IV.

Sposób myślenia Lutra i Staupitza.    Pozwanie.  Obawy i odwaga.   Książe elektor u legata.    Odjazd do Augsburga.     W mieście  Wejmar.     W mieście Nürnberg.  Przybycie do Augsburga.

 

Przybycie Melanchtona było w tak niebezpiecznym czasie dla Lutra przyjemną rozrywką. Wśród rozkosznych chwil, jakie mu słodycz nowej sprawiała przyjaźni, tudzież wśród prac do­tyczących się biblii, któremi na nowo gorliwie się zajął, za­pomniał Luter, choćby na chwilę tylko, o Rzymie i Prieriem, o Leonie i duchownym trybunale, przed którym miał stanąć. Lecz chwile takie mijały, a myśli Lutra znowu zajmowały się onym okropnym sądem, przed który nieprzejednani wezwali

 

    300   

 

go nieprzyjaciele. Każda dusza, któraby innych rzeczy, a nie prawdy Bożej szukała, byłaby w podobnej chwili aż drżała ze strachu, ale Luter, poruczając się opiece wiernego i wszech­mocnego Boga, prożen był trwogi. On pozostał niezachwiany, gotów będąc stanąć sam jeden naprzeciwko wściekłości swych wrogów, a to gorszych nawet od tych, którzy Husowi śmier­telny zgotowali i zapalili stos.

W kilka dni po przybyciu Melanchtona, zanim jeszcze o przeniesieniu pozwu papiezkiego z Rzymu do Augsburga się dowiedziano, napisał Luter do Spalatina następujące słowa: „Nie życzę sobie, aby książę cokolwiek miał podjąć celem obrony zdań moich; ja chce sam jeden zostać wydanym w ręce mych wrogów. Niech cała burza ta obróci się przeciwko mnie. Co bronić .zacząłem, temu z pomocą Chrystusową upaść nie dozwolę. Człowiek musi wprawdzie ustąpić przemocy, ale prawdy nie powinien poświęcić nigdy”*).

Męstwo Lutra i na inne oddziaływało umysły; najłago­dniejsi nawet i najbardziej lękliwi mężowie zdobyli się \v obliczu niebezpieczeństwa, grożącego temu świadkowi prawdy Bożej, na słowa oburzenia i siły. Oględny i spokojny Staupitz na­pisał dnia 7. września do Spalatina: „Wezwij księcia, twego i mego pana, aby się ryku lwa nie lękał. Niech on tylko broni prawdę, nie biorąc względu ani na Lutra, Staupitza albo i na zakon. Przecież musi być jeszcze gdzieś miejsce, gdzie swobodnie i bez obawy może człowiek wypowiedzieć słowo prawdy. ”Wiemć ja, że ona babylońska, ledwie żem nie powiedział rzymska, zaraza porywa wszystkich ludzi, którzy odważa się powstać przeciwko tym, co Jezusa Chrystusa sprzedawają. Ja widziałem, jako pewnego kaznodzieję, który prawdę Chrystusową głosił, z kazalnicy nadół zerwano, tudzież widziałem, jako go w sam dzień świąteczny prowadzono do więzienia. Inni ludzie byli świadkami gorszych jeszcze rzeczy. Przeto, mój najdroższy, staraj się o to, aby książę elektor nie zmienił swych myśli”**).

Nareszcie nadeszło pozwanie do Augsburga, przed sąd kardynała legata papiezkiego. Odtąd miał już Luter do czy­nienia z książeciem kościoła. Wszyscy przyjaciele nalegali na Lutra, aby nie puszczał się w tę drogę, albowiem obawiali się podstępu i zasadzki, którą już w drodze na życie jego gotowano. Niektórzy nawet szukali dla niego bezpiecznego ukrycia. Miedzy nimi truchlał lękliwy Staupitz na myśl o

 

*) Lutheri Epp. I. p. 169.

**) Jen. Aug. I. p. 384.

 

    301   

 

niebezpieczeństwach, grożących braciszkowi Marcinowi, którego on z ciemności klasztornego wydobył życia i na burzliwej tego świata postawił scenie, gdzie teraz życiu jego groziło niebez­pieczeństwo. Azaż nie byłoby lepiej, gdyby biedny mnich ten na zawsze był w obliczu świata pozostał w ciemności? Lecz na to było już za późno; dla tego pragnął Staupitz dołożyć wszystkiego, aby życie jego ocalić. Na dniu 15. września na­pisał z klasztoru swego w Salcburgu do Lutra list, wzywając go usilnie do ucieczki i schronienia się w pobliżu siebie. „Mnie wydaje się,” pisze Staupitz, „jakoby cały świat burzył się przeciwko prawdzie i sprzysiągł się przeciwko niej. Tym samym sposobem nienawidziano Chrystusa, aż go ukrzyżowano. Ciebie nie czeka nic innego, jedno prześladowanie. Jeźli rzeczy tak dalej pójdą, to nikomu już więcej nie będzie wolno badać Pismo św. bez zezwolenia papiezkiego, ani też szukać Jezusa Chrystusa, który przecież sam to czynić nakazuje. Nie wielu masz przyjaciół; oby Bóg dać raczył, aby i ta mała ich garstka nie dała się przez wrogów odstraszyć od oświadczenia się za tobą. Najrozsądniej postąpisz sobie, gdy na chwilę opuścisz Wittenbergę i udasz się do mnie. Potem będziem z sobą żyć i umierać. I książę tego samego jest zdania” *).

Z niejednej strony dochodziły Lutra ostrzeżenia, mogące serce człowieka nabawić obawy. Tak kazał mu powiedzieć hrabia Mansfeldu Albrecht, aby nie puszczał się w drogę, albowiem kilku wielkich panów zobowiązało się przysięgą, że por­wawszy albo uduszą go albo utopią**). Lecz wszystko to nie było w stanie zachwiać odwagę Lutra, który bynajmniej nie myślał o przyjęciu wniosku jeneralnego wikarego. Luter nie chciał ukrywać się wśród salcburskiego klasztoru, owszem za­miarem jego było wytrwać wiernie na stanowisku, na którem postanowi, go Bóg. Królestwo prawdy przyjdzie tylko wten­czas, gdy prawda Boża wbrew wszystkim nieprzyjaciołom głośno przed oblicznością całego świata głoszoną zostanie. A dlaczegóżby uciekał? Luter nie należał do liczby tych ludzi, którzy cofnąwszy się giną moralnie, on należał owszem do liczby tych, którzy dla ocalenia duszy wiarę zachowują. Bez przerwy prawie odzywało się w duszy jego ono słowo Pana, któremu służył i którego nad własne życie swe kochał, a mianowicie to słowo: „Kto by mię wyznał przed ludźmi, wyznam go i Ja też przed ojcem moim, który jest w niebiesiech.” W osobie

 

*) Lutheri Epp. I. p, 64.

**) Ut vel stranguler vel baptizer ad mortem. Ibid. p. 129.

 

    302   

 

Lutra, jako też w ogóle w reformacji oglądamy wszędzie obraz onego nieustraszonego męstwa, onej wzniosłej czystości oby­czajów, tudzież i miłości nie znającej granic, słowem wszystkie one cnoty, które pierwsze zjawienie się chrześciaństwa uwy­datniło przed obliczem zdumionego świata. Wtenczas napisał Luter te słowa: „Ja jestem jako Jeremiasz, ten mąż niezgody i walki. Ale im więcej oni gróźb przeciwko mnie miotają, tem większą jest radość moja. Los żony i dzieci jest zabez­pieczony, pola, domy i folwarki znajdują się w porządku *). Cześć i imię moje i tak już wniwecz obrócili. Nic nie pozostawa mi więcej, oprócz tego nędznego ciała; ale i to niechaj sobie zabiorą, niech ukrócą życie me o godzin kilka. Duszy mi nie wezmą. Kto słowo Chrystusowe światu przywrócić za­mierza, ten każdej chwili musi spodziewać się śmierci, albowiem on oblubieniec duszy naszej jest nam oblubieńcem krwi” **).

Książę elektor bawił prawie podówczas w Augsburgu. Zanim jeszcze sejm i miasto opuścił, namyślił się książę oddać wizytę legatowi papiezkiemu. Odwiedziny tak znakomitego księcia połechtały próżność kardynała, który z swej strony przyrzekł elektorowi, że mnicha, skoro się tylko stawi, po ojcowsku przesłucha i z życzliwości! wypuści do domu. Z rozkazu księcia napisał więc Spalatin do przyjaciela swego, że papież zamianował komisją, która go w Niemczech przesłucha, tudzież, iż elektor nie dopuści do tego, aby go do Rzymu wlec miano; ale niechaj Luter sposobi się w drogę do Augsburga. Luter postanowił usłuchać tego rozkazu. Ostrzeżenie hrabiego Mansfeldu spowodowało Lutra udać się do księcia Fryderyka z prośbą o zabezpieczenie mu wolnego pochodu; lecz książę odpowiedział, że takowe nie jest potrzebne i przesiał mu od siebie polecenie do kilku znakomitych radców miasta Augs­burga, Tudzież kazał wręczyć Lutrowi nieco pieniędzy na drogę. Tak tedy wybrał się reformator kościoła, opieki pań­stwa nie mając, piechotą w drogę do Augsburga, aby sam wydal siebie w ręce swych wrogów.

Jakież uczucia musiały serce jego ogarniać, gdy opu­ściwszy Wittenbergę kroczył w kierunku Augsburga, gdzie nań czekał legat papieża! Nie była to już podróż taka, jako do Heidelbergu; tam nie czekało nań, jako tutaj, grono ludzi dobrze mu życzących! Owszem, tu trzeba było, bez listu żelaznego stawić się przed wysłańcem Rzymu, a może oczekiwała

 

*) Nie miał bowiem z podobnych rzeczy niczego.

**) Lutheri Epp. I. p.  129. 2. Mójż. 4: 25.

 

    303   

 

go tam i śmierć męczeńska. Ale wiara Lutra nie była tylko pozorem, ona była rzeczywistością. Serce Lutra było spokojne. W imię Pana zastępów, wszelkiej prożeń będąc trwogi, kroczył on sługa Chrystusowy, sercem wesołem, w stronę Augsburga, by tam wydać świadectwo za Ewangelią.

Dnia 28. września przybył Luter do miasta Wejmar i stanął gospodą w klasztorze księży Franciszkanów. Pewien mnich nie mógł odwrócić oczu swych od niego; był to Mykoniusz. Ten, ujrzawszy Lutra po pierwszy raz w życiu, pragnął w sercu swem zbliżyć się do niego i powiedzieć mu, jako jemu zawdzięcza pokój duszy swojej, odzyskany na nowo, i jak bardzo pragnąłby z nim razem pracować; ale stojąc pod ścisłym nadzorem mnichów nie śmiał on zbliżyć się do Lutra*).

Książę elektor znajdował się wtenczas z dworem swym w mieście Wejmar, i ta niezawodnie okoliczność spowodowała księży Franciszkanów do przyjęcia Lutra w gościnę. Następnego dnia przypadało święto św. Michała. Luter czytał mszą, tudzież został wezwany, aby w zamkowej kaplicy powiedział kazanie. Było to dowodem łaski księcia elektora. Luter kazał bez poprzedniego przygotowania przed zgromadzonym dworem na tekst dnia z ewangelii Mateusza 18., l—11.; mówił dużo i z zapałem przeciwko obłudnikom i pozornym świętoszkom, co się z swej własnej sprawiedliwości wynoszą, nie mówił atoli nic o aniołach, jak to w dzień ten bywa zwyczajem.

Męstwo tego wittenberskiego nauczyciela, idącego w spo­koju pieszo na pozwanie, które tylu już innym wyznawcom zgo­towało śmierć, napełniało serca wszystkich ludzi zdumieniem. Współudział, podziwienie i litość odbijały się na każdej prawie twarzy. Jan Kestner, prowizor klasztoru, drżał w sercu swem na myśl o niebezpieczeństwach, które gościowi jego groziły: „Mój bracie,” rzeki Kestner, „w Augsburgu znajdziesz Wło­chów, mężów wielkiej nauki i nader zręcznych przeciwników, z którymi sprawa nie będzie łatwa. Ja obawiam się, czy ty będziesz w stanie obronić sprawę twą od nich. Oni cię tam w ogień wrzucą i spalą.” Luter odpowiedział na to spokojnie: „Kochany przyjacielu, módl się do Pana Boga naszego w niebiesiech, zmów za mną „Ojcze nasz” i za Syna jego Jezusa Chrystusa, którego sprawa jest moją, aby mi łaskawym być raczył. Jeźli on sprawę swą zechce podtrzymać, to i moja jest bezpieczną; jeźli zaś on tego nie uczyni, to i ja za­prawdę nie zrobię nic, a hańba spadnie potem na niego”**).

 

*) Melch. Adam, Vita Myconii p. 176,

**) Ibidem.

 

    304 

 

Idąc dalej piechotą przybył Luter do miasta Nürnberg. Mając przed księciem kościoła stanąć, życzył sobie Luter uczynić to koniecznie w przyzwoitem ubraniu. Suknia jego atoli była stara, wiotcha a do tego jeszcze nie mało podczas podróży ucierpiała. Luter skorzystał tedy z łaski dawnego przyjaciela swego Wacława Link, obecnie kaznodziei w Nürnbergu, i wypożyczył sobie u niego habitu.

Rozumie się, że oprócz tego odwiedził Luter w mieście tem i innych przyjaciół swych, a mianowicie sekretarza miejskiego Scheuerla, tudzież słynnego malarza Albrechta Dürer, któremu w naszych czasach miasto Nürnberg piękny wystawiło pomnik, jako też i innych jeszcze kilku. W towa­rzystwie zacnych mężów tych pokrzepił się Luter na duchu, gdy tymczasem wielu duchownych i świeckich ludzi spoglądało na podróż jego ze wzrastającą obawa, nalegając na Lutra pro­śbami i błaganiem, aby dał się nakłonić do powrotu. Lecz przedsięwzięcia jego nic w świecie zachwiać nie było w stanie. Listy, które Luter z miasta Nürnberg pisał, wyobrażają nam usposobienie umysłu jego, „Spotkałem się z ludźmi małodusznymi; ci usiłowali się odwrócić mię od tej podróży do Augsburga, ale ja jednak tam pójdę. Niech się dzieje wola Pańska. Jezus Chrystus panuje i w Augsburgu, a nawet w po­środku swych nieprzyjaciół, Niech żyje Chrystus, a niech umrze Luter, i każdy grzesznik, jako stoi napisano. Pan zba­wienia mego siedzi na wysokości! Bywaj mi tedy zdrów, wy­trwaj na miejscu i bądź stałym, albowiem człowiek musi dać potępić się albo przez ludzi albo przez Boga; lecz Bóg jest prawdziwy, a ludzie są kłamcami” *).

Link i pewien Augustyanin, imieniem Leonhard, nie mogli przenieść na sobie, aby Luter sam jeden stanąć miał w obliczu grożącego mu niebezpieczeństwa. Znany był im Lutra charakter; z góry tedy. mogli obliczyć, jako Luter pałając męstwem i po­święceniem siebie nie okaże się zawsze dosyć ostrożnym. Dlatego wybrali się razem z nim w drogę, towarzysząc mu. W odległości pięciu godzin drogi od Augsburga dostał Luter, będąc po­drożą i wzruszeniami umysłu osłabiony, tak wielkich kurczów żołądka, iż zdawało mu się, że już umrze. Przyjaciele jego, do żywego zaniepokojeni, pośpieszyli wynająć powóz, w którym zawieźli Doktora do Augsburga Dnia 7. października, było to w piątek wieczór, przybyli do miasta. Luter czuł się trudami

*) Vivat Christus,  moriatur Martinus. Weissmann hist, sacr. nov. test. p, 1466.Weissmann czytał list ten w oryginale.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1