— 264 —
XI.
Obawy przyjaciół. — Podróż do Heidelbergu. — Bibra — Zamek księcia elektora. — Zerwanie. — Paradoksa. — Dysputa. — Słuchacze. — Bucer. — Brenc. — Schnepf. — Pogadanki z Lutrem. — Prace tych młodych doktorów. — Jako oddziaływali na Lutra. — Stary profesor. — Prawdziwa światłość. — Przybycie.
Ogień zapalony w Wittenberdze i na innych gorzał już miejscach. Luter, głosząc Ewangelią, nie ograniczył się do akademicznej młodzieży i do .zboru wittenberskiego, owszem dążył do rozsiewania nasienia zbawiającej nauki także i po innych miejscach. Zakon augustyański odbywał roku 1418 generalne zebranie swe w Heidelbergu, dokąd i Luter, jako należący do liczby najznakomitszych członków zakonu, został zawezwany. Przyjaciele jego usiłowali się ze wszystkich sił wymówić mu z głowy podróż te, ponieważ po wszystkich miejscach, przez które przejeżdżać wypadało, było imię Lutra okryte nienawiścią i pogarda. Już się o to zakonnicy zawczasu postarali. Do obelg dołączyli groźby. Na skinienie ich mógł wszcząć się rozruch, którego Luter stałby się ofiara; lub jeźli do środków publicznego gwałtu uciekać się nie chciano, to i tak można było podstępem zwabić Lutra w sidła*). Lecz obawa choćby jak najbardziej widocznego niebezpieczeństwa nigdy nie była w stanie ani na chwilę zachwiać Lutra w pełnieniu jakiegokolwiek obowiązku. Luter nie zważał na przedstawienia i obawy przyjaciół, owszem wskazywał na onego, w którym ufał i pod którego stojąc opieką w podróż te koniecznie wybrać się zamierzał. Wybrał się tedy po świętach wielkanocnych dnia 19, kwietnia 1519 w drogę do Heidelbergu piechotą**).
Najął sobie za przewodnika niejakiego Urbana, który miał mu rzeczy jego zanieść aż do Würzburgu. Jakiż nawał myśli musiał nasuwać się temu słudze Bożemu podczas onej podroży? W miasteczku Weissenfels poznał w nim pastor tamtejszy, lubo sam Lutrowi nieznajomy, natychmiast wittenberskiego doktora, i przyjął go do domu swego uprzejmie. ”W Erfurcie przyłączyli się do niego dwaj inni zakonnicy augustyańscy. W miasteczku Judenbach spotkali Degenharda
*) Luth. Ep. I. 98.
**) Pedester veniani. Ibidem.
— 265 —
Pfeffingera, tajnego radcę na dworze księcia elektora, który małą drużynę te zaprosił do gospody na obiad. „Rozkoszą mi było,” pisze Luter do Spalatina, „tego bogatego pana o kilka przyprawić groszy; chętnie odbieram ja nieco od bogaczów na rzecz ubogich, szczególnie jeźli ci bogacze są mymi przyjaciółmi.” Nareszcie dostał się do Koburga bardzo już będąc w drodze spracowany. „Bogu dzięki, dotąd idzie wszystko bardzo dobrze; lecz muszę wyznać, iżem źle zrobił, wybrawszy się w drogę tę piechota. Tymczasem nie potrzeba mi za ten grzech odpustu. Skrucha i żal są zupełne, zadośćuczynienie wystarczające. Zmęczony jestem bardzo, a w żadnym powozie miejsca niema. Czyż tu nie dosyć, ba nawet za dużo pokuty, skruchy i zadośćuczynienia?”*)
Reformator Niemiec nie znalazł miejsca ani w pocztowym powozie, ani mu też nikt inny pojazdu swego nie odstąpił. Musiał zatem, mimo wszelkie znużenie, wybrać się w dalsza drogę z Koburga piechotą. W druga niedzielę po Wielkanocy dostał się nareszcie do Würzburgu, zkąd sługę swego odprawił do domu.
W Würzburgu znajdował się biskup Bibra, ten sam, któremu się tezy Lutra tak bardzo podobały. Luter przedstawił się u niego, wręczając oraz list z poleceniem od księcia elektora saskiego. Biskup ucieszył się nad sposobnością zabrania osobistej znajomości z tym dzielnym szermierzem za prawdę, i kazał go zaprosić do siebie do biskupiego swego pałacu. Tam wyszedł sam naprzeciw na powitanie Lutra, rozmawiał z nim uprzejmie i oświadczył się gotowym dać mu przewodnika aż do Heidelbergu. W Würzburgu atoli zastał Luter obydwóch swych przyjaciół, jeneralnego wikarego Staupitza i Langiego, przeora w Erfurcie. Ci ofiarowali mu miejsce w swoim powozie, z której to przyczyny podziękował Luter biskupowi za jego uprzejmość, nie korzystając już z takowej. Następnego dnia opuścili ci trzej przyjaciele miasto Würzburg i jechali z sobą razem przez trzy dni drogi wśród najprzyjemniejszej rozmowy. Dnia 21. kwietnia przybyli do Heidelbergu, gdzie Luter stanął gospoda w augustiańskim klasztorze.
Książę elektor saski dał Lutrowi list z poleceniem do bawarskiego księcia pfalcgrafa Wolfganga. Luter udał się do wspaniałego zamku jego, który dziś jeszcze budzi podziw podróżnych. Mnich ten, pochodzący z płaszczyzn Saksonii, zachwycał się nad pięknem położeniem Heidelbergu, położonego
*) Luth.
Ep. I. 104—106.
— 266 —
tuż u zejścia się z sobą dwóch prześlicznych dolin, które mieszczą w łonie swem koryta rzek Renu i Neckaru. List z poleceniem wręczył Luter ochmistrzowi dworu, niejakiemu Jakobowi Simler, który przeczytawszy pismo odezwał się z zapałem: „Zaprawdę, lepszego uwierzytelnienia już mieć nie możecie.” Książę elektor przyjął go nader uprzejmie, i zaprosił razem z Staupitzera i Langiem kilkakrotnie do stołu. Uprzejme to przyjęcie, jakiego tutaj doznał, oddziałało na usposobienie Lutra bardzo korzystnie. Takowe było mu pociechą wśród rozlicznych doznanych zawodów. „Bawiliśmy i cieszyliśmy się nawzajem przyjemną i wesołą pogadanką; jedliśmy i pili i oglądali wspaniale klejnoty książęcego pałacu, tudzież jego ozdoby, zbrojownie, puklerze i wszystkie inne rzadkości tego słynnego i prawdziwie królewskiego grodu.”
Luter atoli inne jeszcze postanowił sobie zadanie. Tu trzeba tyło pracować, póki dzień. Zamiarem jego było stanąć na wszechnicy, która w południowych i zachodnich okolicach Niemiec nie małym szczyciła się wpływem, i tu ztąd wymierzyć cios, któryby obudził z uśpienia kościoły powyższej okolicy. Dla tego ułożył Luter tezy, o których publicznie dysputować pragnął. Takie dysputy należały podówczas do rzeczy codziennych; Lutrowi atoli nie mało na tem zależało, aby prawie jego zdania jak najbardziej zajęły uwagę publiczności i przyczyniły się przez to do zwycięstwa prawdy. I tak już było to właściwością ducha Lutrowego. iż nauki i zdania swe ubierał zazwyczaj w formę uderzającą. Profesorowie wszechnicy atoli nie chcieli zgodzić się na oddanie wielkiej sali akademicznej celem urządzenia powyższej dysputy, która dla tego odbyła się w sali augustyańskiego klasztoru. Dnia 26. kwietnia miała odbyć się ta duchowa szermierka.
Miasto Heidelberg przyjęło później słowo Ewangelii. Że słowo to nie pozostanie na tej ziemi bez owoców, tego można było domyślać się już z przebiegu powyższej rozprawy w klasztorze.
Imię Lutra zwabiło mnóstwo ludzi, jako to profesorów, dworzan, mieszczaństwa i studentów. Oto niektóre z liczby zdań Lutra. Luter nazwał je paradoksami; a może i dziś nie nazwanoby ich innem imieniem, chociaż nie trudny byłoby przeobrazić paradoksa w formę, dla słuchacza przystępniejszą.
l. Zakon Boży jest zbawienną nauką, ku żywotowi. Mimo to nie pomaga on człowiekowi ku zbawieniu, owszem szkodzi mu.
— 267 —
3. Ludzkie uczynki, chociażby jak najpiękniejsze i najlepsze były, zawsze jednak są śmiertelnymi grzechami.
4. Czyny Boże, chociażby się jak niewłaściwymi i złymi wydawały, mają w sobie zawsze nieśmiertelną zasługę.
7. Uczynki sprawiedliwych byłyby śmiertelnymi grzechami, gdyby takowi, pobożną bojaźnią Boga przejęci będąc, sami nie obawiali się, aby czyny ich nie stały się grzechami śmiertelnymi.
8. Kto twierdzi, że uczynki, któreśmy bez Chrystusa popełnili, wprawdzie są martwe, lecz że śmiertelnymi grzechami nie są, ten niebezpiecznym sposobem bojaźni Bożej zapomina.
13. Swobodna wola człowieka nie jest od czasu upadku w grzech niczem innem, jako tylko pustym frazesem; a chociażby człowiek czynił, co w sile jego jest, to zawsze tylko śmiertelne popełnia on grzechy.
16. Kto mniema, że przez wypełnienie tego, co uczynić jest w stanie, już łaski dostępuje, ten pomnaża liczbę swych grzechów i w dwójnasób zasługuje na karę.
18. Kto łaski Chrystusowej dostąpić pragnie, ten zupełnie o sobie samym zwątpić musi.
21. Teolog, szukający chwały, nazywa dobre złem, a złe dobrem; ale teolog, szukający krzyża Chrystusowego, prawdziwie o tych rzeczach naucza.
22. Mądrość, która w dziełach Bożych niewidzialną naucza nas poznawać doskonałości Bożą, ta nadyma i zaślepia człowieka i zatwardza .serce jego.
23. Zakon sprawia gniew Boży, tudzież zabija, przeklina, oskarża, sądzi i potępia wszystko, co nie jest w Chrystusie.
24. Lecz mądrość ta (22) nie jest złą, zakon ten nie jest potępienia godnym; tylko że człowiek, który nie pod krzyżem Chrystusowym znajomości Bożej się wyuczył, dobre zamienia w złe.
25. Nie ten jest usprawiedliwiony, który dużo uczynków czyni, lecz ten, który nie mając wielu uczynków, mocną ma wiarę w Jezusa Chrystusa.
26. Zakon mówi: Czyń to! a ty jednak nigdy tego nie czynisz. Laska powiada: Wierz w Tego! a oto, wszystko już jest uczyniono.
28, Miłość Boża nie znajduje już gotowe, lecz stwarza dopiero, co miłości jest warte; miłość człowieka atoli obudzą się dopiero przez to, co miłości jest godne.
— 268 —
Pięciu doktorów teologii, przeczytawszy z zadziwieniem te zdania, wystąpiło przeciwko takowym. Takie nauki teologiczne wydawały się im nowością i niedorzecznością. Z resztą umieli oni według świadectwa samego Lutra zachować wśród dysputy, skądinąd zręcznie i z naciskiem prowadzonej, pewną łagodność serca, którą Luter uznał z poszanowaniem. Ze swej znowu strony okazywał Luter w odpowiedziach swych podziwienia godna uprzejmość, słuchał uwag przeciwników z niesłychaną nieskwapliwością, jaśnie i dobitnie, jako niegdyś apostoł Paweł, najtrudniejsze nawet rozwięzując zapytania, jakie mu zadawano. Krótkie jego i ze słowa Bożego płynące odpowiedzi napełniły serca wszystkich słuchaczów podziwieniem. „We wszystkiem,” powiadali niektórzy, „równa się Luter Erazmowi, przewyższa go zaś w tem, iż otwarcie wyznawa, czego Erazm tylko domyślać się każe” *).
Dysputa zbliżała się do końca. Przeciwnicy Lutra honorowo ustąpili z pobojowiska. Najmłodszy z pomiędzy nich, niejaki Doktor Jerzy Niger, sam jeden uporał się jeszcze z potężnym tym szermierzem. Zatrwożywszy się w duchu nad twierdzeniami Augustyanina, którym nie miał, coby jeszcze przeciwstawił, bojaźliwym odezwał się głosem: „Gdyby to chłopi usłyszeli, toby cię ukamieniowali i zabili.” Na te słowa powstał ogólny śmiech między słuchaczami.
Nigdy podobno nie słuchano teologicznej dysputy z taką, jako tam, uwagą. Już pierwsze słowa reformatora ocuciły umysły słuchaczów z uśpienia. Sprawy, któreby innym razem nie zwróciły na siebie uwagi, powszechne tutaj jednały zajęcie. Na twarzach wielu obecnych malowały się myśli nowe, odważnemi twierdzeniami onego mnicha saskiego wywołane w duszach słuchaczów.
Trzech między innymi młodych ludzi
szczególniejsze odebrało wrażenie. Marcin Bucer, członek dominikańskiego zakonu
liczył 27 lat. Mimo przesądów zakonu tego zdawało się o nim, że nie uszło uwagi
jego ani jedno słówko Lutra. Bucer pochodził rodem z pewnego małego
miasteczka Alzacyi. Już w 16tym roku życia wstąpił Bucer do klasztoru, gdzie
tak nadzwyczajnych zdolności ducha dał dowody, iż najrozsądniejsi w gronie
zakonników niepospolite w nim pokładali nadzieje. „Ten człowiek będzie kiedyś
ozdobą naszego zakonu,” powiadali o nim zakonnicy. Przełożeni jego wysłali go do Heidelbergu, gdzie Bucer
miał się poświęcić studyom teologii, filozofii i języków greckiego i
hebrajskiego. Prawie naonczas wydał Erazmus niektóre pisma, które w wysokim
stopniu zajmowały uwagę Bucera.
*) Bucer in Sculteti Annal. evaugel. renovat. Pag. 22,
— 269 —
W krotce potem wyszły pierwsze dzieła Lutra. Student alzacyjski porównywał naukę reformatora z nauka Pisma św., i niektóre zdania religii papiezkiej poczęły w nim budzić powątpiwanie. Taką droga rozpowszechniała się naonczas prawda Boża. Pfalcgraf, upodobawszy sobie tego młodego człowieka, otoczył go Jaśka swoją. Silny jego i dźwięczny głos, szlachetność i czystość obyczajów, tudzież dar wymowy i otwartość z jaką przeciwko istniejącym występował nadużyciom, słowem wszystkie te zalety razem stawiały go w poczet najznakomitszych kaznodziei wieku onego. Bucer został nadwornym księdzem i piastował godność tę prawie w onymże czasie, gdy w Heidelbergu oczekiwano przybycia Lutra. Radość Bucera była stad nie mała. Nikt może nie przybył z podobnem, co on, zajęciem do sali augustyańskiego klasztoru; zabrał też z sobą pióro, papier i atrament celem zapisania sobie mów doktora. Lecz w tej samej chwili, w której Bucer słowa Lutra spieszną skreślał ręką, pisała inna ręka, ręka Boża niezatartem pismem wielkie prawdy Ewangelii na tablicy serca jego. Pierwszy promień nauki o łasce Bożej wdarł się w onej pamiętnej chwili do ciemności umysłu Bucera. Zakonnik dominikański stał się zdobyczą Chrystusa.
W pobliżu Bucera siedział Jan Brenc, czyli Brentius. Będąc synem radcy pewnego miasteczka Szwabii wybrał się Brenc już w 13tym roku życia swego na wszechnicę heidelberska. Podówczas liczył on lat 19. Brenc odznaczał się niepospolitą pilnością, wstawał zwyczajnie już o północy, zabierając się do pracy; i tak się do tego sposobu życia przyzwyczaił, iż już przez cale życie swe po północy spać nie mógł. Później poświęcał on te ciche godziny nocy dumaniom nad nauka Pisma św. Światło, które nad niemiecką ojczyzną jego wschodziło, spostrzegł Brenc już bardzo wcześnie i przyjął takowe wdzięcznie do serca swego. Pochłaniał on formalnie każde z pism Lutra; lecz jakaż dopiero była radość jego, gdy Lutra osobiście w Heidelbergu widzieć i słyszeć miał! Szczególniej zaś silne wrażenie wywarło na umysł jego 25. zdanie Lutra, że „nie ten jest usprawiedliwiony, który dużo uczynków wykonywa, ale ten, który wielu uczynków nie mając, mocną w Chrystusa ma wiarę.”
W mieście Heilbronn, położonem na brzegu rzeki Neckar, żyła pewna pobożna niewiasta; ta była małżonką tamtejszego radcy miejskiego, imieniem Schnepf. Jako niegdyś Anna, tak
— 270 —
i ona ofiarowała pierworodnego syna swego Panu, nie życząc sobie niczego goręcej nad to, aby czasu swego poświęcił się naukom teologii. Młody Schnepf urodził się r. 1495. Przyszedłszy do lat młodzieńczych robił on znaczne postępy w naukach, ale, powodując się czy już to osobista skłonnością, czy ambicyą, czy też nareszcie życzeniami ojca, poświęcił się Schnepf naukom prawa. Pobożna matka bolała w sercu swem widząc, jako syn jej Erhard na inną. od przeznaczonej sobie, wstąpił życia kolej. Dla tego nieraz zwróciła uwagę jego na tę okoliczność i nie przestawała nalegać na syna, aby nie zapominał ślubu, który w dzień urodzenia jego uczyniła. Nareszcie uległ Erhard Schnepf ustawicznym naleganiom matki i w krotce tak bardzo upodobał sobie w nowych swych studyach, że już niczem od nich oderwać się nie dał.
Schnepf był poufnym przyjacielem Bucera i Brenca; takimi też pozostali sobie nawzajem przez całe życie, „albowiem” uważa pewien biograf, „przyjaźń, która z zamiłowania do nauk i cnoty wyrosła, ta nigdy nie upada.” Wszyscy trzej byli na dyspucie heidelberskiej obecni. Paradoksa wittenberskiego doktora tudzież i odważna szermierka jego nadały Schnepfowi nowego ducha polotu. Porzucił więc odtąd próżną one o zasłudze człowieka naukę i stał się gorliwym zwolennikiem zasad ewangelicznych o usprawiedliwieniu grzesznika za darmo z łaski Bożej.
Następnego dnia wybrał się Bucer do Lutra. „Miałem z nim,” pisze Bucer odnośnie do tych odwiedzin, „uprzejmi} pogadankę bez świadków; zacna to była biesiada, nie dla potraw podanych, lecz dla prawdy Bożej, o którejśmy rozmawiali. Cokolwiek przeciwnego podniosłem, na wszystko odpowiadał mi doktor i wykładał wszystko jaśnie i doskonale. Obym tylko znalazł czas, więcej ci o tem napisać!”*)
Lutrowi znowu podobało się szczere serce Bucera, Napisał wiec o nim w liście do Spalatina te słowa: „Jest to jedyny zakonnik, którego zamiary są czyste; po młodzianie tym dużo spodziewać się należy. Wobec mnie okazał się otwartym i pragnął ze mną rozmawiać. Człowiek ten godzien jest naszego zaufania i naszej miłości” **)„
Brenc, Schnepf i kilku jeszcze innych
odwiedzili także Lutra, czując się do tego pobudzeni nowemi prawdami, które w
duszy ich zaświtnęły; rozmawiali i bawili się z nim, prosząc go oraz o
wyjaśnienie niektórych ciemnych im nauk.
Reformator
*) Gerdesius monum, antiqu.
**) Luth.
Epp. I. p. 412.
— 271 —
odpowiadał, opierając się na Piśmie św.; każde słowo jego wylewało strumienie nowego światła do duszy ich i otwierało przed nimi świat nowy.
Po odjeździe Lutra zaczęli dzielni mężowie ci szerzyć nauki jego w mieście Heidelberg. Co ten mąż Boży rozpoczął, to trzeba było prowadzić dalej, pochodnia słowa Bożego nie śmiała ugasnąć. Gdy nauczyciele milczeli, musieli mówić uczniowie. Brenc był jeszcze bardzo młody, a jednak wziął się już do wykładania ewangelii św. Mateusza, czyniąc to najprzód w swem własnem pomieszkaniu, a później, gdy miejsce okazało się za ciasnem, znowu w sali, przeznaczonej na wykłady filozofii. Nacisk słuchaczów, zbiegających się na odczyty młodzieńca tego, obudził zazdrość i gniew profesorów. Później przyjął Brenc święcenie kapłańskie, i miewał odczyty swe w kolegium kanoników kapitulnych przy kościele Ducha Świętego. Ogień, wzniecony na ziemi saskiej, gorzał zatem i w mieście Heidelberg. Był to czas zasiewu dla krainy Pfalcu.
Lecz owoce dysputy heidelberskiej nie ograniczyły się jedynie do okolic Pfalcu, owszem mężni ci zwolennicy prawdy stali się za niedługo świecznikami wewnątrz kościoła. Zajmowali oni wysokie stanowiska, i jako takowi brali udział w walkach reformacyi. Strassburg a następnie Anglia zawdzięczały lepszą znajomość prawdy Bożej działalności Bucera; Schnepf wykładał naukę Ewangelii najprzód w Marburgu, potem w Stuttgart, Tübingen i Jenie, Brenc uczył najprzód w Heidelbergu, potem udał się na dłuższy czas do miasta Hali w Szwabii, a ztąd do Tübiogen. Wszystkich tych trzech mężów napotkamy znowu jeszcze później.
Przez dysputę tę zrobił Luter pewne postępy; z każdym prawie dniem udoskonalał się on w znajomości prawdy. „Ja należę do liczby tych ludzi,” powiada o sobie Luter, „którzy przez pisanie i nauczanie sami robią postępy, a nie zaś do tych, którzy naraz z niczego stawają się wielkimi i uczonymi doktorami.”
Ogromny udział, jaki kształcąca się młodzież brała w nauczaniu prawdy, napełniał serce Lutra radością i był mu poniekąd pociechą nad tem, że starzy doktorowie okazali się w przyjętych zapatrywaniach swych tak nader skostniałymi. „Wielką mam nadzieję,” powiada Luter, „że jako Chrystus, doznawszy wzgardy od żydów, do pogan się obrócił, tak też i prawdziwa teologia, którą starzy ci i w próżnych i fantastycznych zdaniach pogrążeni panowie potępiają, wśród młodszego pokolenia znajdzie przyjęcie” *).
*) Luth. Epp. I. p. 112.
— 272 —
Po ukończeniu narad kapituły zakonu, zamyślał Luter wybrać się w drogę napowrót do domu. Pfalcgraf wręczył mu list do księcia elektora, wydany na dniu 1. maja, W liście tym znajdowała się uwaga, że Luter odznaczył się wśród dysputy taką nauką i biegłością, jaka jedynie na chlubę wszechnicy wittenberskiej posłużyć może. Nie chciano też zgodzić się na to, aby do domu powracał piechotą. Zakonnicy augustyańscy miasta Nürnberg odprowadzili go do Würzburga, a ztąd udał się w towarzystwie tamtejszych braci klasztornych do Erfurtu. Tu odwiedził dawnego nauczyciela swego imieniem Jodokus. Lecz sędziwy profesor ten taka przejęty był do Lutra goryczą z powodu wstąpienia jego na nowe koleje nauk, iż przed wszystkie zdania Lutra wypisał grecką zgłoskę Theta, która Grecy oznaczali wyrok potępiający (thauatos — śmierć). Jodokus wynurzył młodemu doktorowi listownie zarzuty swe, na które Luter ustną chciał dać odpowiedź. Lecz gdy staruszek nie dopuścił do siebie Lutra, napisał tenże do niego następujące słowa; „Z wyjątkiem jednego Licendata podziela cała wszechnica moje przekonania. Co więcej; książę biskup i kilku prałatów jednogłośnie oświadczyli, że dotąd Jezusa Chrystusa i Ewangelii jego nie znali, ani takowej nie rozumieli. Ja jestem gotów przyjąć twe nagany; a chociażby i najsurowsze były, to ja nie zrażę się niemi. Wynurz więc bez obawy myśli serca twego, i popuść spokojnie wodze gniewowi swemu. Ja nie mogę i nie chcę gniewać się na ciebie. Bóg i sumienie moje są mi tego świadkami!”
Sędziwy doktor zmiękł nieco w sercu swem wobec takiego usposobienia umysłu dawnego ucznia swego i chciał spróbować, azali owo potępiające Theta może się przecież usunąć nie da. Wdali się więc z sobą w rozmowę, ale bezskutecznie. „Jaśnie mu wykazałem,” powiada Luter, „że wszystkie sentencye równają się do zwierza, który jak mówią, sam siebie pochłania. Lecz cóż pomoże tu przemawiać do głuchego? Doktorowie ci trzymają się mocno drobiazgowych dystynkcyj swych, chociaż, jako sami wyznawają, nie mają na to innych dowodów, oprócz naturalnego światła rozumu swego, które niczem innem jedno tylko ciemnym chaosem jest dla nas, co nie znamy ani innego nie głosimy światła, jako jedynie Jezusa Chrystusa,, który jedyną, prawdziwą jest światłością.”
Luter opuścił Erfurt, jadąc powozem klasztoru do Eisleben, a ztąd odwieźli go Augustyanie własnemi swemi końmi i własnym kosztem aż do Wittenbergi, dumni będąc z doktora, który zakonowi ich, jakoteż rodzinnemu miastu swemu, tak wielką jednał sławę. Wszyscy śpieszyli się, składając dowody szacunku
— 273 —
i przyjaźni temu nadzwyczajnemu człowiekowi, którego znaczenie z każdym dniem rosło*).
W sobotę po Wniebowstąpieniu Pańskiem dostał
się Luter do domu. Podróż to oddziałała na zdrowie jego korzystnie, i przyjaciele
znaleźli go pokrzepionego i silniejszego. Opowiadania jego ucieszyły ich.
Luter wypoczywał przez niejaki czas po trudach podroży i dyspucie
heidelberskiej, ale odpoczynek ten był tylko zbrojeniem się do nowej i ciężkiej
walki.
*) Luth. Epp. l. p. no. 111.
–––––––––– • ––––––––––