VII.

Luter wybiera się w drogę. — Pożegnanie Lutra. — Przybicie wyroku. — Jezdcy w okolicy Erƒurtu. Spotkanie Lutra z Jonaszem. — Luter w dawniejszym swym klasztorze. — Jego kazanie w Erƒurcie. — Wiara i uczynki. — Zgraje ludu i odwaga Lutra. — Jego list do Spalatina. — Pobyt w Frank­furcie. — W Wormacji obawiają się. — Plany dworzan ce­sarskich. — Stanowczość Lutra.

 

                   Napisawszy do Langiego list z doniesieniem, że we czwartek lub piątek stanie w Erfurcie, pożegnał się Luter dnia 2. kwietnia z przyjaciółmi swymi. Do Melanchtona te powiedział słowa: „Gdybym ja nie powrócił i nieprzyjaciele mi życie odebrali, to ty nieprzestawaj nauczać i nie daj się od prawdy Bożej oderwać. Gdy ja już nic więcej nie będę mógł działać, to na miejscu moim działaj ty! Byłeś ty tylko żył, o śmierć moja mniejsza.” Potem poruczywszy się opiece tego, który jeden jest wierny, wyruszył z Wittenbergi. Rada miasta podarowała mu skromny powóz z płóciennym pokryciem, które spuszczać i podnosić się dało. Przed powozem jechał herold cesarski na koniu w urzędowym mundurze, ozdobionym w godło cesarskiego orła, a obok niego postępował sługa na koniu. Luter, Schurff, Amsdorf i Suaven siedzieli w powozie. Zwolennicy Ewangelii i mieszczanie Wittenbergi podnosili modly i westchnienia do Pana, żałosne przy tem lejąc łzy.

                   Luter niebawem spostrzegł, jako na wszystkich miejscach złowrogie tylko przeczucia przejmowały umysły. W Lipsku nie wyświadczono mu żadnych honorów, podano mu tylko według zwyczaju puhar wina. W Naumburgu spotkał pewnego ducho­wnego — był nim prawdopodobnie Jan Langer — odznacza­jącego się pobożnością i powagą umysłu. Ten w pomieszkaniu swojem starannie przechowywał obraz Savonaroli, którego na

 

    177   

 

rozkaz papieża Aleksandra VI. jako wyznawcę Ewangelii Chrystusowej, tudzież orędownika za wolnością ojczyzny i czy­stością obyczajów r. 1498 we Florencji na stosie spalono Poczciwy księżyna wyjął w milczeniu obraz włoskiego męczen­nika i włożył go w ręce Lutra. Luter zrozumiał, co mu tym niemym obrazem powiedzieć chciano, ale mężne serce jego nie dało się zastraszyć. „Podobnemi przepowiedniami próbuje szatan odwieść mię od tego, abym przed sejmem prawdy Bożej nie wyznał,” rzekł Luter; „widzi on bowiem, że przez to królestwo jego ucierpi” 1). — „Nie zapieraj się prawdy, którąś poznał, a Bóg nie zaprze się ciebie,” rzekł do niego kapłan 2).

                   W Naumburgu doznał Luter gościnnego przyjęcia w domu przełożonego miasta i przenocował tam. Wieczorem następnego dnia przybył do Wejmaru. Ledwie że tam gospodą stanął, gdy naraz ze wszystkich stron doszedł uszu jego krzyk. Wszędzie o potępieniu jego gadano. „Patrzcie!” zawołał nań herold. Luter spojrzawszy ujrzał ku niemałemu zdziwieniu swemu posłów cesarskich, którzy po wszystkich ulicach miasta przy­bijali wyrok cesarza, wzywający ludność do wydania ksiąg Lutra w ręce władz miejskich. Luter pomyślał sobie, że su­rowe środki te obliczone są na wzbudzenie strachu w sercu jego, aby potem, gdyby się nie stawił, w nieobecności jego nań wyrok wydano. „Czy i tak dalej pojedziecie?” zapytał strwo­żony herold. — „Tak jest,” odpowiedział Luter; „choćby i po wszystkich miejscach wyroki przeciwko mnie ogłaszali, ja jednak dalej pojadę. Żelazny list cesarza zabezpiecza mi pochód.”

                   W Wejmarze miał Luter posłuchanie u księcia Jana, brata elektora saskiego, który w mieście tem bawił. Książę wezwał go, aby powiedział kazanie Luter czyniąc wezwaniu temu zadosyć z wielkim mówił zapałem Między słuchaczami znajdował się pewien Franciszkanin, imieniem Jan Voit, ścisły przyjaciel Fryderyka Mykoniusza. Kazanie Lutra zjednało serce jego dla nauki Ewangelii. We dwa lata później wystąpił Voit z klasztoru i został potem profesorem teologii w Wittenberdze. Książę Jan zaopatrzył Lutra w pieniądze potrzebne do podróży.

                   Z Wejmaru udał się Luter do Erfurtu, onego miasta, w którym młodzieńcze swoje spędził lata. W razie, gdyby pobyt w Erfurcie nie był połączony z niebezpieczeństwem, spodziewał się Luter zobaczyć tam przyjaciela swego Langiego. W oddaleniu trzech czy czterech godzin od miasta, w pobliżu wioski

 

1) Melch. Adam 117.

2) Mathesius 23.

 

    178   

 

Mora pojawiła się gromada jezdnych na koniach; nikt nie wiedział, czy zbliżający się są przyjaciółmi, czy nieprzyjaciółmi. Ale niebawem dały się słyszeć głosy, najprzód Krotusa, rek­tora wszechnicy, potem Eobana Hesse, ścisłego przyjaciela Melanchtona, którego Luter księciem wieszczów nazwał, tudzież Eurycyusza Korda, Jana Draco i 40 innych członków senatu, wszechnicy i mieszczaństwa, którzy wszyscy głośno i serdecznie Lutra witali. Wielkie mnóstwo Erfurtczyków, znajdujących się na ulicach, wydało okrzyki radości. Wszyscy pragnęli widzieć tego człowieka, który papieżowi wojnę wypowiedział.

                   Przed wszystkimi naprzód jechał młody człowiek, liczący lat 28. Imię jego było Justus Jonasz. Ukończywszy w Erfurcie nauki prawa został on tam r. 1519 rektorem. Gdy światłość Ewangelii, wszędzie się szerząca, i jego serce olśniła, postanowił Jonasz poświęcić się naukom teologii. „Ja mocno jestem o tem przekonany,” napisał do niego Erazmus, „że ty jesteś wybranem naczyniem Bożem, abyś chwałę Syna jego Jezusa Chrystusa rozszerzał” 1). Odtąd nie myślał Jonasz o niczem innym, jak o Wittenberdze i Lutrze. Już dawniej, gdy jeszcze studentem prawa był, wybrał się Jonasz pewnego razu w to­warzystwie kilku przyjaciół piechotą do Brukselii, by tam odwiedzić Erazma. Ani lasy, w których zbójcy mieszkali, ani miasta, w których zaraza grasowała, postanowienia jego nie zachwiały. Jakież niebezpieczeństwo miałoby go teraz po­wstrzymać od zamiaru towarzyszenia Lutrowi do Wormacyi? Jonasz prosił Lutra o tę łaskę, a Luter prośbie jego nie odmówił. Taką koleją spotkali się po pierwszy raz z sobą obaj nauczyciele, którzy potem aż do śmierci koło odnowienia kościoła Chrystusowego wespół pracowali. Opatrzność Boska otoczyła Lutra kwiatem niemieckiego narodu; Melanchton i Amsdorf, Bugenhagen i Jonasz stanęli u boku jego. Z Wor­macyi powróciwszy został Jonasz proboszczem przy kościele wittenberskim i oraz Doktorem Teologii. „Jest to człowiek,” powiada o nim Luter, „którego wysoką sumą trzebaby okupić, aby nam przy życiu pozostał.” Umiał on lepiej od prawie wszystkich ówczesnych kaznodziei zachwycać serca słuchaczów. „Pomeranus,” powiada Melanchton, Jest gramatykiem, ja jestem dialektykiem, Jonasz mówcą, a Luter nas wszystkich przewyższa.” — Do pochodu, jak się zdaje, przyłączył się w Erfurcie jeszcze brat Lutra i jakiá przyjaciel jego z lat młodości.

 

1) Erasmi Epp. V. 27.

 

    179   

 

                   Deputacja erfurcka nawróciwszy się postępowała konno i pieszo obok powozu Lutra aż do miasta. Koło bramy, po ulicach i rynkach, gdzie Luter niegdyś jako biedny mnich tak często o chleb żebrać musiał, nieopisane znajdowało się mnóstwo ciekawych. Luter stanął gospodą w augustyańskim klasztorze, tam, gdzie niegdyś słowo Ewangelii strapione serce jego pokrzepiło. Lange przyjął go z radością, gdy tymczasem Usingen i kilku starszych braciszków z oziębłością nań spo­glądali. Proszono go, aby powiedział kazanie. To było mu wprawdzie wzbronionym, ale herold nie mogąc naleganiom się oprzeć, wydał pozwolenie.

                   W niedzielę po Wielkiejnocy był kościół augustyański w Erfurcie szczelnie przepełniony. Ten sam braciszek, który przedtem na tem miejscu drzwi otwierał i zamykał, tudzież kościół umiatał, wstąpił teraz na ambonę i otworzywszy biblią przeczytał słowa: „Pokój wam! a to rzekłszy ukazał im ręce i bok swój” (Jan. 20, 19 i 20). „Wszyscy filozofowie, dokto­rowie i autorowie usiłowali się nauczać drogi, któraby człowieka do pobożności doprowadziła, ale jako widzimy, nie wiele wskórali.”

                   Sprawa ta po wszystkie czasy jest najważniejszą; a dla tego nie dziw. iż całe zgromadzenie z natężoną uwagą słuchało.

                   „Szczera i prawdziwa pobożność na dwojakich zasadza się uczynkach. Najprzód na obcych uczynkach, a te są pra­wdziwe, dalej na własnych uczynkach, które nie mają znaczenia. Tem się tłumaczy, iż jeden buduje kościoły, drugi odbywa pielgrzymki do świętego Jakuba lub świętego Piotra; trzeci pości lub zmawia modlitwy, chodzi boso i tym podobne wyko­nywa czyny. Takie uczynki nic nie znaczą i koniecznie je wykorzenić należy. Albowiem wszystkie uczynki nasze żadnej siły nie mają. Ale Bóg obrał sobie męża, Pana Jezusa Chry­stusa ; a ten śniierć zwyciężył, grzech wniwecz obrócił i zburzył otchłanie piekła. Szatan umienił sobie, iż koniecznie moc swoją nad Panem wykona, gdy go miedzy złoczyńcami powie­szono, gdy najhaniebniejsza cierpiał mękę, taka, co w obliczu Boga i ludzi jest przeklęstwem. Lecz bóstwo jego zanadto było silne, tak iż śmierć i grzech i piekło wniwecz obrócone zostały.

                   „Chrystus przezwyciężył śmierć dla nas, abyśmy jego czynem a nie naszymi uczynkami zbawienia dostąpili. Władza papieska jednak zupełnie inaczej w obec nas postępuje. Ale ja powiadam, że święta Matka Boska nie przez panieństwo ani macierzyństwo swoje pobożną i zbawioną się stała, lecz

 

    180   

 

mocą wiary swojej i czynem Bożym, a nie przez własną świętobliwość lub uczynki swoje.”

                   Naraz, gdy Luter mówił, wszczął się hałas. Wyższa galerya zaczęła trzeszczeć i lękano się, aby się pod ciężarem zgromadzonych tłumów nie załamała. Przez to niepospolity powstał popłoch wśród słuchaczów. Jedni uciekali z kościoła, drudzy w przerażeniu z miejsca ruszyć się nie mogli. Kazno­dzieja zamilkł na chwilę. Potem wyciągnąwszy rękę, silnym głosem te powiedział słowa: „Nie bójcie się; żadnego niema tu niebezpieczeństwa. To szatan tylko przeszkadza mi, abym nie głosił Ewangelii, ale mu się to nie uda.” Na te słowa od razu zatrzymali się ci, co uciekali, pełni będąc zdumienia; wśród zgromadzenia znowu zapanowała cisza, a Luter nie dbając o pokusy szatana mówił dalej do ludu: „Niektoś z was powie: aleć! mój kochany, ty pięknie o wierze gadasz, lecz ja się cię teraz pytam, jaką drogą wiary tej dostąpię? Na to zaraz ci odpowiem. Pan nasz Jezus Chrystus rzekł: Pokój wain; wióż sam palec twój, a oglądaj ręce moje. Obacz czło­wiecze; ja, ja jeden wziąłem na siebie grzechy twoje i od­kupiłem cię. Teraz miej pokój. Ja nie jadłem owocu zaka­zanego, aniś ty go nie jadł, aleśmy grzech nasz od pierwszego człowieka odziedziczyli. A równie nie myśmy cierpieli, ale Chrystus jest zbawieniem i sprawiedliwością naszą, jak o tem sam powiada. My zaś powinniśmy wierzyć Ewangelii i słudze Chrystusowemu Pawłowi, a nie listom i dekretałom papieskim.”

                   Wykazawszy tym sposobem, jako fundamentem usprawie­dliwienia grzesznika jest wiara w zasługę Chrystusową, mówił Luter dalej o uczynkach, i udowodnił, iż takowe koniecznie z odrodzenia człowieka wynikają, tudzież są, objawem nowego żywota na zewnętrz.

                   „Ponieważ Bóg nas 'zbawił, dla tego też każdy człowiek tak sprawować się powinien, aby czyny jego nie tylko jemu samemu pożytek przynosiły, ale owszem także i innym ludziom, bliźnim jego. Jeżli kto jest bogatym, to niechajże majętnością 8woją wspiera innych biednych; jeżli jest ubogim, niechaj usługa jego stanie aię bogatym użyteczną. Gdy spostrzeżesz, że tylko samemu sobie służyłeś, wtenczas wiedz, iż służba twoja była fałszywą”1).

                   W kazaniu tem nie wspomniał Luter ani słówkiem o sobie lub swoich stosunkach; o Wormacji, Karolu, nuncjuszach najzupełniej nic nie nadmienił. On jednego tylko kazał

 

1) Luth. Opp. L. XII. 485.

    181   

 

Chrystusa. Gdy oczy całego świata na niego się zwracają, on jeden o sobie nie myśli. Oto znamię prawdziwego sługi Bożego!

                   Opuściwszy Erfurt udał się Luter do miasta Gotha, gdzie także powiedział kazanie. Mykoniufjz donosi, iż gdy ludzie z kościoła wychodzili, zrzucił szatan ze szczytu bratnj kilka kamieni, które się tam od dwu stu lat trzymały. Noe spędził Doktor w klasztorze księży Benedyktynów w Reinhardsbrunnen, i ztąd udał się do miasta Eisenach, gdzie się roz­chorował. Amsdorf, Jonasz i Schurff mocno się nad tem zanie­pokoili. Puszczono mu krew, i jak najsumienniejszą otoczono go opieką. Nawet sam przełożony miasteczka, Jan Oswald, przyniósł mu jakiś pokrzepiający napój. Luter zażywszy go zasnął mocno i czuł się następnego poranka o tyle silniejszym, iż znowu w dalszą mógł puścić się podróż.

                   We wszystkich miejscach wychodzili mieszkańcy naprzeciw na powitanie jego 1). Podróż ta istnym była pochodem zwycięscy. Wszyscy głęboki okazywali współudział człowiekowi, który w obliczu cesarza i państwa życie swoje poświęcić był gotów. Ogromne mnóstwo ludzi otaczało reformatora. Niektórzy wołali: „W Wormacyi nie mało jest kardynałów i biskupów. Oni was tam na popiół spalą, jako niegdyś Hussa spalili.” Luter nie przeląkł się. „A chociażby taki ogień zapalili, któ­ryby się od Wormacji aż do Wittenbergi rozciągał, i sięgał aż do nieba, to ja w imię Pańskie przeszedłbym przezeń, a wstą­piwszy w paszczę potwora piekła zęby jego bym pokruszył i wyznał Pana naszego Jezusa Chrystusa” 2).

                   Pewnego dnia zajechał Luter do gospody. Jak zwyczajnie tak i tam około niego mnóstwo ludzi się cisnęło. Jakiś wo­jownik przystąpiwszy do niego zapytał się: „A to Wy jesteście onym mężem, co papiestwo reformować chce? Jakże to do skutku przywieść zamyślacie?” „Tak jest,” odrzekł Luter, „ja jestem nim! Ja na wszechmocnego spuszczam się Boga, od którego słowo i rozkaz otrzymałem.” Odpowiedź ta dotknęła serce oficera, tak iż łagodniej spojrzawszy na Lutra odezwał się do niego: „To, co wy tu powiadacie, nie jest od rzeczy. Ja stoję w służbie Karola, ale wy większemu panu służycie niż ja. On Warn pomoże i będzie Was bronił” 3). Wrażenie, które podróż Lutra wszędzie wywierała, odbijało się i na przeciwnikach reformacyi, lubo ją w innych przedstawiają kolorach. Dnia 14. kwietnia, było to w niedzielę, przybył Luter do Frankfurtu.

 

1) Pallayicini, I. 114.

2) Keil. I. 98.

3) Keil. I. 99.

 

    182   

 

                   Wieść o podróży jego doniosła się już do Wormacji. Zwolennicy papieża nie przypuszczali, iżby Luter odważył się wezwaniu cesarza uczynić zadosyć. Nawet arcybiskup Moguncyi, Albrecht, życzył sobie, aby się Luter do Wormacji nie dostał, i dla tego w powyższym celu nowe poczyniono próby.

                   We Frankfurcie odpocząwszy trochę, napisał Luter list do Spalatina bawiącego w Wormacyi, dokąd towarzyszył ele­ktorowi. Jest to jedyuy list, który reformator w drodze do Wormacyi napisał. „Ja idę,” pisze Luter, „lubo mi szatan bez przestanku chorobami w drodze przeszkadza. Od Eisenach aż dotąd byłem ciągle słabym, a dziś zgoła jeszcze słabszym się czuję. Dowiaduję się, iż Karol, chcąc mię przestraszyć, wydał przeciwko mnie wyrok. Lecz Chrystus żyje; a choćby się wszystkie bramy piekła wzruszyły i wszystkie mocarstwa na powietrzu się wzburzyły, to my jednak do Wormacyi wkro­czymy. Postaraj się o pomieszkanie dla mnie” 1).

                   Następnego dnia zwiedził Luter wyższą szkołę słynnego naonczas geografa, Wilhelma Nesse. „Tylko w biblii pilnie czytajcie i prawdy się badajcie,” powiedział reformator do uczniów szkoły, a potem włożywszy ręce swoje na głowy dwóch chłopców błogosławił im. Jak on dzieci błogosławił, tak znowu starcy nadzieję swą w nim pokładali. Pewna bogobojna staruszka, pani Katarzyna Holzhausen, przystąpiwszy do niego, te rzekła słowa: „Rodzice moi powiadali mi, iż Bóg wzbudzi męża, który próżność papieża zgromi i słowo Boże ocali. Ja spodziewam się, że ty nim jesteś, a więc życzę Ci łaski Bożej i pomocy Ducha Świętego.”

                   Lecz we Frankfurcie nie wszyscy równie jak ona myśleli.

                   Dziekan przy kościele Panny Maryi, Jan Kochlaeusz, należał do najźarliwszych zwolenników rzymskiego kościoła. Kochlaeusz, widząc Lutra, jadącego do Wormacyi, nie mógł obaw swych zataić. Jemu wydawało się, iż kościół koniecznie mężnych orędowników potrzebuje Lubo nie uważał siebie do tego powołanym, to jednak od razu wybrał się w drogę za Lutrem, aby, jako powiadał, życie swoje oddał w usługi na chwałę kościoła.

                   W obozie zwolenników papieża ogromny zapanował po­płoch. Arcykacerz przybywał; każdej godziny należało spo­dziewać się go w Wormacył. Z przybyciem jego mogły rzeczy taki wziąść obrót, iżby sprawa papieża przepadła. Arcybiskupa Albrechta, spowiednika Glapio, tudzież wszystkich polityków,

 

1) Lutb. Epp. I. 587.

 

    183   

 

znajdujących się w otoczeniu cesarza, niepospolita zdjęła trwoga. Jakżeby tu przybyciu jego zapobiedz? Następujący w powyż­szym celu ułożono plan. Spowiednik cesarza i szambelan jego nadworny, Paweł von Amsdorf, opuścili Wormacyą i udali się jak najśpieszniej do zamku Ebernburg 1), leżącego w oddaleniu 10 godzin drogi od Wormacyi. Tam mieszkał rycerz Franciszek von Sickingen, ten sam, który przedtem Lutrowi u siebie schronienie ofiarował. W onem „przytulisku sprawiedliwych” znajdował się podówczas także młody Dominikanin imieniem Jan Bucer. Był on przedtem kapelanem na dworze hrabiego Pfulcu. Dysputacya, odbyta w Heidelbergu, zjednała serce jego dla prawdy ewangelicznej. Rycerza Sickingena, który co do spraw wiary nie wiele posiadał nauki, nie trudną było podejść; umysłowe zaś usposobienie dawniejszego kapelana sprzyjało zgoła zamiarom cesarskiego spowiednika. Bucer był mężem pokoju; dla zachowania jedności i pokoju byłby on niejedną rzecz poświęcił, która w oczach jego może za niekoniecznie potrzebną uchodziła 2).

                   Szambelan i spowiednik cesarski usiłowali się wytłumaczyć Sickingenowi, jako Luter, przybywszy do Wormacyi, niechybnie śmierci nie ujdzie, gdy tymczasem cesarz chętnie kilku uczonych celem rozmówienia się z Doktorem wyśle do Ebernburgu. „Obie strony Pańskiej poddadzą się opiece,” — tak odezwano się do rycerza. „Co do głównych punktów, to się wszyscy z Lutrem zgadzają; tu o pomniejsze tylko rozchodzi się rzeczy, a w tym względzie mógłby Bucer pośredniczyć” — tak znów do dawniejszego kapelana się odezwali. Rycerz i Doktor na­myślali się. Spowiednik i szambelan mówili dalej: „Zaproszenie musiałby Siekingen wydać od siebie, Bucer zaś doręczyć takowe Lutrowi.” I na to się zgodzono. Zacni wysłańcy papieskiego stronnictwa cieszyli się nadzieją, iż zwabią Lutra do Ebern­burgu, a tymczasem upłynie termin listem żelaznym wyznaczony, i nie będzie potem nikogo, ktoby go nadal obronić zdołał.

                   Tymczasem dostał się Luter do miasteczka Oppenheim. Po pięciu dniach kończył się termin, który mu listem żelaznym wyznaczono, W oddaleniu spostrzeżono jezdnych zbliżających się. Na czele ich poznał Luter Bucera, z którym się w Heidel­bergu zaprzyjaźnił. „To jest służba Franciszka Sickingena!” zauważał Bueer, skoro pierwsze słowa powitania wymieuiono. „Sickingen wysyła mię do Was z zaproszeniem do Ebernburgu.

 

1) Luth. Opp. XVII. 687.

2) Melch. Adam, Vita Buceri 223.

 

    184   

 

Jest tam spowiednik cesarza i życzy sobie rozmówić się z Wami. Ma on nieograniczony wpływ na umysł Karola i wszystko jak najlepiej może załatwić. Ale przed Aleandrem miejcie się na pieczy!” Jonasz, Amsdorf, Schurff nie wiedzieli, co począć; Bucer ponownie i usilnie ich zapraszał Jedyny Luter nie dał się zachwiać. „Ja dalej ruszam w drogę,” odrzekł reformator, „a spowiednik cesarza, jeżli mi coś ma do powiedzenia, znajdzie mię w Worraacyi. Tam mię powołano.”

                   Na końcu i Spalatin stracił głowę. Będąc w Wormacyi samymi tylko nieprzyjaciółmi reformatora otoczony, słyszał on nieraz, jako między sobą rozmawiali, iż kacerzowi słowa do­trzymywać nie potrzeba. Nie dziw więc, iż zaczął lękać się o życie przyjaciela swego. W pobliżu miasta przystąpił do Lutra posłaniec Spalali na, który mu imieniem pana swego oświa­dczył, aby nie wjeżdżał do Wormacyi. A zatem i Spalatin, najlepszy przyjaciel Lutra i powiernik elektora go ostrzegał! Luter jeden nie dał się zastraszyć. On spojrzawszy posłańcowi w oczy, tak się do niego odezwał: „Idźcie, a powiedźcie Panu swemu, iż chociażby w Worraacyi tyle djabłów było, ile cegieł na dachach, to ja jednak poszedłbym tam” 1). Oczywiście, że nigdy Luter nie okazał się większym. Posłaniec powróciwszy do Wormacyi nie omieszkał panu swemu o tej szczególniejszej donieáć odpowiedzi. Później, kilka dni przed śmiercią swoją, wyznał Luter o sobie mówiąc: „Ja wtenczas tak byłem od­ważnym i niczego się nie lękałem; to już Bóg człowiekowi takiej zuchwałości <iodawa. Dziś, ja nie wiem, czybym jeszcze taką znalazł otuchę.” — „Jeżli sprawa jest dobra,” powiada uczeń jego Mathesius, „to człowiekowi serce rośnie, a kazno­dziejom i wojownikom Bóg siły dodawa”2).

 

1) Luth. Opp. XVII. 587.

2) Mathesius 24.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1