VI.

Pierwsze stawienie się. Pierwsze słowa. Warunki Rzymu.    Wnioski odwołania.    Odpowiedź Lutra. Luter  od­chodzi.      Obopólne  wrażenie.    Nadejście  Staupitza.  Uwiadomienie legata.

 

Nadszedł nareszcie dzień 11. października, jako dzień rozprawy. Był to wtorek. Serce legata pełne było dobrej nadziei, a to już z tego powodu, ponieważ Luter oświadczył, jako gotów jest odwołać wszystkie te nauki, o których dowiodą mu, że się takowe z prawdą słowa Bożego nie zgadzają.

 

*) Luth. Epp. I. p. 146.

**) Luth. Opp. XVII, p. 183.

 

    314   

 

Kardynał bynajmniej nie wątpił o tem, że mocą stanowiska i nauki swej, uda mu się przywrócić mnicha do posłuszeństwa i uległości kościołowi.

Luter wybrał się w drogę do legata, idąc w towarzystwie przyjaciela swego, przeora Karmelitów, i dwóch zakonników tegoż klasztoru, tudzież w towarzystwie Doktora Link i jeszcze jednego Augustyanina, podobno tego samego, który towarzyszył mu w drodze, począwszy od miasta Nürnberg. Ledwie że stanął w bramie pałacu, to już naprzeciwko niemu wyleciała wszystka zgraja Włochów, znajdujących się w orszaku prałata. Wszyscy chcieli widzieć tego słynnego nauczyciela, i natłok był tak wielki, że Luter ledwie naprzód kroczyć zdołał. W sali spotkał Luter nuncyusza apostolskiego i Serra Longę. Kardynał czekał już nań. Przyjęcie było oziębłe, ale przyzwoite, zupełnie według rzymskiego ceremonjału. Idąc za radą Serra Longi upadł Luter przed kardynałem na ziemię, podniósł się potem na kolana, gdy tenże powstać mu kazał i dopiero na drugie skinienie tegoż powstał na nogi. Kilku Włochów, zajmujących wyższe stanowisko w orszaku legata, wstąpiło na salę, chcąc widzieć spotkanie to i jako się niemiecki mnich przed zastępcą papieża upokorzy.

Kardynał milczał. Nienawidział on Doktora już jako wroga teologicznej przewagi świętego Tomasza, tudzież jako naczelnika nowego, ruchliwego, na nowej, zakwitającej wszechnicy panu­jącego przeciwnego stronnictwa, którego pierwsze zaraz kroki napawały zwolenników św. Tomasza obawą. Było to dlań roz­koszą, widzieć Lutra przed sobą na ziemi, a już zdawało się kardynałowi, jako jeden z współcześników jego opowiada, że Luter zanuci niebawem pokutne „pater peccavi” (ojcze, zgrzeszyłem). Luter znowu czekał nadaremno na jakie słowo legata. Nareszcie, gdy kardynał nie przerywał milczenia, uważał to Luter za wezwanie do zerwania takowego ze swojej strony i odezwał się następującą przemową:

„Najprzewielebniejszy Ojcze! na wezwanie Jego papiezkiej Świętobliwości i według życzenia najmiłościwszego pana mojego, księcia elektora saskiego, stawiam się przed Wami jako pod­dany i posłuszny syn świętego chrześciańskiego kościoła, i wy­znaję, że ja to one, w rzeczy będące, propozycye i tezy napisałem. Ze wszelkiem posłuszeństwem gotów jestem dowiedzieć się, o co mię obwiniają, tudzież, jeźlim się pomylił, dać się według prawdy pouczyć.”

Kardynał zaczął udawać troskliwego ojca, pełnego litości dla syna marnotrawnego; stał się naraz nader uprzejmym, pochwalił pokorę Lutra, wyrażając swą z niej radość i rzekł:

 

    315   

 

„Kochany synu, dysputami twemi o odpustach wzburzyłeś całe Niemcy. Jako słyszę, masz ty być doktorem znającym się na Piśmie świętem, i dużo mającym słuchaczów. Dla tego słuchaj słów moich, jeźli inaczej chcesz być członkiem kościoła i w pa­pieżu łaskawego uznać swego pana.”

Po tym wstępie oznajmił mu legat, czego po nim żąda, a zwłaszcza wszystko od razu; tak mocne było jego zaufanie w posłuszeństwo Lutra. „Oto są trzy artykuły,” rzekł legat, „które ja z nakazu Najświętszego Ojca, papieża Leona X. tobie przedstawić mam. Po pierwsze, powinieneś, wszedłszy w siebie, upamiętać się i odwołać twe błędy. Po wtóre, powinieneś uro­czyście ślubować, że w przyszłości powyższych błędów wystrzegać się będziesz. Po trzecie, powinieneś miarkować się we wszystkiem i unikać wszystkiego, coby się do zasmucenia i rozer­wania kościoła przyczynić mogło.”

Luter: Proszę, Przewielebny Ojcze, o udzielenie mi wia­domości o papiezkiem breve, mocą którego upoważnieni jesteście do roztrząsania tej sprawy.

Serra Longa i inni Włosi zdumieli się nad takiem żą­daniem; a gdy niemiecki ten mnich dotąd już jakąś szczegól­niejszą wydawał się figurą, to dopiero teraz zadziwienie ich nad tak zuchwałą prośbą graniczyło prawie z osłupieniem. Chrześcianie, mający w sercu swem pewne poczucie sprawie­dliwości, domagają się także sprawiedliwości w postępowaniu przeciwko sobie i innym ludziom; którzy atoli według wła­snego tylko urojenia postępować zwykli, ci zdumiewają się, gdy ich o zasady i formy prawa pytamy.

De Vio: Ta prośba, miły synu, nie może zostać uwzględ­nioną. Twoją powinnością jest wyznać swe błędy, a w przy­szłości lepiej się nad słowami twemi zastanowić, i nie żreć tego, coś wyrzygał, abyśmy bez niepokoju i troski żyć mogli. A tedy ja z nakazu i upoważnienie Przenajświętszego Ojca, papieża naszego, sprawę tę załatwię.

Luter: A więc proszę o określenie tego, wczem się po­mylić mianem.

Równie i druga ta prośba wielkie wywołała zdumienie w pośród dworaków włoskich, spodziewających się, iż biednego tego niemieckiego mnicha na klęczkach ujrzą błagającego o łaskę. Na tak zuchwałe zapytanie nie byłby się ani jeden z nich odważył odpowiedzieć. De Vio atoli nie chciał zgnieść mnicha od razu całą. godności swej powagą, uważał bowiem krok taki za nieszlachetny; przytem zdawało mu się, że nauką, swą nie

 

    316   

 

trudno odniesie zwycięstwo. Z tego to powodu oznajmił on Lutrowi, o co go obwiniają, i wdał się z nim nawet w rozprawę. Bądźmy sprawiedliwymi względem osoby tego naczelnika za­konu Dominikanów. Więcej znajdujemy u niego uczucia słu­szności, więcej także względów na to, co się godzi, tudzież mniej znów pewnego namiętnego ducha, aniżeli zazwyczaj w podobnych działo się wypadkach. Kardynał odezwał się do niego w sposób uprzejmy tak: „Kochany synu; dwa wypowie­działeś zdania, które cofną-ć powinieneś; po pierwsze, że za­sługa i męka Chrystusowa nie stanowi skarbu dla odpustów; po wtóre, że człowiek idący do pożywania świętego sakramentu musi wierzyć, iż dostąpi łaski, która mu w sakramencie podawana bywa.”

Te dwie nauki Lutra zadały w rzeczy samej rzymskiemu handlowi odpustami śmiertelny cios. Albowiem jeźli papieżowi nie przysługuje prawo do szafowania zasługą Chrystusową, we­dług własnego upodobania, jeźli przez zakupienie tych listów, przez rzymskich sprzedawanych handlarzy, nie dostępuje człowiek udziału w nieskończonej sprawiedliwości Chrystusowej, to czemże potem są listy te innem, jako nędznemi szmatami papieru bez wszelkiej wartości? Nie inaczej miała się rzecz co do sakramentów św. Odpusty były jeszcze niby jakąś nad­zwyczajną gałęzią interesów rzymskich, sakramenta kościoła atoli należały już do regularnych i codziennych. Sprowadzały one nie małe sumy pieniędzy. A tu niechaj wystąpi naraz człowiek i niech powie, że jeźli dusza nasza jaki wewnętrzny pożytek z takowych odnieść ma, koniecznie wierzącem musi je przyjmować sercem, — to zaiste tem twierdzeniem swem po­zbawił on sakramenta te całego ich w oczach pospólstwa uroku i znaczenia. Albowiem jeźli wiara jest potrzebna, to przecież papież wiary tej dać nie może. Takowa przechodzi zakres jego panowania, albowiem ona jedynie od Boga pochodzi. Jeźli zatem wiara jest potrzebna, to przepadła już spekulacja i przepadły fortele Rzymu.

Luter uderzywszy na te dwie nauki, postąpił sobie według przykładu samego Jezusa, który zaraz przy rozpoczęciu zawodu swego poprzewracał stoły tych, co pieniędzmi handlowali i wy­pędził ich z kościoła, mówiąc: „Nie czyńcie domu ojca mego domem kupieckim” (Jan 2:16).

„Celem wykazania błędów nauki tej,” powiedział dalej Kajetan, „nie chcę już powoływać się na powagę św. Tomasza i innych scholastyków, lecz oprę się jedynie na wyrokach Pisma i postąpię sobie z tobą uprzejmie.”

 

    317   

 

Ale ledwie, że wziął się Vio do wyłuszczania swych do­wodów, to już od razu zaczął oddalać się od powyższej zasady. Pierwszą bowiem zaraz propozycya Lutra usiłował się obalić pewną ekstrawagantą papieża Klemensa VI. *), drugą znowu cytatami przytoczonemi z dzieł scholastyków. Dysputa toczyła się najprzód co do powyższego ustanowienia papiezkiego na rzecz odpustów. Oburzyło to Lutra, że jakiemuś tam dekre­towi kancelaryi rzymskiej tak wielkie legat przypisuje zna­czenie, a dla tego odezwał się tak:

„Podobne ustanowienia nie są w tak ważnych rzeczach dostatecznymi dowodami. One przekręcają myśli Pisma świętego i nie cytują wyroków jego nigdy prawdziwie.”

De Vio: Papież ma władzę i moc nad wszystkiemi rze­czami.

Luter: Ale nie ma jej nad Pismem świętem.

De Vio: Nad Pismem mocy nie ma? Azaż ty nie wiesz, iż papież stoi wyżej soborów? Azaż nie dawno temu, nie po­tępił i nie skarcił on soboru, odbytego w Bazylei?

Luter: Wszechnica paryzka założyła przeciwko temu appellacyą!

De Vio: Paryżanie odniosą jeszcze zasłużoną karę.

Potem przeszła rozprawa na przedmiot drugi, a miano­wicie na potrzebę wiary przy sprawowaniu sakramentów świę­tych, bez której takowe są bezskuteczne. Na poparcie nauki tej przytoczył Luter kilka wyroków Pisma świętego, legat atoli uśmiechnąwszy się odpowiedział na to, że takowe mówią tylko o wierze w ogóle. Na taką uwagę odparł Luter stanowczem: „Nie!”

Pewien Włoch, będący mistrzem ceremonjału na dworze papiezkim, czuł się uporem i odpowiedziami Lutra tak znie­cierpliwionym, iż sobie już nie mógł dać rady. Za każdem prawie słowem chciał się wmieszać w rozprawę; legat atoli nakazał mu milczenie i dał mu nareszcie tak surową naganę, iż mistrz ceremonjału, zapłoniwszy się od wstydu, opuścił salę. nJeźli się co do odpustu mylę,” odparł Luter, „to gotów jestem dać się w sprawie tej pouczyć. Można być zkądinąd dobrym chrześcianinem, nie poruszywszy nawet artykułu tego. Lecz gdybym co do artykułu o wierze ustąpił, to samego za­parłbym się Chrystusa. W punkcie tym nie chcę i mogę ja ustą­pić, ani też tego za pomocą Bożą nigdy nie uczynię.

 

*) Ekstrawagantami zwano ustanowienia papieża Jana XXII. i kilku jego następców.

 

    318   

 

De Vio (nieco rozdrażniony): Czy chcesz, albo czy nie chcesz, dziś jeszcze artykuł ten odwołać musisz, inaczej bowiem z powodu tego jednego artykułu potępię i przeklnę wszystką twą naukę.

Luter: Ja nie mam innej woli, jako jedynie wolę Bożą. On niech ze mną postąpi, jako jemu się podoba. A gdybym miał czterysta głów, to wolałbym je wszystkie utracić, aniżbym świadectwo moje, za świętą, chrześciańską wydane wiarę, od­wołać miał.

De Vio: Ja nie przyszedłem tutaj kłócić się z tobą. Albo odwołaj, albo gotuj się, abyś zasłużoną odniósł karę.

Poznał to Luter, że ustną rozprawą końca nie dojdą. Przeciwnik jego siedział tuż przed nim, jakby sam był papieżem, pokornego żądając i potulnego przyjęcia wszystkich swych nauk; odpowiedzi zaś Lutra, i takie nawet, które się na wy­raźnych wyrokach Pisma świętego opierały, z góry zbywał tylko wstrząsaniem ramion, ironią lub też szyderstwem. Luter uznał za rzecz stosowniejszą, piśmienną dać mu odpowiedź. Pomyślał sobie, że środek taki pozostawia pogwałconej stronie przynajmniej jedną nadzieją, a mianowicie tę, że inni jeszcze ludzie rzecz osądzą, a potem niechaj zadrży niesprawiedliwy wróg, który przez krzyki i gwałty stał się panem pobojowiska.

Luter wyraził życzenie, aby mu ustąpić pozwolono. „Czy chcesz,” zapytał się legat, „mieć zapewnienie bezpiecznego po­chodu do Rzymu?”

Bez wątpienia byłoby Kajetanowi przejemną, gdyby wnio­sek jego został przez Lutra przyjęty; tym bowiem sposobem byłby kardynał wywinął się ze sprawy, której trudność na każdym kroku coraz więcej stawała się widoczną. Do tego byłby Luter z kacerstwem swem w takie dostał się ręce, które podobnym sprawom zaradzić umiały. Reformator atoli, poznawszy niebez­pieczeństwo położenia swego już w Augsburgu, nie miał naj­mniejszej ochoty zgodzić się na wniosek, zmierzający do tego, aby ze związanemi rękoma i nogami wydał siebie na pastwę śmiertelnych swych wrogów. Dla tego odrzucał on takowy, ilekroć go ponowiono. Legat znowu nie dał spostrzedz po sobie, jak bardzo go takie wzbranianie się Lutra obchodzi, owszem okrywszy się płaszczem godności swojej, uzbroiwszy się w pewien uśmiech litości, którym wewnętrzne wzburzenie uczuć swych ukryć się usiłował, pozwolił ustąpić Lutrowi, czyniąc to z pewnem ścisłem przestrzeganiem wszelkich form grzeczności jako czło­wiek, który innym razem więcej dostąpić się spodziewa.

 

    319   

 

Ledwie że Luter do podwórza pałacu wystąpił, a oto już ów gadatliwy mistrz ceremonjału. który przedtem z sali wyjść musiał, przyczepił się do boku jego, pełen będąc radości, że nareszcie znalazł sposobność wygadać się w nieobecności Kaje­tana, tudzież że jasnemi dowodzeniami swemi wniwecz obróci upór tego obrzydłego kacerza. Od razu wziął się też do wy­nurzenia przed nim swych sofismatów. Luter atoli umiał siar­czystym sarkazmem, jaki mu był właściwy, pozbyć się natrętnego półgłówka, tak iż biedny mistrz ceremojału, nie wskórawszy nic, z hańbą do pałacu kardynała powracać musiał.

Luter nie odebrał nader pochlebnego wrażenia co do nauki wroga swego. Jako później napisał do Spalatina, słyszał on z ust jego zdania, sprzeciwiające się wszelkiej teologii, zdania, któreby w uściech każdego innego człowieka były uchodziły za arcykacerskie. Minio to uważano Kajetana za najbardziej uczonego człowieka w gronie dominikańskiego zakonu, a drugim z kolei miał być Prierio. „Ztąd można sobie wyobrazić,” powiada Luter, „jakimi muszą, być ci, co w dziesiątym lub setnym stoją rzędzie” *). Natomiast było poważne i stanowcze zachowanie się Lutra tak dla kardynała jako też i dla dworu jego istną niespodzianką. Zamiast biednego mnicha, błagającego przebaczenia i litości, znaleźli tuż męża wolnego, stanowczego chrześcianina i uczonego doktora, który na skargi niesprawiedliwe domagał się dowodów i naukę swą umiał bronić zwycięsko. W pałacu kardynała mówiono tylko o dumie, o uporze i bezwstydności tego kacerza. Luter i de Vio poznali się nawzajem; obydwaj sposobili się na drugie spotkanie.

Powróciwszy do klasztoru Karmelitów doznał tam Luter miłej dla siebie niespodzianki. Jeneralny wikary augustyańskiego zakonu Staupitz, ten przyjaciel, ten ojciec jego duchowny, przy­bywszy tymczasem do Augsburga, czekał już tam na niego. Nie mogąc odwieść Lutra od zamiaru udania się do Augsburga, dal mu Staupitz przynajmniej nowy i rozczulający dowód przy­wiązania swego, iż także tam podążył, aby ile można stać się Lutrowi usłużnym. Zacny mąż ten dobrze przewidywał, jak ważne z tej rozmowy z legatem wyniknąć mogą następstwa. Obawa i przyjaźń nie dawały mu spokoju. Po ukończeniu tak nieprzyjemnej rozprawy było to istną rozkoszą dla Lutra, że tak drogiego sercu swemu mógł teraz uściskać przyjaciela. Luter opowiedział mu, jako żadnej nie mógł znaczniejszej uzy­skać odpowiedzi, albowiem domagano się tylko, aby naukę swą

 

*) Lutheri Epp. I. p. 146.

 

    320   

 

odwołał, nie zadawszy sobie nawet pracy przekonać go o czem lepszem. „Piśmienna odpowiedź okazuje się niezbędnie potrzebną,” zauważał Staupitz.

Według tego, co o pierwszej usłyszał rozmowie, nie spodzie­wał się już Staupitz niczego ani po dalszych rozprawach. Ta oko­liczność skłoniła go do uczynienia kroku, jaki za konieczny uważał; a mianowicie zwolnił on Lutra od posłuszeństwa zakonu. Krok taki dwojaką obiecywał korzyść. Najprzód, jeźliby Luter w spra­wie tej, jako przewidzieć należało, został osądzonym, to hańba ta nie trafiłaby całego już zakonu; jeźliby zaś chciano zmusić Lutra, aby milczał, lub naukę swą odwołał, to Luter, nie będąc już ślubem zakonnym do bezwarunkowego posłuszeństwa obo­wiązany, mógł się tem wymówić *). Ceremonja odbyła się według przyjętego sposobu. Poznał Luter, co go czekało. Serce jego głęboko było wzruszone na zerwanie więzów, które on niegdyś sam, młodzieńczym pędzony będąc zapałem, dobrowolnie przy­jął na siebie. Zakon, niegdyś przezeń obrany, sam go teraz z łona swego wykluczył. Przyrodzeni, że tak powiem, obrońcy jego cofnęli się od niego. Odtąd stał się już obcym braciom swym w łonie zakonu. Aczkolwiek serce jego nad tem zalało, to jednak podniosło się znowu, i nowej nabrało otuchy, przy­pomniawszy sobie obietnicę wiernego Boga, który powiedział: „Nie zaniecham cię, ani cię opuszczę!”

Za pośrednictwem biskupa Trydentu donieśli radcy ce­sarscy do wiadomości legata, że Luter znajduje się w posiadaniu żelaznego listu i jako nie wolno legatowi wobec niego żadnych nieprzyjaznych podejmować kroków. De Vio, pałając gniewem, dał na to krótką, prawdziwie rzymską odpowiedź, mówiąc: „Niech sobie go ma! ja i tak zrobię, co papież nakazuje”**). Co zaś papież nakazał, o tem jużeśmy słyszeli.

 

*) Mathesius, Str. 15.

**) Luth. Opp. XTH. p. 201.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1