— 238 —
III.
Upodobanie w
wojnie. — Schinner. — Pensja
papieska. — Labirynt. — Zwingli
we Włoszech. — Zasadnicze myśli
reformy. — Zwingli i
Luter. — Zwingli i Erazm. — Zwingli i nauki starożytności. — Paryż i
Glarus.
Zwingli
z wszelką gorliwością oddawał się pełnieniu obowiązków, które nań rozległa
parafia jego nakładała. Ale licząc dopiero lat 22 nie umiał oprzeć się zawsze
pokusom życia, na jakie rozwiązłe obyczaje wieku onego ludzi narażały. Jako
kapłan rzymski nie różnił się wiele od swych kolegów Ale i wtenczas, gdy nauka
Ewangelii jeszcze serca jego nie odrodziła, nie dawał on nigdy takiego
zgorszenia, jakie często wewnątrz kościoła napotykamy. I wtenczas już czuł on w
duszy swej potrzebę powściągania pożądliwości cielesnych i zastosowania się do
świętych wyroków Ewangelii!
W cichych dolinach
kantonu Glarus panowało wtenczas niepospolite zamiłowanie do żołnierki. Żyły
tam słynne rodziny bohaterów; członkowie rodzin Tschudi, Wala, Aebli i t. d.
krew swoją na polach walki przelewali. Posiwiali bojownicy opowiadali
rozciekawionej młodzi o wojnach z Burgundią i Szwabia, o walkach pod świętym
Jakubem i pod Ragatz. Teraz atoli nie przeciw nieprzyjaciołom ojczyzny zbroili
się mężni pasterze. Owszem teraz na zawołanie królów Francji, cesarzów, książąt
Mediolanu, ba nawet i na skinienie samego papieża rzucali się jakby lawina
staczająca się ze szwajcarskich gór na szeregi wojsk stojących na płaszczyznach
do boju.
Było to w drugiej
połowie 15. wieku. Do szkoły miasteczka Sitten uczęszczał biedny chłopczyna,
imieniem Maciej Schinner. Jako później Luter, tak i on śpiewał przed domami
miasta o kawałek chleba. W tem otwierają się drzwi domu, przed którym stał
ubogi student, i sędziwy jakiś mężczyzna wzywa chłopaka do siebie. Zdumiony nad
odwagą chłopca, z jaką tenże na wszystkie zapytania jego odpowiadał, rzekł do
niego staruszek, jak się to niekiedy u ludzi bliskich śmierci zdarza, proroczym
głosem te słowa: „Ty będziesz biskupem i księciem”1). Słowa te
dziwnie przejęły serce żebrzącego chłopaka i nieopisaną napoiły je ambicją W
Zurychu i w Komo takie robił Schinner postępy w naukach, iż się nauczyciele
jego
1) Wirtz, helv.
Kirchengesch. III. 314.
— 239 —
nad tom zdumiewali. Za niedługo został on proboszczem pewnej wioski kantonu
Wallis, i podnosił się coraz wyżej. Wysłano go do Rzymu celem uzyskania
potwierdzenia nowo obranego biskupa miasta Sitten, lecz Schinner otrzymał
biskupstwo dla siebie i sam przywdział mitrę biskupią. Ambitny i przebiegły mąż
ten, lubo niekiedy wielkodusznym i szlachetnym się okazywał, uważał każdą nowo
nabytą godność po prostu tylko za stopień do wyższych jeszcze godności.
Ofiarując Ludwikowi XII. usługi swoje oznaczył on oraz i cenę tych usług. „To
mi za jednego człowieka za dużo,” rzekł król. — „Ja mu pokażę,” odparł
rozgniewany biskup, „iż mąż, jakim ja jestem, więcej znaczy niż jeden
człowiek.” Z powodu tego udał się Sehinner do papieża Juliusza II., który z
radością go przyjął. Wpływowi męża tego przypisać należy, iż się roku 1510 Związek
Szwajcarii na polityczne zamiary ambitnego papieża tego zgodził. Biskup
otrzymał za to godność kardynała i cieszył się w sercu swym, widząc iż od tronu
papieża jeden już tylko dzieli go stopień.
Schinner zawsze
baczne miał oko na wszystko, co się wewnątrz kantonów Szwajcarii zdarzało.
Gdziekolwiek jakiego wpływowego spostrzegł człowieka, to od razu szukał przywiązać
go do siebie. Proboszcz miasta Glarus zwrócił uwagę jego na siebie. To też od
razu uwiadomiono Zwinglego, iż dla osoby jego wyznaczył papież 50 złr. rocznej
pensji celem dalszego kształcenia się w naukach. Dotąd bowiem nie był on dla
ubóstwa swego w stanie potrzebne nabyć sobie książki. Powyższe pieniądze
obracał Zwingli przez ten krótki czas, w którym je pobierał, na zakupno
klasycznych i teologicznych dzieł, które z Bazylei sprowadzał. Wstąpił on w
stosunki z kardynałem, i tym sposobem stanął po stronie Rzymu. Teraz pokazało
się, do czego zabiegi kardynała i papieża Juliusza II. zmierzały. Osiem tysięcy
Szwajcarów, których wymowa biskupa-kardynała zwabiła, przekroczyło wierzchołki
Alp, ale za niedługo głodem, tudzież powodzeniem francuskiego oręża i poniędzmi
zwyciężeni w rodzinne powracali góry. Powracającym towarzyszyły zwyczajne
skutki takich zagranicznych wojen, mianowicie brak zaufania, rozpusta,
rozerwania, zbrodnie i nierząd wszelkiego rodzaju. Obywatele nie słuchali
więcej przełożonych swych władz, ani dzieci rodziców. Rola leżała odłogiem,
hodowanie bydła podupadło, marnotrawstwo i włóczęgostwo dziwnie się podniosło;
najświętsze związki ludzkie poszły w poniewierkę, i polityczny związek kantonów
stawał się coraz luźniejszym.
Wtenczas otworzyły
się oczy młodego proboszcza Glaru.
— 240 —
W szlachetnym
oburzeniu serca swego podniósł on potężny swój głos, aby wskazał ludowi
przepaść, która mu groziła. Koku 1510 wydał on wiersz pod tytułem: „Labirynt.”
Wewnątrz krętych ganków tajemniczej onej budowy chował niegdyś Minos
Minotaura, onego potwora, co na wpół był cielcem i na wpół człowiekiem, i żywił
go mięsem młodych Ateńczyków. „Minotauros,” powiada Zwingli „to grzechy i
występki, to bezbożność i zagraniczne żołdactwo Szwajcarów, które dzieci
narodu pochłania.”
Mężny Tezeusz chce ojczyznę
swą oswobodzić, ale mu to niezliczone przeszkody utrudniają. Był tam najprzód
lew jednooki — to Hiszpania i Arragonia; potem orzeł z korona na głowie i
paszcza otwarta, niby zawsze pochłonąć gotowy — to państwo niemieckie, tudzież
kogut z napuszonym grzebieniem, zawsze wyzywający do boju — to Francja.
Bohater jednak wszystkie zwalczywszy przeszkody dostał się do Minotaura, zabił
go i ojczyznę swą ocalił. „Tak teraz ludzkość w labiryncie błądzi,” skarży się
poeta; „a nie mając nitki, której by się trzymała, nie umie do dziennej dostać
się światłości. Nigdzie już Jezusa Chrystusa nie naśladują. Dla trochy nędznej
chwały my sami życie nasze na niebezpieczeństwa narażamy, sami bliźnim naszym
krzywdę wyrządzamy i rozdwojenie i walki i wojny pomiędzy sobą wszczynamy. Już
to zaiste chyba piekło wszystką swą wściekłość przeciwko nam wydało.” Tu trzeba
było Tezeusza, reformatora. Prawdę tę poznał Zwingli i przeczuwał może przyszłe
powołanie swoje. Później inne jeszcze i jaśniejsze napisał on podobieństwa.
W roku 1512 znowu
na wezwanie Schinnera dla ocalenia kościoła powstali Szwajcarowie. Mieszkańcy
Glaru w pierwszych wystąpili szeregach. Cała gmina z przełożonym i pastorem na
czele koło swojego proporca stanęła. Zwingli także wyruszyć musiał w pole. Wojsko
kroczyło przez Alpy. Pomiędzy zgromadzonymi zjawił się kardynał z darami
papieża. Miał on na głowie książęcy kapelusz, przyozdobiony perłami i złotem, a
u góry unosił się Duch święty w postaci gołębicy. Szwajcarowie kruszyli miasta
i grody w obliczu nieprzyjaciół, bez odzienia, z halabardami w ręku przepływali
rzeki. Na wszystkich miejscach pierzchali Francuzi; grzmiały trąby, odzywały
się dzwony, ze wszystkich stron zbiegali się mieszkańcy, szlachta częstowała
zwycięzców owocami i winem, ile tylko kto chciał; duchowni i mnisi wstąpiwszy
na balkony głosili ludowi, że Szwajcarowie są ludem Bożym, mszczącym się
krzywdy oblubienicy Chrystusowej na nieprzyjaciołach jej, a papież, jakby
— 241 —
prorok podobny do Kajfasza, nadał im tytuł „obrońców niepodległości
kościoła.”
Pobyt we Włoszech
nie był dla reformatorskiego powołania Zwinglego pozbawionym znaczenia.
Powracając z powyższej wyprawy do domu zaczął on greckiego uczyć się języka,
aby naukę chrześcijańską u samego źródła prawdy Bożej czerpać był w stanie.
„Postanowiłem u siebie,” napisał Zwingli dnia 23. lutego 1513 w liście
do Vadiana, „uczyć się tak gorliwie greckiego języka, iż mię od zamiaru tego
nikt odwieść nie zdoła. Nie czynię tego przez chciwość ludzkiej chwały, ale
jedynie przez zamiłowanie do Pisma świętego.” Pewnego razu odwiedził go jakiś
kapłan, który niegdyś razem z nim do szkoły uczęszczał, i rzekł mu: „Mistrzu
Ulryku, powiadają o was, że i wy tej nowej kacerskiej nauce sprzyjacie i
luteraninem jesteście.” Na to odpowiedział Zwingli: „Ja nie jestem luteraninem,
bo ja już wtenczas umiałem po grecku, gdy jeszcze nikt u nas o Lutrze nie
wiedział.” W znajomości greckiego języka, w badaniu Ewangelii w pierwotnym jej
języku upatrywał Zwingli główną podstawę reformy kościoła.
On nie tylko
wcześnie już poznał one wielką zasadę ewangelickiego chrześcijaństwa, t. j.
nieomylna powagę Pisma świętego, lecz zrozumiał także, jako myśli Pisma
dochodzić należy. „Kto jest zdania, iż wszystko, co rozumowi człowieka nie
odpowiada, musi być próżnym, mylnym i nieprawdziwym, ten nader niskie ma
pojecie o Ewangelii. Ewangelii nie można według ludzkich myśli wykładać” 1).
Najlepszy przyjaciel jego Mykoniusz powiada o nim: „Zwingli podnosił oczy swoje
w niebo, aby go sam Duch Święty nauczył prawdy.”
Taki
był od samego początku sposób myślenia człowieka, któremu nieraz zarzucano,
jakoby biblią pod sąd ludzkiego rozumu zniewolić był zamierzał. „Filozofia i
Teologia,” powiada Zwingli, „bez ustanku podnosiły trudności. Dlatego w sercu
swoim rzekłem, iż wszystkich tych rzeczy zaniechawszy jedynie Bożych myśli w
słowie jego dochodzić będę. Modliłem się do Pana, aby serce moje oświecił, a
chociaż tylko same Pismo czytałem, to jednak myśli jego stawały mi się
jaśniejsze, aniż gdybym mnóstwo różnych wykładów jego był przeczytał.” Księgi
święte porównywał on jedne z drugimi, a ciemne wyroki tłumaczył jasnymi.
Słowem, Pismo święte, a w szczególności Nowy testament stał mu się zupełnie
własnością ducha jego,” powiada Bullinger. Badanie Pisma świętego przez
Zwinglego
1) Zwinglii Opp. I.
202.
— 242 —
było pierwszym krokiem do reformacji Szwajcarii Jego wykład Pisma świętego
takie wywierał wrażenie, iż każdy uznawał, że to boska a nie ludzka jest nauka.
„Boskie to dzieło!” pisze Oswald Mykoniusz „Taką koleją doszła nas znowu
znajomość prawdy niebieskiej.”
Ale przy tym nie
gardził Zwingli wykładami najznakomitszych nauczycieli kościoła. Owszem
później zajmował się badaniem pism Orygenesa, Ambrożego, Hieronima, Augustyna,
Chryzostoma, ale nie uważał ich za nieomylne powagi. „Ja czytam Doktorów,”
pisze Zwingli, „ale w tej myśli, jak się zwyczajnie przyjaciela pytamy: Jakże
to rozumiesz ?” Pismo było w oczach jego kamieniem probierczym, według którego
i najświętszych nauk badać należało.
Zwingli powoli ale
pewnie postępował naprzód. Jego droga do prawdy nie była jako droga Lutra,
który wewnętrznymi burzami będąc skołatany dla duszy swojej szukał przytułku.
Zwinglego
doprowadził do znajomości prawdy cichy wpływ Pisma świętego, którego siła i
znaczenie coraz bardziej w sercu człowieka rośnie. Duszę Lutra wały i bałwany
wzburzonego morza na upragniony zaniosły brzeg, gdy tym czasem Zwingli wśród
pogodnego nieba spokojnie strumieniem płynął na dół. Oto dwie drogi, któremi
Bóg ludzi prowadzi. Zupełnie nawrócił się Zwingli do słowa Bożego dopiero w
początkach pobytu swego w Zurychu. Ale już r. 1514 i 1515, gdy silny mąż ten
na kolanach korzył się przed Panem, i o zrozumienie słowa jego błagał, wtenczas
zajaśniał już pierwszy promyk dnia, który potem duszę jego olśnił.
O tymże to czasie
niepospolite wywierał wrażenie na umysł Zwinglego pewien wiersz Erazma, w
którym Chrystus przemawia do człowieka, zbliżającego się przez własną winę do
upadku. W pomieszkaniu swym powtarzał sobie Zwingli nieraz ustęp, w którym
Chrystus się użala, iż świat nie u niego jedynie, jako źródła wszystkiego
dobrego, szuka łaski i pomocy. „Wszystko,” powtarzał Zwingli, „wszystko od
Niego! Alboż czy są może stworzenia, może Święci Pańscy, których pomocy byśmy
wzywać mieli? Nie! ale Chrystus, to jedyny duszy naszej skarb”1).
Gruntowna
nauka greckich i łacińskich autorów była w ogóle wewnętrznym znamieniem
reformatorów 16. wieku. Co do Zwinglego, to ten nie ograniczył się do czytania
jedynie
1) Zwingl. Opp. I.
298.
— 243 —
chrześcijańskich utworów, owszem zachwycał się także pismami Hezjoda,
Homera, Pindara, a do tych dwóch ostatnich wieszczów pozostawił nam nawet
odnośne objaśnienia i charakterystyki. Pisma Pindara wydawały mu się pełnymi
wzniosłych wskazówek o naturze bogów, tak iż o wieszczu tym przypuszczał,
jakoby koniecznie musiał mieć jakieś przeczucie o prawdziwym Bogu. Najbardziej
zajmowały go pisma Cicerona i Deraostenesa; z nich bowiem uczył się wymowy i
obowiązków prawdziwego obywatela. Senekę zaś świętym nazwał mężem. Tudzież i tajemnic
przyrody dochodził syn alpejskich gór według wskazówek Pliniusza. Z Tucydida,
Sallusta, Liwiusza, Caesara, Swetona, Plutarcha i Tacyta uczył się poznawać
świat i serce człowieka. Z uwielbiania jego dla wielkich mężów starożytności
nieraz zrobiono mu zarzut, a może i niejedno zdanie, które o nich wypowiedział,
usprawiedliwić się nie da. Zwingli dla tego tylko tak wysoko ich cenił,
ponieważ w cnotach ich nie ludzki sposób, ale jedynie wyższy wpływ ducha Bożego
upatrywał. Według jego zdania nie ograniczało się w starożytności działanie
ducha Bożego jedynie do ziemi świętej, ale cały obejmowało świat. „I Plato,”
powiada Zwingli, „z boskiego czerpał źródła; bez bojaźni Bożej nie byliby i
obaj Katonowie, Kamillus i Scipio taka wspaniałością umysłu się odznaczali”1).
A zatem i przywiązanie do nauk umiał budzić Zwingli. Kilku znakomitych mężów z
jego wyszło szkoły. Walenty Tschudi, syn bohatera wojny burgundzkiej,
uczęszczał w Wiedniu i Bazylei na nauki najznakomitszych podówczas nauczycieli.
Ten napisał do Zwinglego: „Ty nie tylko księgi ale samego siebie mi podawałeś,
bo nikogo nie znalazłem, któryby w wykładzie pism starożytnych autorów większą
niż ty udowodnił gruntowność w ocenianiu i pojmowaniu rzeczy”2).
Tschudi udał się następnie do Paryża i miał sposobność porównać ducha
wszechnicy paryskiej z onym duchem, który wionął wewnątrz wąskiej alpejskiej
doliny, którą olbrzymie szczyty i odwieczne śniegi wierzchołków Dödi,
Glärnisch, Viggis i Freiberg otaczają. „Ach co to za lichota,” pisze Tschudi,
„którą tu serca francuskiej młodzieży napawają! Trucizna niczem nie jest w
porównaniu do sofistyki, której tu uczą. Ta bowiem zmysły otępia i pojęcie
człowieka osłabia, robi go głupim i bydlęciu równym, tak iż z niego ledwie
echo, ledwie czczy brzęk pozostaje. Dziesięć kobiet jednemu sofiście
1) Oecolampad. et.
Zwinglii Epp. 9.
2) Zwinglii Epp. 43.
— 244 —
nie sprosta. Ja tuszę, iż oni nawet i modląc się sofismatów używają, i
sylogizmami Ducha Świętego do wysłuchania ich zniewolić próbują.” W takim to
przeciwieństwie były z sobą miasta Paryż i Glarus, ona stolica nauk wewnątrz
chrześcijaństwa i ciche pastusze miasteczko wśród alpejskich gór. Jeden promień
światłości słowa Bożego większe szerzy światło niż wszystka ludzka mądrość
razem.
–––––––––– • ––––––––––