IV.

Pochód. — Msza. — Mosellanus. — Veni, sancte spiritus! — Obraz Lutra i Karlstadta. — Doktor Eck. — Księgi Karlstadta. — Odpowiednia zasługa, przyrodzone siły. — Roz­różniania scholastyków. — Punkt rozstania się Rzymu i reformacyi. — Łaska czyni człowieka wolnym. — Zapiski Karlstadta. — Hałas słuchaczów. — Melanchton podczas dysputy. — Zda­nie Melanchtona. — Usiłowania Ecka. — Luter każe. — Mieszczaństwo Lipska. — Spór studentów i nauczycieli.

 

                Na dniu 27. czerwca miała rozpocząć się dysputa. W go­dzinie porannej zebrano się w kolegium wszechnicy. Ztąd ruszyło zgromadzenie w uroczystym pochodzie do kościoła św. Tomasza, gdzie z rozkazu i kosztem księcia uroczystą odprawiono

 

1) Luth. Opp. XVII, 246.

 

    28   

 

mszę. Po ukończeniu nabożeństwa wyruszył pochód w kierunku zamku księcia. Na czele postępował książę Jerzy w towa­rzystwie księcia pomorskiego; za nimi szli hrabiowie, opatowie, rycerze i inni szlachetni panowie. Za szlachta kroczyli dokto­rowie obu stronnictw. Siedmdziesięciu i sześciu obywatelów miasta stanowiło tylną straż, która z hellebardami w ręku i rozpostartymi proporcami przy odgłosie wojskowej muzyki aż do bramy zamku postępowała. W sali pałacu zajął każdy wyznaczone sobie miejsce. Książę Jerzy, następca tronu Jan, dwunastoletni książę anhalcki Jerzy i książę pomorski osobne zajęli krzesła.

                Mosellanus wstąpiwszy z nakazu księcia na ambonę, przy­pomniał teologom, jaki umysł sobie wśród dysputy zachować powinni. „Jeźli się w kłótnie zapuścicie,” powiedział Mosellanus, „to jakąż różnicę można będzie potem zaznaczyć między dysputującym teologiem i krnąbrnym pojedynkarzem ? Odnieść w dy­spucie zwycięstwo, to znaczy tyle, jako brata błądzącego odwieść od błędu jego. A zatem każdy życzy sobie zgolą więcej zostać zwyciężonym, aniźli zwyciężyć” 1).

                Po tych słowach odbił się od sklepieni Pleissenburgu dźwięk muzyki kościelnej; całe zgromadzenie upadło na kolana i wzywając pomocy Ducha Świętego zaśpiewało jednogłośnie starodawna pieśń: Veni, sancte spiritus 2). Uroczysta była to godzina w historyi reformacji!

                Po trzykroć pieśń tę powtarzano; a podczas nabożnego śpiewu korzyli się obrońcy starej i zwiastunowie nowej nauki pokornie aż do ziemi przed Panem. Wyobraziciele średniowie­cznego kościoła i ci, którzy kościół apostolski odtworzyć pra­gnęli, jednomyślnie wespół oddawali Panu cześć i chwałę. Umysły od siebie różne łączyły się jeszcze nawzajem, jeszcze obejmowała ich wiekiem uświęcona związka jednej i tej samej społeczności. Jedna i ta sama modlitwa na wszystkich była ustach, jakby z jednego tylko serca pochodziła.

                Ostatnie były to chwile zewnętrznej, martwej jedności kościoła. Odtąd miała powstać nowa, wewnętrzna jedność ducha i życia. O przyjście Ducha Świętego błagano; Duch ten miał przyjść i odrodzić chrześciaństwo.

                Po ukończeniu śpiewu podniosło się całe zebranie. Dysputa miała się rozpocząć, ale ponieważ była godzina południa, od­roczono takową aż do godziny drugiej. Główni szermierze dysputy

 

1) Seckendorf p. 209.

2) Przyjdź o wieczny Duchu, Panie.

 

    29   

 

byli u księcia na obiedzie. Po obiedzie powrócono na salę, szczelnie już przepełnioną słuchaczami. Dysputy takowe były w onym wieku istnymi wiecami. Powołani wyobraziciele ducha wieku swojego roztrząsali na nich kwestye, które wszystkie umysły zajmowały. Mówcy postąpili naprzód. Dla wyobrażenia sobie postaci ich przytaczamy tutaj opis, nakreślony ręką jednego z bezstronnych świadków powyższej rozprawy 1).

                „Marcin jest człowiekiem średniej postawy. Z powodu ciągłych studyów wygląda na ciele tak wycieńczony, iżbyś nie trudno wszystkie kości jego policzył. Znajduje się prawie w najlepszych latach, ma dźwięczny i doniosły głos. Co do nauki jego i wyrozumienia Pisma świętego, to nie ma on równego sobie, wszystko zgoła służy mu na zawołanie. Nie brak mu przedmiotu do mówienia, owszem wielki ma on zapas i rzeczy i wyrazów; chyba w tem możnaby upatrzyć pewien niedostatek, że nie zawsze takowe wyzyskać umie. W życiu i obejściu się z ludźmi jest grzecznym i uprzejmym, nie ma w sobie nic wy­muszonego lub zarozumiałego, i z każdym umie się znaleść. W towarzystwie podtrzymuje on ożywioną i przyjemną zabawę, jest wesół i siebie pewien i zawsze w dobrem usposobieniu, pomimo że przeciwnicy jego ciągle nań nastawają. Nie można oprzeć się wrażeniu, że rzeczywiście nie bez Bożej pomocy w tak wielkich działa on sprawach. To zaś zarzucają mu zgoła wszyscy, iż w odprawie, dawanej innym, zachowuje się zanadto szorstko i opryskliwie, daleko więcej, niżli się na teologa przy­stoi, a tem więcej na teologa podnoszącego nowe nauki.

                „Największa liczba tychże przymiotów jest i Karlstadtowi właściwą, tylko w niższym stopniu. Do tego jest on co do wzrostu szczuplejszy, cery ciemnej i opalonej; głos ma nieprzyjemny, pamięć słabsza i jest do gniewu skłonniejszy. Eck jest człowie­kiem wysokiej i barczystej postawy, ma silny prawdziwie nie­miecki głos, silną budowę, iżby nie tylko dla teatru ale owszem i na herolda w wojsku się zdał. Głos jego atoli więcej jest gruby niżli doniosły, i nie ma bynajmniej tego przyjemnego dźwięku, jaki Fabiusz i Cicero zachwalają. Usta, oczy i cała twarz jego każą prędzej domyślać się w nim rzeźnika lub żołnierza niżli teologa. Co się głowy jego dotyczy, ma on wyborną pamięć; a gdyby rozum jego równie był wybornym, to doskonałym byłby człowiekiem. Brak mu jednak talentu prędkiego pojmowania rzeczy, tudzież bystrości myślenia, bez którego wszystkie inne zdolności niczem nie są. A dla tego

 

1) Mosellanus według Seckendorfa 209.

 

    30   

 

przytacza on wśród dysputy tyle wyroków biblijnych, tyle zdań nauczycieli kościoła, i różnych innych argumentów bez wszelkiego względu na ich treść, bynajmniej o to nie dbając, jak bardzo takowe są oziębłe, jak do rzeczy zupełnie nie na­leżą, jak są udane i sofistyczne. . . . Przytem niesłychanem odznacza się zuchwalstwem, które nader podstępnie okrywać umie. Znalazłszy się bowiem w kłopocie, porzuca naraz swój przedmiot i natychmiast gada o czemś innem; niekiedy znów przywłaszcza sobie naraz zdanie przeciwnika, innemi oddawając je słowy, a swoje niedorzeczne twierdzenia kładzie jemu z niezmierną przebiegłością w usta.”

                Tak opisuje Mosellanus tych mężów, którzy w wielkiej sali Pleissenburgu zwracali na siebie uwagę tłumnie zebranej publiczności.

                Najprzód dysputował Eck z Karlstadtem. Przez dłuższą chwilę utkwił Eck wzrok swój w jakiś przedmiot, leżący na pulpicie ambony przeciwnika. Przedmiot ten widocznie go nie­pokoił. Była to biblia i pisma Ojców kościoła. „Ja nie będę dysputował,” odezwał się naraz Eck, „skoro ty sobie książki przynosisz!” Jakoby teolog nie potrzebował do dysputy ksią­żek ! Zdumienie Ecka niemniej innych napawało zdumieniem! „A przytem,” napisał Luter, „zasłonił się ten Adam jeszcze wcale pokaźnym listkiem figowym, i okrył swą sromotę. Azaż Augustyn w walce swej przeciwko Manicheuszom także książek nie używał?” 1) Wszystko nadaremno — zwolennicy Ecka pod­nieśli krzyk, inni znów żalili się, a Eck zauważał, że przeci­wnik jego chyba żadnej pamięci niema. Nareszcie ustanowiono stosownie do życzenia ingolstadzkiego kanclerza, iż każdy do pamięci swej tylko i języka ograniczyć się powinien. „A za­tem,” mówili niektórzy, „nie rozchodzi się przy dyspucie tej o zbadanie prawdy, lecz jedynie o to, aby wymowa i pamięć obydwóch stron uznanie znalazła!”

                Nie możemy na tem miejscu podać wszystkich szczegółów dysputy, która przez 17 dni trwała. Musimy zatem — według słów pewnego historyka — zastosować się do sposobu malarza, który malując obraz bitwy, najgłówniejsze sceny z przebiegu takowej na przedniejszem wyobraża miejscu, inne atoli przed­stawia w oddaleniu 2).

                Eck i Karlstadt o ważnym dysputowali przedmiocie. „Wola człowieka,” rzekł Karlstadt, „nie jest w stanie, przed nawróceniem

 

1) L. Epp. I. p. 294.

2) Pallavicini, I. 6.

 

    31    

 

się tegoż nic dobrego uczynić. Cokolwiek dobrego czy­nimy, to wyłącznie pochodzi od Boga, który najprzód w czło­wieku obudzą chcenie czynienia dobrego, a potem też udziela i siły do wykonania takowego. Prawda ta stoi napisana w Piśmie świętem (Filip. 2, 13.): „Bóg jest, który sprawuje w was chcenie i skutecznie wykonanie według upodobania swego,” tudzież w pismach Augustyna, który walcząc przeciwko nauce pelagianizmu tych samych zgolą użył słów. Wszystkie czyny, które nie z miłości Bożej i posłuszeństwa Bożego wy­nikają, pozbawione są w obliczu Boga prawie tego, co je do­brymi czyni, chociażby zkądinąd i z najszlachetniejszych ludz­kich pobudek wynikały. W sercu człowieka istnieje z przyro­dzenia pewien opór przeciwko Bogu. Człowiek naturalny jest za słabym do zwyciężenia takowego; nie ma do tego ani siły potrzebnej, ani woli rzetelnej. To jedynie mocą Bożą stać się może.

                Oto ona w świecie nieraz okrzyczana, a przytem jednak tak prosta kwestya o wolności woli człowieka. Taką była na początku nauka kościoła. Scholastycy atoli przemienili ją tak, iż jej już poznać nie było można. To prawda, powiadali scholastycy, iż naturalna wola człowieka nie może czynić nic prawdziwie Bogu się podobającego, ale jednak może się nie mało do tego przyczynić, aby człowiek stał się sposobniejszym do otrzymania łaski Bożej i godniejszym do dostąpienia tako­wej. Przygotowanie to nazywali „zasługą według słuszności” (meritum congruum), albowiem, jako Tomasz z Akwinu po­wiedział, słuszną jest rzeczą, aby Bóg szczególniej łaskawym był temu, który własnej woli swej dobrze używa. Że na­wrócenie człowieka Bożem jest dziełem, temu scholastycy nie zaprzeczali; dodawali atoli, że takowe nie dzieje się bez współ­działania przyrodzonych sił człowieka. Siły te bowiem nie zo­stały, jako oni utrzymywali, mocą grzechu wniwecz obrócone, ale tylko w rozwoju swym zatrzymane. Skoro atoli ciężąca im przeszkoda z drogi usuniętą zostanie, co się właśnie za pomocą łaski Bożej dzieje, to działanie sił tych rozpoczyna się na nowo. Naukę tę następującem objaśniali podobieństwem. Ptak znajdujący się przez niejaki czas w więzach niewoli nie utracił ani siły do latania, ani też latać nie zapomniał. Lecz potrze­buje ręki, któraby więzy jego rozwiązała; a potem on już sam skrzydeł swoich użyć potrafi. Tak samo ma się rzecz z człowiekiem, powiadali scholastycy 1).

 

1) Planck I. p. 176.

 

    32   

 

                Ta kwestya stanowiła przedmiot rozprawy Ecka z Karlstadtem, Eck zdawał się z początku być przeciwnym zdaniom wypowiedzianym przez Karlstadta. Widząc atoli, że na stano­wisku swem utrzymać się nie zdoła, odezwał się naraz tak: „Ja to uznaję, że wola człowieka nie posiada zdolności do wykonania jakiegokolwiek dobrego uczynku, tudzież że takową ma tylko od Boga.” „A zatem przyznajesz,” rzekł Karlstadt, pełen radości z tego ustępstwa, „że dobry czyn jedynie od Boga pochodzi.” „Cały dobry czyn pochodzi od Boga,” od­rzekł na to sofista, „ale nie całkiem.” — „A to mi zaiste,” odezwał się Melanchton, „wynalazek, godny teologicznej umie­jętności.” — „Całe jabłko,” dodał Eck, „wytwarza się za po­mocą słońca, ale jednak nie całkiem przez słońce bez współ­działania drzewa 1). Nikt z pewnością nie utrzymywał jeszcze, że słońce jabłka wydawa.”

                „Prawda,” rzekła przeciwna strona, a chcąc oraz delika­tną tę i dla filozofii i religii nader ważną kwestya bliżej okre­ślić zapytała dalej, „ale jakże oddziaływa na człowieka Bóg i jakże zachowuje się człowiek wobec tej czynności Boga?” —

                „Ja przyznaję”, rzeki Eck „że pierwszy popęd co do na­wrócenia człowieka pochodzi od Boga, tudzież że wola człowieka zachowuje się wobec tegoż zupełnie biernie.” Aż potąd zga­dzały się obie strony. „Ja zgadzam się” rzekł znów Karlstadt, „że po tym pierwszym uczynku za strony Boga następuje nie­coś ze strony człowieka, co apostoł Paweł nazywa „chceniem,” a ojcowie kościoła nazywają „przyzwoleniem.” I co do tego punktu zgadzali się obydwa; ale dalej już nie. „To przy­zwolenie człowieka,” powiedział Eck, „pochodzi częścią od Boga, częścią z niezawisłej woli człowieka.” Zdaniem Karl­stadta było, że „Bóg w człowieku chcenie to sprawuje, że ono „przyzwolenie” Bożym jest darem, tudzież że przyzwolić na co nie jest forma czynności.” Nad zdaniem tem, człowiekowi słabość jego w tak jaskrawych wyobrażającem kolorach, zdumiał się Eck nie mało „W takim razie byłby człowiek jako kawał drzewa, jako kamień, nie zdolny do żadnej czynności ze swej strony!” odrzekł Eck. „Zaprawdę?” — zauważali reformatorowie; „czyż istotnie miałby człowiek być jako kamień lub ka­wał drzewa? Przecież ma on w sobie zdolność i siłę do przy­jęcia tego, co w nim skutkuje Bóg!” — „Ale już doświad­czenie świadczy przeciwko wam, którzy wszelkiej człowiekowi

 

1) Quamquam totum opus Dei sit, non tamen totaliter a Deo esse, quemadmodum totum pomum efficitur a sole, sed non a sole totaliter et sine plantae efficientia. Pallavicini I. p. 58

 

    33   

 

wzrodzonej sile zaprzeczacie” odpowiedział Eck. — „My nie przeczemy, że człowiek ma pewne siły, że jest w stanie roz­myślać, doświadczać rzeczy i wybierać takowe. Ale siły i zdol­ności te uważamy jedynie za narzędzia, które nic dobrego zrobić nie zdołają, dopóki ich do tego ręka Boża nie poruszy. One są jakby piła w ręku robotnika.”

                Rozchodziło się tu o onę wielką kwestyą, dotyczącą się wolności człowieka. Reformatorowie nie zaprzeczali bynajmniej człowiekowi pewnych dążności moralnych, ani też nie uważali człowieka za jakąś martwą machinę, która tylko biernie się za­chowuje. Wolność uczynku moralnego w tem zależy, iż człowiek według własnego wyboru działać może. Każdy czyn, który człowiek bez wszelkiego zewnętrznego nacisku, jedynie wskutek postanowienia własnego umysłu swego wykonywa, wolnym jest czynem. Wola człowieka kieruje się pewnemi motywami. Ale codziennie spostrzegamy, jako te same pobudki, nie tenże sam wpływ na różne osobistości wywierają. Wielu ludzi działa nie według tych powodów, których wewnętrzną wartość w za­sadzie uznawają. Powody te nie oddziaływają dostatecznie na wolę człowieka, albowiem przeciwko nim walczy skażenie jego rozumu i serca. Bóg dawając człowiekowi serce nowe i ducha nowego, usuwa tem samem powyższe zapory. On nie odbiera człowiekowi jego wolności, ale usuwa tylko to, co wolnemu działaniu woli człowieka na przeszkodzie stoi i według głosu sumienia sprawować się zabrania. A zatem Bóg czyni człowieka według słowa Pisma prawdziwie wolnym (Jan. 8. 39.).

                Pewne drobne zajście przerwało dysputę. Jako Eck donosi 1), przygotował sobie Karlstadt kilka dowodów na piśmie i odczytał takowe, jak to wielu mówców dnia dzisiejszego robi. Eck widząc w tem sposób postępowania ucznia, opierał się prze­ciwko niemu. Karlstadt znalazł się w kłopocie; bał się bowiem, że pozbawiony pomocy swych zapisków nie będzie w stanie mówić dalej. „Patrzcie,” zawołał scholastyk tryumfującym głosem, „on nie ma tak dobrej pamięci, jak ja.” Poruczono sprawę sędziom polubownym, którzy orzekli, iż cytaty przytaczane z pism Ojców kościoła, wolno jest odczytywać, z resztą atoli należy mówić z pamięci.

                Tę pierwszą część odbywających się rozpraw przerywały nieraz okrzyki słuchaczów, którzy się niespokojnie zachowywali i głośno się odzywali. Jeśli twierdzenie jakie nie odpowiadało uszom większości, to podnoszono krzyki, tak iż, jak to w

 

1) Seckendorf. p. 192.

 

    34   

 

dzisiejszych parlamentach się dzieje, galery e do spokojnego za­chowania się upominać musiano. Tudzież i dysputanci dali się niekiedy zapałem dysputy porwać za daleko.

                Obok Lutra siedział Melanchton, który zgoła nie mniej od tegoż zwracał na siebie uwagę zgromadzenia. Melanchton był szczupłej postawy, i wyglądał prawie na 18-letniego mło­dzieńca. Luter był zupełnie o głowę wyższy od niego. Między obydwoma zdawała się najściślejsza istnieć zażyłość. Zawsze tylko społem wchodzili, odchodzili i na przechadzkę wychodzili.

                Jan Kesler, rodem ze Szwajcaryi, kończył wtenczas w Wittenberdze nauki, i został potem reformatorem miasta i kantonu St. Gallen. Ten pisze o nim tak: „Widząc Melanchtona pomyślałbyś, że to chłopiec, ale co do rozumu, nauki i talentu jest to istny olbrzym i trudna jest do pojęcia, jako w tak szczupłem ciele takie bogactwo nauki i geniuszu po­mieścić się może.” W chwilach przerwy rozmawiał Melanchton z Karlstadtem i Lutrem, pomagał im w przygotowaniu się do debaty, podawał dowody, które obszerna nauka jego zawsze miała na pogotowiu, ale podczas dysputy siedział cicho i spo­kojnie pomiędzy słuchaczami, słuchając mów teologów z usilna uwaga 1). Kilka kroć przyszedł on Karlstadtowi w pomoc. Nie­kiedy, gdy Karlstadt potężnemu tokowi wymowy ingolstadzkiego kanclerza ulegać się zdawał, przystąpił do niego z cicha młody profesor, poszepnął mu słowo do ucha lub podsunął karteczkę, na której była napisana odpowiedź. Razu jednego spostrzegł to Eck. Rozgniewany nad tem, że ów gramatyk — tak nazywał go Eck — miesza się w dysputę, obrócił się do Melanchtona i wyniosłym odezwał się tonem: „Milcz Filipie; tam, o swoje troszcz się nauki, a nie przeszkadzaj mi!” 2) Może przeczuwał to Eck, jak niebezpiecznego miał później w tym młodym czło­wieku znaleść przeciwnika. Ta podła obraza przyjaciela oburzyła Lutra do żywego. „Dla mnie,” rzekł Luter, „ma zdanie Filipa daleko większa wagę, niżli zdanie stu Ecków.”

                Spokojny umysł Melanchtona poznał od razu słabe strony tej rozprawy. Według rozumnego i powabnego swego sposobu mówienia, jakim się wszystkie słowa Melanchtona odznaczają, wydał on o powyższej rozprawie taki sąd: „Dziwić się tylko można, gdy człowiek widzi, z jaką tu goryczą tak ważne sprawy omawiają. Cóż się przez to zyska? Duch Boży ma upodobanie w powściągliwości i cichości; inaczej nie wnidzie on do serca

 

1) Corpus Reform. I. p. III.

2) Corpus Reform. I. 149.

 

    35   

 

człowieka. Oblubienica Chrystusowa nie stoi na ulicach i na rozstaniu dróg, owszem, ona oblubieńca swego do domu matki swojej prowadzi” 1).

                Obiedwie strony przypisywały sobie zwycięstwo. Eck użył wszelkich środków zręczności, aby pozór po swojej mieć stronie. Ponieważ sporne zdania niemal się z sobą stykały, chełpił się Eck, że przeciwnika na swoja nawrócił stronę; to znowu zmienił swą postać, jakby istny Proteusz — tak się Luter wyraża —, a innemi słowy wypowiedziawszy zdanie Karlstadta zapytał się tryumfującym głosem, czy mu tego nie musi przyznać. Niedoświadczeni słuchacze, nie poznawszy się na sztuczkach sofisty, przyklaskiwali mu i podnosili okrzyki radości. Pod więcej niż jednym względem nie byli obydwa sobie równi, Karlstadt myślał bardzo pomału i był nieraz dopiero na drugi dzień w stanie odpowiedzieć na zarzuty przeciwnika. Eck zaś był mistrzem w swej sztuce i umiał natychmiast potrzebną znaleść odpowiedź. Występował z pewna zarozumiałością, zbliżał się dziarskim krokiem do swej ambony; nie pozostawał stać, ale przechadzał się tam i sam, podnosił potężny swój głos, miał na każdy dowód odpowiedź na pogotowiu, tudzież pamięcią i biegłością swą umiał on słuchacza wprowadzić w obłąd. Lecz niespostrzeżenie zrobił jednak Karlstadtowi niemałe ustępstwa, większe nawet niż pierwotnie było jego zamiarem. Zwolennicy uśmiali się nad jego sofismatami; lecz była to tylko, jako po­wiada Luter, udana wesołość, bo w gruncie serca boleli nad tem, iż mistrz ich, co z taką zarozumiałością w pole wystąpił, stał się naraz zbiegiem, opuściwszy chorągiew swa i oddaliwszy się od wojska swego.

                Po dwóch czy trzech dniach od chwili rozpoczęcia dysputy zrobiono przerwę. W święto Apostołów Piotra i Pawła nie odbywano rozprawy.

                Książę pomorski wezwał Lutra, aby w dzień ten powie­dział w kaplicy w jego obecności kazanie. Wezwanie to przyjął Luter z radością. Ale kaplica została od razu przepełnioną i dla mnóstwa przybywających słuchaczów nie było już miejsca. Zgro­madzenie musiało wyruszyć do wielkiej sali zamkowej, w której się dysputa odbywała. Luter kazał o łasce Bożej i o władzy Piotra. Prawdy, które zazwyczaj studentom na wszechnicy wy­kładał, opowiadał Luter pobożnemu ludowi. Chrześciaństwo podawa światłość prawdy najoświeceńszym umysłom, ale oraz także i prostaczkom; przez to różni się od wszystkich innych

 

1) Opp. p. 134.

 

    36   

 

religij i od filozofii. Teologowie lipscy, którzy kazanie Lutra słyszeli, donieśli Eckowi jak najśpieszniej ze zgorszeniem o naukach reformatora, które dla uszu ich tak były bolesne. To koniecznie wymaga odpowiedzi, odzywały się głosy; takie błędy i sofismata należy się odeprzeć publicznie. To prawie odpowiadało życzeniom Ecka. Dla niego stały wszystkie kościoły miasta otworem. Cztery razy kazał Eck przeciwko Lutrowi i jego kazaniu. Przyjaciele Lutra oburzyli się nad tem i domagali się, aby i reformatora wysłuchano. Ale wszystko nadaremno. Przeciwnicy reformacyi mieli wolny przystęp do każdej kazalnicy, zwolennikom zabroniono takowego. „Ja musiałem milczeć,” powiada Luter, „i spokojnie znosić, gdy mię oskarżano, lżono i złorzeczono mi. Ja nie mogłem się ani usprawiedliwić ani dać odpowiedzi” 1).

                Nie tylko duchowieństwo sprzeciwiało się naukom ewan­gelicznym, toż samo czyniło i mieszczaństwo Lipska. W fanatycznem zaślepieniu słuchano z upodobaniem kłamstw i obelg rozszerzanych o reformatorach. Znakomitsi obywatele miasta nie odwiedzili ani Karlstadta ani Lutra; nawet spotkawszy na ulicy nie pozdrowili ich, co więcej oczerniali ich nawet w oczach księcia Jerzego. Natomiast codziennie z ingolstadzkim obcowali Doktorem, jedli i pili z nim razem. Eck znał się dokładnie na porównywaniu saskiego piwa z bawarskiem, a jego nieco wolne obyczaje nie wydawały najlepszego świadectwa o poczciwości jego pożycia 2). Luter nie otrzymał nic oprócz zwyczajnego przy dysputach podarunku wina. Ci, którzy mu sprzyjali; nie dali tego poznać na zewnątrz. Kilku ludzi Nikodemowego uspo­sobienia przyszło do niego potajemnie lub w nocy. Tylko dwie osoby oddały samym sobie poszanowanie przez to, iż publicznie oświadczyły się przyjaciółmi Lutra. Byli nimi Doktor Auerbach, który już w Augsburgu Lutra odwiedził, i Dr. Pistorius młodszy.

                W mieście panowało wielkie wzburzenie umysłów. Oba stronnictwa równały się dwom nieprzyjacielskim obozom, między którymi przychodziło od czasu do czasu do utarczki. Lipscy i wittenberscy studenci ścierali się z sobą. Po gospodach, ba nawet i na zgromadzeniach duchownych opowiadano publicznie, że Luter nosi z sobą djablika zamkniętego w skrzynce.

                „Nie wiem ja,” zauważał złośliwie Eck, „czy się djablik w skrzynce czy w habicie znajduje, ale to nie ulega wątpli­wości, iż gdzieś jest.”

 

1) Luth. Opp. C. XVII. p. 247.

2) List Ecka do Havena i Burkharda z dnia 1. czerwca 1519, Walch. XV. p. 1466.

 

    37   

 

                Kilku doktorów jednego i drugiego stronnictwa mieszkało przez czas trwania dysputy w domu drukarza, imieniem Herbipolis. Tam wydarzały się niekiedy takie zajścia, iż gospodarz był zmuszonym miewać u siebie podczas obiadu żołnierza uzbrojonego w hellebardę, aby w danym razie zapobiedz bijatykom. Pewnego razu wszczął się spór między handlarzem odpustów, niejakim Baumgärtnerem i pewnym szlachcicem, który sprzyjał Lutrowi. Baumgärtner tak uniósł się gniewem, iż z powodu tego umarł. „Ja sam,” powiada Froschel, donosząc o tym wypadku, „poma­gałem odnieść go do grobu” 1). Wzburzenie umysłów było po­wszechne. Jako dziś, tak i wtenczas odbijał się po ulicach i domach odgłos mów, wygłoszonych z mównicy.

                Książę Jerzy szczerze sprzyjał Eckowi, ale jednak nie z ta namiętnością, co jego poddani. Zaprosił on wszystkich trzech, Ecka, Lutra i Karlstadta do siebie do stołu; Lutra wezwał nawet, aby go osobno odwiedził, ale przytem dał mu poznać, jak bardzo przeciwko niemu został uprzedzony. „Waszem pismem o Modlitwie Pańskiej obałamuciliście niejedno sumienie. Dużo ludzi uskarża się, że przez cztery dni ani jednego nie mogli zmówić „Ojczenasza.”

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1