105   

 

VIII.

Bulla klątwy już w Niemczech. — Przyjęcie  Ecka. — Bulla w Wittenberdze. —  Wystąpienie Zwinglego.

 

O tym samym czasie, gdy reformator po ostatni raz odnosił się do papieża, była już bulla klątwy w ręku naczelników kościoła w Niemczech, i znajdowała się w pobliżu bram Wittenbergi. W Rzymie nikt nie wątpił o pomyślnych skutkach kroku tego celem obalenia reformy. Papież wyprawił dwóch dostojników kościoła, a mianowicie Caracciolego i Aleandra, do Moguncji, którzy arcybiskupowi miasta tego powyższa bullę doręczyć i do wykonania takowej nakłonić go mieli. Równo­cześnie pojawił się Eck w Saksonii celem ogłoszenia i wyko­nania powyższego rozkazu papieskiego. Długo namyślano się, komuby sprawę tę najlepiej było powierzyć. „Eck godził się do posłannictwa tego ze względu na jego śmiałość, jego wprawę w udawaniu, kłamaniu i schlebianiu innym, tudzież ze względu na inne niecnoty, które w Rzymie wysoko oceniają,” powiada pewien obywatel Rzymu; „przeciwko wyborowi jego przemawiało jego opilstwo, bo nałóg ten wstrętny jest Rzymianom” 1). Nareszcie przeważył jednak wpływ protektora jego, znanego nam już króla talarów Fuggera. Co więcej, nałóg Doktora stał się naraz w oczach ich cnotą, „Prawie ten jest dobry,” zauważali niektórzy Rzymianie; „dla tych opiłych Niemców opiłego potrzeba legata” 2). Po cichu zaś szeptano sobie, że żaden człowiek nieposzlakowa­nego życia, nawet żaden rozsądny człowiek nieprzyjąłby takiego posłannictwa. A chociażby znalazł się i ktoś, to sprawa stałaby się dlań za niedługo tak niebezpieczna, iżby od niej odstąpił. Ale Doktorowi Eckowi dodać towarzysza w osobie Aleandra, powiadali niektórzy, to mi pomysł nie lada! „Szczególniejsza to para mówców! Co do bezwstydności i rozpusty, to jeden drugiemu ani o włos nie ustępuje!” 3).

Doktor ingolstadzki wiedział od wielu innych lepiej, co ciosy Lutra znaczą. On poznał vielkość niebezpieczeństwa, tudzież wyciągnął rękę, aby powstrzymać upadek walącej się budowy Rzymu. Eck miał siebie za Atlasa, którego potężne plecy powołane były do podtrzymania starożytnego rzymskiego świata, aby się takowy do reszty nie zwalił.

 

1) Riederer's Nachrichten I. 79.

2) Riederer's Nachrichten I. 79.

3) Tamże.

 

    106   

 

Dumny z powodzenia swego w Rzymie, tudzież z polecenia, które od papieża otrzymał, dumny niemniej z tytułu protonotarjusza i nuncjusza papieskiego spoglądał Eck z zadowoleniem na bullę papieską, która niczem niepowstrzymany współzawodnik jego został z kościoła wyklęty. Wszystko to przedstawiało mu obecne posłannictwo jego w świetle daleko większego tryumfu od tego, który mu zwycięstwa jego w Węgrzech, Bawarii, Saksonii i Lombardii odniesienie zjednały, i z których przedtem tyle się chlubił. Ale duma jego wkrótce niemiłego miała doznać rozczarowania. Papież powierzywszy ogłoszenie bulli Doktorowi Eck, popełnił przez to błąd, który w skutkach swoich bardzo niekorzystnie oddziałał. Z dostojników kościoła poczytywał to niejeden za pewne upośledzenie siebie, iż wykonaniem tak ważnej sprawy zaszczycono człowieka, który wewnątrz kościoła wyższego nie piastował urzędu. Biskupi odbierali bulle papie­skie zazwyczaj wprost z ręki papieża, a tu naraz przyniósł ją jakiś nowy, naprędce stworzony nuncjusz do diecezji ich. Na­ród niemiecki uczęstował rzekomego zwycięzcę z areny lipskiej szyderstwem i pogarda, a to przed tem, zanim jeszcze do ziemi włoskiej się schronił. Jakże dopiero wzrosło zdziwienie i oburzenie jego, gdy naraz ujrzał Ecka powracającego stamtąd w charakterze wysłańca papieskiego, powołanego i upoważnio­nego do zgniecenia najszlachetniejszych synów narodu. Luter znowu upatrywał w powyższym wyroku, który mu nieprzejednany wróg jego doręczył, przede wszystkim wyraz osobistej zemsty. Widział w nim, jako kardynał Pallavicmi powiada, ukryty miecz zaciętego wroga, nie zaś prawowity topór powołanego liktora l). Bullę uważano w ogóle za sprawę Ecka, a nie za sprawę pa­pieża. A zatem z góry już zmniejszyło się znaczenie i donio­słość zadanego ciosu.

Kanclerz Ingolstadtu pośpieszył najprzód do Saksonii. Tam odbył walkę, tam więc przede wszystkim chciał poszczy­cić się zwycięstwem. Z końcem września kazał on bullę klątwy przybić w miastach Miśnii, Merseburgu i Brandenburgii. Lecz w Miśnii uczyniono to na takim miejscu, gdzie jej nikt czytać nie mógł, a biskupi wszystkich .trzech miast nie śpieszyli się nader z ogłoszeniem takowej. Nawet książę Jerzy, ten zawo­łany zwolennik i obrońca Ecka, wydał do rady miasta Lipska rozkaz, aby przed nadejściem odnośnego zezwolenia biskupa Merseburgu bulli nie ogłaszano, co też dopiero w następnym roku się stało.

 

1) Pallavicini. I. 74.

 

    107   

 

Eckowi zdawało się, że trudności te odnoszą się jedynie do formalnej strony rzeczy, bo skąd inąd wszystko niby za sprawą jego przemawiało. Książę Jerzy przesłał mu złoty puchar i kilka dukatów w podarunku. Miltic, dowiedziawszy się o przybyciu współzawodnika swego, udał się natychmiast do Lipska, i za­prosił Ecka do stołu. Obaj legatowie byli przyjaciółmi dobrej kuchni, a Miltic pomyślał u siebie, iż przy szklance wina najłatwiej dowie się czegoś od Doktora. „Gdy sobie Eck nale­życie podochocił,” — podajemy tu własne słowa Miltica — „dziwnie odrazu z zadaniem swem zaczął się przechwalać. Co do bulli niestworzone bajał on rzeczy, i opowiadał, jak on to Doktora Marcina nauczy mores” 1).

Lecz wkrótce zwietrzył Doktor ingolstadzki zmianę, któ­ra co do opinii publicznej zaszła, tudzież że w przeciągu roku tego inna stała się postać i usposobienie Lipska 2). W dzień św. Michała pojawiły się na dziesięciu różnych miejscach miasta piśmienne ogłoszenia, wygotowane przez studentów. Sprawa i osoba Ecka niemile) w nich doznawała zaczepki. Pełen trwogi cofnął się Eck do wnętrza klasztoru św. Pawła, gdzie i Tecel szukał schronienia. Tam nie wpuszczał do siebie nikogo. Na żądanie Ecka wymierzył Rektor uniwersytetu na młodych przeciwników jego odpowiednie kary, ale to niewiele pomogło. Studenci ułożyli o nim piosnkę, którą po ulicach śpiewali. Eck, usłyszawszy ja w klasztornej swej kryjówce, zatrwożył się w duchu i wszelka stracił otuchę. Każdy dzień dochodziły go listy z pogróżkami. Z Wittenbergi przybyło 150 studentów do Lipska, którzy się z pewną zuchwałością o apostolskim wysłańcu odzywali. Położenie jego stawało się nieznośnym. „Ja nie chciałbym,” napisał Luter, „aby mu jaką krzywdę wyrządzono, ale życzę sobie, aby się zamysły jego wniwecz obróciły.”

Eck opuścił miejsce schronienia swego w nocy i uciekł potajemnie do Koburgu. Ucieczka ta sprawiła Milticowi, który o niej donosi, większą zgoła jeszcze radość, niźli samemu Lu­trowi. Lecz nie długo trwał tryumf tego szambelana papieskiego. Wszystkie pojednawcze usiłowania jego spełzły na niczym. Miltic sam w smutny sposób zakończył życie. Podochociwszy sobie wpadł przypadkiem koło Moguncyi do rzeki Menu, i utopił się.

Eck nabrał powoli znowu otuchy i udał się do Erfurtu. Teologowie wszechnicy erfurckiej okazywali już od dawna

 

1) Seckendorf. 278.

2) Luth, Epp. I. 492.

 

    108   

 

pewna zawiść do wittenberskiego Doktora. Eck zażądał ogłosze­nia bulli w tem mieście, ale studenci, odebrawszy mu takową, podarli ją na kawałki i wrzucili do wody, powiadając między sobą: „To tylko bańka, bo w wodzie pływa!” „Teraz już zu­pełnie słusznie ten papieski papier bulla 1) nazywają,” zauważał Luter, skoro się o tem dowiedział.

W Wittenberdze nie odważył się Eck wystąpić publicznie. Przesłał wiec bullę na ręce Rektora uniwersytetu, dołączywszy pogróżkę zniesienia wszechnicy, jeśliby bullę ogłosić się wzbra­niano. Równocześnie napisał list do księcia Jana, brata i współ regenta elektora Fryderyka, w którym sposób zachowania swego tem usprawiedliwiał, iż działa w sprawie wiary, a to z niemałym poświeceniem trudów, pracy i kosztów 2). Biskup Brandenburgii nie mógł, choćby i chciał, użyć praw zwierz­chnictwa swego, albowiem wszechnica osobne miała przywileje. Uchwalono nawet, że Luter i Karlstadt, mimo iż powyższą bullą potępieni zostali, powinni brać udział w naradach, na których sprawę bulli omawiać miano. Rektor wszechnicy oświadczył, iż nie ogłosi takowej, ponieważ do tego żadnego dopisu pa­pieskiego nie otrzymał. Wszechnica zjednała sobie już w oko­licy tej znaczenie przewyższające powagę papieża, a rząd księcia elektora za jej poszedł przykładem. Duch reformatora odniósł zwycięstwo nad bullą Rzymu.

Podczas gdy w Niemczech powyższa sprawa do żywego umysły zajmowała, odezwał się co do niej także z innego kraju Europy bardzo poważny głos. W obronie reformy wystąpił pe­wien maż i surowe wypowiedział przestrogi. Czuł to bowiem w głębi duszy, jak ogromne powyższa bulla wywołać musi rozerwanie wewnątrz kościoła. Mężem tym był znany nam już kaznodzieja Szwajcarii, Ulryk Zwingli, który jednak żadnych z Lutrem nie miał stosunków. Wtenczas wydał on w powyż­szej sprawie pismo, odznaczające się powagą i mądrością. Było to pierwsze z licznych dzieł jego3). Przebijało się w nim pewne braterskie przywiązanie do wittenberskiego Doktora. „Pobożność papieża wymaga,” powiada Zwingli, „aby nawet to, co mu najmilszem być może, z radością serca na rzecz królestwa Chry­stusa, króla swego i na ołtarzu publicznego pokoju poświęcił. Nic w świecie godności jego tak nie uwłacza, jak gdy tako­wej jedynie nagrodami lub groźbami bronić usiłują. Ledwie że

 

    109   

 

pismo Lutra przeczytano, a już w obliczu narodu kacerzem, odszczepieńcem i antychrystem go okrzyczano. Nie zadano sobie pracy ani ostrzedz go. a tem mniej dowieść, iż nauka jego jest fałszywą. Luter prosił o rozmowę, a oni wydali nań wyrok potępienia. Bulla wydana przeciwko Lutrowi nie podoba się i takim nawet ludziom, którzy godność papieża wysoko cenią. Widać w niej daleko więcej bezwładna nienawiść niektó­rych mnichów, aniżeli łagodny umysł papieża, który się namie­stnikiem miłościwego Zbawiciela nazywa. Wszyscy to uznawają, że się kościół od prawdziwej nauki ewangelicznej zanadto od­dalił, tudzież iż poprawa ustaw jego i obyczajów jest konieczna. Popatrzmy się tylko na uczonych i cnotliwych mężów. Im więcej się prawdy ewangelicznej trzymają, to tem mniej się z pism Lutra gorszą. Wszyscy jednomyślnie przyznawają, iż przez pisma Lutra stali się lepszymi, chociażby tu i ówdzie znalazły się ustępy, których pochwalić nie można. Niechaj tedy obiorą mężów odznaczających się czystością nauki i poczciwością oby­czajów. Trzej książęta, na których żadne podejrzenie nie ciąży, a zwłaszcza cesarz Karol, król Anglii i król Węgier, niechaj odnośnych sędziów rozjemczych wyznacza. Ci znowu, zbadawszy najprzód pisma Lutra, niechaj się potem osobiście z nim roz­mówią, a co ustanowią, to przyjęte zostać powinno. Góra prawda i nauka Jezusa Chrystusa!”

Niestety na wniosek ten, odzywający się ze Szwajcarii, nie zważano. Rozerwanie stało się niechybnem. W łonie chrześcijaństwa do rozbratu przyjść musiało, a w własnych ranach trzeba było szukać od choroby lekarstwa!

 

1) Bulla znaczy tyle, co bania.

2) Luth. Opp. L. XVII. 327.

3) Rada męża serdecznie życzącego, aby godności papieża i poko­jowi chrześcijańskiej wiary pomożono zostało.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1