VII.
Luter wybiera się w drogę. — Pożegnanie Lutra. —
Przybicie wyroku. — Jezdcy w okolicy Erƒurtu. — Spotkanie Lutra z Jonaszem. — Luter w dawniejszym swym klasztorze. —
Jego kazanie w Erƒurcie. — Wiara i uczynki. — Zgraje ludu i odwaga Lutra.
— Jego list do Spalatina. — Pobyt w Frankfurcie. — W Wormacji obawiają się. —
Plany dworzan cesarskich. — Stanowczość Lutra.
Napisawszy do
Langiego list z doniesieniem, że we czwartek lub piątek stanie w Erfurcie,
pożegnał się Luter dnia 2. kwietnia z przyjaciółmi swymi. Do Melanchtona te
powiedział słowa: „Gdybym ja nie powrócił i nieprzyjaciele mi życie odebrali,
to ty nieprzestawaj nauczać i nie daj się od prawdy Bożej oderwać. Gdy ja już
nic więcej nie będę mógł działać, to na miejscu moim działaj ty! Byłeś ty tylko
żył, o śmierć moja mniejsza.” Potem poruczywszy się opiece tego, który jeden
jest wierny, wyruszył z Wittenbergi. Rada miasta podarowała mu skromny powóz z
płóciennym pokryciem, które spuszczać i podnosić się dało. Przed powozem jechał
herold cesarski na koniu w urzędowym mundurze, ozdobionym w godło cesarskiego
orła, a obok niego postępował sługa na koniu. Luter, Schurff, Amsdorf i Suaven
siedzieli w powozie. Zwolennicy Ewangelii i mieszczanie Wittenbergi podnosili modly i westchnienia do
Pana, żałosne przy tem lejąc łzy.
Luter niebawem
spostrzegł, jako na wszystkich miejscach złowrogie tylko przeczucia przejmowały
umysły. W Lipsku nie wyświadczono mu żadnych honorów, podano mu tylko według
zwyczaju puhar wina. W Naumburgu spotkał pewnego duchownego — był nim
prawdopodobnie Jan Langer — odznaczającego się pobożnością i powagą umysłu.
Ten w pomieszkaniu swojem starannie przechowywał obraz Savonaroli, którego na
— 177 —
rozkaz papieża Aleksandra VI. jako wyznawcę Ewangelii Chrystusowej, tudzież
orędownika za wolnością ojczyzny i czystością obyczajów r. 1498 we Florencji
na stosie spalono Poczciwy księżyna wyjął w milczeniu obraz włoskiego męczennika
i włożył go w ręce Lutra. Luter zrozumiał, co mu tym niemym obrazem powiedzieć
chciano, ale mężne serce jego nie dało się zastraszyć. „Podobnemi
przepowiedniami próbuje szatan odwieść mię od tego, abym przed sejmem prawdy
Bożej nie wyznał,” rzekł Luter; „widzi on bowiem, że przez to królestwo jego
ucierpi” 1). — „Nie zapieraj się prawdy, którąś poznał, a Bóg nie
zaprze się ciebie,” rzekł do niego kapłan 2).
W Naumburgu doznał
Luter gościnnego przyjęcia w domu przełożonego miasta i przenocował tam.
Wieczorem następnego dnia przybył do Wejmaru. Ledwie że tam gospodą stanął, gdy
naraz ze wszystkich stron doszedł uszu jego krzyk. Wszędzie o potępieniu jego
gadano. „Patrzcie!” zawołał nań herold. Luter spojrzawszy ujrzał ku niemałemu
zdziwieniu swemu posłów cesarskich, którzy po wszystkich ulicach miasta przybijali
wyrok cesarza, wzywający ludność do wydania ksiąg Lutra w ręce władz miejskich.
Luter pomyślał sobie, że surowe środki te obliczone są na wzbudzenie strachu w
sercu jego, aby potem, gdyby się nie stawił, w nieobecności jego nań wyrok
wydano. „Czy i tak dalej pojedziecie?” zapytał strwożony herold. — „Tak jest,”
odpowiedział Luter; „choćby i po wszystkich miejscach wyroki przeciwko mnie
ogłaszali, ja jednak dalej pojadę. Żelazny list cesarza zabezpiecza mi pochód.”
W Wejmarze miał
Luter posłuchanie u księcia Jana, brata elektora saskiego, który w mieście tem bawił. Książę
wezwał go, aby powiedział kazanie Luter czyniąc wezwaniu temu zadosyć z wielkim
mówił zapałem Między słuchaczami znajdował się pewien Franciszkanin, imieniem
Jan Voit, ścisły przyjaciel Fryderyka Mykoniusza. Kazanie Lutra zjednało serce
jego dla nauki Ewangelii. We dwa lata później wystąpił Voit z klasztoru i
został potem profesorem teologii w Wittenberdze. Książę Jan zaopatrzył Lutra w
pieniądze potrzebne do podróży.
Z Wejmaru udał się Luter do Erfurtu, onego miasta, w którym młodzieńcze swoje spędził lata. W razie, gdyby pobyt w Erfurcie nie był połączony z niebezpieczeństwem, spodziewał się Luter zobaczyć tam przyjaciela swego Langiego. W oddaleniu trzech czy czterech godzin od miasta, w pobliżu wioski
1) Melch. Adam
117.
2) Mathesius 23.
— 178 —
Mora pojawiła się gromada jezdnych na koniach; nikt nie wiedział, czy
zbliżający się są przyjaciółmi, czy nieprzyjaciółmi. Ale niebawem dały się
słyszeć głosy, najprzód Krotusa, rektora wszechnicy, potem Eobana Hesse,
ścisłego przyjaciela Melanchtona, którego Luter księciem wieszczów nazwał,
tudzież Eurycyusza Korda, Jana Draco i 40 innych członków senatu, wszechnicy i
mieszczaństwa, którzy wszyscy głośno i serdecznie Lutra witali. Wielkie mnóstwo
Erfurtczyków, znajdujących się na ulicach, wydało okrzyki radości. Wszyscy
pragnęli widzieć tego człowieka, który papieżowi wojnę wypowiedział.
Przed wszystkimi
naprzód jechał młody człowiek, liczący lat 28. Imię jego było Justus Jonasz.
Ukończywszy w Erfurcie nauki prawa został on tam r. 1519 rektorem. Gdy światłość
Ewangelii, wszędzie się szerząca, i jego serce olśniła, postanowił Jonasz
poświęcić się naukom teologii. „Ja mocno jestem o tem przekonany,” napisał do niego Erazmus, „że ty
jesteś wybranem naczyniem Bożem, abyś chwałę Syna jego Jezusa Chrystusa
rozszerzał” 1). Odtąd nie myślał Jonasz o niczem innym, jak o
Wittenberdze i Lutrze. Już dawniej, gdy jeszcze studentem prawa był, wybrał się
Jonasz pewnego razu w towarzystwie kilku przyjaciół piechotą do Brukselii, by tam
odwiedzić Erazma. Ani lasy, w których zbójcy mieszkali, ani miasta, w których
zaraza grasowała, postanowienia jego nie zachwiały. Jakież niebezpieczeństwo
miałoby go teraz powstrzymać od zamiaru towarzyszenia Lutrowi do Wormacyi?
Jonasz prosił Lutra o tę łaskę, a Luter prośbie jego nie odmówił. Taką koleją
spotkali się po pierwszy raz z sobą obaj nauczyciele, którzy potem aż do
śmierci koło odnowienia kościoła Chrystusowego wespół pracowali. Opatrzność
Boska otoczyła Lutra kwiatem niemieckiego narodu; Melanchton i Amsdorf,
Bugenhagen i Jonasz stanęli u boku jego. Z Wormacyi powróciwszy został Jonasz
proboszczem przy kościele wittenberskim i oraz Doktorem Teologii. „Jest to
człowiek,” powiada o nim Luter, „którego wysoką sumą trzebaby okupić, aby nam
przy życiu pozostał.” Umiał on lepiej od prawie wszystkich ówczesnych
kaznodziei zachwycać serca słuchaczów. „Pomeranus,” powiada Melanchton, Jest
gramatykiem, ja jestem dialektykiem, Jonasz mówcą, a Luter nas wszystkich
przewyższa.” — Do pochodu, jak się zdaje, przyłączył się w Erfurcie jeszcze
brat Lutra i jakiá przyjaciel jego z lat młodości.
1) Erasmi Epp. V.
27.
— 179 —
Deputacja erfurcka
nawróciwszy się postępowała konno i pieszo obok powozu Lutra aż do miasta. Koło
bramy, po ulicach i rynkach, gdzie Luter niegdyś jako biedny mnich tak często o
chleb żebrać musiał, nieopisane znajdowało się mnóstwo ciekawych. Luter stanął
gospodą w augustyańskim klasztorze, tam, gdzie niegdyś słowo Ewangelii
strapione serce jego pokrzepiło. Lange przyjął go z radością, gdy tymczasem
Usingen i kilku starszych braciszków z oziębłością nań spoglądali. Proszono
go, aby powiedział kazanie. To było mu wprawdzie wzbronionym, ale herold nie
mogąc naleganiom się oprzeć, wydał pozwolenie.
W niedzielę po
Wielkiejnocy był kościół augustyański w Erfurcie szczelnie przepełniony. Ten
sam braciszek, który przedtem na tem miejscu drzwi otwierał i zamykał, tudzież kościół
umiatał, wstąpił teraz na ambonę i otworzywszy biblią przeczytał słowa: „Pokój
wam! a to rzekłszy ukazał im ręce i bok swój” (Jan. 20, 19 i 20). „Wszyscy
filozofowie, doktorowie i autorowie usiłowali się nauczać drogi, któraby
człowieka do pobożności doprowadziła, ale jako widzimy, nie wiele wskórali.”
Sprawa ta po
wszystkie czasy jest najważniejszą; a dla tego nie dziw. iż całe zgromadzenie z
natężoną uwagą słuchało.
„Szczera i
prawdziwa pobożność na dwojakich zasadza się uczynkach. Najprzód na obcych
uczynkach, a te są prawdziwe, dalej na własnych uczynkach, które nie mają
znaczenia. Tem się tłumaczy, iż jeden buduje kościoły, drugi odbywa pielgrzymki do
świętego Jakuba lub świętego Piotra; trzeci pości lub zmawia modlitwy, chodzi
boso i tym podobne wykonywa czyny. Takie uczynki nic nie znaczą i koniecznie
je wykorzenić należy. Albowiem wszystkie uczynki nasze żadnej siły nie mają.
Ale Bóg obrał sobie męża, Pana Jezusa Chrystusa ; a ten śniierć zwyciężył,
grzech wniwecz obrócił i zburzył otchłanie piekła. Szatan umienił sobie, iż
koniecznie moc swoją nad Panem wykona, gdy go miedzy złoczyńcami powieszono,
gdy najhaniebniejsza cierpiał mękę, taka, co w obliczu Boga i ludzi jest
przeklęstwem. Lecz bóstwo jego zanadto było silne, tak iż śmierć i grzech i
piekło wniwecz obrócone zostały.
„Chrystus
przezwyciężył śmierć dla nas, abyśmy jego czynem a nie naszymi uczynkami
zbawienia dostąpili. Władza papieska jednak zupełnie inaczej w obec nas postępuje. Ale
ja powiadam, że święta Matka Boska nie przez panieństwo ani macierzyństwo swoje
pobożną i zbawioną się stała, lecz
— 180 —
mocą wiary swojej i czynem Bożym, a nie przez własną świętobliwość lub
uczynki swoje.”
Naraz, gdy Luter
mówił, wszczął się hałas. Wyższa galerya zaczęła trzeszczeć i lękano się, aby
się pod ciężarem zgromadzonych tłumów nie załamała. Przez to niepospolity
powstał popłoch wśród słuchaczów. Jedni uciekali z kościoła, drudzy w
przerażeniu z miejsca ruszyć się nie mogli. Kaznodzieja zamilkł na chwilę.
Potem wyciągnąwszy rękę, silnym głosem te powiedział słowa: „Nie bójcie się;
żadnego niema tu niebezpieczeństwa. To szatan tylko przeszkadza mi, abym nie
głosił Ewangelii, ale mu się to nie uda.” Na te słowa od razu zatrzymali się
ci, co uciekali, pełni będąc zdumienia; wśród zgromadzenia znowu zapanowała
cisza, a Luter nie dbając o pokusy szatana mówił dalej do ludu: „Niektoś z was
powie: aleć! mój kochany, ty pięknie o wierze gadasz, lecz ja się cię teraz
pytam, jaką drogą wiary tej dostąpię? Na to zaraz ci odpowiem. Pan nasz Jezus
Chrystus rzekł: Pokój wain; wióż sam palec twój, a oglądaj ręce moje. Obacz
człowiecze; ja, ja jeden wziąłem na siebie grzechy twoje i odkupiłem cię.
Teraz miej pokój. Ja nie jadłem owocu zakazanego, aniś ty go nie jadł, aleśmy
grzech nasz od pierwszego człowieka odziedziczyli. A równie nie myśmy
cierpieli, ale Chrystus jest zbawieniem i sprawiedliwością naszą, jak o tem sam powiada. My zaś
powinniśmy wierzyć Ewangelii i słudze Chrystusowemu Pawłowi, a nie listom i
dekretałom papieskim.”
Wykazawszy tym
sposobem, jako fundamentem usprawiedliwienia grzesznika jest wiara w zasługę
Chrystusową, mówił Luter dalej o uczynkach, i udowodnił, iż takowe koniecznie z
odrodzenia człowieka wynikają, tudzież są, objawem nowego żywota na
zewnętrz.
„Ponieważ Bóg nas
'zbawił, dla tego też każdy człowiek tak sprawować się powinien, aby czyny jego
nie tylko jemu samemu pożytek przynosiły, ale owszem także i innym ludziom,
bliźnim jego. Jeżli kto jest bogatym, to niechajże majętnością 8woją wspiera
innych biednych; jeżli jest ubogim, niechaj usługa jego stanie aię bogatym
użyteczną. Gdy spostrzeżesz, że tylko samemu sobie służyłeś, wtenczas wiedz, iż
służba twoja była fałszywą”1).
W kazaniu tem nie wspomniał Luter ani
słówkiem o sobie lub swoich stosunkach; o Wormacji, Karolu, nuncjuszach
najzupełniej nic nie nadmienił. On jednego tylko kazał
1) Luth. Opp. L.
XII. 485.
— 181 —
Chrystusa. Gdy oczy całego świata na niego się zwracają, on jeden o sobie
nie myśli. Oto znamię prawdziwego sługi Bożego!
Opuściwszy Erfurt
udał się Luter do miasta Gotha, gdzie także powiedział kazanie. Mykoniufjz
donosi, iż gdy ludzie z kościoła wychodzili, zrzucił szatan ze szczytu bratnj
kilka kamieni, które się tam od dwu stu lat trzymały. Noe spędził Doktor w
klasztorze księży Benedyktynów w Reinhardsbrunnen, i ztąd udał się do miasta
Eisenach, gdzie się rozchorował. Amsdorf, Jonasz i Schurff mocno się nad tem zaniepokoili.
Puszczono mu krew, i jak najsumienniejszą otoczono go opieką. Nawet sam
przełożony miasteczka, Jan Oswald, przyniósł mu jakiś pokrzepiający napój.
Luter zażywszy go zasnął mocno i czuł się następnego poranka o tyle
silniejszym, iż znowu w dalszą mógł puścić się podróż.
We wszystkich
miejscach wychodzili mieszkańcy naprzeciw na powitanie jego 1).
Podróż ta istnym była pochodem zwycięscy. Wszyscy głęboki okazywali współudział
człowiekowi, który w obliczu cesarza i państwa życie swoje poświęcić był gotów.
Ogromne mnóstwo ludzi otaczało reformatora. Niektórzy wołali: „W Wormacyi nie
mało jest kardynałów i biskupów. Oni was tam na popiół spalą, jako niegdyś
Hussa spalili.” Luter nie przeląkł się. „A chociażby taki ogień zapalili, któryby
się od Wormacji aż do Wittenbergi rozciągał, i sięgał aż do nieba, to ja w imię
Pańskie przeszedłbym przezeń, a wstąpiwszy w paszczę potwora piekła zęby jego
bym pokruszył i wyznał Pana naszego Jezusa Chrystusa” 2).
Pewnego dnia
zajechał Luter do gospody. Jak zwyczajnie tak i tam około niego mnóstwo ludzi
się cisnęło. Jakiś wojownik przystąpiwszy do niego zapytał się: „A to Wy
jesteście onym mężem, co papiestwo reformować chce? Jakże to do skutku
przywieść zamyślacie?” „Tak jest,” odrzekł Luter, „ja jestem nim! Ja na
wszechmocnego spuszczam się Boga, od którego słowo i rozkaz otrzymałem.”
Odpowiedź ta dotknęła serce oficera, tak iż łagodniej spojrzawszy na Lutra
odezwał się do niego: „To, co wy tu powiadacie, nie jest od rzeczy. Ja stoję w
służbie Karola, ale wy większemu panu służycie niż ja. On Warn pomoże i będzie
Was bronił” 3). Wrażenie, które podróż Lutra wszędzie wywierała,
odbijało się i na przeciwnikach reformacyi, lubo ją w innych przedstawiają
kolorach. Dnia 14. kwietnia, było to w niedzielę, przybył Luter do Frankfurtu.
1) Pallayicini, I. 114.
2) Keil. I. 98.
3) Keil. I. 99.
— 182 —
Wieść o podróży
jego doniosła się już do Wormacji. Zwolennicy papieża nie przypuszczali, iżby
Luter odważył się wezwaniu cesarza uczynić zadosyć. Nawet arcybiskup Moguncyi,
Albrecht, życzył sobie, aby się Luter do Wormacji nie dostał, i dla tego w
powyższym celu nowe poczyniono próby.
We Frankfurcie
odpocząwszy trochę, napisał Luter list do Spalatina bawiącego w Wormacyi, dokąd
towarzyszył elektorowi. Jest to jedyuy list, który reformator w drodze do
Wormacyi napisał. „Ja idę,” pisze Luter, „lubo mi szatan bez przestanku
chorobami w drodze przeszkadza. Od Eisenach aż dotąd byłem ciągle słabym, a
dziś zgoła jeszcze słabszym się czuję. Dowiaduję się, iż Karol, chcąc mię
przestraszyć, wydał przeciwko mnie wyrok. Lecz Chrystus żyje; a choćby się
wszystkie bramy piekła wzruszyły i wszystkie mocarstwa na powietrzu się
wzburzyły, to my jednak do Wormacyi wkroczymy. Postaraj się o pomieszkanie dla
mnie” 1).
Następnego dnia
zwiedził Luter wyższą szkołę słynnego naonczas geografa, Wilhelma Nesse. „Tylko
w biblii pilnie czytajcie i prawdy się badajcie,” powiedział reformator do
uczniów szkoły, a potem włożywszy ręce swoje na głowy dwóch chłopców
błogosławił im. Jak on dzieci błogosławił, tak znowu starcy nadzieję swą w nim
pokładali. Pewna bogobojna staruszka, pani Katarzyna Holzhausen, przystąpiwszy
do niego, te rzekła słowa: „Rodzice moi powiadali mi, iż Bóg wzbudzi męża,
który próżność papieża zgromi i słowo Boże ocali. Ja spodziewam się, że ty nim
jesteś, a więc życzę Ci łaski Bożej i pomocy Ducha Świętego.”
Lecz we Frankfurcie
nie wszyscy równie jak ona myśleli.
Dziekan przy
kościele Panny Maryi, Jan Kochlaeusz, należał do najźarliwszych zwolenników
rzymskiego kościoła. Kochlaeusz, widząc Lutra, jadącego do Wormacyi, nie mógł
obaw swych zataić. Jemu wydawało się, iż kościół koniecznie mężnych orędowników
potrzebuje Lubo nie uważał siebie do tego powołanym, to jednak od razu wybrał
się w drogę za Lutrem, aby, jako powiadał, życie swoje oddał w usługi na chwałę
kościoła.
W obozie
zwolenników papieża ogromny zapanował popłoch. Arcykacerz przybywał; każdej
godziny należało spodziewać się go w Wormacył. Z przybyciem jego mogły rzeczy
taki wziąść obrót, iżby sprawa papieża przepadła. Arcybiskupa Albrechta,
spowiednika Glapio, tudzież wszystkich polityków,
1) Lutb. Epp. I. 587.
— 183 —
znajdujących się w otoczeniu cesarza, niepospolita zdjęła trwoga. Jakżeby
tu przybyciu jego zapobiedz? Następujący w powyższym celu ułożono plan.
Spowiednik cesarza i szambelan jego nadworny, Paweł von Amsdorf, opuścili
Wormacyą i udali się jak najśpieszniej do zamku Ebernburg 1),
leżącego w oddaleniu 10 godzin drogi od Wormacyi. Tam mieszkał rycerz
Franciszek von Sickingen, ten sam, który przedtem Lutrowi u siebie schronienie
ofiarował. W onem „przytulisku sprawiedliwych” znajdował się podówczas także
młody Dominikanin imieniem Jan Bucer. Był on przedtem kapelanem na dworze
hrabiego Pfulcu. Dysputacya, odbyta w Heidelbergu, zjednała serce jego dla
prawdy ewangelicznej. Rycerza Sickingena, który co do spraw wiary nie wiele
posiadał nauki, nie trudną było podejść; umysłowe zaś usposobienie dawniejszego
kapelana sprzyjało zgoła zamiarom cesarskiego spowiednika. Bucer był mężem
pokoju; dla zachowania jedności i pokoju byłby on niejedną rzecz poświęcił,
która w oczach jego może za niekoniecznie potrzebną uchodziła 2).
Szambelan i spowiednik
cesarski usiłowali się wytłumaczyć Sickingenowi, jako Luter, przybywszy do
Wormacyi, niechybnie śmierci nie ujdzie, gdy tymczasem cesarz chętnie kilku
uczonych celem rozmówienia się z Doktorem wyśle do Ebernburgu. „Obie strony
Pańskiej poddadzą się opiece,” — tak odezwano się do rycerza. „Co do głównych
punktów, to się wszyscy z Lutrem zgadzają; tu o pomniejsze tylko rozchodzi się
rzeczy, a w tym względzie mógłby Bucer pośredniczyć” — tak znów do dawniejszego
kapelana się odezwali. Rycerz i Doktor namyślali się. Spowiednik i szambelan
mówili dalej: „Zaproszenie musiałby Siekingen wydać od siebie, Bucer zaś
doręczyć takowe Lutrowi.” I na to się zgodzono. Zacni wysłańcy papieskiego
stronnictwa cieszyli się nadzieją, iż zwabią Lutra do Ebernburgu, a tymczasem
upłynie termin listem żelaznym wyznaczony, i nie będzie potem nikogo, ktoby go
nadal obronić zdołał.
Tymczasem dostał
się Luter do miasteczka Oppenheim. Po pięciu dniach kończył się termin, który
mu listem żelaznym wyznaczono, W oddaleniu spostrzeżono jezdnych zbliżających
się. Na czele ich poznał Luter Bucera, z którym się w Heidelbergu
zaprzyjaźnił. „To jest służba Franciszka Sickingena!” zauważał Bueer, skoro
pierwsze słowa powitania wymieuiono. „Sickingen wysyła mię do Was z
zaproszeniem do Ebernburgu.
1) Luth. Opp.
XVII. 687.
2) Melch. Adam, Vita
Buceri 223.
— 184 —
Jest tam spowiednik cesarza i życzy sobie rozmówić się z Wami. Ma on
nieograniczony wpływ na umysł Karola i wszystko jak najlepiej może załatwić.
Ale przed Aleandrem miejcie się na pieczy!” Jonasz, Amsdorf, Schurff nie
wiedzieli, co począć; Bucer ponownie i usilnie ich zapraszał Jedyny Luter nie
dał się zachwiać. „Ja dalej ruszam w drogę,” odrzekł reformator, „a spowiednik
cesarza, jeżli mi coś ma do powiedzenia, znajdzie mię w Worraacyi. Tam mię
powołano.”
Na końcu i Spalatin
stracił głowę. Będąc w Wormacyi samymi tylko nieprzyjaciółmi reformatora
otoczony, słyszał on nieraz, jako między sobą rozmawiali, iż kacerzowi słowa dotrzymywać
nie potrzeba. Nie dziw więc, iż zaczął lękać się o życie przyjaciela swego. W
pobliżu miasta przystąpił do Lutra posłaniec Spalali na, który mu imieniem pana
swego oświadczył, aby nie wjeżdżał do Wormacyi. A zatem i Spalatin, najlepszy
przyjaciel Lutra i powiernik elektora go ostrzegał! Luter jeden nie dał się
zastraszyć. On spojrzawszy posłańcowi w oczy, tak się do niego odezwał:
„Idźcie, a powiedźcie Panu swemu, iż chociażby w Worraacyi tyle djabłów było,
ile cegieł na dachach, to ja jednak poszedłbym tam” 1). Oczywiście,
że nigdy Luter nie okazał się większym. Posłaniec powróciwszy do Wormacyi nie
omieszkał panu swemu o tej szczególniejszej donieáć odpowiedzi. Później, kilka
dni przed śmiercią swoją, wyznał Luter o sobie mówiąc: „Ja wtenczas tak byłem
odważnym i niczego się nie lękałem; to już Bóg człowiekowi takiej zuchwałości
<iodawa. Dziś, ja nie wiem, czybym jeszcze taką znalazł otuchę.” — „Jeżli
sprawa jest dobra,” powiada uczeń jego Mathesius, „to człowiekowi serce rośnie,
a kaznodziejom i wojownikom Bóg siły dodawa”2).
1) Luth. Opp.
XVII. 587.
2) Mathesius 24.
–––––––––– • ––––––––––