IX.
De Vio i Staupitz. — Staupitz i Luter. — List Lutra do Spalatina. — List Lutra do Karlstadta. — Wieczerza Pańska. — Link i de Vio. — Odjazd Staupitza i Linka. — List Lutra do Kajetana. — Milczenie kardynała. — Pożegnanie się Lutra, — Jego odjazd. — Apelacja do papieża.
Z resztą dochodziły uszu Lutra złe tylko wiadomości. Po calem mieście gadano o tem, że, jeźli nie odwoła, zostanie pojmany i do więzienia wrzucony. Nawet i Staupitz miał się o tem wyrazić! Co do przyjaciela swego nie uwierzył Luter tym pogłoskom. Nie! Staupitz nie mógł go zdradzić, ale co do zamiarów kardynała, to o takowych według własnych oświadczeń tegoż wątpić nie było można. Jednakowoż nie chciał Luter uciekać przed grożącem mu niebezpieczeństwem; życie jego, jako i los prawdy w wszechmocnej .znajdował się ręce. Stanowczo tedy postanowił on u siebie, nie opuszczać Augsburga.
Legat od razu tego żałował, iż tak dalece dał się unieść gniewem; czuł to bowiem sam, jako zeszedł z toru, i chętnie byłby rolę swą dalej odgrywał. Powyższe spotkanie odbyło się przed południem. Tegoż samego dnia, siedząc jeszcze po obiedzie u stołu, otrzymał Staupitz wezwanie do kardynała i poszedł tam w towarzystwie Linka. U kardynała zastali Serra Longę. De Vio wyszedłszy naprzeciwko Staupitzowi powitał go jak najsłodszemi słowy. „Usiłujcież się przecie,” rzekł on do niego, ,,nakłonić tego mnicha do odwołania. Co do innych rzeczy, to ja z niego jestem zadowolony, ja najlepszym jestem mu przyjacielem”*),
Staupitz: Już ja to robiłem i jeszcze będę mu doradzał, aby się pokornie poddał kościołowi.
*) Lutli. Opp. XVII. p. 185. 204. 210.
— 331 —
De Vio: Musicie mu wykazać, że dowodzenia jego wyjęte z Pisma, są, fałszywe.
Staupitz: Tego ja nie jestem w stanie, albowiem Doktor Marcin przewyższa mię co do zdolności ducha i znajomości Pisma świętego.
Kardynał uśmiechnął się nad otwartością wyznania jeneralnego wikarego, lecz wiedział o tem sam z doświadczenia, jak trudną jest zbić dowody Lutra. Zwróciwszy się znowu do Staupitza i Linka te dalej powiedział słowa:
„Powinniście o tem wiedzieć, że będąc zwolennikami nauki kacerskiej, sami karom kościelnym podpadacie.”
Staupitz: Rozpocznijcież rozprawę z Lutrem na nowo; dysputujcie z nim publicznie o powyższych spornych zasadach.
De Vio: Ja nie chcę już dysputować dłużej z tą bestyą, która ma oczy zapadłe i dziwaczne jakieś myśli w głowie *).
Na końcu wymógł Staupitz od kardynała, iż tenże na piśmie ułożył odwołanie, jakiego od Lutra żądać miano.
Ztąd wybrał się jeneralny wikary wprost do pomieszkania Lutra i usiłował się, według życzeń i przedstawień kardynała, nakłonić Doktora do porozumienia się z nim. ,,To dowiedźcież mi przecie,” odrzekł Luter, ,,że powyższe wyroki Pisma świętego inaczej rozumieć należy.” — „Tego ja dowieść nie jestem w stanie,” odpowiedział Staupitz. — „A zatem sumienie moje nie pozwala mi odwołać, dopóki mi kto tych wyroków Pisma inaczej nie wytłumaczy. Albo jakże — kardynał chce sprawę tę w taki sposób załatwić, aby takowa dla mnie ani na hańbę ani na niekorzyść nie wyszła? Zaprawdę, to rzymskie są słowa, które po niemiecku tłumaczą się tak, iżby stąd dla mnie wynikła i hańba przed światem i wieczne potępienie przed Bogiem. Bo czegóż innego może spodziewać się człowiek, który dla bojaźni przed ludźmi własnego sumienia swego i prawdy Bożej się zaparł?”**)
Staupitz nie napierał się już o to, doniósł jednak Lutrowi, iż kardynał ułoży na piśmie te zdania, których odwołania się domagają. Potem oświadczył, jako się zdaje, Lutrowi, że zamierza wyjechać z Augsburga, nie mogąc być mu w niczem pomocnym. Luter wyjawił przed nim nowy plan, jakoby się nawzajem pokrzepiać i pocieszać mogli; Staupitz obiecał mu, że za niedługo powróci znowu i tym sposobem rozstali się na krótki czas.
*) Myconius, p. 83.
**) Luth. Opp. XVII. p. 210,
— 332 —
Luter, siedząc w komórce swej samotny, uciekał się w myślach do drogich sercu jego przyjaciół, bawiących w Wittenberdze i Wejmarze. Miał on zamiar donieść o wypadkach spotkania swego z legatem do wiadomości księcia elektora, nie Chcąc atoli uchodzić za nieskromnego człowieka, napisał o nich do Spalatina, prosząc go, aby o tem wszystkiem pana swego zawiadomił. Opisał mu wszystkie szczegóły aż do obietnicy legata, iż rdzeń całej spornej sprawy poda w kilku zdaniach na piśmie. List ten zakończył Luter temi słowy: „Oto tak stoi sprawa. Lecz ja nie mam ani nadziei ani zaufania do legata. Nie odwołam też ani jednej głoski. Ja tym samym sposobem do publicznej podam wiadomości moją odpowiedź, którą legatowi wręczyłem, aby w oczach całego chrześciaństwa było mu wstyd, jeśliby i nadał, jako już zaczął, gwałtu przeciwko mnie użyć zamierzał”*).
Tudzież i do przyjaciół swych w Wittenberdze pośpieszył Luter napisać kilka słów od siebie. Pokój i błogosławieństwo z wami,” pisze Luter do Karlstadta. „Przyjmijcie mało za wiele, bo czas i sprawa mię naglą. Po drugi raz więcej napiszę wam i innym ludziom. Przez te trzy dni była sprawa moja na bardzo ciężkie wystawiona próby, tak iż już utraciłem nadzieje, iżbym jeszcze kiedy oglądał was, albowiem z pewnością, klątwy papiezkiej wyczekiwałem. Legat bowiem usiłował się ze wszech miar, abym publicznie nie dysputował, ani on też sam na sam ze mną dysputować nie chciał, tylko zawsze się chlubił, że nie chce być mym sędzią, ale że we wszystkich rzeczach po ojcowsku ze mną obchodzić się będzie. Mimo to wszystko nie chciał jednak ode mnie niczego słyszeć innego jako te słowa: „Odwołuje, potępiam naukę mą, i wyznawam, żem zbłądził” — a tych słów ja wypowiedzieć nie chciałem.”
„Sprawa moja znajduje się w niebezpieczeństwie, a to tem większem, iż sędziowie, którym została powierzoną, nie tylko są mi nieprzyjaciółmi i gniewają się na mnie, lecz iż nawet sprawy tej ani poznać ani zrozumieć nie umieją. Ale cokolwiek z tego wyniknie, żyje jednak i króluje Pan Bóg, którego opiece poruczam siebie i co mojego jest. Ani też o tem nie wątpię, że dla modlitwy niektórych pobożnych ludzi udzieli mi Bóg pomocy, albowiem tak mi się zgoła wydaje, jakoby się za mną modlono.
Albo przyjdę znowu do was nie doznawszy uszkodzenia, albo też pójdę jako wyklęty wygnaniec w inną gdzieś świata
*) Luth. Epp. L 149.
— 333
—
stronę, a w takim razie bywajcież mi zdrowi, trzymajcie się mocno Chrystusa, wysławiajcie go z radością i nie rozpaczajcie.”
„Kardynał nazywa mię zawsze swym miłym synem. Ja wiem, on dla tego to czyni, abym mu dał wiarę. I to wiem także, że byłbym mu zaiste najmilszym i najprzyjemniejszym, gdybym tylko to jedno wyrzekł słówko: revoco (to znaczy odwołuję). Lecz ja nie chcę zostać kacerzem, sprzeciwiając się tej nauce, przez którą chrześcianinem się stałem. Prędzej jestem gotów umrzeć, lub pójść na wygnanie, na spalenie, albo podpaść klątwie papieża.”
„Bywaj mi zdrów, mój kochany Panie i pokaż list ten naszym teologom, Amsdorfowi. Filipowi, Ottonowi i innym, abyście się za mną, ale też i za siebie modlili, albowiem tutaj rozchodzi się o sprawę wiary w Jezusa Chrystusa i o sprawę łaski Bożej, która równie i was obchodzi” *).
Jakaż błoga to, pocieszająca i uspakająca myśl, gdy ludzie, którzy za świadectwo swe o Chrystusie, o bóstwie i o łasce jego wydane, na każdym kroku od świata potępienia, pogardy i prześladowania doznawają, w sercu swem wyznać mogą: Nasza sprawa, to sprawa wiary w Pana. Jakże błogiem musiało być dla reformatora i to przekonanie, w którem powiada: Mnie się wydaje, że się za mną modlą! Reformacya była dziełem pobożności i modlitwy. Walka, odbywająca się między Lutrem i kardynałem, to walka życia religijnego, w nowej pojawiającego się sile, z przymierającymi zabytkami średniowiecznej dialektyki i rozumowania.
Tym sposobem rozmawiał Luter, lubo w oddaleniu się znajdując, z przyjaciółmi swymi. W krotce nadszedł także Staupitz, tudzież i dwaj wyż wymienieni radcy elektorscy, Doktor Ruhel i rycerz von Feilitzsch, którzy tymczasem byli u kardynała na pożegnaniu. Do nich przyłączyło się jeszcze kilku przyjaciół. Luter, widząc lę szlachetną drużynę koło siebie zgromadzoną, i nie widząc, czy jeszcze kiedy w życiu z nimi się zobaczy, postawił im wniosek, aby uroczystą tę chwilę pożegnania uświęcono wspólnem pożywaniem Wieczerzy Pańskiej. Przyjaciele zgodzili się na to, i tym sposobem poszła ona gromadka chrześcian wierzących uroczyście do stołu Chrystusowego. Nie jeden z przyjaciół Lutra mógł w sercu swem pomyśleć. azali nie czyni tego może po raz ostatni w towarzystwie onego nauczyciela Ewangelii, i myśli takie napełniały serca ich wzruszeniem . A znowu jakże radowała się dusza Lutra, takiego od
*) Luth. Epp. I. 159.
— 334 —
Pana doznawając przyjęcia prawie w tej
chwili, kiedy go ludzie z pośród siebie wypchnąć zamierzali! Zaprawdę,
uroczyste było to pożywanie świętej Wieczerzy Pańskiej, święty był to
wieczór*).
Następnego dnia, było to w sobotę,
dnia 15. października, czekał Luter na artykuły legata, ale nadaremno. Gdy
żadne nie nadchodziło poselstwo, wyprawił Luter przyjaciela swego Wacława Link
do legata, który przyjął go nader uprzejmie, zapewniając mu, że tylko jako
przyjaciel w sprawie tej postępować zamierza. „Ja nie uważam już," rzekł
kardynał, „Doktora Marcina za kacerza, ani go też na teraz nie wyklnę ze
społeczności kościoła, chyba żeby inne nadeszły mi rozkazy z Rzymu. Właśnie
osobna poczta przesłałem papieżowi jego odpowiedź." By większą jeszcze
udowodnić dla niego życzliwość, rzekł dalej kardynał te słowa: „Gdyby Doktor
Marcin przynajmniej ten jeden chciał odwołać artykuł, który się odpustów
dotyczy, tobyśmy cała tę sprawę załagodzili; ten drugi bowiem artykuł,
omawiający potrzebę wiary przy przyjmowaniu sakramentu, jeszcze jakoś inaczej
dał by się wytłumaczyć." Spalatin, donosząc nam o tych słowach kardynała
dodał następująca uszczypliwą, lecz prawdziwą uwagę: „Oczywiście, że Rzym
więcej szuka pieniędzy, aniżeli świętej wiary i zbawienie dusz."
Link powrócił do pomieszkania Lutra,
gdzie zastał jeszcze Staupitza i doniósł o skutkach swego poselstwa. Do onego
niespodziewanego ustępstwa legata zrobił Staupitz następującą uwagę: „To zaiste
warto, żeby Doktor Wacław był miał z sobą świadków i notaryusza, któryby o tem
wyrażeniu się kardynała co do wiary był spisał protokół; bo nie mała urosłaby
ztąd Rzymianom szkoda, gdyby się świat o takim zamiarze ich dowiedział."
Im łagodniej jednak prałat się
odzywał, tem więcej poczęli niedowierzać mu poczciwi Niemcy. Kilku onych poważnych
mężów, których opiece Luter polecony został, weszło z sobą w naradę, i
wynurzyli sobie nawzajem swoje zdania. „Co się onego kurjera dotyczy, o którym
legat nadmienił," powiedzieli do Lutra, „to w tem kryje się jakiś zły
zamiar; bardzo należy się obawiać, aby was wszystkich razem nie pojmano i nie
wrzucono do wiezienia."
Staupitz i Wacław Link postanowili
natychmiast opuścić miasto. Pożegnali się więc z Lutrem, który za nic w świecie
jeszcze ztąd wyjechać nie chciał, i rozstawszy się z sobą,
*) Luter Opp. XVII. p. 182.
—
335 —
różnemi drogami pośpieszyli do Nürnbergu.
Myśli ich zajmowała troska o los onego mężnego świadka prawdy Bożej, którego
pozostawili w Augsburgu.
Niedziela minęła dosyć spokojnie, a Luter
znowu na-próżno wyczekiwał poselstwa od legata, który w zupełne uzbroił się
milczenie. Nareszcie postanowił on napisać do niego list. Staupitz i Link
nalegali nań przed odjazdem, aby jak największa okazywał legatowi uległość. Nie
znał się on jeszcze na praktykach Rzymu i wysłańców jego, pierwszą
bowiem dopiero odbywał próbę. Jeźliby i uległość nie pomogła, to potem mógł
wiedzieć, jako rzeczy stoją. Dla tego postanowił u siebie Luter spróbować tego
środka, a to tem więcej, ponieważ codzień zarzucał sobie i ubolewał nad tem,
iż tak prędko dał się porwać do wypowiedzenia słów, które bądź co bądź
przechodziły miarę skromności. Dla czegóż nie miałby wyznać wobec kardynała, co
codziennie wyznawał przed Bogiem? Umysł Lutra i tak był wrażliwy, nie domyślający
się nic złego. A więc usiadłszy napisał dnia 17. października do kardynała
list, pełen pokory i głębokiego szacunku.
„W Bogu Najprzewielebniejszy Ojcze!
Przychodzę jeszcze raz, nie już osobiście, lecz w drodze pisma; niechaj Wasza
przewielebna ojcowska Dobroć zechce mię łaskawie wysłuchać."
„Czcigodny i w Chrystusie
najukochańszy Ojcze mój! Wikary Doktor Jan Staupitz rozmawiał ze mną, abym się
upokorzył, abym moje własne mniemanie porzucił, i poddał zdanie moje pod
rozwagę i sąd pobożnych i niepodejrzanych ludzi. Tudzież sławił Staupitz
ojcowską miłość Przewielebności Waszej, i wychwalał ją tak bardzo i tak mocno
mię o tem przekonywał, iż nabyłem pewnej ufności i wiary w szczerość Waszego
serca. Wiadomość ta mocno mię ucieszyła . . .
„A tak więc, Najprzewielebniejszy
Ojcze, wyznaję to, jako już przed tem wyznałem, że postąpiłem sobie (jak to
mówią), bardzo nieskromnie, że byłem porywczym i nie okazałem dla imienia
najwyższego biskupa takiego poszanowania, jakie się jemu należy. A chociaż dano
mi wielkie do takiego postępowania powody, to jednak ja to uznawam, że już przyzwoitość
po mnie wymagała, abym sprawę swą z większą pokorą, łagodnością i okazaniem
czci był prowadził, i nie odpowiadał głupiemu według głupstwa jego, abym mu
się nie stał podobny (Przypow. 26. 4.).
„Tego ja teraz mocno żałuję i proszę
o łaskę; chcę też o tem donieść ludowi tu i ówdzie z kazalnicy, jak już to
nieraz uczyniłem. W przyszłości zaś popracuję z pomocą Bożą nad
— 336 —
sobą, abym się stał lepszym i mówił odtąd inaczej. Co więcej, chętnie ja z własnego popędu obiecuję, że tej sprawy o odpustach już ani słowem nie wspomnę, i cofnę się w spokojne zacisze, skoro sprawa ta się ukończy; ale koniecznie żądać muszę, aby i tym, którzy mię do poruszenia sprawy tej zmusili, zostało nakazano, żeby się także w mowach swych miarkowali lub milczeli.”
„Co się zaś prawdy nauki mojej dotyczy, to słowa św. Tomasza i innych nauczycieli nie maja w oczach moich tego znaczenia, iżby w tak ważnych kwestyach rozstrzygały. Ja pragnąłbym, jeźlim tego inaczej godzien, usłyszeć co do tej sprawy głos oblubienicy, to jest kościoła chrześciańskiego. Albowiem nie ulega wątpliwości, że oblubienica słucha głosu oblubieńca swego, Chrystusa.”
„A dla tego proszę ja Przewielebną ojcowską miłość Waszą ze wszelką pokorą i uniżeniem, ażeby sprawę tę do Najświętszego pana naszego Leona X. przesłać zechciała, i aby takowa przez kościół zbadaną i rozstrzygniętą została. Potem można będzie surowo nakazać, aby bez narażenia się na grzech przeciwko sumieniu takową odwołano, lub też wierzono” *).
Przytaczając powyższy list. nie możemy pominąć pewnej nasuwającej się uwagi. Luter nie postępował według pewnego z góry obmyślonego planu, lecz kierował się przekonaniami, jakie się powoli w sercu i duszy jego utwierdziły. Nie było tam z góry ustalonego systematu, ani pewnego obrachowania co do stawiania oporu; Luter sam nieraz, nie spostrzegając tego nawet, stawał z sobą w sprzeczności. W głowie jego panowały jeszcze dawne, od młodości przyjęte zapatrywania, ! chociaż obok tychże wytwarzały się nowe. W tych dowodach, świadczących o szczerości i prawdzie, upatrywali niektórzy i ludzie ujemne strony reformacyi i użyli takowych jako broni przeciwko niej. Ponieważ w rozwoju reformacji uwydatnia się ono powszechne prawo stopniowego postępu, które duchowi ludzkiemu powszechnie jest właściwe, dla tego posądzano ją o ciągłe zmiany postaci, i napisano nawet historyą takowych. Prawie te rysy, które tylko o szczerości świadczą, a z tego już powodu wysoko cenione być powinne, te zebrał jeden z najznakomitszych geniuszów wśród chrześciaństwa, mianowicie Bossuet**), przedstawiając je jako dowody, mające świadczyć przeciwko prawdzie reformacyi. Zaiste! jest to podziwienia godny obłąd ducha ludzkiego !
*) Luth. Opp. I. p. 182.
**) Histoir de variations I. p. 25.
— 337 —
Luter nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Kajetan i ludzie dworu jego, co przedtem taką okazywali ruchliwość, zachowali się naraz jakby byli wymarli. Cóż to miało znaczyć? Czyż było to uciszenie zapowiadające burzę? Niektórzy podzielają, zdanie kardynała Pallaviciniego, że legat wyczekiwał chwili, w której dumny ten i na podobieństwo kowalskich miechów nadęty mnich spuści z tonu i stanie się zupełnie pokornym” *). Inni zaś mniemając, że się na ścieszkach Rzymu lepiej znają., tego byli przekonania, że legat ma zamiar pojmać Lutra i wyczekuje tylko odpowiedzi na poselstwo wysiane do Rzymu, ponieważ go wzgląd na żelazny list cesarza od ostatecznych wstrzymuje kroków. Inni nareszcie utrzymywali, że kardynał żadnym sposobem tak długoby z załatwieniem sprawy nie zwlekał. List bowiem żelazny tak samo nie powstrzyma cesarza Maksymiliana od wydania Lutra w ręce papieża, jako takowy nie powstrzymał cesarza Zygmunta od wydania Husa w ręce ojców kostanckiego soboru. Może być, że legat prawie o tom rokował z cesarzem. Zezwolenia Maksymiliana można było się każdej chwili spodziewać. Albowiem jako przedtem cesarz stał przeciwko papieżowi, tak tym samym sposobem schlebiał mu prawie teraz, ażby korona cesarska zajaśniała na głowie wnuka jego. Tu nie godziło się zmarnować ani chwili. Wszyscy przyjaciele Lutra radzili mu, aby założył apelacja do papieża i niezwłocznie uchodził z Augsburga.
Czwarty już dzień od ostatniego spotkania się z legatem upływał na próżno. Że Luter i po wyjeździe radców elektora, dla obrony mu nadanych, sam jeden jeszcze pozostawał w Augsburgu, dostatecznem jest świadectwem męstwa jego, tudzież jako gotów był dać odpowiedź każdemu, domagającemu się takowej. Na końcu atoli postanowił on postąpić według rady przyjaciół, lecz chciał o tem koniecznie donieść kardynałowi. Napisał więc do niego tego samego jeszcze dnia, było to w dzień przed wyjazdem, list nieco więcej od poprzedniego sta-stanowczy. Wszystkie kroki jego, celem zbliżenia poczynione, nie doprowadziły do niczego. Widząc to i mając oraz poczucie, że sprawiedliwość po jego, a niesprawiedliwość po nieprzyjaciół znajduje się stronie, zaczął Luter znowu głowę swą, nieco wyżej podnosić!
List napisany do Kajetana brzmiał tak: „W Bogu Najprzewielebniejszy Ojcze. Widziała Wasza ojcowska Dobroć, tak jest, widziała i poznała inoje posłuszeństwo, że w tak daleką
*) Ut follis ille ventosa elatione distentus p. 40.
— 338 —
wybrałem się podróż, na tak wielkie naraziłem się niebezpieczeństwa i przyszedłem tutaj, chociaż na ciele czuję się słabym, a do tego będąc ubogim, nie posiadam środków do takiej podroży. Lecz uczyniłem to, posłuszny będąc rozkazowi Najświętszego pana naszego Leona X. i osobiście się przed Przewielebnością Wasza stawiłem. Tudzież wie o tem Wasza Przewielebność, jako się Jego Świętobliwośei do kolan rzuciłem, i jako tutaj na to czekam, abym przyjął, co Świętobliwość Jego według zdania kościoła ustanowi, czy sprawę mą zechce potępić, albo czy uzna ją za sprawiedliwą. Mam świadectwo sumienia, że niczego z tych rzeczy nie zaniechałem, które poddany i posłuszny syn kościoła uczynić powinien.
„Dla tego postanowiłem, nie spędzać tutaj na próżno dłużej mojego czasu, czego też i z tej przyczyny uczynić nie mogę, ponieważ nie mam z czego żyć. A z innej strony sama Wasza ojcowska Miłość rozkazała mi osobistym swym głosem, abym, jeźli odwołać nie chcę, nigdy więcej na oczy Jej się nie pokazywał.”
„Z tego powodu wybieram się ztąd w imię Boże i będę się o inne oglądał miejsce, dokądbym pójść i gdziebym pozostać mógł. Niektóre osoby, więcej ode mnie znaczące, wezwały mię, abym od Waszej ojcowskiej dobroci, co więcej od samego Najświętszego pana naszego Leona X., któremu o mnie źle doniesiono, odwołał się do tego samego pana papieża, mającego poinformować się lepiej o sprawie. Mam to przekonanie, że taka apelacja przyjemniejszą byłaby naszemu Najjaśniejszemu Panu elektorowi, aniżeli odwołanie; lecz i tak, gdyby to ode mnie jedynie zależało, nie byłbym apelował .... Ja żadnej nie popełniłem winy, a dla tego żadnej nie potrzeba mi lękać się kary.”
Napisawszy list ten, który dopiero po odjeździe Lutra wręczono kardynałowi, sposobił się reformator do wyjazdu z Augsburga. Dotąd ochraniał go Bóg, za co Luter z głębi serca swego dziękował Panu; ale dłużej jeszcze pozostać znaczyłoby tyle, co kusić Pana Boga. Luter serdecznie uściskał przyjaciół swych Peutingera, Langemantla, Adelmanna, Auerbacha i przeora Karmelitów, który tak chrześciańską wyświadczył mu gościnność. We środę rano wstał jeszcze przed świtaniem; przyjaciele polecili mu jak największą, ostrożność, aby zamiaru jego nie odkryto i nie stawiano przeszkód. Luter trzymał się powyższej rady, o ile tylko można było. Przed bramę klasztorną przywiedziono wynędzniałą klacz, którą tam Staupitz pozostawił, a Luter pożegnawszy się raz jeszcze z przyjaciółmi wsiadł na nią i ruszył z miejsca,
— 339 —
nie mając ani lejca na konia, ani botów do jazdy, ani ostróg, ani nawet broni. Z nakazu rady miejskiej towarzyszył mu stróż miejski na koniu, który wszystkie znając drogi prowadził Lutra ciemnemi, samotnemi, ubocznemi ulicami w kierunku pewnej bramy, znajdującej się w murze, otaczającym miasto. Bramę tę kazał radca Langemantel przygotować otwartą. Jeszcze znajdował się Luter w mocy legata. Ręka Rzymu zawsze jeszcze mogła go dosięgnąć. I w rzeczy samej, gdyby Włosi jakie takie byli mieli przeczucie, że ulubieniec ich zmyka, to byliby niezawodnie podnieśli okrzyk wściekłości. A kto wie, czy ten nieustraszony wróg Rzymu w ostatniej jeszcze chwili nie zostałby pojmany i wrzucony do więzienia? Nareszcie przybyli do onej niewielkiej bramy i znalazłszy ja otworem na otwarte wyjechali pole. Teraz, pozostawiwszy po za sobą miasto, puścili się kłusem.
Przed odjazdem oddal Luter apelację swą do papieża przeorowi de Pomesaw. Przyjaciele odradzali mu, aby nie składał takowej na ręce kardynała. W kilka dni po odjeździe Lutra miał ja przeor w obecności notaryusza i kilku świadków przybić na drzwiach katedralnego kościoła. Zadanie to wypełnił przeor sumiennie.
W piśmie tem oświadczył Luter, iż odwołuje się od źle poinformowanego Najświętszego Ojca, papieża, do mającego się lepiej poinformować o sprawie Najświętszego Pana i Ojca w Chrystusie Leona, z laski Chrystusowej tegoż imienia Dziesiątego*). Apelacja została według przyjętego sposobu i istniejących formalności ułożoną i przez cesarskiego notaryusza, Gall'a von Herbrechtingen, w obecności dwóch mnichów augustyańskich, Bartłomieja Utzmaier i Wacława Steinbeis spisaną na, dniu 16. października.
Kardynał dowiedziawszy się o odjeździe Lutra zdziwił się niemało, przeląkł się prawie i strwożył cały, jako się sam w pewnym liście, do księcia elektora napisanym, wyraża. I w rzeczy samej było się nad czem gniewać. Z odjazdem Lutra skończyły się wszystkie dalsze rozprawy, tudzież na niczem spełzły wszystkie nadzieje, z któremi duma kardynała tak długo się pieściła. Kajetan pragnął zagoić ranę kościoła, odnowić w Niemczech zachwianą już nieco powagę papieża i przez to okryć imię swoje chwałą; a oto, kacerz wymknął mu się prawie z pod rąk jego. a co gorsza, uszedł swobodnie, nie doznawszy nawet upokorzenia. Spotkanie posłużyło tylko do tego, aby z jednej strony wykazać skromność, prostotę i
*) Melius informandum. Luth. Opp. lat. I. p. 219.
— 340 —
stanowczość Lutra,
a z drugiej znowu uwydatnić despotyczne i bez-rozumne postępowanie papieża i
posłańca jego. Rzym przez to już stracił, iż niczego nie uzyskał; powaga jego
na nowo przez to ucierpiała, iż nie był w stanie odnowić takową. Cóż na to w
Watykanie powiedzą? Z jakiemże poselstwem stanąć tu teraz przed papieżem ? Nikt
z pewnością nie uwierzy tam w trudność sprawy i położenia, owszem winę
niepomyślnego obrotu rzeczy zwalą wszyscy na legata, przypisując takową
nieudolności jego. Serra Longa i wszyscy wespół Włosi nie posiadali się z
gniewu nad tem, że oni, ci zręczni i przebiegli ludzie, przez niemieckiego
mnicha dali się wyprowadzić w pole. De Vio nie był już w stanie gniewu
swego zataić! Taka zniewaga wymagała zemsty; to też list, który wtenczas do
elektora napisał, tchnął gniewem i pragnieniem zemsty.
–––––––––– • ––––––––––