umierasz; Ty na chwilkę tylko oblicze swoje ukrywasz! Ja wiem, że Ty mię
do dzieła swego wybrałeś! . . A dla tego, powstań, o Panie! . . W imię Jezusa
Chrystusa, Syna Twego, stój u boku mego, Ty obrono moja, i tarczo moja i
grodzie zbawienia mego!”
Potem zamilkł La
chwilkę wśród boju swego i znów modlił się. dalej: „Gdzież pozostawasz, o
Panie? O Boże mój, gdzież jesteś? Ach przychodź o Panie, przyjdź, jużemci ja
gotów, cierpliwie jako baranek, życie moje za prawdę Twoją poświęcić. Zaiste,
sprawiedliwą jest ta sprawa, i Twoją ona jest. A ja nie puszczę Ciebie, Panie,
ani teraz ani na wieki. A choćby świat pełen był diabłów, i choćby ciało moje,
które ręka Twoja uczyniła, do dołu ziemi złożono, a choćby je poćwiartowano,
posiekano i ogniem spalono — to jednak dusza moja do Ciebie należy. Słowo Twoje
świadczy mi o tym. A tak dusza moja Tobie należy i u Ciebie na wieki
pozostanie. Amen. Boże mój, bądź mi pomocą. . . Amen”1).
Powyższa modlitwa
Lutra jest poniekąd kluczem do wewnętrznej istoty reformacji. Wyższa ręka,
usunąwszy trochę zasłonę świątyni, pokazuje nam odo
tajemnicze miejsce, gdzie do serca pokornego i słabego sługi Bożego
niebieska spływała odwaga i siła, która mu do wyzwolenia dusz ludzkich, do
oswobodzenia sumienia ich, tudzież do otworzenia nowej epoki w dziejach
ludzkości tak była potrzebna. Stad otwiera się nam widok na wewnętrzne sprężyny
i tajniki serca reformatora i reformacji. W świetle powyższej modlitwy
odkrywamy tajemniczą ich siłę. Ta modlitwa duszy, na rzecz prawdy Bożej samą
siebie poświęcić gotowej, znajduje się w zbiorze aktów, dokumentów i listów
żelaznych, odnoszących się do stawienia się Lutra przed sejmem w Wormacji.
Pewnie ktoś z przyjaciół jego, usłyszawszy takową, przechował nam ją na piśmie.
Jest ona jednym z najwznioślejszych dokumentów historycznych.
Po modlitwie tej zapanował
w duszy Lutra pokój Boży, bez którego nikt nic wielkiego podjąć nie może.
Reformator czytał w słowie Bożym, przejrzał pisma swoje na nowo i zajmował się
dobieraniem wyrazów stosownych do dania
1) Luth. Opp. L.
XVII. 589.
— 196 —
odpowiedzi. Myśl ta, iż przed cesarzem i państwem za Ewangelią Chrystusową
wydać ma świadectwo, napawała serce jego radością. Gdy się pora wezwania jego
zbliżała, położył Luter lewą rękę na otwartej biblii, prawa zaś podniósł wzgórę
i sercem wzruszonym przed obliczem Bożym poprzysiągł, iż Ewangelii Chrystusowej
pozostanie wiernym, tudzież wiarę swą, wyzna otwarcie, chociażby takowa własna
krwią zapieczętować wypadało.
O czwartej godzinie
zjawił się herold i prowadził go do sali sejmowej. Ponieważ o ostateczna chodziło
odpowiedź, dla tego podwoiła się, ile można, ciekawość publiczności. Sejm
zajmował się jeszcze innymi sprawami. Luter musiał czekać na podwórzu,
niezliczonymi otoczony będąc tłumami, które jakby morze falami wezbrane tam i
sam go posuwały. Tak dłużej dwóch godzin stał Doktor wittenberski wśród
ciekawego pospólstwa. „Do tej wrzawy i zgiełku nigdy nie byłem przyzwyczajony,”
napisał później Luter.1) Dla zwyczajnego człowieka byłoby to nie
lada przygotowanie, ale dusza Lutra znajdowała się w społeczności Bożej. Oko
jego pełne było otuchy, na obliczu wewnętrzny malował się spokój; Bóg postawił
go na opoce. Już zmierzch zapadał, do sali wnoszono zapalone lampy; oblask ich
przebijał się przez stare malowidła okien gotyckiej budowy i padał w podwórze.
Uroczysty był to widok. Nareszcie wezwano Doktora. Wielu ich cisnęło się za nim
do sali, wszyscy bowiem pragnęli słyszeć odpowiedź jego. Wszyscy do żywego byli
zaciekawieni, i niecierpliwie stanowczej wyglądali chwili. Tym razem malowała
się w postawie Lutra wewnętrzna duszy jego swoboda, tudzież spokój i pewność
siebie. Nie było tam ani śladu obawy lub niepewności. Modlitwa jego wydała
owoce. Ksiażęty nie mogły zająć swych krzeseł, bo publiczność zanadto posunęła
się naprzód. Gdy mnich wittenberski stanął przed tronem Karola V., zabrał
kanclerz arcybiskupa Trewiry głos i rzekł:
„Marcinie Lutrze!
Upłynął termin, którego żądałeś. Nie był on potrzebny, albowiem w sprawach
dotyczących wiary każdy swoje pewne przekonanie mieć powinien, aby mógł dać
rachunek każdemu, domagającemu się takowego, a tem więcej ty, co tak wielkim i
w Piśmie świętem tak biegłym jesteś Doktorem. Teraz odpowiadaj na wezwanie Jego
Cesarskiej Mości, którego łaski i dobroci doznałeś. Czy chcesz ksiąg
1) Luth. Opp. XVII.
535.
— 197 —
swoich bronić w całości, albo czy pojedyncze nauki cofnąć zamyślasz?”
Powyższe słowa
powtórzył kanclerz po niemiecku. Akta miasta Wormacji wspominają: „Doktor
Marcin Luter odpowiada z wielką uniżonością i pokorą; nie krzyczy bardzo ani
porywczo, ale mówi delikatnie, skromnie i z powaga, a przy tem wszystkim jednak
z wielką stanowczością i chrześcijańską radością serca.”
Spoglądając na
Karola i całe zgromadzenie sejmu następujące przemówił Luter słowa:
„Najjaśniejszy Cesarzu, Jaśnie Wielmożne książęta, Łaskawi Panowie! W głębokiej
pokorze stawiam się po upływie udzielonego mi wczoraj terminu przed obliczem
Waszem, i przez miłosierdzie Boga błagam Waszą Cesarską i równocześnie Waszą
elektorską Mość, abyście sprawiedliwej i według przekonania mego prawdziwej
sprawy tej łaskawie posłuchać raczyli. Jeśliby znalezienie moje dworskiemu
sposobowi nie odpowiadało, raczcie mi to łaskawie wybaczyć, bom ja nie na
dworze ale w klasztorze się wychował.
„Ze strony Jego Cesarskiej Mości zażądano ode mnie dwóch rzeczy. Najprzód
abym się przyznał, iż księgi, które tu wymieniono, z mojego pióra pochodzą, a
po wtóre, abym nauki, którą dotąd głosiłem, albo bronił albo takową odwołał. Co
do pierwszej rzeczy, to już wczoraj dałem odpowiedź, i obstawam przy niej.
„Co drugiego artykułu
się tyczy, to księgi moje nie jednakiego są rodzaju. Jest między niemi kilka, w
których o wierze chrześcijańskiej i cnotliwych uczynkach tak prosto, tak jasno
i po chrześcijańsku uczyłem, iż nawet przeciwnicy moi przyznać muszą, że księgi
te są, pożyteczne, tudzież że na to zasługują, aby je chrześcijańskie
serca czytały. Ba nawet bulla papieska, lubo jest surowa, jednak niektóre z
ksiąg moich za nieszkodliwe uznawa. Gdybym te miał odwołać, znaczyłoby to tyle,
iż odwołuję prawdę równie przez przyjaciół jak i nieprzyjaciół za takową
uznaną. Taką koleją sam jeden sprzeciwiałbym się temu, co wszyscy jednomyślnie
jako prawdę uznawają.
„Drugi rodzaj ksiąg
moich stanowią te, w których przeciwko papiestwu pisałem, tudzież przeciwko
takowym ludziom, którzy zgubnymi naukami, bezbożnym życiem i gorszącymi
przykładami całemu chrześcijaństwu cielesną i duchową kieskę zadawają. Albowiem
nikt temu nie zaprzecza, owszem każde pobożne serce na to się użala, iż ustawy
papieża i ludzkie nauki jego do tego jedynie zmierzają, aby sumienie
chrześcijańskiego ludu obałamucały, obciążały i na katusze je wystawiały.
— 198 —
A tym czasem oni dobra i majątki szczególnie tego dzielnego niemieckiego
narodu z nieopisaną zuchwałością pochłaniają.
„Gdybym te księgi
odwołał, tobym przez to chyba tylko tyraństwo ich wzmocnił. Jużci bezbożność i
zuchwalstwo ich żadnych nie znałoby granic; owszem oniby potem daleko gorsze i
sromotniejsze wyprawiali rzeczy, aniżeli się dotąd odważyli. Gdyby się na
świadectwo odwołania mego powoływać mogli, to dla pospolitego ludu stałoby się
jarzmo ich po prostu nieznośnym, a szczególnie jeżliby jeszcze powiedzieć
mogli, że odwołanie moje wskutek rozkazu Jego Cesarskiej Mości i całej Rzeszy
niemieckiej nastąpiło. Ach, jakieżby to, miły Boże, wielkie i haniebne pokrycie
wszelkiej złości i tyraństwa z tego zrobiono!
„Trzeci rodzaj
ksiąg moich stanowią nareszcie te, które ja przeciwko niektórym prywatnym
osobom a zwłaszcza z tego powodu napisałem, ponieważ one osoby na szkodę wiary
chrześcijańskiej tyraństwa rzymskiego broniły. Ja otwarcie wyznaję, iż
przeciwko tym może nieco za porywczo i ostro wystąpiłem, i więcej niż się z
zasadami religii zgadzało. Bo ja siebie bynajmniej za świętego nie uważani. Ale
jednak i tych ksiąg odwołać nie mogę. Albowiem gdybym to uczynił, stałoby się
znowu tak, iżby się wszelka złość i rozpusta rozwielmożyła, tudzież iżby na
odwołanie moje się powołując gorzej jeszcze i okropniej lud Boży ciemiężyli.
„Ale ja jestem człowiekiem,
a iiie Bogiem. Dla tego też nie mogę ksiąg moich bronić inaczej, jedno jako Pan
i Zbawiciel mój Jezus Chrystus w sprawie nauki swojej uczynił, mówiąc: „Jeślim
źle rzekł, daj świadectwo o złem” (Jan. 18, 23). A tem więcej ja, będąc tylko
prochem i popiołem, ja, co tak łatwo zbłądzić mogę, muszę o to prosić, aby
przeciwko nauce mojej świadectwo wydać zechcieli.
„Z tego powodu
przez miłosierdzie Boże proszę Waszą Cesarską Mość i Was Najjaśniejsi
Elektorowie i książęta, lub ktokolwiek to uczynić może, bez względu czy
wysokiego lub niskiego jest stanu, i błagam, aby świadectwo dać raczył, i
księgami proroków i apostołów udowodnił, iż nauka moja jest błędną. Potem,
skoro mię o tem przekonają, chętnie ja i dobrowolnie wszystkie błędy moje
odwołam, i sam pierwszy księgi moje wrzucę w ogień.
„Stąd jaśnie i
dobitnie wynika, iż się podostatkiem nad nędzą i niebezpieczeństwem
zastanawiałem, która z potępienia nauki mojej wyniknąć może. Dla mnie wprawdzie
niemałą jest rozkoszą widzieć, iż dla słowa Bożego wszczyna się niezgoda
— 199 —
i rozdwojenie, bo taka już jest natura, bieg i los słowa Bożego, jako sam
Chrystus Pan powiada, mówiąc: „Nie przyszedłem, dawać pokoju, ale miecz” (Mat.
10, 34). Przeto nie zapominajmy, jak dziwny i straszliwy w radach i sądach
swoich jest Bóg. Miejmy się na pieczy, abyśmy zamiast załatwienia niezgody i
rozerwania okropnej raczej powodzi i nieprzezwyciężonego niebezpieczeństwa nie
spowodowali, jeżli byśmy inaczej w zaufaniu w naszą własną mądrość i moc sprawę
tę od prześladowania słowa Bożego tudzież od bluźnienia takowemu rozpoczęli. Do
tego należy się obawiać, aby panowanie tego Najchwalebniejszego i
Najłaskawszego młodzieńca cesarza Karola, w którego Majestacie największe po
Bogu nadzieje pokładamy, złego i zgubnego nie wzięło początku, bo takim mógłby
też stać się potem jego pośrodek i koniec. Nie trudną byłoby mi objaśnić sprawę
tę przykładami Pisma świętego. Mógłbym wskazać na Faraona, na króla Babylonu,
tudzież na królów izraelskich, którzy wszyscy wtenczas najokropniejsze kieski
ponosili, kiedy najroztropniejszymi radami i zamysłami swymi królestwa swe
ocalić tudzież do wielkości i chwały podnieść zamierzali. Bóg ci bowiem jest,
który podwraca rozum i mądrość mądrych; on góry przenosi, a ludzie o tem nie
wiedzą (Job. 9, 5).
„Ja nie dla tego to
mówię, iżbym myślał, jakoby tak wysokie głowy nauki mojej potrzebowały. Owszem
dla tego mówię, ponieważ widzę w tem święty obowiązek serca mego wobec narodu
niemieckiego i ukochane j ojczyzny mojej, abym jej usługi tej nie odmówił. A
tak polecam się najuniżeniej łasce Waszej Cesarskiej Mości i Najjaśniejszych
elektorów i książąt, i z głęboką pokorą o to proszę, aby się podszeptami
nieprzyjaciół moich do występowania przeciwko mnie bez przyczyny pobudzić nie
dali”1).
Słowa te powiedział Luter po
niemiecku; mówił skromnie, ale jednak z uczuciem i stanowczością. Wezwano go,
aby je po łacinie powtórzył, ponieważ cesarz niemieckiego języka nie lubił. Z
powodu wielkiego zgromadzenia, wrzawy, tudzież własnego wzruszenia swego uczuł
się reformator nieco osłabionym. — „Pociłem się,” napisał później Luter, „i
bardzo mi było gorąco, bo pomiędzy samymi książętami stałem.” Tajny radcy
elektora saskiego, Fryderyk Thun, siedział obok reformatora, aby mu jakiej
krzywdy nie wyrządzono. Ten spostrzegłszy położenie mnicha radził mu, aby
lepiej mowy swej nie powtarzał, bo już i tak dosyć. Ale Luter odetchnąwszy na
chwilę
1) Luth. Opp. L.
XVII. 776.
— 200 —
wygłosił mowę swą po łacinie z tą samą stanowczością i siłą, co po
niemiecku.
„To bardzo się
elektorowi Fryderykowi podobało,” zauważał reformator.
Gdy Luter przestał
mówić, zarzucił mu rzecznik sejmu, kanclerz Trewiry, z pewnym oburzeniem, że
nie do rzeczy gadał, że nie chodzi tu o podawanie w powątpiewanie nauk, które
już dawniej na soborach określone zostały. Luter powinien tylko prostą i
dobitną wydać odpowiedź, czy zechce odwołać lub czy nie. Na to odpowiedział
Luter bez namysłu te słowa: „Ponieważ Jego Cesarska Mość i Najłaskawsi
elektorowie i książęta prostej, jasnej i spokojnej odpowiedzi żądają, to ja
dam odpowiedź, która ani rogów ani zębów mieć nie będzie, a zwłaszcza tę: Ja
ani papieżowi samemu ani soborom wierzyć nie mogę, ponieważ oczywistą jest, iż
jedni i drudzy nieraz w błędy popadali i sami z sobą stawali w sprzeczności. A
dlatego jeśli mię świadectwami Pisma świętego, lub jasnymi publicznymi dowodami
nie przezwyciężą, tudzież tymi samymi wyrokami Pisma, które ja przytoczyłem,
mię nie przekonają i nie wyzwolą sumienia mego, które słowem Bożym jest
związane, to ja niczego odwołać nie mogę i nie chcę, ponieważ nie jest
bezpieczną, ani się też dla chrześcijanina przystoi, aby cokolwiek przeciwko
własnemu sumieniu swemu uczynił. Oto stoję; inaczej nie mogę; niech mi Bóg dopomoże.
Amen!”
Oto słowa Lutra.
Posłuszeństwo wiary i siła sumienia zmusiły go z narażeniem życia swego na
niebezpieczeństwo wypowiedzieć takowe. Najszlachetniejszemu podlegając przymusowi
stoi Luter w obliczu całego dostojnego zgromadzenia jako niewolnik przekonania
duszy swojej; ale wśród niewoli tej okazuje się najzupełniej wolnym w
prawdziwym słowa tego znaczeniu. Podobnym jest do okrętu, który wśród najokropniejszej
burzy sam dobrowolnie o skałę się rozbija, byle tylko to ocalił, co od niego
samego jest kosztowniejszym. Odtąd upłynęły wieki, a słowo męża tego po dziś
dzień nie przestało szczególniejszego wywierać wpływu na umysł każdego
człowieka, który je usłyszy. Tak w obliczu cesarza i państwa przemówił mnich, a
oto! ten jeden, słaby i opuszczony, ale na łasce Najwyższego spolegający
człowiek wydaje się nam większym i potężniejszym niźli oni wszyscy! Czemże
bowiem jest wszelka potęga świata tego wobec potęgi powyższych słów ? Oto
słabość Boska, która jest silniejszą aniżeli świat. Państwo i kościół stoją
razem po jednej stronie,
— 201 —
a przeciwko nim po drugiej stronie stoi jeden mąż niskiego pochodzenia. Bóg
na to tych królów i prałatów zgromadził, aby mądrość ich publicznie wniwecz
obrócił. Przegrano bitwę! Skutki klęski, którą mocarze świata tego ponieśli,
przez wieki na wszystkie narody ziemi oddziaływać miały.
Zgromadzenie
osłupiało ze zdumienia. Kilku książąt nie mogło podziwu swego zataić. Cesarz
nabył zupełnie innego co do mnicha tego przekonania, niż dzień przedtem.
„Zupełnie bez obawy i z otuchą serca mówi ten mnich,” zauważał Karol1).
Włosi tylko i Hiszpanie, nie wiedząc, co począć, drwili sobie i naśmiewali się
z wielkości ducha, której pojąć nie mogli. Gdy pierwsze wrażenie minęło,
odezwał się kanclerz do Lutra i rzekł: „Jeśli nie odwołasz, to cesarz i państwo
znajda już sposób, jakby z zatwardziałym kacerzem najlepiej postąpić mieli.”
Przyjaciele Lutra uczuli trwogę; on zaś powtórzył słowa: „Niech mi Bóg
dopomoże, ja odwołać nie mogę”2).
Luter ustąpił na
bok; książęta weszły z sobą w naradę. Stanowcza była to dla całego
chrześcijaństwa chwila. Ono „tak” lub „nie” wittenberskiego mnicha na całe
wieki w sprawie pokoju kościoła i świata rozstrzygać miało. Próbowano złamać go
na duchu; w obliczu całego narodu na mównicy go postawiono, i to w tej
nadziei, iż klęska jego w oczach całego świata stanie się widoczna — a tem
wszystkim przyczyniono się tylko do uświetnienia jego zwycięstwa. Zwolennicy
Rzymu nie mogli się żadnym sposobem z takim położeniem rzeczy pogodzić. Dla
tego raz jeszcze wezwano Lutra na powrót. Kanclerz, zabrawszy głos, rzekł do
niego: „Marcinie, zuchwałej odpowiedziałeś, niż na twoją osobę przystawało. Ty
robisz co do ksiąg twoich jakieś różnice, co zupełnie do rzeczy nie należy.
Albowiem gdybyś te księgi był odwołał, w których się przeważna część błędów twoich
znajduje, to i tak Jego Cesarska Mość nie dopuściłby do tego, aby oraz i te
inne spalono. Ty wskrzeszasz sprawy, które cały kostancki sobór potępił i
żądasz, aby cię Pismem świętem przezwyciężono, co do którego się zupełnie w
obłędzie znajdujesz. Cesarz żąda po tobie prostej odpowiedzi, „tak,” lub „nie,”
a zwłaszcza czy wszystkie nauki twoje jako powszechne i chrześcijańskie bronić,
albo czy niektóre z nich odwołać zamyślasz?” — Luter odpowiedział na to
spokojnie, iż tylko poprzednią odpowiedź swą musi powtórzyć. Mocno stał on i
niezachwianie jak skała,
1) Seckendorf 350.
2) Luth. Opp. W.
XV. 2236.
— 202
—
o którą się wszystkie wały potęgi świata tego rozbijają. Potęga słowa, odwaga jego postawy, oko pełne natchnienia i zapału, nieugięta siła charakteru, która się w wybitnych rysach twarzy jego uwydatniała, — wszystko to nieopisane wrażenie na umysły dostojnego onego zgromadzenia wywierało. Tu niczego więcej nie było można się spodziewać. To też Hiszpanie, Belgijczycy a nawet sami Rzymianie zamilkli. Tak mnich ten wszystkie wielkości świata tego przezwyciężył; tak w obliczu kościoła i państwa stanowczym odezwał się „nie!” Karol V. powstał, i za nim całe zgromadzenie się podniosło. „Jutro rano zbierze się sejm i dowie się o wyroku cesarza," donośnym głosem zawołał kanclerz.
–––––––––– • ––––––––––