— 223 —

VI.

 

Reuchlin. — Erazmus. — Fleck. — Bibra. — Cesarz. — Papież. — Mykoniusz. — Mnisi. — Obawy. — Adelmann. — Sędziwy kapłan. — Biskup. — Książe elektor. — Mieszczaństwo erfurckie. — Odpowiedź Lutra. — Zamęt. — Pobudki  Lutra.

 

Chcąc odtworzyć sobie obraz różnego zaiste, ale cudownego oraz wrażenia, jakie tezy Lutra na umysły ludzkie w krajach niemieckich wywarły, potrzeba koniecznie odszukać ślady ich idąc za niemi, dokąd takowe dochodziły, a zwłaszcza do pracowni mężów nauki, do komórki klasztornej zakonnika, do pałacu książąt.

Reuchlin otrzymał tezy Lutra prawie w tej chwili, gdy ciężka przeciwko mnichom znużony będąc walką pragnął już odpoczynku. Siła umysłu, jakiej nowy ten szermierz w tezach swych dawał dowody, wywarła ożywiający wpływ na przygnębionego ducha sędziwego obrońcy nauk i sztuk pięknych, i napełniła go radością. Przeczytawszy tezy napisał Reuchlin te słowa: „Chwała Bogu, że znalazł się teraz człowiek, który nie małą zada im pracę. Teraz już wiek mój sędziwy pozostawią, w spokoju.”

Przezorny Erazmus bawił prawie w Niederlandach, gdy rąk jego doszły tezy Lutra. W sercu uradował się on nad nieustraszonem tem usunięciem istniejących nadużyć, którego sam sobie życzył; pochwalił autora zdań, zalecając mu oraz większą w przyszłości przezorność i umiarkowanie. Gdy jednak pewnego razu niektórzy ludzie w jego obecności porywczy i zapalczywy sposób Lutra potępiali, odezwał się Erazmus temi słowy: „Bóg zesłał ludziom lekarza, który ranę głęboko wycina; inaczej ją bowiem uleczyć nie można.” Gdy później książę elektor saski zasiągł w sprawie Lutra rady Erazma, odpowiedział tenże: „Nie dziwi mię, iż tak powszechnie zajął umysły ludzkie; Luter popełnił dwa błędy nie do przebaczenia, albowiem naruszyć tiarę papieża i brzuch mnichów” *).

Doktor Fleck, przeor w klasztorze Steinlausitz, od dłuższego już czasu nie czytywał mszy, nie zwierzywszy się przed nikim z powodów takiego zaniedbywania. Pewnego dnia znalazł on w refektarzu klasztoru swego tezy Lutra. Wziąwszy takowe

 

*) Müllers Denkwürd. IV. 256.

— 224 —

 

do ręki zaczął je czytać; lecz ledwie że kilka zdań przeczytał, gdy nie posiadając się z radości, wykrzyknął głośno: „Ho ho, ten to uczyni; oto przychodzi, na któregośmy tak długo czekali! On da się wam poznać, wy zakonnicy!” „Albowiem,” dodał Fleck, jakby proroczym natchnięty był duchem, „wszystek świat zaczerpnie sobie i dostąpi mądrości tam z tej Białej góry” *). Była to aluzya do miasta Wittenberg (Biała góra). Fleck napisał do Lutra prosząc go, aby nie ustawał w prowadzeniu podjętej, pochwały godnej walki. Luter nazywa go mężem, natchnionym pociechą ł otuchą.

Na prastarej i wsławionej stolicy biskupiej miasta Würzburgu zasiadał naonczas Wawrzyniec de Bibra; był to mąż, jako współcześnicy jego poświadczają, słynny z pobożności, poczciwości i mądrości. Gdy razu jednego oświadczył przed nim pewien szlachcic, iż córkę swą na zakonnicę przeznaczył, odpowiedział mu biskup: „Wydajcie ją lepiej za mąż. Czy Wam może na to brak pieniędzy? Ja Wam je wypożyczę.” Cesarz i wielu książąt państwa cenili go wysoko. Biskup ubolewał nieraz nad nieładem istniejącym w kościele, a szczególnie zaś po klasztorach. Tezy Lutra dostały się i do jego rąk. Bibra czytał takowe z radością i oświadczył się publicznie za sprawą Lutra. Później napisał on do księcia elektora Fryderyka, aby pobożnego Doktora Marcina nie wydalano, albowiem jemu dzieje się krzywda. Książę elektor, uradowany z świadectwa biskupa, napisał o tem własną ręką do reformatora.

Cesarz Maksymilian, poprzednik Karola V. na tronie Rzeszy niemieckiej, czytał tezy Lutra z zapałem, poznawszy się od razu na znaczeniu autora takowych Spostrzegł to cesarz, że nieznany ten Augustyanin może stać się niepoślednim sprzymierzyńcem w walce Niemiec przeciwko Rzymowi. Wysłał

tedy do elektora jednego z nadwornych swych radców, polecając mu, aby o mnichu Lutrze nie zapominał, albowiem nadejdzie może godzina, gdy pomocy jego potrzebować mogą**). Później, na sejmie zebranym, odezwał się cesarz do Pfeffingera, radcy na dworze księcia elektora, z zapytaniem: „Cóż tam wasz Augustyanin porabia? Zdania jego zaiste zasługują na pochwałę. On nie mało sprawi mnichom kłopotów” ***).

Nawet w Rzymie i w watykańskim pałacu nie doznały tezy tak nieprzyjaznego przyjęcia, jak domyślać się należało. Leon X. ocenił je więcej ze stanowiska zwolennika nauk aniźli

 

*) Mathesius, str. 13.

**) Mathesius, str. 15.

***) Schmidt, Brandenb. Ref.-Gesch. str. 124.

— 225 —

 

 w duchu papieża. Tyle go sprawa ta ubawiła, iż zasadniczych prawd, w nich zawartych, nie dostrzegł zupełnie. Ztąd też, gdy ochmistrz świętego pałacu, Sylvester Prieras, do którego ocenianie kacerskich. książek należało, nalegał na papieża, aby przeciwko Lutrowi jako przeciwko kacerzowi wystąpił, odpowiedział Leon te słowa: „Braciszek Marcin jest człowiekiem niepospolitego ducha; cała zaś sprawa ta spolega jedynie na zazdrości zakonów”*).

Na niewielu chyba ludzi wywarły tezy Lutra większe jeszcze wrażenie, niż na onego ucznia z Annabergu, którego Tecel tak nielitościwie z niczem odprawił. Mykoniusz wstąpił do klasztoru. W nocy przed wejściem jego w furtę klasztorną śniło mu się, że widzi rozległe pole, pełne dojrzałych kłosów. „Żnij!” odezwał się do niego głos przewodnika jego. Mykoniusz uniewiniał się nieznajomością rzeczy. Wtem wskazał mu przewodnik żeńca, który z nieopisaną pracował biegłością. „Idź za nim i naśladuj go,” rzekł do niego przewodnik. Mykoniusz szukał w klasztorze, równie jak Luter, świętobliwości serca; oddał się tedy z zapałem wszelkim ćwiczeniom klasztornym; nie życzył sobie snu, pościł, biczował się i pełnił wszelkiego rodzaju przez ludzi wymyślone pokuty, mimo to jednakowoż przekonał się rychło, że tą drogą do celu nie dojdzie. Porzucił tedy nauki i zajmował się wyłącznie ręcznemi robotami; wiązał książki, robił roboty tokarskie i inne; ale i ta cielesna czynność nie zdołała przywrócić duszy jego pożądany pokój. Bóg przemówił do sumienia jego, ztąd nie była już dusza jego w stanie pogrążyć się na nowo w uśpieniu. Stan męki wewnętrznej trwał u niego przez kilka lat. Niektórzy ludzie są zdania, że koleje, które przechodzili reformatorowie, bynajmniej nie były trudne, że wyzwoliwszy się z praktyk kościoła znajdowali już same tylko przyjemności i wygody. Ci zapominają, że droga do prawdy wiodła reformatorów przez same tylko boje wewnętrzne, które o tysiąckroć cięższe są od zewnętrznych ćwiczeń, którym szczególnie niewolnicze umysły z łatwością się poddawają.

Nadszedł nareszcie rok 1517. Tezy Lutra, wyszedłszy drukiem, przeleciały świat chrześciański szybkością błyskawicy i dostały się także do klasztoru, w którym znajdował się podówczas on uczeń z Annabergu. Mykoniusz cofnął się razem z innym jeszcze mnichem, imieniem Janem Voit, do pewnego zakątka

 

*) Che frate Marthino Luthero aveva un bellissimo ingegno e che coteste erano invidie fratesche. (Brandelli, współcześnik Leona, hist. trag. part. 3.

— 226 —

 

klasztoru, by nie doznać w czytaniu przeszkody*). A oto! tę samą znalazł w nich prawdę, o której przedtem nieraz słyszał z ust swego ojca. Łuski spadły mu z oczu, w duszy odbiło się echo ”onego głosu, który całe przenikał Niemce; dziwna jakaś pociecha przejęła serce jego. „Oczywiście, że Luter jest onym żeńcem widzianym we śnie, który mię uczył zbierać kłosy.” Od razu zaczął tedy Mykoniusz wydawać świadectwo za nauka Lutra. Przerażeni zakonnicy, spostrzegłszy to, wystąpili surowo przeciwko niemu, będąc już z góry wrogo usposobieni przeciwko Lutrowi, tudzież i zakonowi jego. „Klasztor ten,” powiada Mykoniusz, „równa się grobowi Chrystusowemu; usiłują się i tu zapobiedz, aby z niego nie powstał Jezus Chrystus; ale zamiary ich wniwecz się obrócą. Gdy przełożeni spostrzegli, że niemożebna prawie jest odwieść Mykoniusza od powziętych jego przekonań, zabronili mu przez półtora roku wszelkiej styczności na zewnątrz, zakazali mu wysyłania lub przyjmowania listów, grożąc mu oraz wiecznem więzieniem. Lecz i jemu wybiła godzina wolności. Mykoniusz został później proboszczem w mieście Zwickau, i wśród kościoła ziemi turyńskiej pierwszy począł on publicznie kazać przeciwko papieztwu. Na tem miejscu było mu, jak to sam wyznał, dano wespół z czcigodnym Ojcem Lutrem pracować około żniwa Ewangelii. Jonasz powiedział o nim, że jest to człowiek, który i może, co chce.

 Zaprzeczyć się nie da, tezy Lutra w niejednem jeszcze, oprócz tychże, sercu wskrzesiły życie nowe; w niejednej komórce klasztornej, w niejednej chatce i pałacu wznieciły światło żywota. Mathesius powiada, że tacy ludzie, których względy na dni dobre, tudzież pragnienie chwały i znaczenia do klasztoru wstąpić spowodowały, znieważali i potępiali Lutra; ci atoli zakonnicy, którzy na modlitwach, postach i biczowaniach dnie swe spędzali, dziękowali Bogu, usłyszawszy głos onego orła, którego przyjście przepowiedział Hus. Lud przyjmował naukę Pisma z radością; chociaż bowiem co do kwestyi teologicznej wielkiego nie okazywał zajęcia, to tem więcej podobał mu się opór, kwestarzom i gnuśnym mnichom tak stanowczo wypowiedziany. Ogromne było ono wzruszenie umysłów, które w całych Niemczech tezy Lutra wywołały. Między współcześnikami Lutra przeczuwali niektórzy wielkie następstwa powyższych nauk i przewidywali zapory, których stawiania domyślać się należało. Ci nie taili swych obaw; cieszyli się wprawdzie, lecz cieszyli się z pewnem drżeniem serca.

 

*) Melchior Adam, Vita Myconii.

— 227 —

 

Pewien zacny kanonik kapitulny w Augsburgu, imieniem Bernard Adelmann, napisał do przyjaciela swego Pirkheimera: „Ja obawiam się, aby czcigodny maż ten nie musiał nareszcie uledz jednak łakomstwu i wpływowi handlarzów odpustowych. Przedstawienia jego tak mało skutkowały, iż biskup miasta Augsburga, prymas i metropolita*) nasz, nowe w imieniu papieża rozpisał odpusty na rzecz kościoła św. Piotra. Niechaj on tedy niezwłocznie ubiega się o pomoc książąt, i nie kusi Pana Boga, bo trzebaby chyba już zmysłów nie mieć, aby grożącego mu nie widzieć niebezpieczeństwa.” Adelmann uradował się nie mało, gdy uszu jego doszło, że król Henryk VIII. zawezwał Lutra do Anglii, gdzie naukę prawdy bezpiecznie będzie mógł głosić. Tego samego zdania było ich wielu, że nauka ewangeliczna potrzebuje koniecznie opieki książąt, jakoby takowej będąc pozbawiona istotnie nie miała się utrzymać ani rozpowszechniać. Prawie opieka książąt stała się dla niej w niejednym wypadku osłabieniem i zaporą.

 Znakomity historyk Albrecht Kranz w mieście Hamburgu leżał prawie na śmiertelnej pościeli, gdy mu się do rąk tezy Lutra dostały. „Słuszność po twojej jest stronie, bracie Marcinie,” odezwał się Kranz, „ale ty tej sprawie nie podołasz. Biedny mnichu, cofnij się do swej komórki i rzecz: Boże, bądź mi miłościwi” **)

W miasteczku Hökster w Westfalii żył pewien sędziwy kapłan. Ten, przeczytawszy tezy Lutra, pokiwał głową i rzekł: „Kochany bracie Marcinie, jeźli ty ten oczyściec i tych kramarzy, handlujących papierami, obalisz, to zaiste wielkim jesteś panem!” O sto lat później napisał Erbeniusz pod słowa te następującą uwagą:

„Gdyby dziś między nami stanął znowu żywy,

Cóżby na to powiedział, ten kapłan poczciwy?”***)

 

A nie same tylko obawy dawały się słyszeć pomiędzy przyjaciółmi Lutra ze względu na krok, który uczynił, owszem niektórzy nawet po prostu ganili takowy.

Biskupowi brandenburskiemu było to bardzo nieprzyjemna, że w jego prawie dyecezyi miał wszcząć się spór takiej doniosłości.

 

*) Totque uxorum vir (maż tylu kobiet), stało tam dalej. Heumann Documenta liter. str. 67.

**) Frater, abi in cellam et dic: miserere mei. Lindner, Luther's Leben.

***) Quid vero nunc si siveret, Bonus iste clericus diceret?

— 228 —

 

Pragnął on tedy zażegnać takowy, a zwłaszcza w drodze łagodności. Kazał tedy przez opata Leninu oświadczyć Lutrowi, co następuje: „W tezach nie znajduję nic, coby się katolickiej prawdzie sprzeciwiało, ale i te nierozważne oświadczenia twoje muszę ja koniecznie zganić; nie pisz już więcej o tej sprawie, a uczyń to przez miłość pokoju i przez szacunek do twego biskupa.” Zastanowiła Lutra nie mało ta skromność i pokora, z jaką tak znakomity opat i tak dostojny biskup do niego przemawiali. Pod wpływem pierwszego wzruszenia serca dał Luter taką odpowiedź: „Co do mnie, to zgoda; wolę bowiem być posłusznym, aniżeli, gdybym to mógł, czynić nawet i cuda” *).

Książę elektor patrzał z niechęcią na tę walkę, albowiem choć się sprawiedliwą być wydawała, to jednak następstw jej nie było można obliczyć. Książę pragnął utrzymać pokój, a mały ten płomyk był jednak w stanie ogromny wzniecić pożar. Spór powstawający między mnichami mógł wszcząć

niezgodę i rozerwanie między narodami. Dał on więc kilkakrotnie Lutrowi do zrozumienia, jak mocno nad sprawą tą w sercu swem ubolewa**).

Nawet i w łonie zakonu swego, ba nawet i wewnątrz własnego klasztoru odzywały się głosy nagany. Przeor i zastępca jego ulękli się hałasu, jaki podniósł Tecel i zwolennicy jego. Strwożeni i drzącem prawie sercem pobiegli oni do komórki Lutra, błagając go, aby nie ściągał hańby na zakon ich, albowiem już zaczynają cieszyć się z tego inne zakony, a mianowicie księża Dominikanie, że nie sami już podani są na pośmiewisko ogółu. Słowa te trafiły Lutrowi do serca. W krotce atoli, przyszedłszy do siebie, taką dał im odpowiedź: „Kochani bracia! jeźli sprawa ta nie jest z Boga, wniwecz się obróci, ale jeźlić z Boga jest, to pozwólcie jej swoją iść drogą!” Na te słowa zamilkli przeor i jego zastępca. „Sprawa zawsze jeszcze swoją idzie drogą,” dodał później Luter, wspominając o tym wypadku, „i da Bóg, pójdzie ona aż do skończenia świata. Amen!”***)

Z wielu innych jeszcze stron zaczepiano Lutra o tę sprawę. W Erfurcie obwiniano go o wysokie o sobie rozumienie i porywczość w potępianiu przeciwnych zdań. Zarzutów takich nie ujdą nigdy ludzie stałych i niezachwianych przekonań, które

 

*) Epp. I. 71.

**) Suumque dolorem saepe significavit, metuens discordias majores. Melanchth. V. Luth.

***) Lutheri Opp. L. VL str. 518.

— 229 —

 

z słowa Bożego powzięli. Skądinąd znowu zarzucano mu lekkomyślność i prędkość!

„Ja mam być skromnym,” napisał Luter, „a oni nie zachowali już ani śladu skromności w sądach swych, wydanych o mnie. My zawsze widzimy źdźbło w oku brata naszego, lecz belki w oku własnem nigdy nie widzimy. Prawda nie zyska przez moją skromność w niczem, ani też nie utraci przez prędkość mego usposobienia. Ja znowu życzę sobie wiedzieć, które to błędy wykryliście wy i teolodzy wasi w mych zdaniach ? Któż bowiem jest w stanie wystąpić z jakiem nowem twierdzeniem, nie ściągając na siebie pozoru zarozumiałości, lub też skarg o porywczość? Ba gdyby nawet sama pokora coś nowego wymyśliła, nie uszłaby zapewnię ze strony inaczej myślących posądzania o dumę*).

Dla czegóż Chrystus Pan i wszyscy męczennicy stali się ofiarą śmierci? Dla tego, ponieważ wyglądali na ludzi lekceważących mądrość wieku swego i nowe wypowiedzieli nauki, nie zasiągnąwszy poprzednio pokornie rady tych, którzy innego byli zdania. Niechaj mędrkowie naszego czasu nie żądają odemnie tyle pokory, albo lepiej obłudy, abym najprzód, zanim co piszę, ich rady miał zasięgać. Nie ludzka to mądrość jest w stanie dzieło to wykonać, ale jedynie rada Boża. Jeźlić z Boga jest ta sprawa, któż zdoła ją powstrzymać; jeźli zaś nie jest z niego, któż zechce ją forytować? nie moja, nie wasza, nie nasza wola niech się dzieje, ale jedynie Twoja wola, Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech!”

Jakież to męstwo, jakiż zapał szlachetny, jakaż ufność w Bogu i prawda, po wszystkie ważna wieki, maluje się w tych słowach!

Obwinienia i zarzuty, które się ze wszystkich stron na Lutra garnęły, trafiły częściowo w serce jego i wywarły na nim pewne wrażenie. Luter widział się naraz w nadziejach swych zawiedzionym. Spodziewał się bowiem, że naczelnicy kościoła i najznakomitsi uczeni wśród ludu publicznie po jego staną stronie; a oto stało się inaczej. Słowa pochwały i zachęty, wypowiedziane pod wpływem pierwszego wrażenia, były jedyną oznaką życzliwości najlepiej myślących; wielu ich zaś, których Luter dotąd bardzo cenił wysoko, ganiło sprawę jego publicznie. Luter ujrzał się opuszczonym, uczuł się naraz osamotnionym wśród całego kościoła. Stał niby sam jeden tylko naprzeciwko wszechpotężnemu Rzymowi**), sam jeden

 

*) Lutheri Epp. I. p. 73.

**) Solus primo eram. Luth. Opp. lat. in praef.

— 230 —

 

znajdował się u stóp warownej budowli, której fundamenta głęboko spoczywały w ziemi, i której szczyty stykały się z chmurami. A na tę to budowlę porywał się sam jeden, szalony już zadawszy jej cios! Myśl ta zaniepokoiła i przygnębiła umysł Lutra. Powątpiwania, które już był przezwyciężył, obudziły się w duszy jego na nowo. W sercu swem zadrżał Luter na tę myśl, że oto cały kościół stoi teraz naprzeciwko jemu jednemu. ”Wystąpić do boju przeciwko wiekowej powadze, której głosu pokolenia i narody przez wieki w pokorze słuchały, targnąć się na kościół, na tę matkę wszystkich wierzących, którą, czcić i szanować od dzieciństwa go nauczano — targnąć się jemu, nędznemu i słabemu mnichowi! — zaiste to krok szalony, to przedsięwzięcie przechodzące siły człowieka*). Krok ten był dla Lutra niezawodnie najtrudniejszym, ale oraz dla reformacyi stanowczym.

Luter sam skreślił nam przebieg tej wewnętrznej swej walki: „Sprawę tę rozpocząłem z wielką bojaźnią i wielkiem drżeniem. Ja, najnędzniejszy braciszek klasztoru, com wtenczas więcej do trupa niźli do człowieka był podobny, ja wziąłem się stawić opór papiezkiemu majestatowi, przed którym drżeli nie tylko królowie i świat cały, nie, owszem, że tak powiem, drżało niebo i piekło, będąc na skinienie oka jego posłuszne. Żaden człowiek nie ma o tem wyobrażenia, ile ja w dwóch pierwszych latach wycierpiałem, jak bardzo bywałem przygnębiony, jak często znajdywałem się prawie bliskim rozpaczy. O tem nie wiedzą nic ci ludzie wyniosłego ducha, którzy później z wielką zuchwałością uderzali na papieża, a mimo największą zręczność najmniejszej nie byliby wyrządzili mu szkody, gdyby Jezus Chrystus przedtem nie był przeżeranie, jako słabe i niegodne narzędzie swoje, zadał mu rany śmiertelnej. Oni przypatrywali się i pozostawili mię samego wśród niebezpieczeństwa. Ale ja nie byłem tak dobrej myśli, ani tak spokojnym i sprawy swej pewnym, albowiem wtenczas niejednej jeszcze nie wiedziałem rzeczy, o której, dzięki Bogu, dziś wiem. Wprawdzie znajdowali niektórzy pobożni chrześcianie wielkie upodobanie w mych zdaniach, i wysoko oceniali takowe, lecz ja nie byłem w stanie uznać głosu ich za glos Ducha Świętego; ja patrzałem jedynie na papieża, kardynałów, biskupów, nauczonych w piśmie, prawników, mnichów i duchownych. Z tej strony wyglądałem powiewu ducha Bożego. Ale gdy za pomocą Pisma wszystkie dowody, naprzeciwko mojej nauce stawiane,

 

*) Consilium immunis audaciae. Pallavicini, I. 17.

— 231 —

 

przezwyciężyłem, udało mi się po wielkich trudach, pracach i wewnętrznych niepokojach, przezwyciężyć z pomocą Chrystusową i tę jedną okoliczność, która mi stała w drodze, a mianowicie, że trzeba słuchać kościoła. Albowiem z głębi  serca swego oceniałem ten papiezki kościół za kościół prawdziwy, i szanowałem i poważałem go daleko szczerzej i po korniej, aniźli te ohydne i bezecne łotry, którzy przez nienawiść do mnie tak wysoko go wynoszą. Gdybym ja tak sobie był lekceważył papieża, jak go oni w sercu swem lekceważą, to zaiste byłbym się lękał, aby nie otwarła się ziemia i żywcem nie pochłonęła mię, jako Korego i całą rotę jego” *).

Cześć należy się Lutrowi za wewnętrzne te jego walki! Na każdym kroku okazuje się tutaj szczerość i szlachetność umysłu jego widoczną. Ciągłe te niepokoje, które z wewnątrz i z zewnątrz pochodząc bez ustanku duszą jego miotały, spra wiają mu daleko większą cześć, niż największe męstwo, które podobnych bojów nigdy nie doznało. Prawda i boskość dzielą jego prawie przez wewnętrzne te burze się uwydatniają. Widoczną bowiem jest, że ostateczna przyczyna, że natura takowych była w niebiesiech. Któż wobec tego śmiałby jeszcze twierdzić, że reformacya była sprawą polityki? Nie! ona za prawdę nie była skutkiem ludzkiej polityki, ale skutkiem mocy Bożej. Gdyby ludzkie namiętności dusza Lutra były rządziły, to niezawodnie byłby on padł ofiarą własnej swej obawy i swego niepokoju. W nadziejach swych zawiedziony, obawami sumienia miotany, byłby nareszcie uległ zewnętrznej i wewnętrznej przemocy. Ogień, w duszy jego pałający, byłby wygasł powoli, zajaśniawszy przemijającym tylko wśród kościoła blaskiem, jaki u tylu pobożnych i gorliwych mężów napotykamy, których imiona przechowały się aż do dziś dnia. Lecz teraz Boża nastała godzina; dzieło nie śmiało stanąć, wyzwolenie kościoła musiało zostać dokonane. Luter był powołany co przynajmniej do przygotowania tego zupełnego wyzwolenia i wielkiego rozwoju, który według obietnicy Chrystusowej ma się spełnić w kościele jego. Luter przekonał się o prawdzie onej wspaniałej obietnicy Pańskiej, która mówi: „Młódź ustawa i omdlewa; a młodzieńcy w młodości upadają; ale którzy oczekiwają Pana, nabywają nowej siły; podnoszą się pióry jako orłowie; bieżą, a nie spracują się, chodzą, a nie ustawaj ą (Izaj. 40:30). Ta sama moc Boża, która napełnia serce nauczyciela

 

*) Luth. Epp. I., p. 49.

— 232 —

wittenberskiego i do boju go prowadzi, ta sama moc przy­wróciła mu znowu wewnętrzną duszy jego stanowczość w ca­łej jej pełni.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1