X
Ucieczka Lutra. — Podziwienie. — Życzenie Lutra. — List legata do elektora. — List elektora do
legata. — Świetny rozwój wszechnicy.
Z Augsburga uciekał Luter razem z swym towarzyszem. Konia swego popędzał on do ucieczki, o ile na to siły biednego bydlęcia pozwalały. W duszy jego stał obraz prawdziwej czy też tylko zmyślonej ucieczki Husa, przypominający mu, jako i jego dogonili prześladowcy. Na podstawie kroku tego mieli wrogowie jego utrzymywać, iż Hus ucieczką swą pozbawił się sam prawa do bezpieczeństwa, a zatem spaleniu jego nic już nie stoi na przeszkodzie *). Lecz takie obawy chwilami tylko zajmowały umysł Lutra. Oto opuścił miasto, w którem przez dziesięć dni znajdował się w mocy onej groźnej ręki Rzymu, która już tysiące świadków prawdy wniwecz obróciła i krwią tylu męczenników się zbroczyła. Teraz, czując się wolnym i czystem oddychając wśród otwartej przyrody powietrzem, teraz gdy jechał przez pola i wioski, gdy sobie wspomniał, jak cudownie ręką Pańską został uwolniony, azaż serce jego
*) Weissman Mat. eccl. I. p. 1237.
— 341 —
nie miało zanucić pieśni dziękczynnej na chwałę Najwyższego? Wtenczas zaiste miał Luter powód zaśpiewać z psalmistą: „Dusza nasza jako ptaszek uszła z sidła ptaszników, sidło się potargało, a myśmy uszli. Wspomożenie nasze w imieniu Pańskiem, który stworzył niebo i ziemię (Psalm 124, 7 i 8.). Serce Lutra opływało radością i otucha. Potem wspomniał sobie znowu na legata. „Kardynał,” pisze później Luter, „pragnął odesłać mię do Rzymu. Z pewnością żal mu tego, że uciekłem. On mniemał, że w Augsburgu ma mię już w klatce, ale uchwycił węgorza za ogon. Azaż to nie wstyd dla tych ludzi, że w oczach ich tak wiele jestem wart? Oni nie mało daliby talarów, by mię w ręce swoje dostać, gdy tymczasem Pana naszego Jezusa Chrystusa za 30 tylko srebrników wydano” *).
Dnia tego jechał Luter przez 14 godzin na koniu. Wieczór przybywszy do gospody, w której przenocować chciał, tak już był zmęczony, — koń jego bowiem, jako pewien dziejopis powiada, ciężkiego miał kłusa, — iż zsiadłszy z konia nie mógł na nogach się utrzymać, i zgolą tylko upadł na słomę. W nocy wypoczął sobie nieco. Następnego dnia przybył do Nürnbergu, gdzie spotkał Staupitza, zwiedzającego tam klasztory swego zakonu. Tani ujrzał Luter po pierwszy raz ono breve papiezkie, przesłane Kajetanowi, i nie mało oburzył się nad niem. Może nie byłby stawił się nawet na rozkaz kardynała, gdyby się przed odjazdem z Wittenbergi o niem był dowiedział. „Prawie uwierzyć nie podobna,” rzekł Luter, „iż od najwyższego biskupa coś tak potwornego wynijść mogło” **).
Na każdem miejscu okazywano Lutrowi powszechny współudział z tego powodu, iż nie ustąpił. Takie zwycięstwo przez mnicha nad wysłańcem Rzymu odniesione, ogólne budziło podziwienie. Był to poniekąd pewien odwet Niemiec za pogardę, doznawaną od Włochów. Słowu prawdy Bożej większa okazywano cześć aniżeli słowu papieża. Ona wyniosła potęga, która od tylu wieków panowała światu, została zachwianą. Podróż Lutra równała się pochodowi zwycięzcy. Podniecano upór Rzymu, ponieważ spodziewano się, że takowy przynagli jego upadek. Gdyby Rzym był one ohydne porzucił zyski, gdyby przez pewną roztropność był przestał okazywać pogardę do Niemców, i niektóre najbardziej krzyczące usunął nadużycia, to według ludzkiego obliczenia wszystko byłoby znowu do
*) Luth. Opp. XVII. p- 202.
**) Luth. Opp. I. p. 166.
— 342 —
onego powróciło letargu, z którego Luter ocucił świat. Ale papieztwo uparło się przy swych błędach; Luter inne jeszcze miał wykryć błędy przed oblicznością świata, a to w miarę postępu swego w odkryciu i poznawaniu prawdy.
Dnia 26, października przybył Luter do miasteczka Gräfenthal, położonego u podnóża Turyńskiego lasu. Tam spotkał go Alfred, hrabia Mansfeldu. który przedtem tak stanowczo wymawiał mu zamiar podróży do Augsburga. Hrabia uśmiał się serdecznie nad tym szczególniejszym pochodem Lutra, i zaprosiwszy go do siebie, ugościł go jak najlepiej. Luter atoli me długo tylko zabawiwszy u hrabiego w dalszą śpieszył podróż.
Na dzień 31. października pragnął Luter zdążyć do Wittenbergi, spodziewając się tam na dzień Wszystkich Świętych przybycia elektora, któremu koniecznie chciał donieść ustnie o stanie rzeczy. Breve papiezkie, które mu się w Nürnbergu do rąk dostało, odkryło mu całą trudność jego położenia. Będąc już w Rzymie ogłoszony kacerzem, nie mógł się Luter spodziewać, iżby wolno było mu pozostać w Wittenberdze, lub ukryć się gdzieś w klasztorze, lub na innem gdzieś miejscu zamieszkać bezpiecznie i zostawać za spokojem. Opieka elektora mogła mu stać się użyteczną, lecz i o takowej nie miał Luter pewności. Tudzież i przyjaciele jego na dworze saskim nie wiele mogli mu dopomódz. Staupitz popadł w niełaskę i wyniósł się ze Saksonii. Spalatin, lubo jeszcze w łaskach u księcia pozostawał, nie wywierał jednak wielkiego wpływu na umysł Fryderyka. A ten znowu nie poznał jeszcze dostatecznie nauki Ewangelii, aniżby się dla niej na oczywiste niebezpieczeństwo narażać miał. Na razie uważał Luter za rzecz najważniejszą, dostać się jak najprędzej do Wittenbergi; tam chciał on wyczekiwać, co wieczny i miłosierny Bóg w radzie swej postanowić raczy. Jeźliby nastąpiło, czego się niektórzy spodziewali, iżby pozwolono mu zostawać za spokojem, to na ten wypadek powziął Luter zamiar, poświęcić się zupełnie studyom i nauczaniu młodzieży *).
Dnia 30. października stanął Luter w
Wittenberdze; lecz pośpiech jego był zbyteczny, albowiem ani książę elektor ani
Spalatin nie zjechali tam. Przyjaciele Lutra uradowali się nie mało,
zobaczywszy go. Tegoż samego jeszcze dnia doniósł Luter listownie Spalatinowi o
przybyciu swem, i napisał do niego te słowa: „Za zrządzeniem łaski Bożej
powróciłem dziś .zdrów do Wittenbergi i nie wiem, jak długo tu zabawię...
*) Luth. Opp. XVII. pag. 183.
— 343 —
Serce moje pełne jest pokoju i radości, tak iż muszę dziwować się, jako tylu i tak wielkich ludzi tę próbę moją za coś wielkiego uważać mogą.”
Niebawem po odjeździe Lutra napisał także de Vio list do elektora, w którym cały swój gniew przed nim wynurzył. List ten tchnął pragnieniem zemsty. Przebieg rozpraw opisał kardynał z chełpliwością jemu właściwą, donosząc o nim tak:
„Ponieważ mnich Marcin ani ojcowskimi środkami i sposobami do uznania błędu swego nakłonić się nie da, ani też nauki powszechnego kościoła podzielać nie chce, dla tego upominam Waszą książęcą Mość, aby go albo do Rzymu wysiała, albo z kraju swego wypędziła. Niech Wasza książęca Mości zechce być przekonanym, iż trudna ta, złośliwa i zaraźliwa sprawa tak dłużej pozostać nie śmie. Skoro tylko naszemu Najświętszemu Panu o wszystkiej chytrości i złości człowieka tego zdam sprawę, to od razu potem zostanie zaradzono takowej.” W dopisie, własna ręką dodanym, wezwał jeszcze kardynał elektora, aby przecież' dla takiego zuchwałego braciszka nie narażał się na splamienie czci, tak chwalebnych i sławnych swych przodków jako też i swej własnej.
Może nigdy w życiu nie doznał Luter takiego oburzenia umysłu, jako wtenczas, gdy mu z rozkazu elektora list ten w odpisie przedłożono. Serce jego odczuło od razu wszystkie nieprzyjemności, które nań czekały, tudzież oraz i zacność onej prawdy Bożej, w której obronie wystąpił, ale przejęło się także pogarda co do zachowania się legata rzymskiego. Odpowiedź jego, która pod wpływem onego wzburzenia umysłu napisał, świadczy o jego męstwie, tudzież o dziwnem podniesieniu ducha jego, i potędze wiary, jakie w trudnych szczególnie życia jego chwilach zawsze u niego napotykamy. Luter skreślił w liście tym cały przebieg rozpraw, odbytych w Augsburgu, opisał zachowanie się kardynała i następujące dodał uwagi:
Gdybym ja był na miejscu księcia elektora, to taką dałbym legatowi odpowiedź: „Dowiedź tego; niechaj sprawa, bym się o niej przekonał, zostanie ułożoną na piśmie. Gdy to nastąpi, to ja potem mnicha Marcina wyszlę do Rzymu, ba co więcej, sam każę go pojmać i wymierzę mu karę, na jaką zasłużył. A wtenczas, pomny będąc mego honoru i sumienia, nie dopuszczę ja do tego, aby moje dobre sumienie jaką hańbą okryć się miało. Dopóki atoli ta jakaś tajemnicza sztuka światła unika i na cały głos jedynie gwałtu krzyczy, to ja ciemności zaufać nie mogę.”
„Taką dałbym ja odpowiedź, Najjaśniejszy elektorze!”
— 344 —
„Niechajże Przewielebny pan legat, albo też papież sam, na piśmie zestawi moje biedy; niechaj udowodni, że nauka moja jest błędną, niechajże mię pouczą o prawdzie, jak to uczynić są powinni, gdyż ja niczego więcej nie pragnę ani o nic bardziej nie proszę, niźli o to, aby mię pouczyli. Tego ja się gorąco spodziewam i boleśnie wyczekuję, a prośby tej nie odmówiłby mi ani Turek. A jeźli przekonawszy się, że wyroki przeze mnie przytoczone inną, w sobie zawierają myśl, aniżeli ja takową zrozumiałem, mimo wszystko to nie odwołam i samego siebie nie potępię, to niechaj Wasza książęca Mość, Najłaskawszy książę elektorze, sama .zechce mię jak najgorzej prześladować i z kraju swego wypędzić, tudzież niechajże i panowie wszechnicy postąpią ze mną, jak na to zasłużyłem. Na świadectwo tego, co powiedziałem, wzywam niebo i ziemię; niechaj mię w takim razie odrzuci i potępi miły Pan mój Jezus Chrystus. Co ja mówię, tego nie mówię według jakiegoś urojenia tylko, lecz według pewnej znajomości prawdy. Ja sam wzywam Pana Boga, aby ani On ani żadne stworzenie jego nie zlitowało się nade mną, jeźlibym, zostawszy o błędzie nauki mej przekonany, nie usłuchał i nie przyjął prawdy.
Lecz kiedy już mną, jako biednym i nędznym mnichem i żebrakiem dla niskości stanu i osoby mojej tak bardzo pogardzają, iżem w oczach ich i tego nawet nie jest wart, aby mię pouczyli i drogę prawdy mi wskazali, to niech i tak będzie. Wasza zaś elektorska Mość niechaj sobie w sprawie tej raczy postąpić tak, iż zażąda od Przewielebnego pana legata, aby piśmiennie zechciał wykazać, w czem to ja się mylę. A jeźliby i Waszej książęcej Mości tego odmówili, to niechaj doniosą o tem Jego cesarskiej Mości Najjaśniejszemu Panu cesarzowi, lub któremukolwiek biskupowi na ziemi niemieckiej. Cóż mam ja i mogę tu jeszcze więcej lub dalej uczynić?”
„Niechaj Wasza elektorska Mość raczy mieć wzgląd na swoje sumienie i żadnym sposobem nie wysyła mię do Rzymu. Tego bowiem Waszej elektorskiej Mości nikt rozkazać nie może. Niepodobieństwem jest, abym w Rzymie mógł ostać się bezpiecznym, gdzie nawet papieża życie ani na godzinę nie jest bezpieczne. W takim razie posądzanoby Waszą Mość o zdradę, popełniona na życiu człowieka. Wszakże oni też mają w Rzymie papier, pióro i atrament, tudzież mnóstwo mają notaryuszów; a zatem nie trudna będzie im skreślić i na piśmie wszystko to ułożyć, w czem i dla czego zbłądziłem. Przecież to daleko mniejszy im nawet i koszt wystąpić przeciwko mnie i pouczyć mię w drodze piśmiennej, aniżeli, czego teraz
— 345 —
próbują, za pomocą podstępu i chytrości pozbawić mię życia.” „Ja nie wzbraniam się też bardzo, pójść w świat na tułactwo i nędzę, albowiem widzę, jako przeciwnicy moi wszędzie na mnie knowają zasadzki i nigdzie spokojnie i bezpiecznie żyć mi nie pozwolą. Aby Waszej elektorskiej Mości z mojej przyczyny nie stało się nic złego, to ja oto w imię Boże opuszczam ziemie Wasze, i pójdę, dokąd mię wiekuisty i miłosierny poprowadzi Bóg. Niechaj On postąpi ze mną, jak się Jemu podoba!
„Pozdrawiam wiec niniejszem Mość Waszą, Najjaśniejszy książę elektorze, pozdrawiam i żegnam oraz ze wszelką uniżonością i pokorą, i z najszczerszego serca poruczam Mość Waszą opiece wiekuistego, miłosiernego Boga, Tudzież ze wszelką pokorą serdecznie dziękuję za wszystkie wyświadczone mi dobrodziejstwa. A gdziekolwiek w przyszłości znajdować się będę, Waszej książęcej Mości na wieki ja nie zapomnę, owszem zawsze, z całego serca i ze wszelką do Waszej Mości wdzięcznością, będę prosić Pana Boga o błogosławieństwo i powodzenie dla Was i całego domu Waszego. Dzięki Bogu, na teraz jest serce moje jeszcze wesołe. Dziękuję Bogu i za to, że miły Syn jego Jezus Chrystus mnie, nędznego grzesznika, za godnego poczytać raczył, abym dla tej wielkiej i świętej sprawy znosił ucisk i prześladowanie. od, Bóg mój, niechaj Waszą elektorską Mość zachować raczy aż na wieki. Amen!”*)
Słowa listu tego, pełne prawdy, głębokie wywarły wrażenie na umysł elektora. „Wzruszył go list bardzo wymowny,” powiada Maimbourg. Fryderyk nie byłby nigdy człowieka niewinnego wydał w ręce Rzymu. Może byłby wezwał Lutra, aby przez niejaki czas zachował się gdzieś w ukryciu. Lecz groźbom Rzymu nie chciał on ustąpić ani na pozór. Z tego powodu wydał elektor rozkaz do radcy swego Pfeffingera. bawiącego na dworze cesarza, aby temuż przedstawił stan rzeczy, tudzież aby poprosił cesarza o wystosowanie listu do Rzymu celem przedstawienia papieżowi, żeby sprawy tej albo zupełnie zaniechał, albo do prowadzenia jej na niemieckiej ziemi bezstronnych powołał sędziów**).
W kilka dni później napisał elektor do legata następujący list: „Doktor Marcin stawił się przed Wami w Augsburgu, a zatem przestańcie na tem. My nie spodziewaliśmy się, że zechcecie zmuszać go do odwołania, nie przekonawszy go poprzednio o błędach nauki jego. W księstwie naszem nie
*) Luth. Epp. I. 187.
**) Luth. Opp. XVII. p. 244.
— 346 —
powiedział jeszcze ani jeden uczony, jakoby nauka Marcina bezbożną, niechrześciańską i kacerską, była.”
Dalej oświadczył elektor, że ani do Rzymu nie wyszle Lutra, ani go też z kraju swego nie wypędzi.
Nie mało uradował się Luter, gdy mu o liście tym doniesiono. „Mój dobry Boże!” pisze Luter do Spalatina, „jakże często zawsze na nowo go czytałem! Tym słowom pełnym siły i skromności może człowiek zaufać. Na znaczeniu takowych, tak mi się zdaje, nie poznają się Rzymianie, lecz przekonają się, że sprawa, którą oni uważają za skończoną, znajduje się dopiero w początkach. Podziękuj księciu panu memu za ten list Nie można zgoła pojąć, jako człowiek (de Vio). który niedawno temu, takim jak ja był mnichem, naraz bez wszelkiego należnego uszanowania krzyczy, przemawia, grozi i najpotężniejszym rozkazuje książętom, z nieopisaną występując wobec nich dumą. Władza doczesna od Boga jest ustanowiona, a chwały jej nie powinien żaden człowiek znieważać ani deptać” *).
Nie ulega wątpliwości, iż do tak stanowczej odpowiedzi Fryderyka, na jaką legat nigdy nie był przygotowany, przyczyniła się nie mało wszechnica wittenberska, a mianowicie przez pismo, podane do elektora. Miała też ona sprawiedliwe powody uroczyście oświadczyć się za Doktorem, albowiem przezeń coraz piękniej rozwijała się i kwitła, przewyższając daleko wszystkie inne wszechnice. Że wszystkich stron świata garnęli się studenci niemieccy, by tego nadzwyczajnego słuchać nauczyciela, którego nauki nową dla religii i umiejętności stanowić miały epokę. Młodzieńcy ci, z różnych przybywając okolic ziemi, gdy z daleka wieże Wittenbergi ujrzeli, zatrzymywali się ze wzruszenia, i ręce podniósłszy ku niebu wielbili Boga, że jako niegdyś na Syonie, tak teraz w tem mieście zapalił pochodnię prawdy, wysyłającą światło swe i do najodleglejszych kończyn ziemi**). Na wszechnicy zapanowała nieznana dotąd ruchliwość. „W naszych studyach panuje tutaj takie ożywienie, jakby pomiędzy mrówkami,” tak pisze Luter w pewnym z swych listów ***).
*) Luth. Epp, I. 198.
**) Scultet. Annal. I. p. 17,
***) Luth. Epp. I. p. 193.
–––––––––– • ––––––––––