Piąta księga.

Dysputa w Lipsku. 1519.

I.

Niebezpieczne położenie Lutra. — Jako wybawił go Bóg. — Papież wysyła szambelana swego. — Podróż legata. — Brewe papieskie. — Stosunki sprzyjają reformie. — Miltic u Spalatina. — Przerażenie Teda. — Jako się Miltic przymila. — Jako odwołania żąda. — Luter odrzuca takie zadanie, ale obiecuje milczeć. — Umowa legata z Lutrem. — Legat ucałował Lutra. — Legat dokucza Teclowi. — List Lutra do papieża. — Wewnętrzna istota reformacyi. — Luter oświadcza się prze­ciwko rozerwaniu w kościele. — De Vio i Miltic w mieście Trewirze. — Sprawa Lutra rozpowszechnia się po innych krajach. — Pisma Lutra stawają się wszędzie początkiem reformy.

 

Lutrowi i reformacyi nie małe groziły niebezpieczeństwa. Apelacja wittenberskiego Doktora, założona do powszechnego soboru, była nowym zamachem, wymierzonym na władzę papieża. Pewna bulla papieża Piusa II. zapowiadała karę klątwy nawet i cesarzom, którzyby się do podobnego stopnia oporu prze­ciwko papieżowi posunęli. Książę elektor saski, Fryderyk Mądry, nie będąc jeszcze w zasadach wiary ewangelickiej do­statecznie utwierdzonym, gotów był do wydalenia Lutra ż gra­nic swego państwa1). Nowe poselstwo Leona X. byłoby nie­chybnie zgotowało Lutrowi los wygnańca! A w świecie obcym któż byłby odważył się ofiarować przytułek wyklętemu mnichowi, któż nie byłby lękał się niebezpieczeństw, na które powyższym krokiem oczywiście narazić się musiał? Gdyby nawet rycerz

 

1) List elektora do posła swego przy dworze papieskim. Luth. Opp. L. XVII. p. 298.

 

    2   

 

jaki dobył miecza w obronie jego, azaż nie należało przypu­szczać, iż potężne książęta niemieckie, dla rycerstwa i tak już nieprzyjaźnie usposobione, zuchwałemu przedsięwzięciu takiemu prędki niechybnie położą koniec?

Ale gdy na dworze papieskim jednogłośnie surowych domagano się środków zaradczych, gdy jeden zgoła stanowczy cios byłby do zwalczenia przeciwnika wystarczył, — to w tej samej chwili zmienił naraz papież sposób postępowania swego, wstąpiwszy na drogę pośredniczenia. Odtąd zaczął on próbować środków łagodności1). Może być, że Leon znajdował się co do usposobienia elektora względem Lutra w pewnym obłędzie, domyślając się u Fryderyka większej, aniźli rzeczywiście była, przychylności i opieki dla Lutra; tudzież i tego pominąć nie można, jako dwie naonczas zupełnie nowe potęgi, a miano­wicie opinia publiczna i duch czasu, nieprzebytym prawie mu­rem reformatora otaczały; a może ostatecznie ma za sobą niecoś i zdanie niektórych dziejopisów, którzy powiadają, że papież poszedł za głosem serca swego, skłonnego do łago­dności i umiarkowania. W każdym razie atoli wydaje się ten nowy sposób zachowania się Rzymu w takiej chwili tak zagad­kowym, iż trudno oprzeć się wrażeniu, że w wypadkach tych wyższa, wszechmocna działała ręka.

Na dworze papieskim bawił podówczas pewien saski szlachcic. Był on szambelanem papieskim i piastował oraz godność kanonika kapituły mogunckiej, trewirskiej i miśnijskiej. W Rzymie udało mu się zjednać sobie pewne znaczenie, był bowiem w pewnym stosunku powinowactwa do książąt saskich, z czego nigdy chlubić się nie omieszkał. To też dworacy rzym­scy nazywali go niekiedy księciem saskim. We Włoszech lubił on udawać niemieckiego szlachcica, w Niemczech małpował znowu włoskie obyczaje i dworski sposób Włochów.

Był on wielkim wielbicielem wina, do którego w Rzymie większej jeszcze nabył skłonności. Dwór rzymski wielkie po­kładał w nim nadzieje. Ze względu na jego niemieckie pocho­dzenie, na ujmujący sposób jego obejścia się z ludźmi, tudzież na niepospolita zręczność jego w prowadzeniu rozmaitych spraw należało spodziewać się, iż biegłością tą uda się Karolowi Milticowi (takie było jego imię) potężnemu i wielkie przeobra­żenie rzeczy zapowiadającemu wzburzeniu umysłów ostateczny położyć kres.

 

1) Rationem agendi prorsus oppositam inire statuit. Kardyn. Pallavicini Hist. Con. Trid. I. p. 51.

 

    3   

 

Uważano za rzecz korzystną, aby prawdziwy cel podróży rzymskiego szambelana został okryty tajemnicą. Sposób do tego nastręczył się nie trudno. Cztery lata przedtem udał się pobożny książę elektor do papieża z prośbą o udzielenie mu złotej róży. Różę taką, przedstawiającą ciało Chrystusowe, po­święcali papieże każdego roku i przesyłali ja w darze jednemu z najwyższych książąt chrześciańskich. W tym roku miano takową przeznaczyć księciu elektorowi saskiemu. Miltic puścił się w drogę, biorąc z sobą zlecenie, aby zbadał położenie rzeczy i pozyskał dla sprawy swej radców księcia elektora, Spalatina i Pfeffingera, do których mu osobne listy wręczono. Spodziewano się bowiem, że wywieraniem wpływu na umysły ludzi, w oto­czeniu elektora się znajdujących, uda się niebawem pokonać onego niebezpiecznego przeciwnika Rzymu.

Nowy wysłaniec papieski stanął na ziemi niemieckiej w miesiącu grudniu r. 1518. W drodze już dokładał on sta­rania, usiłując się zbadać opinią publiczną. Spostrzeżenia jego nie były nader pocieszające, wszędzie bowiem, gdzie się za­trzymywał, znalazł on ku wielkiemu zdziwieniu swemu publi­czność sprzyjającą sprawie reformacji l). O Lutrze odzywano się wszędzie z istnym zapałem. Na jedną osobę sprzyjającą papieżowi przypadało zazwyczaj trzech zwolenników reforma­tora 2). O misyi legata przechował nam Luter następującą po­wieść. Legat zagadywał nieraz po domach zajezdnych gospodynie i służące ich, pytając się, co o stolicy papieskiej myślą. Jedna z tych kobiet odpowiedziała mu pewnego razu dobrodusznie: „A zkądże my mamy wiedzieć, czy wy tam w Rzymie macie stolice z żelaza, czy z drzewa?”

Sama już pogłoska o nadejściu nowego legata papieskiego budziła na dworze elektora, na wszechnicy, w Wittenberdze, ba nawet w całym saskim kraju niedowierzanie i nowe obawy. „Dzięki Bogu,” pisze Melanchton, „nasz Marcin jeszcze oddy­cha” 3). Niektórzy utrzymywali, że ten papieski szambelan otrzymał rozkaz, aby w drodze podstępu lub przemocy pojmał i uwięził Lutra. Ze wszystkich stron dochodziły reformatora prośby, aby się przed zasadzkami Miltica miał na pieczy; na to on bowiem przychodzi, aby Lutra wydał w ręce papieża;

 

1) Sciscitatus per viam Miltitzius, quanam esset in aestimatione Lutherus, sensit de eo cum admiratione hominea loqui. Pallavicini, Hist. Conc. Tr. I. p. 51.

2) Ecce ubi unum pro papa stare inveni, tres pro te contra papam stabant. Luth. Opp. lat in praefat.

3) Corpus Reform. I. 61.

 

    4   

 

ludzie zasługujący na wiarę mieli widzieć odnośne pisma papieskie. „Ja wyglądam rady Boga mego,” odpowiedział na to Luter 1).

W rzeczy samej wiózł Miltic z sobą listy papieża, wy­stosowane do księcia elektora, do radców jego, do biskupów i do przełożonego miasta Wittenbergi. Zaopatrzono go w 70 brew apostolskich, które mu niejako za rodzaj paszportów po­służyć miały, jeźliby pochlebstwa i udzielanie zaszczytów do celu doprowadziły, tudzież jeźliby Fryderyk Mądry wydał mni­cha papieżowi. W takim razie miał Miltic zamiar w każdem mieście, gdzieby się zatrzymał, okazać jedno brewe i przy­bić takowe na publicznem miejscu, spodziewając się, iż tym sposobem nie doznawszy przeszkody więźnia swego zaprowadzi do Rzymu.

Tym sposobem przygotował papież wszystko, co zamiarom jego sprzyjało. Skutkiem zabiegów Rzymu zmieniło się uspo­sobienie dworu elektora. Nie wiedziano, na czyją przechylić się stronę. Przemocy niezawodnie stawionoby opór, — lecz jakże było tu sprzeciwiać się głowie kościoła, która w tak ła­godny sposób, a to pod pozorem prawa występowała? Azaż nie byłoby lepiej, uważali niektórzy, zachować Lutra gdzieś w ukry­ciu, ażby burza niebezpieczeństwa przemknęła ? — W tem wydarzył się nieprzewidziany wypadek, który naraz zmienił trudne dotąd położenie elektora, Lutra i reformacji. W jednej chwili stał się stan rzeczy zupełnie innym.

Dnia 12go stycznia 1519 umarł cesarz niemiecki Maksy­milian. Według ustaw Rzeszy niemieckiej objął Fryderyk Mądry, jako elektor saski, prowizorycznie rządy państwa. Teraz nie lękał się już nuncjuszów papieskich. Nowe sprawy zaczęły zajmować uwagę kuryi rzymskiej i zniewalały ją do przestrze­gania względów dla osoby Fryderyka wśród wszystkich odby­wających się rokowań. Tym sposobem nie przyszło do zadania ciosu, który Miltic i de Vio bez pochyby przygotowywali.

Życzeniem papieża było, aby na tron cesarski nie powo­łano Karola, króla Neapolu, pochodzącego z domu Habsburgów. Króla bowiem tak bliskiego uważał Leon dla siebie daleko niebezpieczniejszym, aniźli niemieckiego mnicha. W sprawie tej atoli mogłaby pomoc elektora saskiego stać mu się wielce ko­rzystna. Z tych to względów postanowił papież nie troszczyć się na razie tyle o sprawę mnicha, a natomiast zwrócić oręże swe przeciwko królowi. Mimo to jeden i drugi znaczne robił

 

1) Luth. Epp. l. 191.

 

    5   

 

postępy. Taką koleją czuł się Leon X. spowodowanym zmienić sposób postępowania swego.

Oprócz tego inna jeszcze okoliczność przyczyniła się do ocalenia reformacyi od grożącej jej burzy. Zaraz po śmierci cesarza wybuchły w Niemczech rozruchy. W południowych Niemczech zabierała się konfederacya szwabska do poskromie­nia i ukarania Ulryka, księcia Würtembergu, za zdradzieckie odstępstwo jego od powyższego związku; na północy najechał biskup miasta Hildesheim zbrojną ręką biskupstwo Minden i ziemie księcia Brunświku. Wobec takich zaburzeń nie miały książęta czasu do zwracania usilnej uwagi na spór, dotyczący się sposobu odpuszczenia grzechów. Nie mało zaś przyczyniła się za zrządzeniem Bożem do krzewienia sprawy reformacyi sława imienia elektora Fryderyka, dzierżącego tymczasem berło państwa, tudzież i opieka, którą on nowych onych nauczycieli otaczał. „Burza nie srożyła się już tak bardzo;” pisze Luter, „klątwa papieża zaczęła przechodzić w pośmiewisko. Pod osłoną rządów księcia elektora rozszerzała się Ewangelia daleko i sze­roko, a papiestwo niejedną poniosło klęskę.”

Podczas bezkrólewia utraciły i najsurowsze nawet ustawy na znaczeniu. Wszystko stało się luźniejszem i łatwiejszem. Promień wolności, który naraz te początki reformacyi olśnił, pokrzepił nieco słabą one roślinkę, i dał oraz poznać światu, o ile to polityczna wolność sprzyja rozwojowi ewangelickiego chrześciaństwa.

Miltic stanął na ziemi saskiej jeszcze przed śmiercią ce­sarza Maksymiliana. Od razu odszukał on dawnego przyjaciela swego Spalatina; ale skoro przed nim na Lutra uskarżać się zaczął, to nadworny kapelan natychmiast uderzył na Tecla, do­nosząc legatowi o kłamstwach i bluźnierstwach owego kramarza odpustów; tudzież oświadczył przed nim, jako cale Niemcy winę rozerwania w kościele temu jedynie Dominikaninowi przypisują.

Nad tem aż zdumiał się Miltic. Skarżący stał się naraz sam oskarżonym. Wszystek gniew swój skierował Miltic naraz prze­ciwko Teclowi i wezwał go, aby celem usprawiedliwienia swego niezwłocznie stawił się przed legatem w Altenburgu.

Dominikanin, będąc człowiekiem równie tchórzliwym jako nadętym, od niejakiego już czasu ukrywał się w kolegium św. Pawła w Lipsku. Nie odważył się więcej chodzić po miastach i wsiach, bojąc się ludu, który na szalbierstwa jego nie mało był oburzony, Tecel otrzymawszy wezwanie Miltica, aż pobladł ze strachu. Rzym go opuścił, Rzym sam przeciwko niemu

 

    6   

 

występuje i potępia go! Oto, wyrywają go z ukrycia, gdzie jedy­nie czuł się być bezpiecznym, i wydawają na pastwę gniewu jego przeciwników. Tecel ociągał się uczynić wezwaniu nuncj­usza zadosyć. Dnia 31. grudnia 1518 napisał on do Miltica następujący list: „Zaiste, trudy podróży nie wstrzymałyby mię od takowej, byłem tylko Lipsk bez narażenia się na nie­bezpieczeństwa grożące życiu memu opuścić był w stanie. Al­bowiem Augustyanin Marcin Luter tak przeciwko mnie wszy­stkich możnych podburzył, iż prawie nigdzie nie jestem bez­piecznym. Wielu zwolenników Lutra poprzysięgło mi śmierć. A zatem nie mogę wybrać się w drogę”1). Jakaż to różnica między onymi dwoma mężami, a zwłaszcza miedzy tym, co mieszkał w kolegium św. Pawła w Lipsku, i tym, co w augustyańskim klasztorze w Wittenberdze się znajdował. Sługa Boży odznacza się we wszystkich niebezpieczeństwach podziwiania godną od­wagą, sługa ludzi zaś podłem tchórzostwem

Miltic otrzymał w Rzymie zlecenie, aby przede wszystkiem użył słodkich słów namowy, a dopiero, jeśliby ta nie skutkowała, miał on z owych 70 listów papieskich zrobić użytek, tudzież wszystkich użyć środków i obietnic, aby skłonić elektora do wystąpienia przeciwko Lutrowi. A zatem szukał Miltic najprzód spotkania z reformatorem. Wspólny przyjaciel ich, Spalatin ofiarował w tym celu swój dom, i dnia 2. czy 3. stycznia pu­ścił się Luter z Wittenbergi w podróż do Altenburgu.

Przy sposobności spotkania tego użył Miltic wszelkiej sztuki i przebiegłości, dyplomatom i dworzanom rzymskim wła­ściwej. Ledwie że Luter wstąpił do domu, to Miltic od razu wyszedł naprzeciwko niemu, dawając mu na zewnątrz dowody wielkiej przyjaźni. „Jakże się ta popędliwość jego,” pomyślał Luter u siebie, „obróciła naraz w łagodność! Siedmdziesiąt li­stów przywiózł z sobą ten nowy Saul do Niemiec, aby mię żywcem w kajdanach do morderczego uprowadził Rzymu, ale w drodze zgromił go Pan i zamienił nienawiść jego w nie­zgrabnie udawaną życzliwość” 2).

„Kochany Marcinie,” rzekł szambelan papieski z przymileniem, „ja cię sobie wyobrażałem jako teologa staruszka, co za piecem siedzi i różne dziwne myśli z mózgownicy swojej wysnuwa! a oto, cóż widzę! tyś człowiek młody, co w naj­lepszych latach się znajduje.” „Ty może ani nie wiesz,” dodał szambelan z większą powagą, „że cały świat oderwałeś papieżowi

 

1) Löscher II. 567.

2) Luth. Epp. I. p. 206.

 

    7   

 

i na swoją przeprowadziłeś stronę.” Wiedział legat o tej sztuce, jako ludzi zawsze najlepiej ten za serce ujmuje, co próżności ich schlebia; ale nie poznał jeszcze charakteru tego człowieka, który przed nim stał. „A choćbym miał 25.000 wojska,” cią­gnął legat dalej, „to jednak wątpię, czybym cię do Rzymu doprowadzić zdołał.” Mimo wszystką potęgę swą czuł Rzym w sobie wobec mnicha tego pewną słabość, a mnich znowu czuł się silnym wobec Rzymu. „Bóg zastawia na brzegach wały morza,” odrzekł Luter, „a czemże zastawia je? — Piaskiem!”

Przypuszczając, że umysł Lutra słowy temi dostatecznie już został przysposobiony, odezwał się nuncjusz w te słowa: „Zagój ranę, którą kościołowi zadałeś; ty jeden to uczynić możesz.” „Strzeż się,” dodał legat ze łzą w oku, .abyś wśród chrześciaństwa zgubnej nie wywołał burzy” 1).

Powoli dawał Lutrowi do zrozumienia, jako jedynie odwołaniem swych nauk złemu zaradzić może; by atoli wymaganie to w jak najłagodniejszy wynurzyć sposób, osładzał je legat za­pewnianiem głębokiego do Lutra poszanowania, tudzież i surową naganą postępowania Tecla. Zręcznie umiał on zastawić sieć, by w niej ułowić Lutra. „Gdyby arcybiskup moguncki,” na­pisał później Luter, „od samego początku tak do mnie był prze­mówił, to zaiste nie byłaby tak wielka powstała wrzawa” 2).

Na to odpowiedział Luter spokojnie, i wynurzył legatowi z powagą i naciskiem niektóre uzasadnione żale kościoła, tu­dzież oburzenie swoje co do zachowania się biskupa mogunckiego, i wyraził w poważny sposób ubolewanie, że mimo czy­stości i szczerości jego zamiarów tak niegodziwie wobec niego ze strony Rzymu postąpiono. Tak stanowczych słów nie spo­dziewał się Miltic, a jednak musiał stłumić swój gniew.

„Z mojej strony,” rzekł Luter, „obiecuję w przyszłości milczeć o tej sprawie, niechaj takowa przejdzie w zapomnienie, lecz pod tym obiecuję warunkiem, aby i przeciwnicy moi także milczeli. Jeźliby sobie atoli inaczej postąpili, jeźliby mię i na­dal czynami gwałtu lub słowami zaczepiali, to w takim razie ja się obawiam, że sprawa dopiero się rozwinie i od słów przyjdzie do czynu, bo mój zapas jeszcze jest nienaruszony. Po wtóre napiszę list do Jego papieskiej Świętobliwości i wyznam, że zanadto porywczo i gorączkowo sobie postąpiłem, ale że działałem jako wierny syn kościoła, walcząc przeciwko takim bluźnierczym mowom, które między ludem wywołały zgorszenie

 

1) Pallavicini. I. 62.

2) Luth. Opp. lat. in praef

 

    8   

 

i oburzenie przeciwko rzymskiemu kościołowi. Po trzecie wydam od siebie list z wezwaniem do wszystkich ludzi, aby pism moich nie tłumaczyli na hańbę ale ku czci świętego rzymskiego ko­ścioła. Ja chętnie wszystko uczynię i wszystko wycierpię, ale z odwołania nie będzie nic.”

Ze stanowczego sposobu Lutra powziął Miltic przekona­nie, że najrozsądniejszą będzie udawać, jakoby z obietnic re­formatora zupełnie był zadowolonym; przy tem atoli nie omie­szkał on podnieść, aby celem rozstrzygnięcia kilku spornych zdań któregokolwiek arcybiskupa za sędziego rozjemczego po­wołano. „Niech i tak będzie!” odrzekł Luter, „lecz ja obawiam się, iż papież może nie zechce poddać się pod sąd żadnego człowieka; a wtenczas i ja nie poddam się pod sąd papieża. Jeźli zatem środek ten się nie uda, to sprawa rozpocznie się na nowo. Papież ułoży tekst, a ja wygotuję do niego komentarz.”

Tak zakończyło się pierwsze spotkanie Miltica z Lutrem. W drugiem spotkaniu zostało już zawieszenie broni, czyli lepiej sam pokój podpisany. O wypadkach tych doniósł Luter nie­zwłocznie do wiadomości księcia elektora. „Najdostojniejszy książę, najłaskawszy Panie!” napisał Luter, „z najgłębsza po­korą donoszę Waszej elektorskiej Mości, że przyszło nareszcie do ugody między panem Karolem de Miltic i mną. Ugoda ta objęta jest w dwóch artykułach.”

„Po pierwsze, obie dwie strony otrzymują zakaz, aby o od­nośnych naukach nie kazały, nie pisały ani z sobą nie roz­prawiały. Po drugie: Ma pan Karol o wszystkich tych spra­wach napisać w krotce do Świętego Ojca, papieża i postarać się o to, aby Jego Świętobliwość wydelegowała którego uczo­nego biskupa, powierzając mu zbadanie sprawy i oznaczenie mi artykułów, w których zbłądziłem i które odwołać mam. A ja zostawszy o błędzie nauki mojej przekonany, chętnie po­tem odwołam i niczego już nie uczynię, coby znaczeniu i po­wadze świętego kościoła rzymskiego ujmę sprawić mogło.”

Powyższa ugoda wielką Milticowi sprawiała radość. „Od wieków już,” oświadczył on, „nie było takiej sprawy, któraby kardynałów i dworzan rzymskich równa, co ta, napawała .troską. Woleliby od razu dziesięć tysięcy dukatów utracić, aniżliby sprawa ta jeszcze dłużej trwać miała”1).

Szambelan papieski użył wszelkiego sposobu, aby jak najskuteczniej oddziałać na umysł Lutra. Umiał on przybrać

 

1) Ab integro jam saeculo nullum negotium ecclesiae contigisse, quod majorem illi sollicitudinem iucussisset.   Pallavicini I. p. 52.

 

    9   

 

minę wesołą, a znowu miał także i łzy na zawołanie. Ta wy­muszona uczuciowość nie bardzo atoli oddziaływała na umysł Lutra; ze swej strony nie dał on ani słówkiem znać, co myśli o takowej. „Udawałem,” powiada Luter, „jakobym tych kro­kodylich łez nie spostrzegł.” Istnieje bowiem o krokodylu podanie, jakoby łzy ronił, gdy mu się zdobycz nie uda.

Miltic zaprosił Lutra do siebie na wieczorek, i Luter przyjął zaproszenie jego. U siebie nie krępował się legat wię­cej względami urzędu swego, tudzież i Luter odzyskał wrodzoną sobie wesołość. Gdy się po ukończeniu wesołej uczty rozstać mieli, przystąpił legat do kacerskiego Doktora, uściskał i po­całował go. „Było to pocałowanie Judasza,” zauważał Luter w liście napisanym do Staupitza, „ale ja udawałem, jakobym się na włoskiej grzeczności najzupełniej nie znal” 1).

Czyż pocałowaniem tem uda się pogodzić powstawającą reformę kościoła z Rzymem ? Miltic spodziewał się tego i cie­szył się nad tem, poznawszy z bliska grożące papiestwu skutki reformacyi daleko lepiej, aniźli je kurya rzymska ocenić była w stanie. Jeźli Luter i przeciwnicy jego milczeć będą, to sprawa ta według zdania jego była załatwioną. Przy sposobności nie trudną będzie Rzymowi odzyskać na powrót zachwianą jego po­wagę. Rzym otworzył ramiona swoje, reformator przyjął uściśnienie jego, a zatem spór wydawał się być załatwionym. Lecz nie o ludzkie stosunki rozchodziło się tutaj, owszem rozcho­dziło się o sprawę Bożą. Pomylił się Rzym, upatrując w sprawie Lutra jedynie spór mnichów, — takowa była owszem ocuceniem się całego kościoła. Pocałowania legata nie były w stanie roz­wojowi reformacyi ostateczny położyć kres. Miltic odznaczał się nadzwyczajną uprzejmością wobec wszystkich zwolenników Lutra, pragnąc ich dla sprawy swojej pozyskać; przyjmował od nich zaproszenia na obiad i zasiadał razem z kacerzami do stołu. Lecz nie umiejąc w piciu wina zachować miary — doniesienie to spolega na własnych słowach pewnego papieża2) — tracił legat niekiedy władzę nad swym językiem. W takim razie sprawiało to Sasom nie małą rozrywkę, wywiedzieć się niecoś od legata o papieżu i dworze papieskim. Jak to zawsze bywa, iż pijani albo niemądrzy ludzie zazwyczaj prawdę gadają, tak gadał i Miltic o rozmaitych podstępach i rozpustach pa­pieży. Goście śmiali się; rozciekawieni będąc nowemi nań na­cierali zapytaniami, tak aż legat przed nimi wszystkie tajemnice

 

1) Luth. Epp. I. 216.

2) Instrukcya z dnia 24. października 1536.— Saepe perturbatus vino.

 

    10   

 

dworu rzymskiego wyjawił. Opowiadania jego spisano; a później na sejmie zebranym w Wormacyi nie omieszkano gorszące rzeczy te publicznie wytknąć Rzymianom. Papież Paweł III. użalał się, jakoby wysłańcom jego zupełnie niczem nie uzasa­dnione podsuwano bajki, potajemnie atoli ostrzegł swych lega­tów, aby wobec wspólników biesiady byli wprawdzie uprzej­mymi, ale aby nie dowierzali takowym.

Trzymając się umowy zawartej z Lutrem, opuścił Miltic miasto Altenburg i udał się do Lipska, gdzie znajdował się Tecel. Temu nie było już potrzeba zamykać ust, Tecel bowiem byłby w przerażeniu swem najchętniej ukrył się we wnętrzno­ściach ziemi. Legat atoli chciał mu mimo to dać uczuć swój gniew. Przybywszy do Lipska wezwał natychmiast biednego Dominikanina do siebie, wymawiał mu ostremi słowy jego postę­powanie, zwalił nań winę całego rozruchu i zagroził niełaską papieża. Słowa legata złamały serce temu skądinąd nieustraszo­nemu krzykaczowi, którego się dotąd powszechnie lękano 1). Co więcej; przeciwko niemu wystąpił oraz ajent banku Fuggerów, znajdujący się prawie wtenczas w Lipsku. Miltic przedłożył Teclowi rachunki powyższej firmy, tudzież i papiery przezeń podpisane i wykazał mu, jako znaczne sumy pieniędzy przez Dominikanina albo marnie rozpuszczone albo też skradzione zostały. Biedaczysko! w dniach tryumfu całym mniemał trząść światem, a teraz będąc ciężarem powyższych skarg złamany, wpadł w rozpacz, rozchorował się i nie wiedział, gdzie hańbę swą ukryć. Luter dowiedziawszy się o smutnem położeniu da­wniejszego przeciwnika swego, sam jeden miał litość nad nim. „Żal mi Tecla,” napisał Luter w liście do Spalatina. Ale nie ograniczając się do powyższych słów odezwał się sam do niego listem pocieszającym nieszczęśliwego, a to w tej chwili, gdy Rzym Tecla prześladować zaczął. Luter bowiem nie potę­piał człowieka, ale tylko złe czyny jego. Lecz usiłowania jego były nadaremne. Tecel, będąc wyrzutami własnego sumienia trapiony, gniewem Rzymu na duszy skołatany, a ostatecznie i od najlepszych przyjaciół swych doznawając nagany, umarł za niedługo w opuszczeniu. Powodem śmierci jego miało być wielkie zmartwienie 2).

 

Według przyrzeczenia, danego Teclowi, napisał Luter dnia 3 marca następujący list do papieża:

„Przenajświętszy Ojcze! Niechaj Świętobliwość Wasza zechce nakłonić łaskawie ucho swoje, i na miejscu Chrystusowem

 

1) Luth. Opp. lat praef.

2) Sed conscientia indignitatis papae forte occubuit. Luth. Opp. Praef.

 

    11   

 

wysłuchać ten mój wniosek, który niby głos owieczki Chry­stusowej się odzywa. Cóż ja tedy, Najświętszy Ojcze, mam uczynić! ? Oto, popędliwości gniewu Waszego znieść nie mogę, a jednak nie wiem, jakim sposobem takowej się pozbyć. Żą­dają po mnie, abym nauki moje odwołał. Gdybym odwołaniem osiągi to, czego oni osięgnąć pragną, tobym może rozkazowi takiemu uczynił zadosyć. Pisma moje jednakowoż z powodu oporu przeciwników za daleko się rozpowszechniły i w sercach wielu ludzi głębiej wkorzeniły się, aniżby je odwołać było można. Odwołanie wypadłoby tylko na szkodę rzymskiego ko­ścioła, albowiem ze wszech stron podniósłby się głos oburzenia przeciwko niemu, i wszystek świat odezwałby się z żalami i skargami. Przenajświętszy Ojcze! Ja wzywam na świadectwo Pana Boga i wszystkie stworzenia jego, że nigdy nie miałem zamiaru ani też dziś takowego nie mam, abym przeciwko świę­temu rzymskiemu kościołowi lub przeciwko władzy Świętobliwości Waszej w czemkolwiek występował albo jej podstępem w czemkolwiek przyniósł uszczerbek. Owszem, ja publicznie wyznaję, jako władza kościoła tego najwyższa jest, tudzież jako ani na niebie ani na ziemi nic takowej nie przewyższa, wy­jąwszy jedynego Pana Jezusa Chrystusa, który jest panem wszystkiego” 1).

Słowa te dziwnie uderzają w uściech Lutra, co więcej, możnaby się nawet po prostu z nich zgorszyć. Nie powin­niśmy atoli zapominać, że Luter nie od razu, ale powoli tylko, dochodził do poznania prawdy. Są one oraz dobitnem świa­dectwem, że reformacja była czemś więcej, niźli tylko wojną wypowiedzianą papiestwu. Reformacja nie była walką prze­ciwko tej lub owej formie czyli porządkowi rzeczy, nie prądem ducha ujemnej jedynie natury; owszem walka przeciwko pa­piestwu była tylko następstwem i sprawą podrzędnego znacze­nia. Źródłem i zasadą reformacyi było życie nowe, była nauka treści dodatniej. Jezus Chrystus, który jest panem wszystkiego, który zatem, jako się Luter na końcu listu swego wyraża, wszystko, nawet i kościół rzymski przewyższa, Jezus Chrystus sam jest węgielnym kamieniem onego przeobrażenia rzeczy w wieku szesnastym.

Niejaki czas przedtem nie byłby papież rzymski tak zu­pełnie bez wszelkiej odpowiedzi pozostawił listu wittenberskiego zakonnika, w którym tenże stanowczo wszelkiego od­mówił odwołania. Lecz teraz, kiedy Maksymilian umarł, kiedy

 

1) Luth. Epp. I. p. 234.

 

    12   

 

sprawa wyboru następcy jego powszechnie umysły zajmowała, teraz wśród intryg politycznych, które stolicę papieża do ży­wego obchodziły, — zapomniano o liście zakonnika.

Reformator lepiej użył czasu aniźli potężny przeciwnik jego. Podczas gdy Leon X., będąc sprawami świeckiego pano­wania swego jak najmocniej zajęty, wszelkich dokładał usiło­wań, aby groźnego sąsiada swego nie dopuścić do tronu, to w Wittenberdze z każdym dniem rosła nauka i wiara Lutra. Refor­mator zajmował się badaniem dekretałów papieskich, a odkrycia jego przyczyniały się nie mało do utwierdzenia jego przekonań. „Czytam dekretały papieskie,” napisał Luter do Spalatina, „i (do ucha ci mówię) nie wiem, co mam myśleć o papieżu. Tak bardzo w nich Chrystusa na zhańbienie i ukrzyżowanie wydali” 1).

Mimo to zawsze jeszcze nie zmniejszyła się cześć i po­ważanie Lutra do wiekowego kościoła rzymskiego, a myśl zer­wania z takowym Lutrowi ani do głowy nie przyszła. Dla tego w onej „kartce,” którą według przyrzeczenia, danego Milticowi, ogłosił, następujące napisał oświadczenie: „Że kościół rzymski w obliczu Boga daleko wyżej od wszystkich innych stoi, to żadnej nie ulega wątpliwości. Tam bowiem św. Piotr i św. Paweł, tudzież 46 papieży, a oprócz tychże kilka set tysięcy męczenników, przelawszy krew swą za wiarę, przezwy­ciężyli piekło i świat, tak iż łatwo pojąć, z jakiem szczególniejszem upodobaniem oko Pańskie na kościele tym spoczywa. A chociaż teraz niestety stan kościoła rzymskiego pod wielą względami mógłby być lepszym, to jednak okoliczność ta nie zawiera w sobie powodu odłączenia się od niego. Owszem im gorsze rzeczy się tam dzieją, tem bardziej należy zachować mu wierność, albowiem oderwaniem nie poprawi się sprawy, równie jako nie powinniśmy z powodu szatana odrywać się od Boga albo opuszczać gromadkę pobożnych z powodu wielkiej liczby bezbożników. Nie ma bowiem takiego grzechu ani złego, któreby miłość wniwecz obrócić lub jedność zerwać mogło. Albowiem miłość wszystko może, a dla jedności nic nie jest za trudnem” 2).

Nie Luter oderwał się od Rzymu, ale Rzym oderwał się od Lutra, porzuciwszy pierwotną wiarę powszechnego ko­ścioła, którego podówczas był wyobrazicielem. Nie Luter okroił władzę Rzymu, nie on to zepchnął biskupa rzymskiego z tronu,

 

1) Luth. Epp. I. 239.

2) Luth. Opp. I. XVII. p. 224.

 

     13   

 

który nieprawnie sobie był przywłaszczył; owszem uczyniły to nauki, które Luter głosił, uczyniło słowo apostołów, które w wielkiej sile i przecudnej czystości znowu w kościele po­wszechnym objawił Bóg. Ono jedynie było w stanie zachwiać one wyniosłą władzę, która od wieków kościół Boży na uwięzi trzymała.

Oświadczenia Lutra, z końcem miesiąca lutego ogłoszone, nie wystarczały Milticowi i kardynałowi de Vio. Obydwom tym sępom nie udało się z osobna dostać Lutra w swe szpony, dla tego cofnąwszy się w stare mury miasta Trewiry usiłowali się połączonemi siłami celu swego dopiąć. W zamiarach tych doznawali poparcia arcybiskupa - elektora miasta tego. Przeko­nali się obydwaj, że od księcia elektora saskiego, który wten­czas najwyższą godność wśród Rzeszy niemieckiej piastował, niczego spodziewać się nie można, tudzież że Luter do odwo­łania nakłonić się nie da. A zatem wtenczas tylko dopięliby swego, gdyby się udało wydrzeć Lutra opiece elektora i zwa­bić go do siebie. Gdyby zjawił się w Trewirze, w państwie stojącem pod berłem księcia kościoła, to już tę możnaby mieć pewność, iż się ztamtąd nie wydobędzie, nie uczyniwszy poprze­dnio wszystkim wymaganiom naczelnego biskupa zadosyć Dla tego brali się niezwłocznie do dzieła. „Luter zgodził się na uznanie Waszej elektorskiej Mości rozjemczym sędzią w spra­wie jego,” rzekł Miltic do arcybiskupa-elektora; „a zatem po­wołajcie go przed siebie!” Na dniu 3. maja napisał arcybiskup list do elektora saskiego, domagając się wysłania do siebie Lutra; napisał także de Vio a później i Miltic w tej samej sprawie do Fryderyka Mądrego, nadmieniając przy tem, że złota róża już nadeszła i znajduje się u Fuggerów w Augsburgu. Uważali chwile tę za stosowną do zrobienia stanowczego kroku.

Lecz położenie rzeczy się zmieniło. Elektor saski i Luter nie dali się zachwiać. Fryderyk rozumiał znaczenie nowego stanowiska swego i nie lękał się więcej papieża, a tem mniej sługi jego. Reformator zaś, widząc Miltica w towarzystwie kardynała de Vio, nie mógł pozostawać w obłędzie co do losu, któryby go spotkał, gdyby wezwaniu ich uczynił zadość. „Ja widzę,” pisze Luter, „jako wszędzie i wszelkim sposobem duszy mojej szukają”1). Z resztą sam zażądał on wyroku papieża, ale tenże, koronami i intrygami zajęty będąc, nie wydał tako­wego. Luter napisał zatem do Miltica: „Jakże mam ja, nie otrzymawszy rozkazu z Rzymu, puścić się w podróż przez

 

1) Luth. Epp. 1. 274. z dnia 16. maja.

 

    14   

 

ziemie tyła zamieszkami wzburzone? Jakże oprę się tyłom nie­bezpieczeństwom i na tak wielkie narażę się wydatki, gdyż niema człowieka uboższego ode mnie?”

Elektor Trewiry był człowiekiem rozumnym, umiarkowa­nych zasad, tudzież i przyjacielem Fryderyka. Nie chciał tedy narażać się temuż, a oprócz tego nie okazywał wielkiej ochoty wdawania się w sprawę, nie będąc osobno do prowadzenia jej upoważnionym. Z tego powodu przyszło między nim i Fryde­rykiem do umowy, według której powyższą sprawę dopiero na przyszłym sejmie roztrząsać miano. Sejm ten atoli zebrał się dopiero dwa lata później w Wormacyi.

Ręka Opatrzności broniła tym sposobem Lutra, usuwając od niego jedno niebezpieczeństwo po drugiem; a reformator znowu mężnie postępował naprzód, lubo nie był jeszcze cał­kiem świadom celu, do którego dążył. Sława jego rosła, sprawa prawdy Bożej nabierała siły, liczba studentów wittenberskich powiększała się, a w gronie tychże znajdował się kwiat nie­mieckiej młodzieży. „Miasto nasze,” napisał Luter, „ledwie pomieścić zdoła wszystkich tych, co do nas przybywają;” a znowu na innem miejscu: „liczba studentów nadzwyczaj rośnie jakby istne wezbranie wód” ').

Głos reformatora nie odzywał się już tylko wewnątrz państwa, owszem przekroczył granice kraju, zaczynając wśród innych już narodów trząść podwalinami potęgi Rzymu. Pewien drukarz bazylejski, imieniem Frobeniusz, wydał zbiór dzieł Lutra, który w krótkim czasie został rozprzedany. Biskup miasta Bazylei stał sam po stronie Lutra. Kardynał de Sitten przeczytawszy pisma reformatora zawołał z zapałem: „O Lutrze! ty zaiste jesteś czyścicielem!”2)

Erazm bawił w Lowanium, gdy pisma Lutra dostały się do Niederlandów. Przeor zakonu augustyańskiego w mieście Antwerpen odebrał nauki swe w Wittenberdze. Według świa­dectwa Erazma był on gorliwym zwolennikiem prawdziwego chrześciaństwa pierwotnych wieków. Tak on, jako i wielu innych Belgijczyków pochłaniało pisma reformatora. Ale za to nie brakło także objawów ponurego fanatyzmu ze strony ludzi sa­molubnych, którzy ludowi jedynie śmieszne baśnie podawali. „Żadnym sposobem nie jestem w stanie opisać ci tych tragi­cznych scen,” napisał Erazmus do Lutra, „których pisma twoje stały się tutaj powodem”3).

 

1) Luth. Epp. I. p. 278.

2) O Luther, du bist ein wahrer Lutter (Läuterer).

3) Erasm. Epp. VI. 4.

 

     15   

 

Sześćset egzemplarzy pism Lutra przesłał Frobeniusz do Francji i Hiszpanii. W Paryżu sprzedawano takowe publicznie; doktorowie wszechnicy paryskiej czytali je wtenczas, jako się zdaje, z upodobaniem. Niektórzy nawet oświadczyli, iż byłby już czas, aby zwolennicy Pisma św. z równą, co Luter, odzy­wali się swobodą. W Anglii z większym jeszcze powitano je zapałem. Kupcy hiszpańscy, postarawszy się o przetłumaczenie ich na język hiszpański, przesłali takowe z miasta Antwerpen do ojczyzny swojej. „Zapewnię,” powiada Paliavicini, „byli to potomkowie dawnych Maurów” 1).

W mieście Pawia żył pewien uczony księgarz, imieniem Calvi. Ten zabrał z sobą do Wioch wielką liczbę egzemplarzów pism Lutra i rozpowszechniał takowe po wszystkich miastach włoskich. Mąż ten słynny z nauki nie czynił tego przez chci­wość zysku, owszem powodował się jedynie pragnieniem obu­dzenia większej pobożności. Cieszyło go widzieć, jak mężnie sobie Luter w obronie i prowadzeniu sprawy Chrystusowej po­stępował. „Wszyscy uczeni włoscy,” napisał do niego Calvi, „po twojej staną stronie, a najznakomitsi wieszcze nasi tobie na chwałę hymny układać będą.”

Frobeniusz przesiał Lutrowi jeden egzemplarz powyż­szego wydania, donosząc mu równocześnie o wszystkich tych radosnych nowinach, tudzież jako jeszcze nigdy lepszego nie zrobił interesu. Oprócz tego wiele innych listów otrzymał Luter, które poświadczały, z jaką radością dzieła jego czytano. „Szczególnie mię cieszy,” pisze Luter, „że prawda w tak prosty i nie okraszony sposób wypowiedziana, tyle upodobania znaj­duje” 2).

Taki był we wszystkich zgoła krajach Europy początek onego wielkiego odrodzenia duchowego. Wszędzie prawie, z wy­jątkiem Szwajcaryi i Francji, gdzie prawdę ewangeliczną już głoszono, stanowi nadejście pism wittenberskiego Doktora treść pierwszych kart historyi reformacji. Drukarz bazylejski rozpo­wszechniał pierwsze zarody prawdy Bożej. W tej samej chwili, gdy papież rzymski dzieło reformacji w Niemczech stłumić usiłował, zaczęło takowe krzewić się we Francyi, w Niederlandach, we Włoszech, w Hiszpanii, Anglii i Szwajcaryi. Cóż z tego, choćby i udało się Rzymowi pierwotne wyciąć drzewo? — wszak latorośle jego wszędzie już były zakrzewione!

 

1) Pallavicini I. 94.

2) Luth. Epp. I. p. 266.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1