347  

 

XI.

Plany podroby. Pożegnanie się z kościołem.   Krytyczna chwila.    Uwolnienie.    Odwaga Lutra. — Niezadowolenie Rzymu. Apelacja założona do soboru.

 

Przewidując konieczność rychłego opuszczenia Niemiec, zajmował się Luter wypracowaniem opisu rozpraw augsburskich. Akta powyższe miały stać się świadectwem walki jego, od­bytej z Rzymem. Luter wyglądał zerwania się burzy, ale nie lękał się jej. Z każdym prawie dniem domyślając się ogłoszenia klątwy Rzymu, przygotował Luter wszystkie swoje rzeczy, by od razu potem mógł wyruszyć w drogę. „Wtedy włożę na siebie odzienie moje i przepaszę biodra moje i pójdę, jako niegdyś Abraham, nie wiedząc dokąd idę, albo lepiej dobrze wiedząc, ponieważ Bóg jest wszędzie.” Z przyjaciółmi swymi chciał się Luter pożegnać pozostawiwszy im list pożegnalny. „Wtenczas bądź odważnym,” pisze Luter do Spalatina, i nie lękaj się, przeczytać list pochodzący od człowieka wyklętego i wypędzonego z ojczyzny.”

Przyjaciele jego w wielkich byli, co do niego, obawach i troskach. Prosili tedy Lutra, aby siebie jako więźnia oddał w ręce elektora, który go potem na bezpiecznem gdzieś miejscu strażą otoczyć rozkaże.

Nieprzyjaciele Lutra nie mogli pojąć, zkąd jemu taka pochodzi otucha. Pewnego dnia rozmawiano o Lutrze na dworze biskupa Brandenburgii. Ktoś z obecnych podniósł zapytanie, na kogo się Luter właściwie spuszcza? Jedni mniemali, że na Erazma, inni, że na uczonego Kapito, lub też innych uczonych. „Nie,” odparł biskup, „o tych ludzi nie troszczyłby się pa­pież zupełnie. On spuszcza się na wszechnicę wittenberską i na księcia elektora saskiego.” Tak mało wiedzieli ludzie o onym „warownym grodzie,” w którym Luter znajdował schronienie.

Luter zajmował się myślami o potrzebie opuszczenia Wittenbergi, a to nie tyle dla obawy przed niebezpieczeństwem, ile raczej dla tego, ponieważ coraz większe przewidywał tru­dności, jakie w Niemczech głoszenie Ewangelii napotykało.

„Jeźli tutaj pozostanę,” powiedział Luter, „to pozbawią mię zupełnie swobody pisania i mówienia prawdy. Jeźli atoli się wyniosę, to wszystkie myśli serca mego wynurzę i złożę życie moje Chrystusowi w ofierze.”

 

    348   

 

Luter spodziewał się, iż we Francyi nie będą stawiać nauce jego żadnych przeszkód. Zazdrościł on zgoła nauczycielom paryzkiej wszechnicy błogiej ich swobody. Tudzież zgadzał się z nimi co do niejednej nauki. Cóż byłoby nastąpiło, gdyby Luter z Wittenbergi był przeniósł się do Paryża? Czyż reformacya byłaby tam to same. co w Niemczech, znalazła przy­jęcie? Czy byłaby potęga Rzymu runęła? Azaż Francya, która później została widownia zaciętej walki między hierarchicznemi zasadami Rzymu i ujemnemi naukami filozofii, pozbawionej wiary, byłaby stała się ogniskiem światłości ewangelicznej ? Nadereinne są wszystkie tego rodzaju domysły. Ale to jedno, zdaje się, nie ulega wątpliwości, iż obecność Lutra w Paryżu byłaby losom Europy i Francyi nieco odmienną nadała postać.

Umysł Lutra mocno był wzruszony. Miewał on często kazania w farnym kościele wittenberskim, zastępując pastora miejscowego, który czasami bywał chory. Imię tegoż było Symon Heyens Pontanus, Luter uważał to poniekąd za pasterski obowiązek swój, pożegnać się ze zborem, któremu tak często głosił słowo o zbawieniu. „Ja nie jestem,” powiedział Luter pewnego razu z kazalnicy, „bardzo stałym, owszem nawet trochę niepewnym kaznodzieją. Ileż to razy nie wypadało mi wyjechać, nie powiedziawszy nawet słowa pożegnania do was! Jeźliby coś podobnego znowu nastąpić miało, jeźlibym wyjechał i nie powrócił więcej, to już teraz żegnam się z wami.” Powiedziawszy jeszcze kilka słów zakończył Luter kazanie następującą, pełną umiarkowania i łagodności uwagą: „Niech was to nie trwoży, jeźli klątwa papiezka wszystką wściekłość swą obróci przeciwko mnie. Nie przypisujcie tego papieżowi, nie poczytajcie tego za złe ani jemu, ani żadnemu innemu człowiekowi, ale poruczcie sprawę tę samemu Bogu” *).

Nareszcie zdawało się, że nadeszła już ona smutna, prze­widywana chwila. Książę kazał donieść Lutrowi, że ustąpienie jego z Wittenbergi byłoby mu pożądanem. Wola elektora była dla Lutra zanadto świętą, aniźby jej natychmiast nie miał wypełnić. Sposobił się więc do podróży, nie wiedząc jednak, dokąd się miał puścić. Przed odejściem atoli pragnął Luter przynajmniej raz jeszcze zgromadzić koło siebie przyjaciół swych, i zaprosił ich na pożegnalny wieczorek. Siedząc razem z nimi koło stołu, chciał on raz jeszcze ucieszyć się tak miła mu z nimi pogadanka, i nasycić serce swe czułością i troskliwością ich przyjaźni. Wtem przyniesiono list. Pochodził on od dworu.

 

*) Luth. Epp. L 191.

 

    349   

 

Luter otwarłszy takowy bolejącem przeczytał go sercem. Był to ponowny rozkaz do wyjazdu. Książę stawił w nim do Lutra zapytanie, dla czego tak długo odejście swe odwłacza? Serce Lutra napełniło się żałością. Ale od razu znów odzyskawszy we­sołość ducha, podniósł Luter głowę swa i spoglądając na swych przyjaciół mocnym i pełnym otuchy odezwał się głosem: „Choć ojciec mój i matka moja opuścili mię, wszakże Pan przyjął mię” (Ps. 27, 10). Musiał więc wyjeżdżać! Przyjaciele jego boleli nad tem w głębi duszy. Lecz dokądże miał się udać? Któż zechce przyjąć go, gdy życzliwy mu obrońca jego sam go wypędził? Ewangelia, prawda Boża. całe ono wspaniałe dzieło — azaż wszystko to runąć ma z upadkiem tego potężnego świadka prawdy Bożej? Na jednej już tylko nitce zdawał się wisieć los reformacyi, ale czy i ta nie zerwie się z odejściem Lutra z Wittenbergi? Luter stał się milczącym, tudzież i przyjaciele jego. Przerażeni ciosem, którego przyjaciel ich stawał się ofiarą, bolesne nad nim wylewali łzy. Lecz w kilka chwil później znowu nadchodzi posłaniec, i znowu przynosi list od dworu. Luter, otwierając go, niczego nie spodziewał się innego, jako ponownego rozkazu do wyjazdu. Ależ oto, jakże cudowna jest ręka Boga wszechmogącego! przynajmiej na razie został reformator ocalony. Wszystko się zmieniło. Luter po­winien pozostać na miejscu, taka była treść listu, taka wola księcia, albowiem nowy posłaniec papiezki spodziewa się, że mu się całą sprawą tę uda załatwić w drodze ustnego po­rozumienia się*). Ważna to była godzina! Cóż byłoby nastą­piło, gdyby Luter za otrzymaniem pierwszego listu, stosując się do woli księcia, od razu był opuścił Wittenbergę ? — Po­łożenie Lutra i reformacyi nie było nigdy trudniejsze, niźli w obecnej chwili; zdawało się. jakoby wszystko już było prze­padło — a oto! w jednej chwili zmieniło się zupełnie położenie rzeczy. A zatem i najniższe głębie wśród zawodu wittenberskiego Doktora zostały przebyte! Odtąd postępuje on krok za krokiem w górę; znaczenie jego rośnie prawie z każdym dniem. Pan rozkazuje, jako powiada prorok, a słudzy jego zstępują do przepaści i podnoszą się znowu aż do nieba.

Spalatin wezwał Lutra do Lichtenbergu na wspólną na­radę, którą tam z rozkazu księcia odbyć mieli. Długo i mocno zastanawiali się wespół nad położeniem rzeczy. „Gdy bulla Rzymu nadejdzie,” rzekł Luter, „to ja opuszczę Wittenbergę.” „Nie przynaglaj wyjazdu twego do Francyi,” odpowiedział

 

*) Luth. Opp. XV. 824.

 

   350   

Spalatin, i prosił Lutra, aby na wszelki wypadek oczekiwał jeszcze dalszej rady. „Polecajcie duszę ma Chrystusowi,” rzekł Luter do swych przyjaciół. „Ja widzę, jako nieprzyjaciele moi koniecznie postanowili u siebie, zgładzić mię ze świata; lecz Chrystus napawa mię równocześnie coraz większą odwagą stawiania im oporu.”

Luter wydał opis rozpraw, odbytych w Augsburgu, Z po­lecenia księcia prosił go Spalatin, aby kroku tego zaniechał, lecz już było za późno. Po dokonaniu ogłoszenia uznał i książę krok ten za odpowiedni. „Wielki Boże,” powiada Luter w przed­mowie, „cóż to za straszna zbrodnia, gdy kto prawdy tylko szukając, domaga się pouczenia o takowej? A to tem więcej w kościele, który ma być królestwem prawdy?” —

„Oto macie moje akta;” pisze Luter do Linka, „może one więcej są stanowcze, aniźli się legatowi podoba, lecz pióro moje na większe jeszcze gotuje się rzeczy. Ja sam nie wiem, zkąd mi te myśli przychodzą. Według mojego zdania stoimy zaledwie u rozpoczęcia tej sprawy, a książęta Rzymu liczą już na jej ukończenie. Oto przysyłam ci pismo moje; osądź z niego sam, azali tak byłem od prawdy dalekim, gdym powiedział, że przeciwnik, o którym apostoł Paweł pisze, na rzymskim znaj­duje się dworze. Zdaje mi się, że nie trudno będę w stanie udowodnić, jako postępowanie jego gorsze jest od postępowa­nia Turka.”

Z wszystkich stron smutne Lutra dochodziły wieści. Je­den z pomiędzy przyjaciół jego doniósł Lutrowi, iż nowy wy­słaniec papiezki ma rozkaz pojmać Lutra i wydać go w ręce papieża. Inny znowu donosił, że spotkał się gdzieś w drodze z jakimś urzędnikiem, będącym w służbie na dworze cesarza, który przy sposobności rozmowy o sprawach, zachodzących w kraju niemieckim, oświadczył przed nim, jako w sercu swem ślubował wydać Lutra w ręce papieża. „Ale im bardziej się wściekają i na drogę gwałtu się udawają, tem mniej ja się ich lękam,” powiada o sobie Luter.

W Rzymie panowało wielkie z Kajetana niezadowolenie. Niepomyślne skutki w prowadzeniu powyższej sprawy przypi­sywano z oburzeniem przede wszystkiem jego niedołęstwu. Po­litycy rzymscy zarzucali mu, że nie był dosyć przezornym i przebiegłym, czem się legat papiezki przede wszystkiem odznaczać powinien, i jako w tak ważnej sprawie nie umiał naginać i naciągać nauk teologii scholastycznej. Całą winę zwalono na niego; jego to pedantyczny sposób miał całej klęski być powodem. Oczywiście, że musiał on groźbami i obrazami

 

    351   

 

pobudzić Lutra do gniewu, zamiast zmiękczyć umysł jego obie­tnicą mitry biskupiej lub kardynalskiego kapelusza*). Te prze­kupne umysły osądzały Lutra zupełnie według siebie. Ale trzeba było jak najprędzej zagoić ranę. Rzym musiał się ode­zwać, lecz musiało się to stać w sposób nie ubliżający księciu elektorowi, który wobec nadchodzącego wyboru cesarza wiel­kie mógł Rzymowi wyświadczyć usługi. Duchowni rzymscy, nie znając onego prawdziwego źródła, z którego siła i odwaga Lutra pochodziła, byli tego zdania, iż książę elektor daleko więcej w sprawę jego jest zawikłany, aniżeli rzeczywiście było to prawdą. Z tego powodu postanowił papież zmienić nieco sposób postępowania swego. Przez legata swego kazał Leon X. ogłosić w Niemczech nową bullę, którą, nie wymieniwszy ani elek­tora ani Lutra, na nowo zatwierdził rzymską naukę o odpu­stach. Ponieważ reformator zawsze utrzymywał, że chętnie podda się co do rozstrzygnięcia sprawy tej, głosowi ko­ścioła, dla tego myślał sobie papież, iż Luter musi teraz słowa swego dotrzymać, albo publicznie okaże się burzycielem po­koju w łonie kościoła, i bluźniercą przeciwko świętej stolicy apostolskiej. W jednym i drugim wypadku musiała, jako się spodziewano, zyskać sprawa papieża. Lecz człowiek nigdy na tem nie zyska, jeźli uporczywie opiera się przeciwko prawdzie. Na próżno groził papież klątwą wszystkim inaczej nauczającym; takie rozkazy nie są w stanie stłumić światłości prawdy. Ze swojej strony byłby papież daleko roztropniej postąpił, gdyby co do sprzedawania odpustów był pewne wydał ograniczenia, jakie okazały się koniecznie potrzebne. Wydanie atoli powyższego dekretu wielkim niezaprzeczenie było błędem. Przez zatwier­dzenie krzyczących błędów i nadużyć wywołano do ostatka niemałe już wśród wykształconej części narodu oburzenie umy­słów, a Lutrowi zagrodzono zupełnie drogę do powrotu. „Są­dzono bowiem,” tak wyraża się pewien katolicki historyk i sta­nowczy wróg reformacyi, a mianowicie jezuita Maimbourg, „że bulla ta niechybnie poprze interesa papieża, tudzież i ludzi sprzedawających odpusty, którzy dla towaru swego coraz mniej znajdywali odbiorców” **).

Kardynał de Vio ogłosił powyższy dekret papiezki w mieście Linc w Rakusach dnia 3. grudnia 1518; Luter atoli poczynił już naprzód odpowiednie kroki ostrożności. Już dnia 28. paździer­nika założył on w kaplicy Bożego Ciała w Wittenberdze

 

*) Sarpi, Sobór trydencki str. 8.

**) Maimbourg str. 38.

 

    352   

 

apelacją, od papieża do powszechnego soboru. Przewidywał on grożącą mu burzę, wiedział także, iż Bóg tylko zażegnać może takową; mimo to jednak nie omieszkał on ze swej uczynić strony, co uczynić za obowiązek sobie poczytywał. Uważał to już ze względu na księcia elektora za rzecz konieczną opuścić Wittenbergę, skoroby klątwa Rzymu nadeszła; ale przynajmniej nie chciał uchodzić z Saksonii i Niemiec, nie założywszy po­przednio publicznego protestu przeciwko Rzymowi. Dla tego ułożył już z góry takowy, aby od razu, jako się sam wyraża, za nadejściem wściekłości Rzymu był przygotowany; ale uczynił to Luter z tym wyraźnym rozkazem i zastrzeżeniem, aby księgarz wszystkie odbicia powyższego protestu do jego prze­słał pomieszkania. Lecz księgarz, chciwy pieniędzy, roz­przedał potajemnie zgoła wszystkie egzemplarze, podczas gdy Luter oddania takowych wyczekiwał. Na tak samowolny krok księgarza nie mało oburzył się Luter, ale już było za późno. Odważny protest jego wszędzie się rozpowszechnił. Luter oświadczył przezeń ponownie, że bynajmniej nie jest jego za­mysłem walczyć przeciwko świętemu kościołowi ani przeciwko powadze stolicy apostolskiej, ani też przeciwko papieżowi, dobrze poinformowanemu o sprawie. „Papież,” powiada Luter dalej, „lubo jest zastępcą Boga na ziemi, może jednakowoż jako każdy inny człowiek pomylić się, grzeszyć i mówić nieprawdę. Ze względu na to okazuje się sobór powszechny jedynym środkiem zaradczym przeciwko takim niesprawiedliwym czynom, którym się oprzeć nie można. A ze względu na to jestem ja zmuszonym użyć wspomnionego środka” *).

Tym sposobem wstąpiła reformacja w zupełnie nowe stadyum i na nowem stanęła polu. Rozstrzygnięcie sprawy nie miało już odtąd zawisnać od papieża i wyroków jego, lecz roz­strzygać miały uchwały, na powszechnym powzięte soborze. Luter udał się do trybunału całego kościoła; głos, odzywający się w kaplicy Bożego Ciała, miał dojść uszu całej owczarni Chrystusowej. Reformator nie utracił bynajmniej odwagi, jak tego powyższy krok jego dowodzi. Azaż miałby opuścić go Bóg? O tem dowiemy się z dalszego przebiegu sprawy re­formacji.

 

*) Löscher, Reform. Akten.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1