16   

 

II.

W Niemczech się walka na pozór zakończyła. Eck znowu ją pod­nieca. — Spór toczy się miedzy Eckiem i Karlstadtem. — Kwestya dotycząca się papiestwa. — Odpowiedź Lutra. — Obawy przyjaciół Lutra. — Odwaga Lutra. — Prawda zwy­cięża. — Książe Jerzy się waha. — Wesołość Mosellana. — Obawy Erazma.

 

Po za granicami państwa niemieckiego rozpoczynała się walka, w domu atoli zaczęła już przygasać. Najzuchwalsi szermierze Rzymu, mianowicie Franciszkanie miasta Jüterbogk, ode­brawszy siarczystą odprawę reformatora usunęli się natychmiast z placu boju i pozostawali w milczeniu. Zwolennicy papieża milczeli, Tecel był niezdolny do boju, nalegania przyjaciół na­kłoniły Lutra do przestrzegania pokoju. Tezy poszły powoli w zapomnienie, cisza fałszywego pokoju zawiązała wymowne usta reformatora. Powszechnie wydawało się, że już po reformacyi. O czasie tym napisał Luter później te słowa: „Ludzie przemyśli wali próżne rzeczy, ale Pan powstał, aby sądził na­rody. Bóg nie tylko, że mię prowadzi, on mię owszem porywa i popycha naprzód. Ja nie jestem panem samego siebie; albo­wiem ja pragnę pozostawać w pokoju, a oto gwałtem widzę się wirem okoliczności porwanym i uniesionym” 1).

                Gorliwy zwolennik teologii scholastycznej, tudzież dawny przyjaciel Lutra i autor Obelisków, profesor Eck, podjął na nowo walkę przeciwko reformatorowi. Eck był szczerym zwo­lennikiem papiestwa. Religia nie była jemu rzeczą, serca. Eck należał owszem do onej po wszystkie czasy wielkiej liczby tych ludzi, którzy naukę ba nawet religią i teologią jedynie za śro­dek uważają, służący im do zjednania sobie w oczach świata imienia i chwały. Żądza próżnej chwały pała w sercu, okrytem pokojową szata duchownego nie mniej, niżli pod pancerzem wojownika. Sztuki prowadzenia uczonej dysputy wyuczył się Eck według reguł scholastyków i stał się mistrzem w używa­niu takowej. Średniowieczne rycerstwo i wojownicy wieku reformacyi szukali laurów na placu turniejów; scholastycy zaś szukali takowych w syllogizmach i dysputach, któremi się na akademiach powszechnie bawiono. Eck był człowiekiem, mają­cym o sobie nader wysokie zdanie.

 

1) Luth. Opp. lat. Praef. Epp. I. 231.

 

Zdolności umysłowe, któremi się odznaczał, dobre wzięcie sprawy, której bronił, tudzież ośm zwycięstw, któremi się w dysputach na węgierskich, lombardzkich i niemieckich wszechnicach miał wsławić, — wszystko to razem wzbiło go w dumę i obudziło w sercu jego żądzę zmierzenia siły i zręczności swojej w walce z reformatorem. Eck nie pominął żadnej sposobności, nie wyzyskawszy jej celem pomnożenia swej chwały. Chcąc koniecznie do liczby najznako­mitszych teologów czasu swego należeć, nie przestawał on zawsze jakieś nowe podnosić subtelności, przez co imię jego stawało się głośnem, a życie obfitem w rozkosze Eck odbył podróż do Włoch, która według jego świadectwa miała równać się pochodowi zwycięscy; najznakomitsi bowiem uczeni tezy jego podziwiali. Jako szermierz wprawny wybrał sobie teraz Eck nowe pole walki, z góry pewnym będąc zwycięstwa. Ów skromny mnich, który naraz na istnego w oczach świata wyrósł olbrzyma, ten nieprzezwyciężony dotąd Marcin Luter stał mu w drodze i budził w wyniosłem sercu jego zazdrość 1). Ale czy przez dumę swą nie wyrządzi szkody sprawie papiestwa? O takie względy nie dbało próżne serce scholastyka. Teologowie i ksią­żęta umieli nieraz na ołtarzu własnej próżności swej poświęcić dobro całych narodów. Niebawem dowiemy się, jakim sposobem powiodło się ingolstadzkiemu Doktorowi nieznośnego mu współ­zawodnika wyzwać w pole naukowej walki. Gorliwy ale przytem nieco popędliwy Karlstadt zostawał wtenczas jeszcze w ścisłem porozumieniu z Lutrem. Przedewszystkiem łą­czyła ich z sobą ta okoliczność, iż obaj trzymali się nauki o łasce Bożej, tudzież iż wespół gorliwie badali pisma Augu­styna. Roztropność Karlstadta atoli mniejszą była od jego za­pału, to też nie poddał się on zabiegom i polityce Miltica. Przeciwko Obeliskom Ecka ogłosił Karlstadt tezy, broniąc w nich osobę Lutra i wspólną ich wiarę. Eck wydał swą od­powiedź, ale i Karlstadt nie pozostawił mu ostatniego głosu2). Walka stawała się coraz zaciętszą. Eck, szukając sprzyjającej sposobności, rzucił rękawicę, a popędliwy Karlstadt podniósł takową.

                Namiętność obydwóch tych mężów stała się w ręku Boga narzędziem do osiągnięcia wyższych zamiarów jego. W walce tej nie brał Luter udziału, mimo to miał on w powyższym boju zostać bohaterem. Są ludzie, co szczególniejszym zbiegiem okoliczności zawsze na nowo na widownią rzeczy parci bywają.

 

1) Nihil cupiebat ardentius, quam sui specimen praebere in solemni disputatione cum aemulo. Pallavicini I. 55.

2) Defensio adversus Eckii monomachiam.

 

    18   

 

Rozprawa miała odbyć się w mieście Lipsku i tym sposobem przyszło do onej słynnej odtąd „dysputacyi w Lipsku.”

                Eckowi niewiele zależało na rozprawie z Karlstadtem, ba nawet na odniesieniu nad nim zwycięstwa. Właściwym jego za­miarem było wyzwać Lutra w pole i stanąć przeciwko niemu. W tym celu ogłosił Eck trzynaście tez, zbijających zasadnicze nauki reformatora. Trzynaste zdanie tak opiewało: „Zaprze­czamy twierdzeniu, jakoby kościół rzymski dopiero za panowa­nia papieża Sylwestra nad inne kościoły był został wywyższony; owszem utrzymujemy, iż wszyscy, którzy na stolicy Piotrowej zasiadali i wiarę jego wyznawali, po wszystkie czasy następcami Piotra i namiestnikami Chrystusa bywali.” Papież Sylwester żył za panowania Konstantego Wielkiego. Eck zaprzeczał za­tem, jakoby pierwszeństwo Rzymu od cesarza Konstantego po­chodziło.

                Luter, który i tak nie bardzo chętnie przyjął na się obo­wiązek milczenia, oburzył się nie mało, dowiedziawszy się o po­wyższych zdaniach Ecka. Widoczną bowiem było, iż takowe prze­ciwko jego nauce wymierzone zostały, tudzież iż nie łatwą będzie bez ujmy własnego honoru pominąć je milczeniem. „Karlstadta przeciwnikiem swoim nazywa,” pisze Luter, „a prze­ciwko mnie się rzuca. Lecz Bóg jest sędzią, on najlepiej wie, na co sprawa ta wyjdzie. Tu nie rozchodzi się ani o moją ani o Ecka osobę. Boża wypełni się wola. Sprawa ta była dotąd zabawką, ale przez Ecka większego nabierze znaczenia; ona tyraństwu Rzymu i rzymskiemu papieżowi zgubny zada cios” 1). Rzym zerwał ugodę; co więcej, dawając hasło do boju zagaił rozprawę o przedmiocie, którego Luter dotąd bezpośrednio nie poruszył. Doktor Eck występując przeciwko przeciwnikom swym podniósł kwestyę dotyczącą się naczelnej władzy pa­pieża. W tym względzie wstąpił on w niebezpieczne ślady Tecla 2). Rzym sam wyzwał reformatora do boju, a jeźli ztąd niejedną bolesną odniósł ranę, to samemu sobie winę przypi­sywać musi.

                Jeźli zwierzchnictwo papieża próby nie wytrzyma, to cała budowa rzymska się zachwieje. Papiestwu zatem wielkie groziło niebezpieczeństwo, a mimo to nie zrobili Miltic i de Vio ani kroku celem zapobieżenia nowemu temu sporowi. Może zanadto pewni byli wygranej, a może też ogarnęła ich ona siła zaśle­pienia, która możnych tego świata nieraz do upadku uwodzi.

 

1) Luth. Epp. 1. 230. 232.

2) Luth. Epp. III. c. 3.

 

    19    

 

                Luter zachował się przez długi czas w milczeniu; umiar­kowanie jego zasługuje ze wszech miar na uznanie. Ostatecznie atoli odezwał się na wyzywania przeciwnika. Tezom Doktora Ecka nowe przeciwstawił tezy. W ostatniej z nich napisał, co następuje: „Że kościół rzymski wyższy ma być od innych, dowodzą po prostu dekretami papieskimi, które w przeciągu ostatnich 400 lat wydane zostały. Tymczasem świadczą prze­ciwko temu historye dawniejsze od 1100 lat, jako to tekst Pisma św. i słowa zakończenia świętego niceńskiego soboru.”

                „Widzi Bóg,” napisał Luter równocześnie do księcia elektora, „że koniecznie miałem zamiar milczeć. Zaprawdę, cieszyłem się nad zakończeniem tej sprawy. Umowy, którą z komisarzem papieskim zawarłem, przestrzegałem tak ściśle, żem się ani szyderstwami wrogów ani namowami przyjaciół nie dať nakłonić do dania odpowiedzi Sylwestrowi Prieriemu. Ale teraz Doktor Eck mię zaczepia, a to nie moją tylko osobę, owszem całą wszechnicę wittenberską. Tego nie mogę ja na sobie przenieść, iżby prawdę tak obrzucano błotem” 1).

                Również napisał on do Karlstadta: „Nie życzę sobie, zacny Jędrzeju, abyś ty w powyższą rozprawę zaplątać się miał, gdyż sprawa ta do mnie się odnosi. Ja chętnie ważniej­sze moje prace na bok odłożę i zajmie się zabawkami tych pochlebców rzymskiego papieża.” Potem, zwracając się do wrogów swoich, odzywa się Luter dalej. „Niech i tak będzie! przezacny Ecku!” (woła on z pewnem poczuciem siebie niby z Wittenbergi do Ingolstadtu), „silnym bądź mężem; opasz miecz swój około biódr swoich, mężny mocarzu!” Nie chciałeś mię mieć jako rozejmcę, to może chętniej przyjmiesz mię za przeciwnika. Nie pragnę ja zwycięstwa nad tobą; ale po wszy­stkich zwycięstwach twych, odniesionych w Węgrzech, w Lombardyi i Bawaryi — jeźli inaczej temu wierzyć możemy — chciałbym dać ci sposobność do zjednania sobie imienia zwy­cięscy także na ziemi saskiej i miśnijskiej; a jeźli ci się po­doba, to potem na zawsze możesz przyjąć tytuł „możnego po­gromcy” 2).

                Przyjaciele Lutra zostali z powodu tego mocno zanie­pokojeni. Nikt dotąd nie zdołał oprzeć się sofismatom Ecka. Ale więcej jeszcze podniecał obawę ich drażliwy przedmiot rozprawy, którym była naczelna władza papieża. Jakże mógł ten biedny wittenberski mnich porwać się na onego olbrzyma,

 

1) Luth. Epp. I. 237.

2) Luth. Epp. I. 251.

 

    20   

 

który przez tyle wieków wszystkich przeciwników swych zgniótł bez miłosierdzia? Na dworze księcia elektora panowało zanie­pokojenie umysłów. Spalatin, ten powiernik księcia i szczery przyjaciel Lutra, pełen był trwogi. Nawet i Fryderyk był nie­spokojny.

                W takim boju nie wystarczył już ani miecz rycerza świętego grobu, który przedtem w Jerozolimie otrzymał. Je­dyny Luter zostawał spokojny. „Bóg poda go w ręce moje,” powiadał Luter. Wiara jego oddziaływała i na umysły przy­jaciół. „Proszę cię,” napisał Luter do Spalatina, „nie trap siebie niepokojem. Gdyby Chrystus ze mną nie był, to wszy­stko, co dotąd uczyniłem, byłoby mi na zgubę wypaść musiało. Azaż i z Włoch, nie dawno temu, napisano do kanclerza księcia pomorskiego, że cały Rzym wprawiłem w kłopot, bo nie wie­dzą, jakoby wzburzeniu umysłów zapobiedz mieli. Za to też nie chcą występować przeciwko mnie według ustaw prawa, ale za pomocą rzymskiego podstępu (tak się wyrażono); a to ma zapewnię znaczyć, że przeciwko mnie użyją trucizny, zasadzek lub miecza. Ja powstrzymuję się przez miłość do księcia elektora i do wszechnicy, i milczę o niejednej rzeczy, którąbym, na innem będąc miejscu, bez ogródki wypowiedział. Biedny mój Spalatinie! niepodobną jest mi, jeźli o Piśmie św. i o ko­ściele prawdę mówić mam, wypowiedzieć zdanie moje tak, iżby Rzymu do gniewu nie pobudzało. Dopóki teologią się zajmuję, nie mogę zachować się  spokojnie. Jeźli sprawa ta z Boga jest, to nie zakończy się, aż mię wszyscy przyjaciele moi tak opu­szczą, jako Chrystusa wszyscy uczniowie jego opuścili. Ale prawda jednak pozostanie. Ona bowiem nie przeżeranie, nie przez ciebie, ani przez żadnego innego człowieka, ona przez samą siebie zwycięży. Jeźli ja zginę, to świat nie zginie ze mną. Ale nareszcie mnie nędznemu człowiekowi ani być go­dnym, abym za taką sprawę życie położył”1). „Rzym,” piszô Luter o tymże czasie, dnia 30. maja 1519, „pała pragnieniem zemsty, szukając, jakoby mię zgniótł, ale ja śmieję się z tego. W Rzymie spalono publicznie na placu, który zowią campus Florae, Marcina Lutra, wymalowanego na papierze, obrzuciwszy go poprzednio klątwami i urąganiem. Ja nie lękam się wście­kłości ich. Cały świat wre i burzy się! Cóż z tego wszystkiego wyniknie? Bóg to jedynie wie. Wojny i klęski przypadną na nas. Niech Bóg się nad nami zlituje” 2).

 

1)Luft. Epp. I. 201.

2)Luth. Epp. I. 280.

 

    21   

 

                Luter pisał list za listem do księcia Jerzego, pod któ­rego berłem miasto Lipsk stało, prosząc o tę łaskę, aby mu wolno było przybyć do Lipska i wziąść udział w dysputacyi. Wnuk czeskiego króla Podiebrada drżał z powodu tezy Lutra o znaczeniu papieża, lękając się, aby i na saskiej ziemi nie wszczęła się wojna, której Czechy przez tak długi czas były widownią. Obawa ta nakłoniła Jerzego do odmówienia proś­bom Lutra. Reformator wydał tedy bliższe objaśnienie do trzynastego zdania swego, ale i to nie zmieniło przekonania księcia, owszem utwierdziło go jeszcze więcej w takowem. Żadnym sposobem nie chciał książę na to zezwolić, aby Luter dysputo wał; lecz nie zabraniał mu przybyć do Lipska w cha­rakterze prostego widza 1). Wyrok powyższy nie odpowiadał oczekiwaniom Lutra. Powodując się atoli tem jedynie życze­niem, aby służył Bogu, postanowił reformator udać się do Lipska, przypatrywać się sprawie i — czekać.

                Co do dysputy, mającej odbyć się między Eckiem i Karlstadtem, to takowej sprzyjał książę jak najusilniej. Jerzy był zwolennikiem dotychczasowej nauki, ale jako człowiek szczery, otwarty i sprzyjający zasadzie wolnego dochodzenia prawdy, nie podzielał on zdania, jakoby każda nauka już dla tego miała być kacerską, ponieważ w Rzymie nie znajduje upodobania. Z in­nej strony ulegał Jerzy wpływom Fryderyka. Przedstawienia elektora utwierdziły go w powyższem przekonaniu, tak iż wydał rozkaz, aby się dysputa odbyła.

                Biskup Merseburgu Adolf, do którego dyecezyi miasto Lipsk należało, rozumiał lepiej od Miltica i Kajetana, jak nie­bezpieczną jest w sprawach tak wielkiej doniosłości, spuszczać się na niepewny wynik uczonej dysputy. Azaż miałby Rzym zdobycze kilkunastu wieków na tak wielkie narażać niebezpieczeństwa?

                Wszyscy teologowie lipscy, którzy powyższą obawę po­dzielali, nalegali na biskupa, aby w sprawie tej poczynił za­biegi. Biskup robił księciu Jerzemu usilne przedstawienia, ale książę odpowiedział na to bardzo rozumnie: „Dziwuję się, jako biskup taką może uczuwać odrazę od starodawnego, od ojców podanego zwyczaju, według którego w wątpliwych kwestyach, dotyczących się wiary dochodzono prawdy w drodze badania i roztrząsania rzeczy. Jeźli teologowie nauk swych bronić nie chcą, to niechaj treścią ich lepiej stare baby i dzieci bawią, które przecież prząść i śpiewać umieją.”

 

1) Luth. Opp. in Praef.

 

   22 

 

                Biskup i teologowie jego nie dali się atoli powyższem pismem uspokoić. Błąd nie ma nigdy dobrego sumienia, owszem lęka się dochodzenia prawdy, choćby nawet sam nie­raz za takowem był przemawiał. Błąd zawsze występuje zu­chwale, ale niebawem cofa się tchórzliwie. Prawda nie wyzywa, ale wyzwana pola dotrzyma; błąd zaś wyzywa, ale potem ucieka. Oprócz tego patrzali teologowie lipscy zazdrosnem okiem na kwitnący rozwój wszechnicy wittenberskiej. W Lipsku wzywali księża i zakonnicy publiczność z ambony, aby od tych nowych kacerzów stroniła. Co do Lutra, to ani krzty dobrego w nim nie pozostawili. Owszem opisali go ludowi tudzież i przyjaciół jego w jak najczarniejszych kolorach, usiłując się tym sposobem pobudzić fanatyzm pospólstwa przeciwko nauczycielom reformacyi 1). Wtenczas żył jeszcze i Tecel. Ten zebrawszy resztki swoich sil zdobył się także na podniesienie głosu, wołając z swój kryjówki: „A w tem jest sprawa szatana!”

                Nie wszyscy jednak profesorowie w Lipsku tego samego byli zdania. Niektórzy, dla sprawy obojętni, drwili sobie z obu stron. Do liczby tychże należał Piotr Mosellanus, profesor ję­zyka greckiego. Nie dbał on o Ecka, ani o Lutra i Karlstadta, lecz z dysputy ich spodziewał się niemałej dla siebie rozrywki. „Jan Eck,” napisał on do przyjaciela swego Erazma, „Eck, ten największy między wszystkimi atramentowymi zawadyakami i pyszałkami, który jakby istny Sokrates Aristophanesa nawet wyżej bogów się wynosi, występuje w szranki przeciwko Jędrze­jowi Karlstadt. Sprawa ta niemało narobi hałasu i zakończy się zwadą. Dziesięciu Demokrytów miałoby się nad czem śmiać” 2).

                Lękliwego natomiast Erazma przeraziła już sama myśl o dyspucie. W trwożliwej przezorności swojej pragnął on zapobiedz rozprawie. Na dniu 22. kwietnia 1519 napisał Erazm następujące słowa do Melanchtona: „Życzyłbym sobie, abyś więcej działał dla rozwoju nauk, niżli dla prześladowania ich wrogów. Tym sposobem zaszlibyśmy dalej. Nie godzi się nam zapominać, iż człowiek więcej jeszcze zyska w drodze skro­mności i umiarkowania, aniźli przez sztukę wymowy” 3). Je­dnakowoż ani fanatyzm księży, ani roztropność godzicieli walki zażegnać nie zdołały. Obie strony stroiły się do boju.

 

1) Luth. Epp. I. 255.

2) Seckendorf p. 201.

3) Corpus Reformat. I. 78.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1