V.

Hierarchia i racyonalizm. — Dwaj chłopscy synowie. — Eck i Luter zabierają się do rozprawy. — Głowa kościoła. — Na­czelna władza papieża. — Równość biskupów. — Piotr jest opoka. —  Chrystus jest opoką. — Eck podejrzywa Lutra o sprzyjanie naukom Hussa. — Luter o nauce Hussa. — Niepokój wśród słuchaczów. — Żarcik Ecka. — Jedynie i wyłącznie słowo Boże. —  Nadworny błazen. — Luter na mszy. — Słowa księcia. — Czyściec. — Koniec dysputy.

 

                  Dnia 4. lipca rozpoczęła się dysputa między Lutrem i Eckiem. Z wszystkiego należało się domyślać, że walka ta daleko będzie zacietszą, tudzież większego znaczenia i donio­słości, niżli ta, co prawie została ukończoną. Ta bowiem pod koniec żadnych już zgoła nie zwabiała słuchaczów. Obydwaj przeciwnicy wystąpili na plac boju z tem postanowieniem, że

 

1) Löscher III. p. 278.

 

    38   

 

nie złożą broni, póki jeden z nich jawnego nie odniesie zwy­cięstwa. Umysły nie mało były rozciekawione, gdyż przedmio­tem rozprawy miała być naczelna władza papieża. Religia chrześciańska ma dwóch wielkich wrogów, a mianowicie hier­archia i racyonalizm. W pierwszej części rozprawy lipskiej wystąpiła reformacya przeciwko racyonalizmowi, a zwłaszcza na polu nauki jego o przyrodzonych zdolnościach człowieka do pełnienia dobrych uczynków. W drugiej części miała teraz wy­stąpić przeciwko hierarchii, a to na polu nauki o papieżu, który jest wyobrazicielem i źródłem takowej. Po jednej stronie stanął Eck w obronie istniejącej dotąd religii. Nie mógł on pod dostatkiem nachlubić się z zwycięstw, które na różnych odniósł dysputacyach, równie jako jaki dowódca wojsk chlubi się z swych bojów1). Luter znowu, któremu bój ten nic innego jedno hańbę i prześladowanie zgotować musiał, wystąpił do niego z świadectwem dobrego sumienia i z ona odwagą, która dla prawdy wszystko inne poświęcić jest gotowa. Ufał zaś jedynie w Bogu i jego pomocy. W duszy Lutra wytworzyły się zu­pełnie nowe przekonania, które wprawdzie nie zostały jeszcze ujęte w organiczny skład naukowej budowy, lecz w ogniu roz­prawy przebijały się niekiedy jasnością błyskawicy. Usposo­bienie jego cechowała pewna powaga i męstwo, tudzież sta­nowczość, na żadne nie zważająca przeszkody. Na twarzy jego zapisane były ślady niejednej burzy, która duszą jego miotała; była oraz widoczną i odwaga, z jaką na nowe wystawiał się burze. Dwaj chłopscy synowie byli wyobrazicielami dwóch prą­dów, które do dziś dnia dzielą świat chrześciański na dwa obozy; dwaj chłopscy synowie mieli stoczyć z sobą walkę, z której wynikiem przyszłość państwa i kościoła najściślej była połączoną.

                  O 7. godzinie z rana stanęli obydwa przeciwnicy każdy na swem miejscu. Naokoło nich zgromadziło się wielkie mnó­stwo uważnych słuchaczów.

                  Luter powstał, i stosując się do wskazówek koniecznej ostrożności skromnie w te odezwał się słowa: W imię Pana! Amen. Ja oświadczam, żebym przez bojaźń i uszanowanie do najwyższego kapłana nie był dysputo wał, gdyby mię przezacny Doktor Eck nie był zmusił do tego.

                  Eck: W twojem imieniu, najsłodszy Jezu! protestuję ja przed rozpoczęciem boju w waszej obecności, Jaśnie Wielmożni

 

1) Faciebat hoc Eccius, quia certam sibi glóriam propositam cernebat, propter propositianem meam, in qua negabam papam esse jare divino caput ecclesiae: hic patuit ei campus magnus. Luth. Opp. in praef.

 

    39   

 

panowie, aby wszystkie słowa moje oddano pod sąd najwyż­szej stolicy i tego pana, który na niej siedzi. Po krótkiej przerwie mówił dalej: Istnieje w kościele chrześciańskim na­czelna władza, od samego pochodząca Chrystusa. Wojujący kościół został ustanowiony na wyobrażenie kościoła tryumfują­cego. Ten zaś jest monarchią, w której istnieją stopnie hier­archii aż do najwyższego jej naczelnika, którym jest sam Bóg, Z tego powodu ustanowił Chrystus i na ziemi tenże sam po­rządek. Kościół nie mający głowy, byłby istnym potworem 1).

                  Luter (obracając się do zgromadzonych): Prawdą jest, co mówi Doktor, że kościół powszechny musi mieć naczelnika. Kto przeciwnego jest zdania, niechaj powstanie; co do mnie, to zgoda.

                  Eck: Jeźli kościół wojujący zawsze miał monarchę, to ja się pytam, kto takowym być ma, Jeźli nie papież rzymski?

                  Luter: Głowa wojującego kościoła jest sam Chrystus, a nie człowiek. Taka jest moja wiara według świadectwa Bożego. „Chrystus musi królować, pókiby nie położył wszystkich nie­przyjaciół pod nogi swoje” (1. Kor. 15. 25). A zatem nie po­winniśmy słuchać tych, którzy Chrystusa z wojującego usu­wają kościoła i do tryumfującego go przenoszą. Królestwo jego jest królestwem wiary. My nie widzimy naczelnika na­szego, ale mamy go.

                  Eck nie uważał się zwyciężonym, owszem przytoczywszy inne jeszcze dowody powiedział dalej, że z Rzymu, jako mówi Cypryan, wyszła jedność duchowieństwa.

                  Luter: Tak jest, ale tylko dla zachodniego kościoła. Wszak kościół rzymski pochodzi sam od kościoła jerozolim­skiego, który na początku był matka wszystkich kościołów.

                  Eck: Św. Hieronim pisze, że Jeźli by papieżowi nie zo­stała nadana nadzwyczajna, wszystko inne przewyższająca władza, to mielibyśmy tyle rozerwania, ile w kościele jest biskupów.

                  Luter: Jeźliby nie została nadana, powiada Hieronim to znaczy, że według ludzkiego prawa mogłoby się to stać, gdyby się wszyscy wierzący na to zgodzili. Ja nie przeczę, iż gdyby wszyscy wierzący biskupa Rzymu, albo Paryża lub Magdeburgu pierwszym i najwyższym kapłanem uznali, już przez wzgląd na taką jednomyślność kościoła i uszanowanie tejże należałoby się uszanować jego prawo. Ale taka rzecz nie stała się nigdy ani się też nie stanie. Kościół grecki wzbrania się aż do dnia dzisiejszego uznać naczelna władzę Rzymu.

 

1) Luth. Opp. lat. I. 243. s.

 

    40   

 

                  Wtenczas był Luter jeszcze gotów uznać papieża za naj­wyższą władze wewnątrz kościoła, a zwłaszcza jako władzę wybraną przez kościół, nie zaś przez Boga ustanowioną. Później dopiero oświadczył się zupełnie przeciwko poddaniu się papie­żowi. Do dalszego kroku tego doprowadziła go prawie dysputacya w Lipsku. Eck puścił się na pole, które Luter lepiej znał od niego. Nie umiał on jeszcze udowodnić, że papiestwo istnieje dopiero od czterechset lat. Eck cytował i dawniejsze jeszcze powagi, przeciwko którym Luter nie miał nic do nad­mienienia. Krytyka nie wzięła się jeszcze do badania fałszywych dekretałów Izydora. Im bardziej się atoli do pierwszych wieków kościoła zbliżano, tem był Luter siebie pewniejszym. Eck powoływał się na zdania Ojców kościoła, a Luter odpo­wiadał mu zdaniami ich. Widocznie przewyższał Luter nauką przeciwnika swego; uznać musieli to wszyscy słuchacze.

                  Że takie było zdanie św. Hieronima, rzekł Luter, to wynika z listu jego, napisanego do Euagryusza. Stoją tam te słowa: „Każdy biskup, czy mieszka w Rzymie, czy w Eugubium, Konstantynopolu czy Rhegium, w Aleksandryi czy Tuni­sie, równą ma zasługę i równą godność kapłańską. Jedynie znaczenie bogactwa i niskość ubóstwa stawia jednego biskupa wyżej, a drugiego niżej.”

Od pism Ojców kościoła przeszedł Luter na uchwały soborów, które biskupa Rzymu jedynie jako pierwszego między równymi sobie uważają.

                  Czytamy, rzekł Luter, w dekretałach soboru afrykańskiego, że: „Biskup pierwszej stolicy nie powinien nazywać się ani księciem biskupów, ani najwyższym kapłanem, ale jedynie bi­skupem pierwszej stolicy.” Gdyby monarchiczna władza rzym­skiego biskupa na Bożem ustanowieniu spolegała, to powyższa nauka byłaby oczywiście kacerską.

                  Eck odparł na to według sofistycznego sposobu swego: „Biskup Rzymu, jeźli tak chcecie, nie jest powszechnym bi­skupem, ale biskupem powszechnego kościoła.”

                  Luter: Na taką odpowiedź wole milczeć, niechaj ją sami słuchacze ocenią. Wybieg taki godny jest teologa; chyba próżny umysł dysputanta może się nim zadowolić. Ja nie nadarmo przybyłem tutaj i nie nadarmo tak drogim bawię tutaj ko­sztem, bom się nauczy, że papież nie jest powszechnym bi­skupem, ale biskupem powszechnego kościoła!

                  Eck: Dobrze, powróćmy do rzeczy. Ja mam udowodnić, że pierwszeństwo papieża na Bożem ustanowieniu spolega. Do­wodzę tego słowami Chrystusowemi: Tyś jest Piotr, a na tej

 

   41   

 

opoce zbuduję kościół mój. Św. Augustyn tłumaczy to w pe­wnym liście tak: Tyś jest Piotr, a na tej opoce tj. na Piotrze, zbuduję kościół mój. Wprawdzie na innem miejscu, powiada Augustyn, że oną skałą jest sam Jezus Chrystus, ale jednak nie cofnął on pierwszego tłumaczenia swego.

                  Luter: Jeźli czcigodny Doktor przeciwko mnie walczyć chce, to powinien nam nasamprzód wykazać, jakim sposobem się sprzeczne zdania Augustyna z sobą pogodzić dadzą. To bowiem jest pewną, iż Augustyn bardzo często powiada, że ona opoka jest Chrystus, a może ani nie bardzo na jednem  miejscu, jakoby nią był Piotr. Ale chociażby Augustyn i wszyscy Ojcowie kościoła uczyli, iż Chrystus Pan przez wyraz opoki apostoła swego rozumiał, to ja sam jeden występuję przeciwko nim wszystkim, a zwłaszcza na słowo apostoła, tj. według bo­skiego prawa. Albowiem stoi napisano; „Gruntu innego nikt nie może założyć, oprócz tego, który jest Jezus Chrystus” (1. Kor. 3, 11.). Piotr sam nazywa Chrystusa onym żywym kamieniem, na którym w dom duchowny zbudowani jesteśmy (1. Piotr. 2, 4. 5.).

                  Eck: Ja podziwiam pokorę i skromność zacnego Doktora, z jaka on sam jeden przeciwko tylom znakomitym Ojcom wy­stępuje, i więcej wiedzieć chce, niżli papieże, sobory, dokto­rowie i wszechnice! Zaprawdę, szczególniejszem byłoby to zrządzeniem, gdyby Bóg przed oczami tylu świętych i męczenników był zakrył prawdę aż do przyjścia przezacnego Ojca!

                  Luter: Nauki Ojców nie stoją przeciwko mnie. Najzna­komitsi nauczyciele, jako Augustyn i Ambroży, tego samego, co ja, są zdania. Św. Ambroży tłumaczy znaczenie onej opoki, na której się kościół opiera i powiada, że na tym artykule wiary kościół Chrystusów jest założony. Niechaj tedy przeci­wnik mój nieco lepiej język swój hamuje. Takiemi słowy pod­nieca się tylko nienawiść. To nie jest sposób dysputy praw­dziwego Doktora.

                  Eck nie spodziewał się u przeciwnika swego takiej zna­jomości rzeczy tudzież zręczności znalezienia się wśród labiryntu, w którym go zawikłać usiłował. „Doktor,” rzekł on, „wystąpił gruntownie przygotowany na plac boju. Wielmożni Państwo zechcą przebaczyć, że ja z mojej strony tak dokładnych badań przedłożyć nie mogę. Ja chciałem dysputować, ale nie pisać księgę.”

                  Dla Ecka było to niespodzianką, ale jednak nie myślał się poddać. Nie mogąc więcej przytoczyć dowodów uciekł się do pewnego podłego i podstępnego środka, szukając

 

    42   

 

użyciem takowego, Jeźli już nie zwyciężyć przeciwnika swego, to przynajmniej w niemałe wprawić go kłopoty. Gdyby mu się udało rzucić na Lutra podejrzenie o kacerstwo hussytyzmu i sprzyjanie naukom Czechów, to tem samem musiał go roz­broić, ponieważ wśród kościoła nienawidziano sprawy Czechów. Miejsce dysputy nie było od granicy czeskiej tak odległe. Z powodu potępienia Hussa i sprawy jego na soborze kostanckim zostały ziemie saskie wplatane w długą, zgubna i we wszelkie okrucieństwa obfita wojnę. Saksonia za szczególniejsza poczytywała sobie chlubę, iż Hussytom zdołała stawić opór. Wszechnica lipska powstała wskutek opozycyi stawionej nau­kom Hussa; — a dysputa odbywała się przed obliczem tych książąt, tej szlachty i mieszczaństwa, których ojcowie na pobo­jowiskach onej pamiętnej polegli wojny. Zwrócić uwagę publi­czności na zgodność nauki Lutra z nauka Hussa znaczyło tyle, co najokropniejszy na głowę Lutra wymierzyć cios. Tego pod­stępu użył Eck. „Od najdawniejszych czasów,” rzekł on, „byli wszyscy dobrzy chrześcianie tego przekonania, iż naczelne sta­nowisko rzymskiego kościoła od samego Chrystusa, a nie z ludz­kiego ustanowienia pochodzi. Co prawda, to że Czesi, nauk swych ze znaną zapalczywością broniący, powyższy błąd wypo­wiadali. Ja jestem wrogiem Czechów, ponieważ oni są wrogami kościoła — i proszę mi wybaczyć, że mi prawie w tej chwili przychodzą na pamięć. Ale według mojego słabego pojęcia sprzyjają wnioski Doktora błędom ich. Gadają nawet, jakoby już Hussyci chlubili się z tego.”

                  Zamach nie źle był obliczony. Wszyscy zwolennicy Ecka pochwycili podłe to rzucenie podejrzenia z ogromnym zapałem. Słuchacze wydawali okrzyki radości. „Takie obelgi,” napisał później Luter, „smaczniejszą były im biesiada, niżli sama dy­sputa.”

                  Luter: Rozerwanie nigdy mi się nie podobało, ani na wieki nie będzie się podobać. Czesi źle w tem czynią, iż się według własnego rozumienia rzeczy od jedności kościoła odry­wają, chociażby nawet boskie prawo nauce ich sprzyjało. Al­bowiem najwyższem prawem Bożem jest miłość i jedność ducha.

                  Było to przed południem dnia 5. lipca, gdy Luter słowa te wypowiedział. Za niedługo rozeszło się zgromadzenie z po­wodu pory obiadowej. Luter wyglądał posępnie. Azaż nie po­stąpił za daleko, potępiwszy w ten sposób chrześcian czeskich? Przecież oni te tylko nauki głosili, w których obronie on sam występował. Luter poznał trudność położenia swego. Czy tu wystąpić przeciwko soborowi, który Hussa i naukę jego potępił,

 

    43   

 

czy porzucić ona wzniosłą myśl o jedności kościoła Chrystuso­wego, która duszę jego zajmowała? Niezachwiany Luter nie namyślał się długo. „Górą prawda; niech się potem dzieje, co chce!” Gdy o drugiej godzinie po południu zagajono posie­dzenie na nowo, wystąpił Luter i stanowczym głosem te po­wiedział słowa:

                  „Między artykułami Jana Hussa i Czechów są niektóre bardzo chrześciańskie. To jest prawdą. Takim na przykład jest ten artykuł, że „tylko jeden jest kościół powszechny,” lub ten, „że wiara w naczelna władze rzymskiego kościoła nie jest dla zbawienia duszy niezbędna.” Dla mnie obojętna jest, czy to powiedział Huss albo czy Wiklef, dosyć, że to jest prawdą.”

                  Powyższe oświadczenie Lutra nadzwyczajne sprawiło wra­żenie. W katolickiem zgromadzeniu poważył się mnich z uzna­niem i pochwała wypowiedzieć znienawidziane imiona Hussa i Wiklefa! Wszczął się powszechny hałas i zamieszanie. Książę Jerzy wyglądał jakby rażony gromem ! W duchu widział już widmo wojny domowej, podnoszące sztandar zniszczenia na ziemi saskiej, — tej wojny, która przez tak długie lata ziemie przodków matki jego niszczyła! Nie mogąc wzruszenia swego ukryć powstał książę z krzesła, podjął boki i kiwając głową zawołał głośno, iż go wszyscy słyszeli: „A to się chyba ”wściekł!” 1). Powstało wielkie wzburzenie, wszyscy podnieśli się każdy z miejsca swego i rozmawiali z sobą. Kto się zdrzemnął, ocknął się naraz; przeciwnicy tryumfowali, przyjaciele Lutra znajdowali się w niemałem zakłopotaniu. Niektórzy z tych, co dotąd słów jego z przyjemnością słuchali, zaczęli naraz o prawowierności jego powątpiwać. W pamięci księcia Jerzego nie zatarło się nigdy wrażenie powyższych słów Lutra. Od tej chwili znienawidział on reformatora i został jego wrogiem.

                  Wrzawa, która się wszczęła, nie zbiła Lutra z toru. Głównym dowodem o prawdzie przekonania jego była mu ta okoliczność, iż Grecy nigdy papieża nie uznali, a mimo to nigdy nie ogłoszono ich kacerzami, tudzież że kościół grecki i bez papieża istniał i istnieć będzie, a jednak nie mniej od rzymskiego jest Chrystusowym.

                  Przeciwnie utrzymywał Eck, że kościół chrześciański nie sięga dalej, niż kościół rzymski, tudzież że grecy, czyli człon­kowie Wschodniego kościoła w ogóle, opuściwszy papieża, tera samem się wiary chrześciańskiej zaparli i bezwarunkowo są

 

1) Das wallt die Sucht!

 

    44   

 

kacerzami. „A zatem,” odparł Luter, „Grzegorz z Nacyansu, Bazyliusz Wielki, Epifaniusz, Chryzostom i wielu innych grec­kich biskupów nie dostąpili zbawienia? Oni w to nie wierzyli, żeby kościół rzymski ponad inne kościoły górował. — Papież rzymski nie może nowych artykułów wiary ustanawiać. Chrześcianin wierzący o żadnej innej nie wie powadze, jako jedynie o Piśmie świętem. Ono jedno boskiem jest prawem. Ja proszę Doktora o przyznanie tej prawdy, że rzymscy ka­płani byli tylko ludźmi, tudzież że nie godzi się uważać ich za bogów.”

                  Eck umiał na to odpowiedzieć jednym z tego rodzaju żartów, którymi tanim kosztem można sobie pozór zwycięstwa okupić. „Przezacny Doktor,” rzekł Eck, „nie bardzo zna się na tajemnicach kuchni; gotuje bowiem bigos z greckich świę­tych i greckich schismatyków i kacerzów, i chce wonnością świętobliwości Ojców pokryć kłamstwa kacerzów.”

                  Luter: Szanowny Doktor zakrawa na hultaja! Chrystus i Belial nie maja według mego zdania z sobą nic wspólnego.

                  Trzymając się zasady, że Pismo święte jedynie i bezwarunkowo na wiarę zasługuje, postąpił Luter o znaczny krok naprzód. W latach 1516 i 1517 występował on jedynie przeciwko kazaniom kramarzy odpustowych, tudzież przeciwko wymysłom scholastyków; ale w niczem jeszcze dekretów pa­pieskich nie naruszył. Później i te potępił on dekretały i za­łożył apelacyą do powszechnego soboru. A teraz i tę jeszcze powagę odrzucił, utrzymując, że żaden sobór nie może nowych artykułów wiary ustanawiać, a tem mniej podawać takowe za niemylną prawdę Bożą. Upadły w obliczu jego wszystkie ludzkie powagi z kolei; znikł piasek, któren zmywa woda i rozprasza wiatr. Pozostała jedynie opoka słowa Bożego, na której miał na nowo powstać z gruzów dom Boga żywego.

                  „Czcigodny Ojcze,” powiedział Eck, Jeźliście tego zda­nia, jakoby legalnie zgromadzony sobór pomylić się mógł, to w oczach moich jesteście jako pogania i celnik.”

                  Taka była treść rozpraw odbywających się pomiędzy obydwoma Doktorami. Publiczność zgromadzona słuchała ich z uwaga. Od czasu do czasu osłabiła się uwaga i przyjemnie było słuchaczom, gdy jakie zajście umysły ich trochę rozerwało i rozweseliło. Jak to często bywa, że przy najważniejszych zdarzeniach niekiedy i komiczne wydarzają się wypadki, tak było i tutaj.

                  Książę Jerzy miał według ówczesnego zwyczaju na dworze swoim błazna. Kilku żartownisiów rzekło do niego: „Luter

 

    45   

 

utrzymuje, że nadwornemu błaznowi wolno się ożenić; Eck zaś przeciwnego broni zdania.” Z tego powodu zagniewał się błazen na Ecka, i zawsze groźnem mierzył go spojrzeniem, ilekroć ujrzał Doktora, wstępującego w towarzystwie księcia na sale. Kanclerz ingolstadzki pozwolił sobie pewnego razu mały żarcik. Przymrużywszy jedno oko (nadworny błazen był jednookim) spoglądał drugiem z ukosa na małą figurkę błazna. Ten atoli, oburzywszy się nad tem do żywego, najgorsze na Ecka miotał obelgi. Z powodu tego całe zgromadzenie wybu­chło śmiechem! Przerwa ochłodziła trochę naprężone umysły słuchaczów 1).

                  W mieście i po kościołach wydarzały się równocześnie wypadki, w których się przerażenie zwolenników Rzymu nad słowami Lutra malowało. Przeważnie krzyczano po klasztorach, sprzyjających papieżowi. Pewnej niedzieli wybrał się Doktor wittenberski na uroczystą mszą do kościoła księży Dominika­nów. Było tam kilku tylko zakonników, odprawiających cichą msza przy pobocznych ołtarzach. Ledwie że się w klasztorze o obecności kacerza Lutra dowiedziano, to natychmiast przy­biegli zakonnicy, i porwawszy monstrancyą odnieśli ja do cyboryum; tam ją schowali i zamknęli, aby najświętszy sakrament spojrzeniem kacerskiego Augustyanina nie został splamiony. Inni znowu, którzy mszą odprawiali, pochwycili jak najprędzej wszystko, czego przy uroczystości tej używają, opuścili ołtarze i pobiegli przez kościół do zakrystyi, jakby ich sam djabeł gonił 2).

                  O dyspucie i przedmiotach jej mówiono wszędzie, po go­spodach, na wszechnicy i na dworze księcia. Każdy wynurzał o niej swe zdanie. Książę Jerzy nie mało był rozdrażniony; mimo to jednak nie sprzeciwiał się uporczywie lepszemu prze­konaniu o rzeczy. Pewnego razu, zaprosiwszy Lutra i Ecka do siebie na obiad, przerwał książę u stołu rozmowę ich, w te odzywając się słowa: „Czy już tam według boskiego, czy we­dług ludzkiego prawa papież jest papieżem, ale jednak papie­żem jest.” Luter uradował się nad słowami temi i rzekł: „Książe nie byłby tego nigdy powiedział, gdyby moje wywody nie były na nim wrażenia wywarły.”

                  Rozprawa o zwierzchnictwie papieża trwała przez 5 dni. Dnia 8. lipca przyszła na porządek dzienny rozprawa o czyśćcu i trwała przez dwa dni. Luter nie odrzucał jeszcze nauki

 

1) Luth. Opp. W. XV. 1440.

2) Löscher III. 281.

 

    46   

 

o czyśćcu, utrzymywał jedynie, że to, co scholastycy i przeci­wnicy jego o rzeczy tej nauczają, w Piśmie świętem i u Ojców kościoła się nie znajduje. „Nasz Doktor Eck,” zauważał Lutr­ze względu na brak wszelkiej gruntowności co do nauki prze­ciwnika swego, „przeleciał dziś po Piśmie świętem, nie dotknąwszy się go, prawie tak, jako pająk po wodzie przebiega.”

                  Dnia 11. lipca rozprawiano o odpustach. „To była tylko zabawka i śmieszna prawie rozprawa,” zauważał Luter. Sprawa odpustów zupełnie przepadła; Eck podzielał zgoła we wszystkiem zdanie Lutra. Sam to oświadczył, że prawie we wszystkiem zgadzałby się z Lutrem, gdyby z nim o naczelnej władzy papieża nie był dysputował.

                  Potem z kolei na inne przechodzili nauki, jako to na naukę o pokucie, o rozgrzeszeniu, które dawają duchowni, o uczyn­kach pokutnych i t. d. Jak zwyczajnie, tak i tutaj cytował Eck zawsze tylko zdania scholastyków, Dominikanów, tudzież odnośne ustawy papieskie. Luter wyprowadzał ztąd następujący wniosek:

                  „Doktor Eck ucieka widocznie przed Pismem świętem, tak jako djabeł przed krzyżem. Mimo najgłębsze moje posza­nowanie do Ojców kościoła, stoi dla mnie jednakowoż daleko wyżej znaczenie i powaga Pisma świętego, które ja przyszłym sędziom polecam.”

                  Tym sposobem zakończyła się dysputa Lutra. Karlstadt rozprawiał jeszcze przez dwa dni z Eckiem o zasłudze czło­wieka, i czy takową zjedna sobie człowiek przez tak zwane dobre uczynki. Dnia 16. lipca wszystko się zakończyło; rektor wszechnicy lipskiej zamknął dysputę stosownem przemówieniem. Po ukończeniu tegoż zagrzmiała huczna muzyka, poczem za­śpiewano pieśń Te Deum laudamus (Cię Boże chwalimy).

                  Ale końcowy śpiew ten nie odbywał się już z takiem nabo­żeństwem, z jakiem ono „Veni spiritus” przy rozpoczęciu śpie­wano. Już niektóre poczęły sprawdzać się przeczucia. Walka odbyta pomiędzy wyobrazicielami obydwóch prądów nauki ciężką zadała już ranę papiestwu.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1