V.

De Vio. Jego charakter. — Serra Longa. Przedwstępne rozmowy. Odwiedziny radców. — Powrót od Serra Longi. — Przeor. Przezorność Lutra. — Luter i Serra Longa. List żelazny. — List Lutra do Melanchtona.

 

Luter przybywszy do Augsburga nie omieszkał, nie odwiedziwszy jeszcze nikogo, wyprawić natychmiast towarzysza swego Wacława Link do legata, celem zawiadomienia go o swem przybyciu, a zwłaszcza już dla tego, by przez to okazać przy­należną mu cześć! Link uczynił to, oświadczając legatowi pokornie imieniem wittenberskiego Doktora, iż tenże gotów jest stawić się przed nim, skoroby się legatowi zawołać go podobało. De Vio uradował się z tego doniesienia; straszliwy kacerz ten w jego już zatem znajdował się ręku! Kardynał postanowił u siebie nie wypuścić go tak łacno z Augsburga, jako tam przyszedł. Podczas gdy Link poszedł do legata, wybrał się zakonnik Leonhard równocześnie w podróż do Staupitza, by donieść mu o przybyciu Doktora do Augsburga. Jeneralny wikary napisał bowiem przedtem do Lutra, zapewniając go o swem przybyciu do miasta tego, skoroby się tylko o nadejściu Lutra dowiedział. Z tego więc powodu śpieszył Luter donieść mu natychmiast o swem przybyciu*).

Było już po zakończeniu sejmu, cesarz i elektorowie już się byli rozeszli, tylko że cesarz bawił jeszcze na Iowach w okolicy Augsburga. Wysłaniec Rzymu znajdował się zatem sam jeden w Augsburgu. Podczas obradowania sejmu byłby Luter znalazł w mieście tem potężnych obrońców; teraz atoli zdawało się, jakoby już wszystko musiało uginać się pod wszech­mocne jarzmo powagi papiezkiej.

Imię sędziego, przed którym Luter stanąć miał, nie było tego rodzaju, iżby mogło pozbawić go niepokoju. Tomasz de

 

*) Lutheri Epp. I. p. 144.

 

    306   

 

Vio urodził się w neapolitańskiem miasteczku Gaeta roku 1469; ztąd zwano go później powszechnie Kajetanem. W mło­dości już obudzał Tomasz nadzieje wielkiej przyszłości. W sze­snastym roku życia swego wstąpił on wbrew woli swych rodziców do zakonu księży Dominikan. Później został potem jenerałem tegoż zakonu i kardynałem kuryi rzymskiej. Dla Lutra wy­dawała się najniebezpieczniejszą ta okoliczność, iż uczony ten doktor gorliwym był zwolennikiem teologii scholastycznej, prze­ciwko której reformator zawsze stanowczo występował. Matce kardynała, gdy jeszcze z dziecięciem chodziła w ciąży, miało się razu jednego śnić, że widzi świętego Tomasza w własnej osobie, nauczającego jej dziecię i prowadzącego je do nieba. Stawszy się zakonnikiem zamienił de Vio swe imię Jakuba w Tomasza, i stawał zawsze mężnie w obronie wszystkich przy­wilejów papieża, tudzież i w obronie teologii Tomasza z Akwinu, którego za najdoskonalszego uważał teologa*). Będąc zwolen­nikiem przepychu i ceremonjału, zdawało się, iż sprawdzi Kajetan ono twierdzenie kuryi rzymskiej, według którego wysłańcy papieża mają stać nawet wyżej królów ziemskich. To też otoczył się Kajetan wspaniałym orszakiem. Dnia 1. sierpnia czytał on w tumie augsburskim uroczyście mszę, włożył potem w obliczu wszystkich książąt Rzeszy niemieckiej na głowę arcybiskupa mogunckiego, klęczącego tuż koło ołtarza, kapelusz kardynalski, tudzież wręczył cesarzowi kapelusz i pałasz, przez samego poświęcony papieża. Przed tymto księciem kościoła stanąć miał Luter w swym wypożyczonym habicie. Nauka legata, jako też charakter jego stanowczy i czystość obyczajów jednały mu w Niemczech powagę i znaczenie, na jakie trudno byliby się inni dworacy rzymscy zdobyli. Słynął on poniekąd z świętobliwości, a ta prawie okoliczność zjednała mu bez wątpienia godność wysłańca papiezkiego. Uznano to w Rzymie, jako prawie te Kajetana przymioty mogą stać się dla sprawy papieztwa nader korzystne. Te cnoty jego stawiały Kajetana tem niebezpieczniejszym. Z resztą zadanie jego było bardzo proste, ponieważ Luter został już ogłoszony kacerzem. Jeźliby nie odwołał, to legat miał rozkaz kazać wrzucić go do wiezienia, jeźliby mimo to uszedł bezpiecznie, to każdy, ktoby mu dał przytułek, podpadał karze klątwy. Coś innego więcej uczynić, nie polecił Rzym onemu księciu kościoła, przed którego za­wezwano Lutra.

 

*) Divi Thomae summa cum commentariis Thomae  de Vio Lugduni 1587.

 

    307   

 

Odpoczynek nocny korzystnie oddziałał na usposobienie Lutra. Dnia 8. października, było to w sobotę, miał Luter czas zdać sobie sprawę z trudnego położenia swego; poddał się on pokornie pod wole Bożą i oczekiwał spokojnie, spodzie­wając .się, że w następujących wypadkach uwydatni się rada samego Boga. I zaprawdę, nie długo było na to czekać potrzeba. Jakaś jemu zupełnie obca osoba kazała mu poufnie jakby przez najlepszą życzliwość, powiedzieć, że ma zamiar odwiedzić go, tudzież aby przed odwiedzinami temi nie stawiał się przed legatem. Poselstwo pochodziło od niejakiego włoskiego męża stanu, imieniem Urbana de Serra Longa, który przedtem w charakterze posła margrabiego Montferratu częściej do Niemiec przybywał. Serra Longa znał osobiście księcia elektora saskiego, u którego przedtem jako posłaniec bywał uwierzytelniony. Po śmierci margrabiego wstąpił Serra Longa do orszaku kardy­nała. Chytrość jako też całe zachowanie się człowieka tego dziwnie odbijały zaiste od szlachetnej otwartości i wielkodusznej prostoty Lutra. Za niedługo przybył Włoch ten, wysłany od kardynała, do augustiańskiego klasztoru celem przekonania się o umysłowem usposobieniu Lutra, tudzież aby przygotować go do odwołania. Mniemał bowiem Serra Longa. że wskutek dłuż­szego swego pobytu w Niemczech więcej niezawodnie od swych towarzyszy posiada on wpływu na umysły; a co do tego nie­mieckiego mnicha, to sprawa wydawała mu się nawet zupełnie łatwą. Wstąpił tedy w towarzystwie dwóch sług do pomie­szkania, udawając od razu, jakoby z własnego był przyszedł popędu odwiedzić Lutra, a to przez przyjaźń do niego, jako ulubieńca księcia elektora saskiego i przez przywiązanie do ko­ścioła. Powiedziawszy kilka nader grzecznych powitań, odezwał się dyplomata ten bardzo uprzejmie do Lutra i rzekł mu: „Ja przychodzę udzielić wam dobrej rady. Pojednajcie się z kościołem. Poddajcie się kardynałowi bez wszelkich zastrzeżeń z waszej strony. Cofnijcie te obrażające wyrazy i nauki. Wspomnijcie sobie na Joachima, opata we Florencji; on także po kacersku nauczał, a jednak, gdy odwołał, nie osądzono go jako kacerza.”

Luter nadmienił  coś o zamiarze  usprawiedliwienia  się.

Serra Longa: Nie czyńcie tego, azaż chcecie wysłańca Jego Świętobliwości zaczepiać jakby na turniejach?

Luter: Jeźli mi dowiodą, że w czemkolwiek przeciwko rzymskiemu uczyłem kościołowi, to sam siebie osądzę i odwołam. Chciałbym jednak wiedzieć, czy legat opiera się więcej na nauce św. Tomasza, aniżeli na to zezwala wiara? W takim bowiem razie nie ustąpię.

 

    308   

 

Serra Longa: „A więc chcecie z nim kruszyć kopje?—”

Wtem zaczai Włoch wypowiadać zdania, które Luter „straszliwemi nazywa.” Między innemi rzeczami powiedział, że można tam i fałszywe utrzymywać sobie nauki, byle tylko przez nie dostąpić pieniędzy i napełnić skrzynie, tudzież że wszechnicom nie wolno jest rozprawiać o powadze papieża, owszem że trzeba trzymać się tego zdania, które uczy, iż pa­pież za jednem skinieniem może nawet i artykuły wiary znieść i usunąć i wiele jeszcze tym podobnych uczynić rzeczy*). Lecz zaniedługo spostrzegł przebiegły Włoch, że posunął się za daleko; zaczął tedy łagodniejsze potrącać struny, dokładając wszystkiego, aby skłonić Lutra do poddania się legatowi, do odwołania swych nauk, tudzież swych kazań i tez.

Z razu zaczai sobie orator Urban (jako go Luter nazywa) pięknymi wnioskami swymi jednać po części zaufanie Doktora; ale w krotce przekonał się Luter o próżności takowych, i po­znał, że nie jego, lecz legata sprawa leżała mu na sercu. Odtąd stał się Luter milczącym i dodał tylko, że okaże się pokornym i posłusznym, i chętnie podda się wszędzie tam, gdzie się po­mylił. Serra Longa, uradowawszy się z tego. zawołał z zapałem: „Teraz śpieszę do legata; wy za niedługo przyjdźcie za mną. Wszystko pójdzie jak najlepiej i cała sprawa w krotce się zakończy.”

Potem odszedł, a mnich saski, będąc od dworaka rzym­skiego roztropniejszym, pomyślał u siebie, że „Sinon ten nie zna się tak dobrze na greckiej przebiegłości”**). W sercu Lutra wal­czyła nadzieja -i obawa, ale nareszcie zwyciężyła nadzieja. Odwiedziny Serra Longi, jako też jego szczególniejsze twierdzenia dodały mu otuchy. Później wyraził się Luter o nim, nieudolnym nazywając go rozjemcą.

Radcy miasta jako też i inni obywatele Augsburga, których względom Luter przez elektora polecony został, pośpieszyli natychmiast, by odszukać mnicha, mającego już imię na całej ziemi niemieckiej. Cesarski radca Peutinger, należący do naj­znakomitszych patrycyuszów miasta, który często zapraszał Lutra do stołu, radca Langemantel, doktor Auerbach z Lipska, dwaj kanonicy kapitulni, a mianowicie dwaj bracia Adelmann, tudzież i inne jeszcze osoby, — ci wszyscy przybyli do augustyańskiego klasztoru, chcąc nadzwyczajnego tego powitać czło­wieka, który tak daleką odbył podróż jedynie w tym celu, by

 

*) Lutheri Epp. I. p. 144.

**) Hunc Sinonem, parum consulte instructum arte Pelasga. Luth. Epp. I. p. 144.

 

    309   

 

wydać siebie w ręce pomocników Rzymu. „Czy masz list żelazny?” zapytali się Lutra. „Nie,” odpowiedział nieustraszony mnich. „Toć zaiste nie małą jest odwagą!” odpowiedzieli zdziwieni — a Luter zauważał później, że „był to grzeczny wyraz dla mego zuchwałego szaleństwa.” Wszyscy nalegali jednogłośnie nań, prosząc go, aby żadnym sposobem nie odwiedzał pierwej a legata, zanimby nie otrzymał od cesarza zapewnienia bezpiecznego po­chodu. Być może, że doszła uszu ich głucha wieść o onem breve papiezkiem, które było w ręku legata.

„A przecież i bez żelaznego listu dostałem się tutaj szczęśliwie,” odparł Luter.

Na to odpowiedział Langemantel uprzejmie, ale stanowczo: „Książę elektor polecił cię naszej opiece, dla tego słuchaj i czyń, co my ci radzimy.” Tego samego zdania był Auerbach. „My wiemy,” rzekł on, „że legat papiezki, chociażby na ze­wnątrz jaką uprzejmość udawał, w sercu swem jednak okropnie cię nienawidzi. Włochom nigdy zaufać nie można” *). Tudzież i kanonik kapitulny Adelmann oświadczył, mówiąc: „Wysłano cię tutaj bez wszelkiej opieki, a zatem zaniedbano opatrzyć cię w te rzecz, która najbardziej jest potrzebna.” Przyjaciele wzięli się do uzyskania dlań od cesarza listu żelaznego. Wyja­wili* mu także, jako wielu znakomitych mężów oświadczyło się za nim, jako nawet i poseł dworu francuzkiego wydał o nim, przed wyjazdem swym z Augsburga, sad pełen czci i posza­nowania**).

Wiadomość ta była Lutrowi niespodzianką, i przypomniała mu się później znowu. Z tego wszystkiego wynikało, że prze-ważna, a to najwięcej poważana część mieszczaństwa Augsburga, tej królowej w gronie wolnych miast niemieckich, sprzyjała już reformacyi.

Podczas rozmowy tej przybył Serra Longa i rzekł: „Chodźcie, kardynał czeka już na was, ja zaprowadzę was do niego. Oraz chce wam powiedzieć, jako się wam zachować na­leży. Gdy na salę wstąpicie, w której się kardynał znajduje, to upadnijcie na ziemię., dotykając się twarzą podłogi. Potem, gdy na was zawoła, podnieście się i pozostańcie na kolanach, czekając, aż wam powstać każe. Nie zapominajcie, że przed księciem kościoła jesteście. Co do reszty, to nie lękajcie się niczego, wszystko bowiem odbędzie się prędko i bez trudności.”

Luter obiecał przedtem wobec Wiocha, że od razu stawi się na wezwanie przed kardynałem. Teraz znajdował

 

*) Lutheri Epp. I. 143.

**) Seckendorf p. 114, 130.

 

    310   

 

się w kłopotliwem położeniu. Lecz nie namyślał się długo oznajmić mu o radzie, jakiej mu augsburscy przyjaciele jego udzielili, i wspomniał o liście żelaznym. „O! tego zaniechajcie,” odrzekł Serra Longa, „tego wam nie potrzeba. Legat nie jest człowiekiem złośliwym, on pragnie zakończyć wszystko w dro­dze łagodności. Gdybyście o żelazny list prosili, to całą zepsu­jecie sprawę.”

„Mój miłościwy pan,” odpowiedział Luter, „książę elektor saski, polecił mię opiece kilku zacnych obywateli Augsburga, a ci radzą mi, abym bez zabezpieczenia mojej osoby nie podejmował niczego; ja muszę zastosować się do rady ich, bo gdyby mię co złego spotkało, toby napisali księciu, panu memu, że ich rady usłuchać się wzbraniałem.

Luter został postanowieniu swemu wiernym; Serra Longa zaś widział się zmuszonym powrócić do pana swego i oświad­czyć mu, o jaką posłannictwo jego rozbiło się skałę, a to prawie w tej chwili, kiedy już o odniesionem marzył zwy­cięstwie. Tak więc zakończyła się dnia tego rozprawa z ora­torem Montferratu.

Inne znowu, ale w zupełnie innej myśli powiedziane, doszło Lutra wezwanie, a mianowicie pochodziło takowe od dawnego przyjaciela jego, Jana Frosch, obecnie przeora Karme­litów. Dwa lata przedtem odbywał tenże jako Licenciat teologu pod kierownictwem Lutra uczoną dysputę. Teraz odwiedziwszy Lutra, usilnie nalegał nań, aby stanął gospodą u niego, po­czytując to poniekąd za rzecz honoru, nauczyciela narodu niemieckiego podejmować u siebie. Oto w obliczu samego Rzymu nie lękano się składać hołd Lutrowi; tak już słabszy wyrósł na silniejszego. Luter przyjął powyższe zaproszenie i zajął mieszkanie w klasztorze Karmelitów. Tak minął dzień na poważnych po części spędzony myślach. Natrętność Serra Longi z jednej i obawy przyjaciół z drugiej strony dały Lu­trowi poznać poniekąd trudność położenia, w którem się znaj­dował. Ale obrońcą jego był Bóg na niebie, a pod Jego opieką można zasnąć bezpiecznie.

Niedziela, jako dzień 9. października, przyniosła mu nieco więcej pokoju, lubo inna znów okoliczność stawała mu się cię­żarem. Po całem mieście nie mówiono o niczem innem, jak tylko o Doktorze Lutrze; wszyscy pragnęli, jako Luter sam o tem nadmienia w liście napisanym do Melanchtona, widzieć „tego nowego Herostrata, który tak wielki zapalił ogień”*).

 

*) Luth. Epp. p. 146.

 

    311   

 

Dokąd się tylko ruszył, wszędzie garnęło się za nim mnóstwo ludu, a powszechna ciekawość ta pobudziła go nieraz nawet do śmiechu. Co więcej, natrętność ta posuwała się jeszcze dalej. Nie tylko widzieć, lecz także i słyszeć pragnęła go pu­bliczność. Nalegano nań prośbami, aby gdziekolwiek powiedział kazanie. Dla Lutra było to zawsze istną rozkoszą głosić słowo Boże, a szczególnie w tak wielkiem mieście, w tak uroczystej chwili. Jakąż przyjemnością byłoby dlań kazać ludowi Jezusa Chrystusa; ale jako na niejednem innem miejscu, tak udowo­dnił Luter i tutaj pewne delikatne uczucie przyzwoitości i po­szanowania dla przełożonych, odmówiwszy prośbom nalegających nań, a to dla tego, aby legat papiezki nie pomyślał u siebie, że Luter w tym kazał celu, aby go zagniewać, okazując mu opór. Ta przezorność i umiarkowanie skutkowały zaiste więcej, aniźli kazanie.

Służba kardynała nie dała Lutrowi spokoju. Zawsze znowu powracali do niego, oświadczając mu, że kardynał upe­wnia go ze swej strony o wszelkiej życzliwości i łasce, tudzież że niczego nie potrzebuje się obawiać. Tysiące różnych wynaj­dywali powodów, byle go tylko do kroku tego nakłonić. „On jest istnym ojcem, pełnym miłosierdzia/ powiedział jeden z po­między posłańców, a drugi znów poszepnął Lutrowi po cichu do ucha: „Nie wierz temu, on słowa swego nie dotrzyma”*). Luter atoli nie dał się w postanowieniu swem zachwiać.

Dnia 10. października, było to w poniedziałek, przyszedł znowu Serra Longa do niego. Dworak ten, zdaje się, poczyty­wał to sobie za sprawę honoru, istniejącą rozprawę do pomy­ślnego doprowadzić końca. „Dla czegóż nie przychodzisz do kar­dynała?” odezwał się po łacinie, on czeka na ciebie w cier­pliwości. Rozchodzi się tylko o sześć zgłosek: Revoca (odwołaj). Chodźże przecie, nie potrzeba ci się lękać niczego.”

Luter pomyślał sobie po cichu, że prawie tych sześć zgłosek bardzo jest ważnych, lecz nie wdawając się w żadną z nim rozprawę odpowiedział mu krótko, że stawi się od razu, skory tylko list żelazny nadejdzie. Tu Serra Longa zaczął unosić się gniewem, nowe robiąc Lutrowi przedstawienia. Luter atoli pozostał niezachwiany. W tem zerwał się Serra Longa i zawołał: „Azaż myślisz sobie, że elektor w twojej obronie dobędzie miecza i dla twojej osoby narazi się na utratę ziemi, po przodkach swoich odziedziczonej?”

Luter:   Tego niech Bóg uchowa!

 

*) Lutheri Opp. XVII. p. 205.

 

    312    

 

Serra Longa: To gdzież pozostaniesz, gdy cię wszyscy opuszczą?

Luter:   Pod niebem*).

Na tę nieoczekiwaną i wzniosłą odpowiedź zmieszał się dworzanin i przez chwile nie odpowiedział nic. Potom, ciągnąc dalej rozmowę, zapytał się: „Gdybyś ty miał legata, papieża i wszystkich kardynałów w ręku swojem tak, jak oni ciebie mają, cóżbyś z nimi zrobił?

Luter: Ja wyświadczyłbym im wszelka cześć i poszano­wanie, ale słowo Boże stoi dla mnie najwyżej.

Serra Longa odpowiedział na to z uśmiechem, przygrażając mu palcem: „Tak, tak! Wszelkie poszanowanie. Tego ja nie wierzę.” Potem wziąwszy się wsiadł na koń i odjechał.

Do Lutra nie powrócił on już więcej; lecz nie zapomniał oporu, jakiego doznał u reformatora, tudzież jakiego doznać miał i pan jego. Później napotkamy go znowu, domagającego się głośno krwi Lutra.

W krótce po odejściu Serra Longi otrzymał Luter wspomniony list żelazny, wygotowany przez radców cesarza. Ci zasięgli w sprawie tej zdania samego cesarza, bawiącego w po­bliżu Augsburga, a jako z późniejszych oświadczeń kardynała wynika, zasięgnięto, nie chcąc obrazić go, i jego w sprawie tej zdania. Może prawie ta okoliczność była powodem owych gor­liwych zabiegów Serra Longi, z nakazu kardynała poczynionych, albowiem otwarte oświadczenie się przeciwko wydaniu żelaznego listu byłoby natychmiast ukryte zamysły kardynała zdradziło. Przyjemniejsza byłoby dla kardynała niezawodnie, gdyby Luter sam od powyższego był odstąpił życzenia. Lecz w krotce prze­konano się, że saski ten mnich twardą ma głowę.

Ubiegając się o list żelazny nie pokładał Luter bynaj­mniej ciała ramieniem swojem, albowiem wiedział on dobrze, jako Husa mimo żelaznego listu cesarskiego spalono. Chciał on w tem tylko obowiązku swego dopełnić, okazując dla przyjaciół pana swego posłuszeństwo. Rozstrzygnięcie sprawy znajdo­wało się w ręku Boga. Jeźli Bóg życia jego żąda, to on chę­tnie poświęci takowe. W chwilach tak poważnych uczuł Luter potrzebę, wynurzyć wobec przyjaciół myśli duszy swojej i na­pisał do powiernika serca swego, Melanchtona, następujący list:

„Okaż się mężnym, jak to i tak czynisz, i nauczaj uko­chaną młodzież nasza tego, co jest sprawiedliwe i podoba się Bogu. Ja idę, abym stał się ofiarą za nią i za was, albowiem

 

*) Lutheri Opp. in Praef,

 

    313   

 

wolę zginąć i, co najtrudniej mi przychodzi, od waszej nade wszystko miłej mi społeczności oderwać się na wieki, aniżbym to odwołać miał, czegom zgodnie z prawdą nauczał, i tym nieumiejętnym i zawziętym wrogom nauk i sztuk podać spo­sobność do zgniecenia najszlachetniejszych tych na świecie nauk.”

„Kraj włoski w najgłębszą popadł ciemność egypską. Oni wszyscy nie wiedza prawie nie o Chrystusie i rzeczach chrześciańskich, a jednak co do wiary i obyczajności, chcą nam być nauczycielami i mistrzami. Tak wypełnił się nad nami gniew Boży, jako powiada prorok: „Książęta ludu mego są dziećmi, a niewiasty panują nad nim.” Bywaj mi zdrów, kochany Filipie, a czystą modlitwą usiłuj się odwrócić od nas gniew Boży” *).

Legat dowiedziawszy się, że Luter ma zamiar stawić się przed nim nazajutrz, zwołał do siebie Włochów i Niemców, do których najwięcej miał zaufania. Naradzano o tem, jakby z mnichem tym postąpić sobie najlepiej. Wypowiedziano różne zdania. Jedni mniemali, że trzeba gwałtem zmusić go do od­wołania, drudzy chcieli go porwać i wrzucić do więzienia, inni znowu uważali za najlepsza rzecz, uprzątnąć go od razu z tego świata. Jeden tylko przemawiał za spróbowaniem na razie środka łagodności i dobroci, a radę tę uważał kardynał jako na początku za stosowniejszą**).

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1