149   

 

II.

Obcy książę. — Rada polityków. — Umowa między kanclerzem i spowiednikiem   cesarza. — Próżne  zabiegi. — Czynność Aleandra. — Słowa Lutra. — Karol wstępuje na stronę papieża.

 

Politykom nie wiele na tem zależało. Lubo korona ce­sarska w oczach Karola V. niezmierne miała znaczenie, to jednak polityka jego i właściwe cele takowej nie do Niemiec się odnosiły. Język niemiecki jako też w ogóle duch niemie­ckiego narodu był Karolowi zupełnie obcym. Sercem był on tylko księciem Burgundii, posiadającym oprócz licznych innych koron także najpierwszą koronę wewnątrz chrześcijaństwa. Szczególniejsza to rzecz. Podczas wewnętrznego odrodzenia swego ulegały Niemcy berłu cudzoziemca, którego sercu po­trzeby i dążności niemieckiego narodu zupełnie zgoła były obojętne. Sprawa ruchu religijnego obchodziła go wprawdzie, ale o tyle tylko, o ile takowa powadze papieża ujmę sprawić mogła. Wojna między Karolem i Francją zdawała się być nieuniknioną. Takowa przeważnie na włoskiej miała toczyć się ziemi, przez co sojusz z papieżem wydawał się Karolowi ko­niecznością. Chętnie byłby on serce Fryderyka od sprawy Lutra oderwał, albo jakimkolwiek innym sposobem zadowolił papieża, nie naraziwszy się Fryderykowi. Część otoczenia jego okazywała w sprawie Augustianina one oziębłą obojętność umysłu, którą u ludzi światowych zawsze napotykamy, gdy się o sprawy religii rozchodzi. „Tylko nie do ostateczności,” powiadali radcy Karola. „Lutrowi trzeba układami związać ręce i ustępstwami gniew jego uśmierzyć. Tu bowiem o to chodzi, aby ogień gasić a nie więcej jeszcze go rozniecać. Jeśli mnich w sidła wpadnie, to zwycięstwo już nasze, albowiem wdawszy się w układy samego siebie przez to zabije. Niechaj na pozór niektóre poprawki ustanowią! Tera zadowolą elektora i pozyskają papieża, a sprawa jednak swoją pójdzie drogą.”

Oto plan tajnych radców cesarza. Wittenberscy doktorowie od razu nowy ten sposób prowadzenia rzeczy przejrzeli. „Oni potajemnie usiłują się pozyskać dla siebie umysły,” pisze Melanchton; „oni w ciemności pracują” 1). Jan Glapio, spowiednik Karola V., przyjął wykonanie powyższego planu na siebie. Był to mnich niepospolitą odznaczający się przebiegłością i zręcznością

 

1) Corp. Ref. I. 281.

 

    150   

 

w prowadzeniu rzeczy, — skądinąd na dworze Karola nie źle widziany. Glapio posiadał zupełne zaufanie cesarza. Według hiszpańskiego zwyczaju należało do niego prawie wyłączne załatwianie wszystkich spraw religijnych. Po wejściu Karola na tron umiał Leon X. rozmaitymi dowodami łaski papieskiej zjednać sobie serce spowiednika, który znowu wdzięczność swą byłby najlepiej uśmierzeniem kacerstwa udowodnił. To też od razu brał on się do dzieła 1).

Pomiędzy radcami elektora znajdował się w Wormacji kanclerz jego Jerzy Bruck, czyli Pontanus. Był to człowiek odznaczający się nauką, męstwem i stanowczością. Co do teo­logii umiał on zgoła więcej, niż prawie wszyscy inni Doktorowie. Roztropnością swą był on w stanie podstępowi wszystkich mnichów dworu Karola V. skuteczny stawić opór. Znając wpływ kanclerza, udał się do niego Glapio z prośbą o chwilę rozmowy, w której z góry jak największą dla reformatora przyjaźń udawać zaczął. „Cieszy mię,” rzeki z udaną życzliwością Glapio, „że pierwsze pisma Lutra podobne są do zdrowego drzewa, które piękne wypuszczając latorośle niepospolite dla kościoła zapowiadało owoce. Wprawdzie już i przed nim niektórzy te same prawdy poznali, ale nikt oprócz niego nie miał tej szlachetnej odwagi, iżby publicznie i bez obawy ta­kowe wypowiedział. Ale gdy jego księgę „O babilońskiej nie­woli” przeczytałem, to takiego doznałem uczucia, jak gdyby mię od głowy aż do stopy brzytwami siekano. Ja w to nie wierzę, iżby księga ta z pióra Marcina pochodziła; w niej ani jego nauki ani sposobu pisania nie znajduję.” Po dłuższej pogadance wynurzył spowiednik życzenie, aby mu u elektora posłuchanie wyjednano. Tam w obecności kanclerza chciał on błędy nauki Lutra bliżej określić.

Na to odparł kanclerz, że Jego książęca Mość niema czasu, bo całkiem rozprawami sejmowemi jest zajęty; ani się też w sprawę tę zupełnie nie wdawa. Odprawa taka nie była mnichowi na rękę. „Ale kiedy, jako powiadacie, niema tego złego, na któreby lekarstwa nie było, to mnie swoje zdanie powiedzcie,” zauważał kanclerz.

Na to z poufałością odrzekł spowiednik: „Cesarz życzy sobie gorąco, aby się Luter z kościołem pogodził. Księgi jego (aż do wydania pisma o babilońskiej niewoli) podobały się pod niejednym względem Jego Cesarskiej Mości. Tę ostatnią musiał on już chyba w pewnym oburzeniu nad klątwą papieża napisać.

 

1) Pallavicini I. 90.

 

    151   

 

Jeśli tylko oświadczy, iż zamiarem jego bynajmniej nie było naruszać pokój kościoła, to uczeni wszystkich narodów po jego staną stronie. Wyjednajcie mi przede wszystkim posłuchanie u elektora.”

Kanclerz udał się do Fryderyka. Elektor wiedział dobrze, iż o odwołaniu mowy być nie może, a dla tego odpowiedział kanclerzowi: „Powiedźcie spowiednikowi, że życzeniu jego zadosyć uczynić nie mogę, i dalej z nim rozmawiajcie.”

Odpowiedź tę przyjął Glapio z głęboką pokorą. Potem zmieniwszy sposób postępowania swego wynurzył prośbę, azaliby celem dalszego prowadzenia powyższej sprawy nie zechciał elektor wyznaczyć kilku mężów, posiadających jego zaufanie?

Kanclerz: „Elektor bynajmniej sprawy Lutra bronić nie myśli.”

Spowiednik: „A więc wy o tem ze mną rozprawiajcie. Jezus Chrystus jest mi świadkiem, że zamysły moje względem kościoła i Lutra są dobre. On wielu ludziom dla dobrych rzeczy serce otworzył.”

Kanclerz chciał zakończyć rozprawę, aby nie brać na się odpowiedzialności za coś, co przede wszystkim osobę reforma­tora obchodziło.

„Ale nie odchodźcie jeszcze,” rzekł mnich.

Kanclerz: „Cóż się tu da zrobić?”

Spowiednik: „Luter musi oświadczyć, że księga o babi­lońskiej niewoli od niego nie pochodzi.”

Kanclerz: „Przecież bulla i wszystkie inne pisma jego potępiła.”

Spowiednik: „Z powodu jego oporu. Ale Jeśli tę księgę odwoła, to papieżowi według mocy jego nie trudną będzie przyjąć go znowu na łono kościoła. My, tak zacnego mając cesarza, i do wielkich nadziei mamy powody.” Słowa, te nie pozostały bez wrażenia na umysł kanclerza. Dla tego ciągnął mnich dalej: „Luter bierze swe dowody z biblii. Ale biblia jest jako wosk, który według upodobania w tę lub ową stronę można naciągać. Ja większe jeszcze niedorzeczności i subtelno­ści z Pisma świętego wywiodę, niż to uczynił Luter. On błądzi, Jeśli wszystkim słowom Chrystusowym znaczenie przy­kazań Bożych przypisuje.” Na końcu i groźby dołączyć umiał, zręcznie nadmieniając, coby nastąpiło, gdyby tak cesarz dziś lub jutro dobył miecza. Pod wrażeniem powyższych słów po­żegnał się i odszedł. Ale o nowych rozmyślał sidłach. Erazm opowiada o nim, iż przez dziesięć łat z nim obcując jeszcze go nie poznasz.

 

    152   

 

W kilka dni później spotkawszy kanclerza rzekł do niego Glapio: „Pismo Lutra o wolności chrześcijanina jest naprawdę prześliczne; niepospolity przebija się w nim rozum, nauka i zdolność umysłu. To dzieło napisał człowiek głębokiej nauki. Niechaj obie strony nieposzlakowanych wybiorą mężów, a nie­chaj papież i Luter sądowi ich się poddadzą. Ja nie wątpię o tym, iż Luter w niejednym artykule odniesie zwycięstwo. Ja sam pomówię o tem z cesarzem. Wierzajeie mi, to nie moje jedynie zdanie. Już ja o tem powiedziałem cesarzowi, i rzekłem mu, żeby jego i wszystkie książęta ukarał Bóg, gdyby kościoła, tej oblubienicy Chrystusowej, nie uwolnili od wszystkich utrapień i zmarszczek, któremi jest obciążony. Ja dodałem nawet przed nim, iż mąż ten od Boga nam zesłany został, aby stał się rózgą dla grzechów świata 1).

W powyższym zdaniu przedstawia się nam powszechny sąd o Lutrze, który w onym czasie nawet i przeciwnicy jego podzielali. Kanclerz, usłyszawszy słowa te wynurzył spowiedni­kowi zdumienie swoje nad tem, iż tak mało dla elektora sa­skiego okazują względów. „Godzien odbywają się w tej sprawie narody u cesarza,” rzekł Pontanus, „a elektora nikt dotąd na takowe nie wezwał. Pan mój nie pojmuje takiego zachowania się ze strony cesarza, koło którego tak wielkie sobie położył zasługi.”

Spowiednik: „Ja tylko raz jeden na tych naradach byłem obecny i słyszałem, jako się cesarz przedstawieniom nuncyuszów sprzeciwiał. Wszak się w następujących pięciu latach pokaże, co cesarz dla reformacji kościoła uczynić zamierza.”

„Książę elektor,” odparł na to Pontanus, „nie wie o za­mysłach Lutra nic. A więc niech samego Lutra zawezwą i wysłuchają go.”

Na to głęboko westchnąwszy wzywał spowiednik Pana Boga na świadectwo, jak gorąco on sam ostatecznej poprawy kościoła sobie życzy.

Na razie nie rozchodziło się spowiednikowi o nic innego, jak tylko o to, aby się sprawa jak najdłużej przeciągła i aby Luter tymczasem milczał. Za nic w świecie nie chciano stawienia jego przed sejmem dopuścić. Gdyby kto z umarłych był powstał i z tamtego przyszedłszy świata przed sejmem stanął, to nie byłby taką, co Luter, napełnił trwogą serc nuncjuszów, mnichów i całego stronnictwa papieskiego.

 

1) Seckendorf, 819.

 

    153   

 

„Ileż to dni drogi z Wittenbergi do Wormacji?” z udaną obojętnością wtrącił spowiednik. A potem najuniżeńsze wyra­ziwszy elektorowi ukłony oddalił się.

Stanowczość Pontana wszystkie podstępy dworaków ce­sarskich wniwecz obróciła. Dzielny maż ten zachował się pod­czas wszystkich rozpraw niezachwianie, jak skała. Mnisi rzymscy wpadli sami w sidła, które dla nieprzyjaciół swych nastawili. Chrześcijanin,” powiada Luter według kwiecistego sposobu swego, „jest jako ptak, którego koło wilczej jamy uwiązano. Wilki i lisy chcąc go połknąć, rzucają się nań, ale przy tem same w jamę wpadają i giną, gdy tymczasem bojaźliwemu ptakowi nic złego się nie stało. Tak święci anieli Pańscy bronią i nas, iż nam wilcy żarłoczni ani świętoszkowie i prze­ciwnicy szkodzić nie mogą.” Nie tylko że spowiednik podstę­pami swymi niczego nie dopiął, owszem co więcej, słowa jego utwierdziły tylko w sercu elektora przekonanie, iż sprawa Lutra jest sprawiedliwą, tudzież iż go rzeczywiście bronić powinien.

Umysły stawały się coraz więcej Ewangelii przychylne. Pewien przeor dominikański podał wniosek, aby cesarz i kró­lowie Francyi, Hiszpanii, Anglii, Portugalii, Węgier i Polski, tudzież papież i elektorowie wybrali mężów zaufania i powie­rzyli im zbadanie i rozstrzygniecie powyższej sprawy. „Nigdy bowiem,” tak powiedział przeor, „samemu papieżowi nie wie­rzono”1). Coraz więcej utwierdzało się przekonanie, iż niepo­dobna potępić Lutra, nie wysłuchawszy go poprzednio i nie przekonawszy się o winie jego2).

Sprawa ta nie mało zaniepokoiła Aleandra, który teraz nad wszelkie spodziewanie okazywał się czynnym. Przekonał się, iż nie tylko z elektorem i Lutrem ma do czynienia. Co więcej zgoła go niepokoiło, to były one potajemne zabiegi spowiednika cesarskiego, on wniosek przeora, tudzież przy­zwolenie ministrów cesarza i pewna oziębłość i brak zapału dla sprawy papieża, jakim się nawet najwięcej stanowczy zwo­lennicy papieża odznaczali. Wszystko to przejęło serce jego trwogą3). Z Rzymu nadeszło nareszcie złoto i srebro, tudzież stanowcze listy do najwięcej wpływowych mężów wśród Rzeszy niemieckiej. Wiedział to Aleander, iż sprawa nie cierpi zwłoki, jeśli w ogóle zdobyczy swej zupełnie wypuścić nie chce.

 

1) Seckendorf, 323.

2) Luth. Epp. I. 566.

3) Pallavicini I. 96.

 

    154   

 

A zatem wziął się doręczać listy, pełnymi garściami sypać pieniądze i jak najbardziej zwodnicze robić obietnice. Trojaką działalnością, powiada w historyi swojej kardynał Pallavicini, usiłował się pozyskać serca zgromadzonych elektorów dla sprawy papieża. Przede wszystkim chodziło mu o pozyskanie cesarza, którego formalnie prześladował. Rozdwojenie między hiszpań­skimi i belgijskimi ministrami sprzyjało sprawie jego. Wszyscy zwolennicy Rzymu, przez nuncyusza będąc do tego zachęceni, bez ustanku odnośnemi przedstawieniami nalegali na cesarza. „Na każdy dzień,” napisał elektor do brata swego Jana, „odbywają się narady przeciwko Lutrowi. Osobie jego grozi klątwa papieża i banicya cesarza. Nie ma sposobu, któregoby przeciwko Diemu nie wyzyskali. A to czynią ci, co w czerwo­nych kapeluszach paradują — Rzymianie razem z zastę­pami swymi”1).

Sprawę potępienia reformatora z nieopisaną forytował Aleander namiętnością, możuaby zgoła z Lutrem powiedzieć — wściekłością2). Pewnego razu szczególniej uniósłszy się gniewem, odezwał się nuncjusz apostolski w te słowa: „Jeźli wy Niemcy jarzmo posłuszeństwa rzymskiego zrzucić spróbujecie, to my do tego doprowadzimy, iż nawzajem w własnej krwi swojej brodzić będziecie, aż zginiecie.” „Tak papież owieczki Chry­stusowe pasie,” zauważył na to reformator3).

Sposób myślenia jego był zupełnie inny. O osobie swojej wcale Luter nie myślał. Melanchton pisze o nim: „Luter chętnieby dla chwały i powodzenia Ewangelii życie swoje położył”4). Myśl ta atoli, że męczeństwo jego niemałąby klęskę spowodować mogło, napawała serce jego obawą. Nie trudną bowiem było przewidzieć!, jakoby w takim razie zachował się lud. Ulegając namowom zwodzicieli byłby niechybnie na prze­ciwników Lutra uderzył, i krzywdy jego na duchowieństwie się pomścił. A już myśl ta zgrozą serce Lutra przejmowała. „Bóg tłumi wściekłość swych wrogów. Ale gdy do wybuchu przyjdzie ... to nad duchowieństwem zawre burza, jaka niegdyś Czechy spustoszyła. . . Ja jestem niewinnym; ja szlachtę niemiecką wzywałem, aby nie mieczem ale ustawami i radą przeciwko Rzymianom występowała. Wojna przeciwko du­chownym, to jest przeciwko ludziom nie mającym ani siły ani

 

1) Seckendorf, 364.

2) Luth. Epp. I. 656.

3) Luth. Epp. I. 669.

4) Corp. Reform. I. 285.

 

    155   

 

odwagi, prawie tyleby znaczyła,   co wojna przeciwko dzieciom i kobietom”1).

Karol V. nie sprzeciwiał się w zasadzie życzeniom nuncjuszów. Nauczyciel jego Hadryan, który później sam na tron pa,pieski wstąpił, pielęgnował od dawna w duszy jego nabożność niecoś na sposób belgisko-hiszpański. Pewne breve papieskie zawierało do niego prośbę, aby rozporządzeniem cesarskim nadał bulli obowiązujące znaczenie prawa. „Nadaremno,” takie były słowa powyższej bulli, „byłby ci Bóg dał mieez najwyższej władzy, gdybyś go przeciwko niewiernym i gorszym jeszcze od tych, kacerzom nie dobył.” Było to w pierwszych dniach miesiąca lutego. Gdy się do wspaniałych turniejów strojono i namiot cesarski już stał gotowy, odebrały książęta prawie gdy się do uroczystości sposobiły, naraz rozkaz cesarski, wo­łający je do pałacu. Tam w zgromadzeniu ich odczytano bullę papieża tudzież surowy rozkaz cesarza względem wykonania takowej. „Jeżii sami co lepszego wiecie, to mi poradźcie,” dodał cesarz, jak to zwykł był czynić. Zatem ożywione nastą­piły rozprawy. Poseł pewnego wolnego miasta napisał te słowa: „Ten mnich nie mało sprawia nam kłopotu. Niektórzy chcą go ukrzyżować, i trudno on losu tego ujdzie; ale ja obawiam się, że nam trzeciego dnia od umarłych powstanie.” Cesarz przypuszczał, iż wydanie wyroku żadnego ze strony Stanów nie dozna oporu. Ale rzecz miała się inaczej. A tego właśnie nie przewidywano. Tu trzeba było najprzód zjednać usposo­bienie sejmu. Dla tego powiedział młody cesarz do nuncyusza: „Do was teraz należy, abyście zgromadzenie to przekonali.” Z tem zgadzał się zupełnie Aleander. A więc uchwalono, aby dnia 13. lutego na posiedzeniu sejmu z sprawą swą wystąpił.

 

1) Luth. Epp. I. 563.

 

    156   

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1