— 321 —
VII.
Druga rozprawa. — Tłumaczenie Lutra. — Odpowiedź legata. — Jego wymowa. — Żądanie Lutra. — Obawa Lutra.
Dnia 12. października, było te we środę, sposobiły się obie strony do drugiego, rozstrzygającego spotkania. Przyjaciele Lutra chcieli mu towarzyszyć, stawiając się razem z nim przed legatem, i zebrali się w tym celu w klasztorze Karmelitów. Przybyli tam dziekan trydencki, Doktor Peutinger, kilku radców cesarskich i Staupitz. za. niedługo stawili się także ku nie małej radości Lutra dwaj radcy księcia elektora, a mianowicie rycerz Filip von Feilitzsch i Doktor Rubel, którzy z polecenia elektora mieli wziąć udział w rozprawie, już to celem obrony osobistej wolności Lutra. Obydwaj przybyli już dzień przedtem mając, jako się Mathesius wyraża, stać u boku Lutra, jako rycerz z Chlumy stał w Konstancy! u boku Husa. Doktor dobrał jeszcze do siebie notaryusza i udał się w towarzystwie powyższych przyjaciół do legata.
Pomny położenia Lutra, tudzież przewidując upadek jego, jeźliby inaczej oka swego nie zwrócił do onego Pana, który lud swój z niebezpieczeństwa wybawia, przybliżył się Staupitz do Doktora i uroczystym głosem te powiedział słowa: „Kochany bracie, nie zapomnijże nigdy, iż sprawę tę rozpocząłeś w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!”*) Takim sposobem pokrzepiał i pocieszał Bóg serce pokornego sługi swego.
W pałacu legata znalazł Luter nowego przeciwnika, a mianowicie przeora Dominikan augsburskich, siedzącego tuż u boku przełożonego swego. Luter, postąpiwszy według postanowienia swego, przygotował odpowiedź swą na piśmie. Po odbyciu zwyczajnych grzeczności powitania odczytał on donośnym głosem następujące oświadczenie:
„Oświadczam uroczyście, że święty kościół rzymski szanuję. i nadal szanować będę. W dysputach publicznych szukałem tylko prawdy, i teraz jeszcze uważam wszystko, com powiedział, za prawą i chrześciańską prawdę. Ale ja jestem człowiekiem i mogę się pomylić. A dla tego oświadczam, że gotów jestem dać się pouczyć i przekonać w tych rzeczach, w których pomylić się mogłem. Tudzież gotów jestem, czy to ustnie czy piśmiennie odpowiedzieć na wszystkie uwagi
*) Seckendorf, p. 137.
— 322
—
i zarzuty, które Przewielebny legat mi poczynić zechce. Oraz mam zamiar przedłożyć tezy moje czterem wszechnicom, a mianowicie wszechnicom Bazylei, Freiburga w ziemi Breisgau, Lowanium i Paryża, i co te za fałszywe uznają, to ja wszystko odwołam. Słowem, ja wszystko uczynię, czego w ogóle od chrześcianina żądać można. Ale uroczyście protestuję przeciwko sposobowi, jakiego dotąd używano, tudzież i przeciwko temu szczególniejszemu wymaganiu, abym odwołał, mimo to, że mi nie dowiedziono, iż nauka moja jest fałszywą” *).
Te wnioski Lutra były same w sobie zupełnie sprawiedliwe, ale takiego sędziego, któremu z góry wyrok sadowy był przepisany, nie małego nabawić musiały kłopotu. Przynajmniej nie był kardynał na taką protestacyą przygotowany, a dla tego usiłował się ukryć zmieszanie swoje pod maska udanej uprzejmości i słodkiego uśmiechu. „Toż przecie takiej protestacyi nie potrzeba,” odrzekł kardynał z uśmiechem, „ja nie będę, z tobą dysputował ani publicznie ani potajemnie; owszem ja chcę sprawę tę w dobroci i po ojcowsku załagodzić!” Cała polityka kardynała zawisła bowiem od tego, aby z pominięciem surowych formalności prawa, które oskarżonemu pewną zastrzegają opiekę, załatwić całą sprawę niby jako rzecz administracyjną, jako sprawę, toczącą się między przełożonym i podwładnym. — Sposób taki jest zaiste dogodny, przynajmniej nie nakłada on na wolę przełożonego żadnych ograniczeń.
Legat odezwał się jeszcze uprzejmiej. „Kochany przyjacielu, zaniechaj przecież wszelkiej bezskutecznej próby, wnijdź w siebie, poznaj prawdę a ja pojednam cię z kościołem i papieżem. Odwołaj, mój przyjacielu, odwołaj! tego bowiem żąda po tobie papież. Czy ty tego chcesz, albo czy nie chcesz, to jest rzeczą obojętną. Trudno ci będzie przeciwko ościeniowi wierzgać!”
Luter, widząc, że obchodzą się z nim jakby z dzieckiem upartem, a zwłaszcza tak, jak gdyby już przez kościół został potępiony, w te odezwał się słowa: „Ja odwołać nie mogę, ale odpowiem piśmiennie. Jużeśmy się wczoraj pod dostatkiem z sobą spierali” **).
O wyraz ten uraził się kardynał, albowiem przypomniał mu takowy, jako nie zupełnie oględnie sobie był postąpił. Lecz spostrzegłszy się, od razu odpowiedział kardynał z uśmiechem: „Kochany synu, ja się z tobą nie spierałem, ani się
*) Loscher 2, 463. Luth. Opp. XVII. p 181.
**) Digladiatum est. Luth. Epp. I. p. 181.
— 323 —
też spierał nie będę; ale ze względu na Jego książęcą Mość, elektora Fryderyka, chcę cię po ojcowsku wysłuchać i upomnieć cię uprzejmie.”
Luter nie mógł pojąć, dla czego się kardynał o ten wyraz uraził; myślał bowiem u siebie tak, iż, gdyby niegrzecznego chciał użyć wyrazu, to nie byłby powiedział, żeśmy „się spierali,” lecz dysputowali lub kłócili się, co rzeczywiście przeszłego dnia się działo.
Czuł to atoli de Vio, że w obecności tak poważnych osób, będących świadkami rozprawy, wypada koniecznie przynajmniej pozór zachować, jakoby Lutra dowodami przekonać się usiłował. Z tego powodu podjął on znowu rozprawę o dwóch powyższych zdaniach Lutra, które przeszłego dnia jako naj-główniejsze określił błędy; ale uczynił to z tym zamiarem, aby, ile można, nie dopuścić Lutra do słowa. Odznaczając się biegłością języka, rodzonym właściwą Włochom, nacierał kardynał na Lutra zarzutami, nie dozwalając mu odpowiedzieć na takowe; uciekał się to do gróźb, to do żartów; to znowu do gwałtownego wzbijając się hałasu umiał kardynał najróżniejsze mieszać z sobą rzeczy; raz przytaczał wyroki św. Tomasza, potem znowu piorunował przeciwko inaczej myślącym i znowu zwracał się do Lutra. Więcej niż dziesięć razy chciał tenże zabrać słowo, ale legat nie dopuścił do tego, albo też od razu przerywał mu groźbami. „Odwołaj! odwołaj! Więcej on nie żądał; piorunował i nawoływał Lutra bez ustanku do posłuszeństwa jedynie tylko, aby sam zawsze mówił*). Nareszcie wystąpił Staupitz z prośbą, aby także Doktorowi Marcinowi wolno było powiedzieć słowo. Lecz legat, nie zważając na to, sam znowu mówił, cytując dalej ekstrawaganty papieży i wyroki św. Tomasza; tak bowiem u siebie postanowił, aby podczas całej rozprawy nie dopuścić Lutra do słowa. Dowodami przekonać go nie mógł, gwałtu przeciwko niemu użyć było na razie niebezpieczną, dla tego chciał go przynajmniej ogłuszyć.
Luter i Staupitz przyszli do przekonania, że
niepodobną jest w drodze rozmowy, nie tylko porozumieć się z legatem o rzeczy,
w toku będącej, lecz że nie można nawet ani wyznania wiary swej przed nim
wypowiedzieć. Z tego
powodu powrócił Luter znowu do prośby, którą już raz wynurzył, lubo kardynał
takowej zrozumieć nie chciał. Nie mogąc ustnie odpowiedzieć, prosił Luter o
pozwolenie wręczenia kardynałowi
*) Decies fere coepi, ut loquerer, toties
russus tonabat, et solus regnabat. Luth. Opp. XVII. p. 209.
— 324 —
piśmiennej odpowiedzi. Prośbę tę popierał usilnie Staupitz, tudzież i wielu innych przemawiało za nią, tak iż kardynał czuł się przynęconym zezwolić na to, chociaż zkądinąd podobnych piśmiennych rozpraw z głębi duszy nienawidział, gdyż słowo napisane pozostaje. Rozstano się na razie. Nadzieja spokojnego załatwienia sprawy w obecnem zebraniu została odroczoną. Znów trzeba było wyczekiwać, co na przyszłam spotkaniu osiągnąć się da.
To pozwolenie jenerała dominikańskiego zakonu, udzielone Lutrowi, aby na wyż wymienione skargi co do nauki o odpuście i wierze, namyśliwszy się jeszcze najprzód piśmienną potem od siebie dał odpowiedź, jest rzeczą prostej sprawiedliwości; w każdym razie atoli musimy takowe uznać jako dowód umiarkowania i pewnej bezstronności ze strony Kajetana.
Luter opuścił pałac kardynała, pełen będąc radości z uzyskania powyższego pozwolenia. W drodze tam i na powrót był Luter przedmiotem publicznej uwagi. Wszyscy wykształceni ludzie zajmowali się sprawą jego zgoła tak, jakby sami do sądu stawiać się musieli. Czuł to bowiem każdy, że w tej sadowej rozprawie, odbywającej się w Augsburgu, rozchodzi się o sprawę Ewangelii, sprawiedliwości i wolności. Niższe tylko warstwy społeczeństwa stały po stronie Kajetana, dawając to nieraz wyraźnie uczuć Lutrowi*).
Legat nie żądał oczywiście od Lutra niczego innego, jak tylko to jedno usłyszeć słówko: „Odwołuje!” Luter zaś stanowczy powziął zamiar nie wypowiedzieć takowego. Jakże miał tedy zakończyć się tak nierówny bój ? Jakżeby cala ta ogromna potęga Rzymu, przeciwko jednemu zwracając się człowiekowi, nie miała zgnieść takowego ? Wiedział to Luter dobrze, i czuł potęgę tej straszliwej ręki, która na nim ciężyła. Luter nie miał już nadziei, iżby jeszcze do Wittenbergi powrócić i oblicze ukochanego swego Filipa oglądać, tudzież pomiędzy one szlachetna młodzież wystąpić mógł, do której serc z taką radością nasienie żywota wiecznego rozsiewał. Klątwa papieża wisiała nad głową jego jako miecz Demoklesa, i każdej chwili mogła uderzyć nań silą piorunu. Wszystko to smutkiem napełniało serce jego, ale ducha jego złamać nie zdołało**). Ufność jego w Bogu nie dała się zachwiać. Choćby Bóg i narzędzie woli swojej rozbił, to nigdy jednak nie dopuści on, aby prawda jego upaść miała. Niech przyjdzie, co chce, Luter postanowił stać w
*) Luth. Opp. XVII. 185.
**) Luth. Opp. XVII. p. 185., 186.
— 325 —
obronie prawdy aż do śmierci. Wziął się tedy do ułożenia uroczystej protestacyi, którą na ręce legata złożyć zamierzał. Ta praca zajęła mu część dnia 13. października.
–––––––––– • ––––––––––