VII.
Zaczepki Tecla. — Odpowiedź Lutra. — Dobre uczynki. — Luter i Spalatin. — Badanie Pisma. — Scheurl i Luter. — Pewne obawy co do tez. — Luter i naród jego. — Nowa suknia.
Nagany, umysł lękliwy, tudzież i milczenie przyjaciół ujemnie na męstwo Lutra oddziaływały; zaczepki zaś nieprzyjaciół przeciwne nań wywierały wrażenie. Tak dzieje się nieraz. Przeciwnicy prawdy mniemają, że gwałtownością sposobu swego najlepiej się sprawie swej przysłużą, a tymczasem przez to prawie dziełu Bożemu usługę oddawaj^*). Tecel słaba, ręką podniósł rzuconą sobie rękawicę. Najprzód odpowiedział on na kazanie Lutra, które dla ludu było tara samem, czem tezy dla uczonych. Wywody Lutra, w kazaniu jego powiedziane, zbijał Tecel według swego sposobu z kolei, ogłaszając równocześnie, że błędy przeciwnika swego gruntowniej jeszcze wykaże przez tezy, które na wszechnicy miasta Frankfurtu, położonego nad rzeką Odrą, publicznie bronić zamyśla. „Potem pokaże się,” napisał Tecel odnośnie do zakończenia kazania Lutrowego, „kto kacerstwa wszczyna, kto jest kacerzem. odszczepieńcem, nauczycielem błędów i szalonym oszczercą. Potem przekona się wszystek świat, czyj to rozum jest zaćmiony, kto to ani nie powąchał biblii, kto nigdy chrześciańskiej nie czytał nauki, ani swojej własnej nie rozumiał. W sprawie bronienia moich własnych tez jestem ja gotów cierpieć razy i więzienie, znosić ogień i wodę.”
Co do tego pisma Tecla, to dziwnie uderza już ta okoliczność, że niemczyzna jego zupełnie inną jest od Lutrowej, jakby pomiędzy nimi leżały wieki. Język Teclowy jest prawie niezrozumiały, język Lutra zaś o niewiele różni się od dzisiejszej niemczyzny. Porównanie pism tych z sobą wykazuje, że Luter
*) Hi furores Tecelii et ejus satellitum imponunt necessitatem Luthero
de rebus iisdem copiosius disserendi et tuendae veritatis. Melanchth. V. L.
— 233 —
jest twórcą dzisiejszego języka niemieckiego, a już ta okoliczność, lubo największej zasługi jego nie stanowi, należy zawsze do liczby niepożytych zasług męża tego.
Luter odpowiedział nie wymieniwszy Tecla, jako tenże i jego nie wymienił. Chociaż atoli nie były tam wyrażone imiona, to jednak każdy człowiek wśród państwa niemieckiego wiedział o nich i był w stanie oznaczyć autorów. Tecel usiłował się przedstawić rzecz tak, iż według niego skrucha serca, której żąda Bóg, i pokuta, jakiej wymaga kościół, byłaby jedną i tą samą rzeczą. A przez to usiłował się nadać nauce o odpustach jak największe znaczenie. Luter znowu, pragnąc artykuł ten jak najdobitniej wyświetlić, napisał o nim pięknym swym językiem co następuje:
„Nie chcę rozwodzić się wielą słowy nad sprawą, poruczam więc i oddawam wszystkie zbyteczne i daremne jego słowa jako kwiaty papierowe na wiatr, który zaiste więcej ode mnie ma czasu; ja ograniczam się jedynie do badania zasad i węgielnych kamieni jego lichej budowy.”
„Pokuta, którą Święty Ojciec przepisuje, nie może być tą samą, która w słowie Chrystusowem jest ustanowiona. Albowiem co Święty Ojciec przepisuje, to on znowu cofnąć może, a gdyby obie pokuty jedną i tą samą rzeczą były, to papież, uwalniając człowieka od swojej, uwolniłby go oraz od tej pokuty, którą Chrystus ustanowił i tem samem pogwałciłby przykazanie Boże . . . Gdyby on tylko na moją uderzał osobę, nazywając mię kacerzem, zbiegiem, oszczercą i jakie mu tylko imię gniew jego na język przyniesie, chętniebym to przeniósł, ani się też za to gniewać nie będę, owszem pomodlę się za nim. Ale tego żadnym sposobem ścierpieć nie mogę i nie śmiem, że z Pismem św., które pociechą naszą jest (Rzym. 15, 4), obchodzi się prawie nie inaczej, jedno jako świnia z worem owsa”.
Luter używał często wyrazów, które w naszych czasach uchodzą za gminne i grube. Należało to do obyczajów onego wieku. Te atoli wyrazy Lutra, lubo dzisiejszemu sposobowi tłumaczenia się nie odpowiadają, zawierają jednakowoż w sobie tyle dobitności i siły, że na razie o grubości ich zapominamy. Luter pisze dalej:
„Przeciwnicy utrzymują, że kto odpusty kupuje, lepiej robi, niż kto jałmużny biednemu udziela, chyba żeby takowy już z głodu umierał. Odtąd nie powinna już przerażać nas ta nowina, że Turcy kościoły i krzyże nasze bezczeszczą, albowiem pomiędzy sobą mamy o stokroć gorszych Turków, którzy najświętszą nam rzecz, to jest słowo Boże, tak bluźnierskim
— 234 —
sposobem wniwecz obracają. Kto według takowych nauk się sprawować chce, ten niechajże baczy, aby może nie zwlekał tak długo z nakarmieniem głodnego lub przyodzianiem nagiego, ażby tenże, ostatecznej doszedłszy nędzy, nie wyzionął ducha i więcej już dobrodziejstw jego nie potrzebował.”
Ważną jest rzeczą porównać to gorliwe naleganie o pełnienie chrześciańskich uczynków z wyrokami Lutra, dotyczącymi się nauki jego o usprawiedliwieniu z wiary. Z resztą, kto tylko jaką taką ma znajomość i doświadczenie o naturze chrześciaństwa, ten nie potrzebuje nowych tej niezaprzeczonej prawdy dowodów, owszem z góry przekonany jest o tem, że im więcej człowiek sprzyja zasadzie o usprawiedliwieniu z wiary, tem więcej przejmuje się także zasadą o wewnętrznej potrzebie uczynków. Człowiek usiłuje się pełnić takowe, gdy tymczasem z pewnem zobojętnieniem względem nauki o wierze nierozdzielnie połączony jest pewien upadek obyczajowości. Na dowód pierwszego twierdzenia niech posłużą przykłady Lutra, przed nim apostola Pawła, po nim. zaś Howarda; prawdy drugiego twierdzenia dowodzą wszyscy ludzie pozbawieni wiary, których dziś pełen jest świat.
Następnie przechodzi Luter na obelgi Tecla i oddawa pięknem za nadobne. „Gdy tacy przeciwnicy tak nader haniebnie obelgami mię obrzucają, to ja nie poczytuję tego inaczej, jedno jakby głupi jaki osioł na mnie zaryczał, owszem cieszę się z tego; inaczej bowiem żal by mi było, gdyby taki człowiek pobożnym nazwać mię miał chrześcianinem.” Nie powinniśmy zanadto pobłażać słabym stronom w usposobieniu Lutra; a do takich należy przede wszystkiem jego żyłka do powiadania grubych żartów. Reformator był wielkim człowiekiem, był mężem Bożym, ale przy tem wszystkiem był on człowiekiem tylko a nie aniołem, ba nawet ani doskonałym człowiekiem. Któż śmiałby tego po nim wymagać?
Dalej wyzywa on swych przeciwników do boju. „Tu jestem w Wittenberdze, ja Doktor Marcin Luter. Jestli tedy gdziekolwiek jaki pogromca kacerzów, któryby żelazo gryść i skały rozsadzać poczytywał za rzecz dla siebie łatwą, to ja jemu ogłaszam, że przez łaskę i obietnicę czcigodnego i chrześciańskiego księcia Fryderyka elektora saskiego znajdzie do nas bezpieczną jazdę, znajdzie tutaj otwarte bramy, tudzież bezpłatne pomieszkanie i stół. Książę elektor bowiem nie ma bynajmniej na myśli, być opiekunem jakiegokolwiek kacerstwa” *).
*) Luth. Opp. Lips. XVII. p. 132.
— 235 —
Widać stąd, że nie brakło Lutrowi odwagi.
Luter stał mocno na fundamencie słowa Bożego, a opoka ta nie zachwieje się
wśród burzy. Lecz według wierności swej darował mu Bóg inne jeszcze ku pomocy
jego podpory. Po chwili pierwszego zapału, z jakim powszechnie zdania Lutra
przyjęto, nastał czas złowrogiego milczenia. Uczeni, będąc oszczerstwami i
obelgami Tecla przerażeni, ustąpili lękliwie z widowni. Biskupi, którzy
przedtem publicznie z oburzeniem przeciwko nadużyciom się odzywali, uważali
teraz wystąpienie Lutra za niewczesne. Jest to z resztą sposób nie tak
rzadko się ponawiający. Największa liczba przyjaciół Lutra uczuła trwogę, nie
mało ich opuściło go. Lecz gdy umysły z pierwszej ochłonęły trwogi, nastąpił
zwrot serc w przeciwnym kierunku. Przez kilka chwil stał mnich wittenberski
wśród kościoła opuszczony, prawie sam jeden; lecz w krotce skupiło się koło
niego znowu znaczne grono przyjaciół i wielbicieli.
Podczas całej powyższej kryzy znalazł się przecie jeden człowiek, który mu wierny pozostał. Lubo usposobienie jego było lękliwe, to przecież przyjaźń męża onego była Lutrowi pociechą i podporą. Mężem tym był Spalatin. Nie przestali oni z sobą zamieniać listy. „Dziękuję ci,” pisze do niego Luter odnośnie du pewnego nowego dowodu jego przyjaźni, „lecz ileż to w ogóle rzeczy mam ci do zawdzięczania?”*) Było to dnia 11. listopada 1517, w jedynaście dni po ogłoszeniu tez, prawie w tej chwili, w której wzburzenie umysłów najwyższego zgoła dochodziło stopnia, gdy Luter tym sposobem wyraził mu swe dzięki. Rzeczywiście jest nam to rzeczą pouczająca, gdy z tegoż samego listu dowiadujemy się o źródle, z którego silę swą czerpał potężny ten człowiek, złożywszy co dopiero męztwa swego nadzwyczajne dowody. „My nic sami z siebie nie możemy, wszystko zaś możemy w sile laski Bożej. Wszystka ciemnota w świecie szydzi sobie z człowieka usiłującego się zwyciężyć takową, Bogu atoli nie oprze się żadna. Im więcej sami z siebie uganiamy się za mądrością, to tein bardziej zbliżamy się do głupstwa. Nie jest też prawdą, jakoby nieprzezwyciężona ta nieświadomość uniewiniać miała grzesznika, bo inaczej nie byłoby w ogóle grzechu na świecie.”
Luter nie przesłał zdań swych ani książętom ani dworzanom ich. Nad tem, zdaje się, wyraził Spalatin swoje zdziwienie. Luter odpowiedział na to: „Nie chciałem zdań moich przesyłać najjaśniejszemu księciu i otoczeniu Jego prędzej,
*) Lutheri Epp. I. p. 74.
— 236 —
zanimby dostały się jeszcze do rąk tych ludzi, przeciwko którym są wymierzone, a to dla tego, aby nie pomyślał ktoś, że wydałem takowe bądź to z rozkazu dworu, bądź dla zaskarbienia sobie laski księcia, bądź też przeciwko arcybiskupowi mogunckiemu. Słyszę, że niektórzy ludzie już tym sposobem rzecz tłumaczyć zaczynają. Teraz mogę spokojnie zaprzysiądz, że takowe wyszły bez wiedzy księcia Fryderyka” *).
Gdy Spalatin z swojej strony przyjaciela swego pocieszał, używając równocześnie całego wpływu swego do wzmocnienia stanowiska jego, to znowu usiłował się Luter udzielać skromnemu kapłanowi odpowiedzi na wszystkie przezeń stawiane zapytania. Między innemi pytał się tenże, — a zapytanie to powtarza się często jeszcze i dziś — jakim sposobem możnaby najskuteczniej badać Pismo święte?
„Dotąd,” odpowiedział Luter, „pytałeś się, mój zacny Spalatinie, tylko o rzeczach, które w mocy mojej stały. Lecz wskazówki co do badania Pisma św. udzielać, to już siły moje przechodzi. Jeźli zaś o moim, co do tej sprawy, chcesz dowiedzieć się sposobie, o tym chętnie ci doniosę. Przede wszystkiem nie ulega wątpliwości, że Pismo święte nie da się zgłębić ani studyami ani rozumem; przeto musisz najprzód zaczynać od modlitwy. Módl się do Pana, by według wielkiego miłosierdzia swego dal ci prawe wyrozumienie słowa swego. Jedynym tłumaczem słowa Bożego jest autor jego duchowy, jako sam Pan powiada: „I będą wszyscy wyuczeni od Boga.” (Jan. 6:45.) Nie spodziewaj się niczego od własnej swej pracy, niczego od własnego rozumu; zaufaj jedynie w Bogu, i we wpływie Ducha jego. Mojemu wierz doświadczeniu” **). Ztąd wynika, jakim sposobem doszedł Luter posiadania prawdy, którą głosił. Nie stało się to, jako niektórzy mniemają, przez zaufanie w własny wyniosły swój rozum, ani też, jako znów utrzymują inni, przez folgowanie obrzydłym namiętnościom. Owszem, Luter czerpał prawdę z najczystszego, najświętszego i najwznioślejszego źródła takowej, to jest z samego Boga, u którego pokornem i wierzącem sercem, tudzież w głębokiej modlitwie szukał odpowiedzi. Mało dziś jest takich ludzi, którzyby go w tyra względzie naśladowali, przeto też tak mało jest ich w stanie zrozumieć Lutra. Słowa te Lutra już same w sobie wystarczają do usprawiedliwienia jego wobec szczerych i prawdy szukających umysłów.
*) Lutheri Epp. Ibid. p. 76.
**) Luth, Epp. I. p. 88 z dnia 18 stycznia.
— 237 —
Nie mniej była mu pociechą przyjaźń, której doznawał i ze strony czcigodnych świeckich ludzi. Krysztof Scheurl, sekretarz miasta Nürnberg, mąż niepospolitej zacności, szczególniejsze złożył swej przyjaźni dowody*), które biednemu, ze wszech stron zaczepianemu Lutrowi podwójnie musiały być przyjemne. Sekretarz norymberski usiłował się jednać przyjacielowi swemu nowych zwolenników i wezwał Lutra, aby jedno z pism swych przeznaczył w dowód szacunku słynnemu podówczas prawnikowi norymberskiemu, imieniem Hieronimowi Ebner. Luter odpowiedział na to: „Ty prace moje za wysoko oceniasz, ja cenię je bardzo nisko. Lecz życzeniu twemu chciałem uczynić za dosyć. Szukałem tedy. Ale wśród całego mego zapasu, który dosyć znalazłem obfitym., nie odkryłem ani jednego dzieła, które od tak małego, jakim ja jestem, pochodząc człowieka choć po części mogłoby być uważane godnem, aby je tak wielkiemu przeznaczyć mężowi. Tak mówi Luter przejęty szlachetną serca swego skromnością; tak stawia samego siebie daleko niżej Ebnera, którego imię przebrzmiało zupełnie. Późniejsze pokolenia inny wydały sąd.
Tez swych nie przesłał Luter nawet ani na ręce Scheurl'a, nad czem się sekretarz norymberski nie mało zastanowił. „Nie życzyłem sobie,” tłumaczy się Luter, „tak wielkiego rozpowszechniania mych zdań; życzeniem mojem było dysputować o nich z kilku mężami, którzy tutaj w pobliżu odemnie żyją. Gdyby ci byli potępili takowe, to byłbym je zniszczył; w razie pochwały ich miałem zamiar ogłosić zdania te drukiem. Lecz teraz już są wydrukowane po raz drugi i trzeci i tak rozpowszechnione, iż mi zgoła żal, żem płód ten wydał na świat; nie iżbym lękał się puścić prawdę w obieg pomiędzy lud, — przeciwnie, to bowiem było jedynym moim zamiarem; — ale sposób ten przedstawienia rzeczy nie jest dla ludu odpowiedni. Są tam poruszone kwestye, które i dla mnie nie są jeszcze zupełnie pewne; i gdybym był mógł pomyśleć, że zdania te takie sprawią wrażenie, to byłbym nie jedną rzecz opuścił, a na inne znowu tem silniejszy położył nacisk” **). Później innego nabył Luter przekonania; zauważał bowiem, że nie za dużo, lecz owszem za mało jeszcze wtenczas powiedział. Obawy jednak, które Luter wobec Scheurl'a wypowiedział, są nam dowodem jego szczerości. Z słów jego bowiem wynika dobitnie, iż Luter nie
*) Luth. Epp. I. 79, z dnia 11. grudnia
1517, Literae tuae animum tuum ergo meam parvitatem candidum et longe ultra
merita benevolentissimum probaverunt.
**) Luth. Epp. I. p. 95.
— 238 —
postępował sobie według pewnego, z góry wytkniętego planu, tudzież że bynajmniej jakimś stronniczym duchem się nie powodował, ale owszem słowa jego dowodzą, iż zamiarem jego było jedynie zbadanie i wyświetlenie prawdy, nie zaś jakieś bezwzględne przeprowadzenie pewnych ducha jego urojeń. Później, gdy całą już poznał obfitość prawdy Bożej, wyrażał się Luter inaczej: „W dawniejszych moich pismach zrobiłem, nawet i co do nader ważnych rzeczy, pokornie niejedno ustępstwo papieżowi; dziś brzydzę się takowemi i potępiam je jako największe bluźnierstwo popełnione przeciwko Bogu” *).
Inni także jeszcze świeccy składali naonczas Lutrowi dowody swej przyjaźni. Między nimi przesłał mu słynny malarz Albrecht Dürer podarunek, podobno jakiś obraz, za który mu Luter osobno podziękować kazał!**)
A zatem z własnego doświadczenia przekonał się Luter o prawdzie słowa Bożego, które mówi: „Wszelkiego czasu miłuj e przyjaciel; a w ucisku stawia się jako brat.” (Przypow. Sal. 17:17.) Lecz według tej zasady działał i on sam; sprawę, dotyczącą się dobra całego narodu, przyjął Luter za własna swa sprawę. Książę elektor rozpisał jakiś podatek, i miał zamiar jak przypuszczano, podobno za namową radcy swego Pfeffmgera, przeciwko któremu Luter nieraz ostro wystąpił, inne jeszcze rozpisać podatki. Luter nie ociągał się przyłożyć rękę do zażegnania niebezpieczeństwa. „Niech Wasza książęca Mość nie lekceważy prośby biednego żebraka. Błagam Waszą ks. Mość przez imię Boże, aby Wasza Mość nowych nie rozpisywała podatków. Z zakrwawionem sercem musiałem patrzeć ja i wielu innych, Waszej książęcej Mości wiernie oddanych sług, jak bardzo ostatnie rozpisanie naraziło Waszą ks. Mość na naruszenie dobrego imienia i wziętości Waszej między ludem. Bóg dał Wam bystry rozum, Wasza ks. Mość widzi w sprawach tych dalej odemnie i wszystkich swych poddanych. Lecz może taka jest wola Boża, aby mały rozum nauczał wielkiego, aby żaden człowiek na samym sobie nie spolegał, ale tylko w Bogu i Panu naszym. On niechaj dla dobra naszego zachowa Waszą książęca Mość przy zdrowiu cielesnem i sposobi duszą Waszą, aby była niegdyś przygotowaną do wiecznego zbawienia. Amen,” Tak uczy Ewangelia czcić królów, ale oraz i stać w obronie sprawy ludów. Ewangelia wyobraża narodom obowiązki ich, lecz i książętom przywodzi na pamięć prawa, które mają narody.
*) Lutheri Opp. Lat. Witt. Praef,
**) Luth. Epp. I. p. 95.
— 239 —
Gdyby glos takiego chrześcianina, jakim był Luter, częściej dawał się słyszeć w gabinetach monarchów, to zaiste zastąpiłby i wystarczyłby takowy za całe zgromadzenia ustawodawców.
W tym samym liście, w którym zawarte jest
powyższe poważne upomnienie, czytamy inną jeszcze prośbę, którą Luter nie
namyślił się księciu elektorowi wynurzyć. Było to właściwie tylko
przypomnienie otrzymanej już dawniej obietnicy. Książę obiecał bowiem darować
Lutrowi nową suknię. Ta odwaga Lutra, w tym samym wyjawiona liście, o którym
można było przypuszczać, że książę weźmie go za obrazę, ta odwaga powiadam,
służy jedynie ku czci tak księcia jak i reformatora! „Jeźli atoli Pfeffinger o
to postarać się ma,” pisze dalej Luter, „to niechajże uczyni to w
rzeczywistości, a nie przez zapewnianie przyjaźni. On umie piękne tkać słówka,
ale z tego się dobre sukno nie zrobi.” Luter był zdania, że przez udzielenie
dobrej rady zarobił sobie u dworu na suknię, lecz we dwa lata później nie
znajdował się jeszcze w posiadaniu*) takowej, i prosił ponownie o nią.
Oczywiście, że Fryderyk nie był tak bardzo na zawołanie Lutra, jako to często
twierdzono.
*) Luth. Epp. I. p. 77. 78, 283.
–––––––––– • ––––––––––