IV.
Wystąpienie Tecla. — Spowiedź. — Gniew Tecla. — Luter nie ma planu. —
Zazdrość miedzy zakonami. — Mowa Lutra. — Sen księcia elektora.
O ile wiemy, doszła uszu Lutra po pierwszy raz wieść o Teclu przy rozpoczęciu jego wizytacyi kościołów w mieście Grimma. Wtenczas znajdował się jeszcze koło niego Staupitz, gdy naraz doniesiono im, że jakiś handlarz odpustów zjawił w miasteczku Würzen i nie mało narobił tam hałasu. Powtarzano nawet niektóre uderzające cytaty z jego mów: Luter powiedział na to z oburzeniem: „Da Bóg, że mu zrobię dziurę do bębna”**).
Z Berlina, gdzie przez księcia elektora brandenburskiego Joachima, brata jeneralnego dzierżawcy odpustów, jak najuprzejmiej został przyjęty, udał się Tecel do Jüterbogk. Staupitz korzystając z zaufania księcia, które posiadał, nie omieszkał przed elektorem Fryderykiem mówić nieraz o nadużyciach odpustów i o szalbierstwie, jakiego się handlarze odpustowi dopuszczają***). Książęta saskie, nad tak przebrzydłym handlem
*)
Seckendorf, 42.
**)
Lingke, Eeisegesch. Luthers,
p. 27.
***) Instillaus ejus pectori frequentes induleentiarum abusus. Cochlaeus. I.
— 205 —
aż do żywego oburzone, wzbroniły Teclowi przystępu do swych ziem. Musiał on tedy pozostać w okolicach, podlegających władzy patrona swego arcybiskupa magdeburskiego, ale nie omieszkał przytem posunąć się jak najbliżej ku granicy saskiej. Miasto Jüterbogk było tylko o cztery mile od Wittenbergi odległe. „Ten wybijacz kieszyń wymłacał cały kraj, tak iż złoto wylatywać i z brzękiem do skrzyni jego wpadać musiało,” powiada Luter. Ludność Wittenbergi biegła gromadami do Jüterbogk kupować sobie odpusty.
Wtenczas był jeszcze Luter głęboko przejęty poszanowaniem kościoła i papieża. „Byłem ja wtedy,” pisze o sobie Luter, „mnichem i najzacofańszym zwolennikiem papieża, byłem tak upojony, ba pogrążony w naukach papiezkich, iżbym, ile można, był pomógł zabić każdego człowieka, któryby się choć trochę był poważył wypowiedzieć posłuszeństwo papieżowi. Ja byłem istnym Saulem, jako takowych znajdziesz jeszcze więcej”*). Serce jego atoli pałało dla wszystkiego, co uznał za prawdę, i przeciwko wszystkiemu, co mu się błędem być wydawało. „Byłem ja młodym Doktorem, co prawie ledwie że z kuźni wyszedł, pełnym zapału i otuchy w Słowie Bożem” **).
Pewnego razu słuchał Luter w Wittenberdze spowiedzi. Kilku mieszczan przystępuje z kolei do konfesyonału i wyznają ciężkie grzechy, które popełnili. Cudzołóstwo, rozpusta, lichwiarstwo, niesprawiedliwie nabyta majętność stanowiły treść spowiedzi tych osób, za których dusze miał Luter niegdyś przed Bogiem odpowiadać! Odezwał się tedy do nich słowy napomnienia, tudzież nagany i nauczania. Lecz nie mało zdziwił się, gdy mu oświadczyli, że grzechów swych bynajmniej porzucić nie zamyślają. Aż przeraził się pobożny mnich na takie słowa, i oświadczył im uroczyście, że jeźli się nie zechcą poprawić, to sam nie może dać im rozgrzeszenia. Ci pożałowania godni nuż powołują się na swe listy odpustowe. Wydobywają takowe, przedkładają je Lutrowi i podnoszą ich znaczenie. Luter odpowiedział, że nie dba nic o te ich papiery, tudzież uroczyście oświadczył im: „jeźli się nie nawrócicie, to wszyscy razem potępieni będziecie.” Ci znowu zakładają przeciwko temu protesty, i użalają się. Luter atoli nie dał się zachwiać: Wyrzeczcie się złego i czyńcie dobre; inaczej niema odpuszczenia. Niech***)
strzegą się, aby namowom sprzedawających odpusty nie dawali
*)
Praefat. hist. Witt. I.
**)
Lutheri, op. (W.) XXII.
***) Coepi dissuadere populis et eos dehortari, ne indulgentiariorum clamoribus aurem praeberent. Opp. Lut. praef.
— 206 —
wiary; chrześcianin zaiste inne ma obowiązki, aniżeli za bezcen kupować sobie odpuszczenie grzechów.
Do żywego rozdrażnieni pobiegli ci wittenberscy mieszczanie znowu do Tecla i opowiadali mu, że pewien zakonnik augustyański nie dba o jego listy. „Tecel aż zaryczał od gniewu; wściekał się — (podajemy tu słowa Mykoniusza) — krzyczał i klął przeraźliwie z kazalnicy”; a to dla tego, aby serca zgromadzonych tem większą przejąć trwoga. Kazał też kilkakrotnie na rynku wzniecić ogień, głosząc przytem uroczyście, że ma rozkaz od papieża, aby spalił wszystkich kacerzy, którzyby się przenajświętszemu sprzeciwiali odpustowi.
Oto jeźli już nie przyczyna, to przynajmniej pierwsza pobudka reformy. Widział jeden z pasterzy, że owce trzody jego udawają się na drogę bledną, która niechybnie doprowadzi je do potępienia, a dla tego usiłował się odwieść je od takowej. O poprawie kościoła i świata nie myślał jeszcze Luter. Na własne wprawdzie oczy oglądał on Rzym i zepsucie jego, ale przeciwko Rzymowi nie wystąpił jeszcze. Domyślał się niektórych nadużyć, ciężących chrześciaństwu, lecz nie uważał siebie powołanym do zapobiegania takowym. Nie miał on zamiaru zostać reformatorem*). Dla reformy kościoła nie miał Luter bynajmniej planu, równie jak nie miał takowego dla własnej swej reformy. Bóg chciał przeprowadzić reformacyą, a Luter był narzędziem w ręku Jego. Ten sam środek, który dla wybawienia Lutra z wewnętrznej jego nędzy okazał się skutecznym, miał oto w ręku Boga zostać użytym także i przeciwko nędzy chrześciaństwa. Luter pozostawał spokojnie w za kresie powołania swego, krocząc, w prostocie serca w te stronę, w która powoływał go Pan. Pełnił on w Wittenberdze powierzone mu obowiązki profesora, kaznodziei i duszpasterza; siedział w kościele, gdzie członkowie kościoła otwierali przed nim tajemnice swych serc. Na tem to polu zraziło go istniejące zepsucie; błąd sam odszukał i zaczepił Lutra,; nie zaś przeciwnie. Stawiają mu przeszkody w pełnieniu jego obowiązków, lecz sumienie jego, słowem Bożem związane, sprzeciwia się temu. Boży jest to głos, co do niego się odzywa; tu opór staje się obowiązkiem, a zatem także i prawem. Tu Luter milczeć nie śmie. „Tym sposobem zbiegły się i ułożyły okoliczności za wola tego Boga, który w radzie swojej powołał syna hutnika, wytapiającego żelazo, aby odnowił chrześciaństwo,
*)
Haec initia fuernnt hujus controversiae,
in qua Lutherus nihil adhuc
suspicans aut somnians de futura mutatione rituum. Melanch. V. Lutheri.
— 207 —
i oczyścił zakwaszoną naukę ogniem pieca,” jako się wyraża Mathesius *).
Wobec takiego stanu rzeczy upada sam w sobie nikczemny zarzut, jaki niektórzy nieprzyjaciele Lutra, a zwłaszcza dopiero po śmierci jego, przeciwko niemu wymyślili, a mianowicie, że tylko zakonna zawiść spowodowała wittenberskiego Doktora wystąpić przeciwko Teclowi i naukom jego. Przyczyną zawiści tej miała zaś być ta okoliczność, iż on przebrzydły i potępienia godny handel powierzono księżom Dominikanom, a nie zaś, jako dotąd bywało, Augustyanom. Dowiedzioną bowiem jest rzeczą, iż sprawę tę ofiarowano najprzód Franciszkanom, którzy jej nie przyjęli. Ten fakt wystarcza już do obalenia powyższej bajki, która jeden pisarz przyjmował od drugiego. Sam nawet kardynał Pallavicini pisze, iż mylne jest doniesienie, które twierdzi, jakoby kiedy handel ten powierzano Augustyanom **). Oprócz tego podaliśmy obraz wewnętrznego przeobrażenia Lutra; tem tłumaczy się krok jego pod dostatkiem. Azaż nie musiał on wyznać publicznie naukę, która duszy jego przyniosła zbawienie? Kto w wierze znalazł skarb wewnętrzny, ten pragnie podzielić się nim także z innymi ludźmi. W naszych przynajmniej czasach powinniby ludzie zaniechać dziecinnych i niegodnych bajek, a nie narażać się na śmieszność, tłumacząc niemi tak wielkie przeobrażenie, jakiem odznacza się wiek szesnasty. Kto światem zatrząść ma, ten większego bez pochyby użyć musi narzędzia. Reformacyą nie była jedynie sprawą Lutra, takowa owszem spoczywała w łonie wieku onego i wyrodziła się z niego.
Już przez posłuszeństwo dla prawdy Bożej i przez miłość do ludzi czuł się Luter zniewolonym wydać świadectwo, i słuchaczów swych, jako sam się wyraża, ostrzedz jak najszczerzej. Książę jego wyjednał dla zamkowego kościoła w Wittenberdze osobny odpust od papieża; niejeden tedy cios, który Luter przeciwko inkwizytorowi wymierzył, mógł o samego zawadzić elektora. Lecz Luter wolał popaść w niełaskę; bo gdyby na ludzkie brał wzgląd upodobanie, nie byłby sługą Chrystusowym.
Wierzący sługa słowa Bożego odzywał się do ludności wittenberskiej, temi przemawiając słowy: „Z żadnego pisma nie można dokazać, jakoby sprawiedliwość Boża miała domagać się od grzesznika jakiej męki lub jakiego zadośćuczynienia.
*) Matthesius p. 10.
**) Falsum est consuevisse hoc munus injungi Eremitania. S. Augustini; p. 14.
— 208 —
Wymaga ona tylko prawdziwej skruchy i nawrócenia się, tudzież szczerego postanowienia, abyśmy odtąd wzięli na się krzyż Chrystusów i pełnili dobre uczynki. — Jest to niemały błąd, gdy kto myśli, że zadosyć uczynić zechce za grzechy swoje, które przecież Bóg zawsze według nieocenionej łaski swej człowiekowi odpuszcza. Chrześciaństwo wprawdzie żąda także po nas niektórych rzeczy, a zatem ma prawo i obowiązek, upuścić nieco z tychże. Na upuszczenie takie pozwala się przez wzgląd na, niedoskonałych i gnuśnych chrześcian, którzy nie chcą śmiało ćwiczyć się w pełnieniu dobrych uczynków. Odpustem bowiem nie wzywa się nikogo do poprawy, owszem znosi się tylko jego krewkości.”
Dalej mówił Luter o pobudkach do takiego odpustu. „Daleko lepiej i bezpieczniej postąpiłby ten, ktoby z szczerego serca przez miłość Boga złożył dar na cel budowy kościoła św. Piotra, a nie brał za to odpustu. — Ty powiesz: azaż żadnym sposobem nie mam szukać odpustu? Na to odpowiadam
ci, co już wyżej powiedziałem. Moja rada jest ta, aby sobie odpustu nie kupował nikt. Niechaj tani inni leniwi chrześcianie takowego szukają; ty swoją idź sobie drogą. Powinniśmy wszystkich chrześcian od takowego odwodzić i zachęcać ich raczej, aby to czynili, od czego się prawie odpustami zwalniają.”
Na końcu oświadczył się Luter o przeciwnikach swych tak: „Chociażby mię też niektórzy ludzie kacerzem przezwali, ponieważ takowa prawda dla skrzyni ich bardzo jest szkodliwą, to ja przecie o brednie ich nie dbam, albowiem jest to tylko kilka pustych i ciemnych głów, które ani biblii nie widziały, ani nie czytały nauki chrześciańskiej, a swojej własnej nigdy nie rozumiały. Ci niechaj sobie w dziurawych swych i podartych opiniach gniją spokojnie. A Bóg niechaj użyczy im i nam prawego umysłu! Amen”*). To rzekłszy opuścił Luter ambonę pozostawiając słuchaczów w osłupieniu, jakie odważne słowa jego w sercach ich sprawiły.
Kazanie to wyszło w druku i głębokie wywierało wrażenie. Tecel nie pozostał bez odpowiedzi; odpowiedział też znowu i Luter. Rozprawy te wyszły atoli drukiem dopiero r. 1518.
Nadchodził uroczysty. dzień Wszystkich Świętych. Odnośnie do tegoż przechowali nam ówcześni kronikarze wzmiankę o pewnej okoliczności, która, lubo historycznego nie ma znaczenia, zawsze jednak znamionuje ówczesne wypadki. Jest to sen księcia elektora. Takowy spolega co do samej rzeczy niezawodnie na prawdzie, aczkolwiek niektóre pojedyncze rysy przez
*) Luth. opp. XVH.
— 209 —
opisujących dodane zostać mogły. Seckendorf donosząc o niem wyraża zdanie, iż niejedni dziejopisarze pominęli rzecz tę milczeniem, powodując się może obawą, aby z pomiędzy przeciwników nie odezwały się głosy, któreby powstanie nauki Lutra odnosiły do snów*).
Książę elektor saski, opowiadają ówcześni kronikarze, bawił na zamku swym w mieście Schweinitz, oddalonym o sześć godzin drogi od Wittenbergi. W godzinie porannej dnia 31. października siedział on w obecności swego kanclerza u brata swego, księcia Jana, który naonczas wespół z elektorem sprawował rządy kraju, a po śmierci tegoż panował sam.
„Muszę ci opowiedzieć sen,” rzekł elektor, „który tej nocy miałem. Bardzo chciałbym wiedzieć, co on znaczyć może. Tak mocno utkwił mi w pamięci, iżbym go nie zapomniał, choćbym żył lat tysiąc. Po trzykroć śniło mi się jedno i to samo, lubo okoliczności zawsze były inne.”
„Czy sen ten jest dobry, czy zły?”
„Tego ja nie wiem; Bóg to wie.”
„Nie chciej niepokoić się nad tem, opowiedz mi lepiej swój sen.”
„Wczoraj wieczór położyłem się spać będąc bardzo zmęczony, i zmówiwszy modlitwę zasnąłem od razu. Spałem może przez dwie i pół godziny, potem ocuciłem się i zajmowałem się aż do północy różnemi myślami, które mi przychodziły do głowy. Rozmyślałem, jakoby najuroczyściej obchodzić dzień
Wszystkich Świętych, zmówiłem modlitwę za biedne dusze w oczyśćcu, i prosiłem Boga, aby mnie, radców moich i lud mój raczył wieść drogą prawdy. Potem znowu zasnąłem. W tem śniło mi się, że Wszechmocny przysłał do mnie jakiegoś mnicha, niby to prawdziwego syna apostoła Pawła. Według rozkazu Bożego towarzyszyli mu wszyscy Święci, mając uwierzytelnić go przede mną i powiedzieć mi, że nie przychodzi on w żadnych kłamliwych zamiarach, ale owszem że wszystko, co uczyni, czynić będzie według woli Bożej. Tudzież prosili mię, abym łaskawie pozwolił mnichowi napisać niecoś na drzwiach kościoła zamkowego, com też przez kanclerza mego uczynił. Zaczął tedy mnich pisać, i pisał tak dużemi literami, żem takowe
*) Opis snu tego znajduje się u Löschera, 1. 46. — Tenzel, Anfang u. Fortgang der Reformation. — Junkers Ehrenged. p. 148. — Lehmann, Beschr. des Meissn. Erzgeb., tudzież w rękopisie wajmarskiego archiwum według opowiadania Spalatina. Według tegoż rękopisu, wydanego z powodu jubileuszu reform, r. 1817, skreślone jest nasze opowiadanie.
— 210 —
aż ze Schweinitz był w stanie rozpoznać! Pióro jego było tak wielkie, iż końcem swym sięgało aż do Rzymu, i przebiwszy uszy jakiegoś spoczywającego tam lwa (Leona X.) zachwiało potrójną koroną na głowie papieża. Wszyscy kardynałowie i książęta nadbiegli podtrzymywać takową, ja sam, i ty bracie, chcieliśmy im pomagać. Prawie wyciągnąłem rękę, lecz w tem ocuciłem się, trzymając rękę wyciągnięta, cały będąc strwożony i na onego mnicha oburzony, że pióra swego lepiej trzymać nie umiał. Lecz przyszedłem do siebie od razu, przecież był to tylko sen.”
„Ocknąłem się jednak ledwie do połowy, dla tego też znowu od razu zasnąłem. Sen ponowił się i ciągnął dalej. Lew urażony piórem wydał okropny ryk, tak iż całe miasto Rzym i wszystkie stany Rzeszy niemieckiej się zbiegły dowiadując się o przyczynę krzyku. Papież wzywał nas do boju przeciwko temu mnichowi, a szczególnie mię, w którego kraju znajdował się mnich. Ocuciłem się znowu, zmówiłem „Ojcze nasz”, poprosiłem Boga o zachowanie Jego papiezkiej Świętobliwości i znowu zasnąłem.”
„W tem zdawało mi się, jakoby wszystkie książęta Rzeszy niemieckiej (między nimi także i my obydwaj) pobiegły do Rzymu, i usiłowały się z kolei złamać pióro mnicha. Lecz im bardziej się usiłowano, tem ono mocniejsze być się zdawało; trzeszczało przytem, jakby było z żelaza. Nareszcie zmęczywszy się zaniechaliśmy tego. Tedy zapytałem się mnicha (bom we śnie był to w Rzymie, to znów w Wittenberdze), zkąd wziął takie pióro i zkąd taka jemu siła pochodzi. „Pióro to,” odpowiedział mnich, „pochodzi z pewnej stuletniej czeskiej gęsi, jeden z moich dawnych nauczycieli szkolnych podarował mi je. Siła jego zaś ztąd pochodzi, iż nie można wyrwać z niego duszy; i ja sam dziwuję się nad tem.” Naraz rozległ się głośny krzyk; z długiego pióra mnicha wyrosło wielkie mnóstwo innych piór. W tem obudziłem się po raz trzeci i był dzień.”
„Cóż wy na to powiecie, panie kanclerzu?” zapytał książę Jan. „Obyśmy między nami mieli jakiego męża oświeconego od Boga, a to na sposób Józefa lub Daniela!” — „Znane jest Waszej książęcej Mości przysłowie, które powiada, że sny młodych dziewcząt, uczonych i wysokich panów mają zwykle jakieś ukryte znaczenie. Sen ten jednak wtenczas dopiero zrozumiemy, gdy się jakimkolwiek sposobem wypełni. Oczekujmy wiec wypełnienia jego od Boga, jego woli wszystko pozostawiając.”
Takie i moje jest zdanie, panie kanclerzu,” odrzekł książę Jan; „nie potrzebujemy łamać sobie głowę nad rozwiązaniem
— 211 —
znaczenia snu tego. Bóg wszystko obróci na chwałę imienia swego.”
„Niech zdarzy to Bóg!” dodał książę elektor, kończąc tę rozmowę. „Snu tego nie zapomnę nigdy. Myślałem już nawet o tłumaczeniu jego, ale takowe zachowam u siebie. Czas najlepiej pokaże, azalim domyślał się prawdy.”
Tym sposobem, jak wajmarski rękopis donosi, upłynął na zamku w Schweinitz poranek dnia 31. października. Obaczmy teraz, jaki był w Wittenberdze wieczór dnia onego, powracając tem samem na pole historycznej prawdy.
–––––––––– • ––––––––––