VII.
Powrót. — Godność Doktora. — Karlstadt. — Przysięga Lutra. Zasada
reformy. — Odwaga Lutra. — Pierwsze reformatorskie poglądy. — Scholastycy. —
Spalatin. — Sprawa Reuchlina.
Luter opuścił Rzym unosząc serce pełne smutku i oburzenia, i powrócił do Wittenbergi. Wstrętem przejęty odwrócił on oko swe od miasta papieża, zwracając takowe do Pisma świętego i do życia nowego, które słowo Boże obiecywało. Im więcej w oczach jego utracił kościół, tem więcej zyskało słowo Boże. Odwrócił się tedy od kościoła i zwrócił się do słowa Bożego. W tem zależała reformacya. Ona postawiła Boga na miejscu kapłana.
Staupitz i książę elektor baczne mieli oko na mnicha, powołanego na wszechnicę wittenberską. Zdaje się, jakoby jeneralny wikary przeczuwał już bliskość dzieła, które dla świata tak było potrzebne; ale sam czując się do przeprowadzenia jego za słabym, popychał do niego Lutra. Jest coś dziwnego, tajemniczego prawie w losach tego Staupitza; wszędzie prawie
*)
Uwaga Lutra o rozporządzeniu cesarskiem z r. 1531. Luth. opp. XX.
— 150 —
widzimy go, jako Lutra ledwie że nie gwałtem prze w koleje, na które powołał go Bóg, a sam nareszcie kończy żałośnie swe życie w klasztorze. Kazanie młodego profesora wywarło wrażenie na umysł księcia elektora; podziwiał on siłę jego ducha, wyborną wymowę i trafność jego nauk *). Książę elektor i przyjaciel jego, mając zamiar wynieść tego młodego tak wielkich nadziei człowieka do wyższych godności, postanowili zjednać mu wysoki stopień Doktora teologii. Staupitz udał się do klasztoru, wziął z sobą Lutra do ogrodu i usiadłszy tam z nim sam na sam pod pewnem drzewem, które Luter później uczniom swym pokazywał, odezwał się do niego w te słowa: „Teraz, przyjacielu, musicie zostać Doktorem Pisma świętego.” Luter nie chciał o tem ani słyszeć; godność ta wydawała mu się za wysoką. „Szukajcie sobie kogo godniejszego,” odpowiedział on, Ja się na to zgodzić nie mogę.” Jeneralny wikary uparł się przy swem. „Pan Bóg ma wiele do czynienia w kościele swym,” rzekł do niego, „on potrzebuje młodych i dzielnych Doktorów.” „Może był to żart tylko,” powiada Melanchton, „lecz następstwa potwierdziły słowa jego; wielkie przeobrażenia świata rozliczne poprzedzają często przeczucia” **). Nie trzeba przypuszczać, jakoby Melanchton miał tu prawie na myśli cudowną jakąś przepowiednię w właściwem słowa tego znaczeniu; lecz nawet i miniony wiek, jak najbardziej pozbawiony wiary, zasadę tę potwierdził. Liczne znamiona, których jeszcze nie można nazwać cudami, zwiastowały pod koniec jego rewolucyą.
„Jam człowiek słaby, zdrowie moje jest wątłe,” odparł Luter, „ja już długo żyć nie będę; obierzcie sobie silniejszego człowieka.” „Pan ma tak samo do czynienia w niebie,” odpowiedział Staupitz, „jako na ziemi; czy tedy będziecie żyć, czy umrzecie, Bóg potrzebuje was według rady swojej” ***).
„Jedynie Duch święty może człowieka na Doktora teologii powołać” †), odrzekł mnich, coraz większą zdjęty będąc trwogą.
„Zróbcież przecie, czego po was żąda klasztor, co ja, jeneralny wikary, wam nakazuję; albo czy nie ślubowaliście nam posłuszeństwa? — „Ależ moje ubóstwo! Ja nie mogę ponieść kosztów takiej promocyi.” — „O to się nie troszczcie, książę elektor będzie tak łaskaw wszystkie koszta wziąść na siebie.”
*) Vim ingenii, nervös orationis äc rerum
bonitatem expositarum in concionibus admiratus fuerat. Melanch V. Luth.
**) Multa praecedunt mutationes praesagia.
Melanchth. Y. Luth.
***) Mathesius, 6.
†) Neminem nisi Spiritum sanctum creare posse
doctorem theologiae. Weissmanni, hist. Eccl. I. p. 1404.
— 151 —
Tak ze wszystkich stron będąc zniewolony musiał się Luter na końcu zgodzić na wniosek Staupitza.
Pod koniec lata roku 1512 udał się Luter do Lipska, mając tam ze skarbu księcia elektora odebrać pieniądze potrzebne do promocyi. Lecz, jak to na dworach się dzieje, pieniądze nie nadchodziły; mnich niecierpliwił się i chciał powracać do domu, jedynie posłuszeństwo zakonne zniewalało go do pozostania. Nareszcie dnia 4. października otrzymał on z ręki Pfeffingera i Jana Dolzig 50 złotych, których odbiór poświadczył Luter własnoręcznym podpisem, podpisując się tytułem prostego mnicha tak: „Ja, Marcin, braciszek zakonu Eremitów.” Potem pospieszył napowrót do Wittenbergi.
Jędrzej Bodenstein, rodem z miasteczka Karlstadt, był wtenczas dziekanem teologicznego wydziału; później znany jest nam z imienia Doktora Karlstadt. Zwano go także według dowcipnej uwagi Melanchtona ABC, według początkowych zgłosek jego trzech imion. Bodenstein odbył w ojczyźnie swej pierwsze początki swych nauk. Był to człowiek poważny, ponury, nieco do zazdrości skłonny i niespokojnego charakteru. Przy tem odznaczał się wielka żądza wiedzy i niepospolitemi zdolnościami. Dla pomnożenia skarbu swych nauk zwiedził on kilka uniwersytetów, w Rzymie poświęcał się naukom teologii; a powróciwszy ztąd do Niemiec osiadł w Wittenberdze i dostąpił tam stopnia Doktora teologii. Wtenczas, jako sam później opowiadał, nie znał on jeszcze Pisma świętego *). Okoliczność ta maluje dobitnie stan ówczesnej teologii. Oprócz urzędu profesora piastował Carlstadt równocześnie godność
kanonika kapitulnego i archidiakona. Jest to ten sam człowiek, który później miał wszcząć zamęt w sprawie reformy. Na onczas uważał jeszcze Carlstadt Lutra za osobę podrzędną; za niedługo atoli obudziła się w sercu jego zazdrość do Augustyanina. Sam bowiem razu pewnego powiedział, iż bynajmniej nie chce być mniejszym od Lutra. Maż ten udzielił przyszłemu współzawodnikowi swemu najwyższy stopień akademiczny, nie mając jeszcze przeczucia przyszłej jego wielkości.
Dnia 18go października został Luter Liceneiatem teologii, i jako takowy następującą złożył przysięgę: „Przysięgam, że wiarę ewangeliczną mężnie bronić będę” **). Następnego dnia wręczył mu Bodenstein w obecności wielkiego zgromadzenia uroczyście oznaki Doktora teologii. Luter został Doktorem
*)
Weissmann, histor. Eccl. p. 1416.
**) Juro me veritatem evangelicam viriliter
defensurum.
— 152 —
biblii, nie zaś sentencyj teologicznych, a zatem przedmiotem nauki jego była biblia, nie ludzkie podania*). Przysięgę, jak o tem sam donosi, złożył on na drogie mu Pismo święte**). Ślubował uroczyście, że nauki Pisma świętego wiernie będzie kazał, czysto i szczerze takowych uczył, przez całe życie badał i z pomocą Bożą bronił ich słowem i piórem od wszystkich fałszywych nauczycieli.
Ta uroczysta przysięga powołała Lutra do zawodu reformatora. Włożywszy na sumienie jego święty obowiązek, który mu prawdy chrześciańskiej swobodnie dochodzić i takową mężnie głosić nakazywał, podniosła ona równocześnie Lutra ponad ważki zakres, w którym ślubem zakonnym mógłby czuć się związanym. Wszechnica i książę panujący powołali go w imieniu Jego cesarskiej Mości i stolicy rzymskiej; święta przysięga obowiązywała go przed Bogiem. Tym sposobem stał się mąż ten niezachwianym szermierzem słowa żywota. W on pamiętny dzień został Luter pasowany na rycerza biblii.
Przysięgę, złożona na Ewangelią świętą, można słusznie uważać za jedną z przyczyn odnowienia kościoła. Wyłącznie jedyna i nieomylna pewność słowa Bożego była pierwszym i węgielnym kamieniem reformy. Wszystkie zmiany, które potem w nauce, obyczajach, w urządzeniu kościoła i w publicznych
nabożeństwach przeprowadzono, wynikały z tej pierwszej zasady. Trudno nam wyobrazić sobie dziś ono powszechne zdumienie, jakie prosta ta, lecz przez wieki zapoznana, zasadnicza prawda wywołała. Może kilku tylko oświeceńszych mężów było w stanie zdać sobie sprawę o ogromnych następstwach powyższych zasad. W krotce potem podnieśli wszyscy reformatorowie odważnymi głosy one wielką zasadę, mającą złamać potęgę Rzymu, a mianowicie zasadę, że „chrześcianie nie przyjmą żadnej nauki, która nie jest oparta na wyraźnych słowach Jezusa Chrystusa, apostołów i proroków,” tudzież że „żaden człowiek, ani żadne zgromadzenie nauczycieli, nie ma prawa nowych ustanawiać nauk.”
Odtąd czuł się Luter jakby na nowem jakiómś stanowisku postawiony. Urząd swój uważał on za nadzwyczajne powołanie przez Boga, jakiem w starym testamencie powoływał Pan proroków, w nowym zaś apostołów. Zobowiązanie, które uroczystą przyjął na się przysięgą, wywarło na nim tak głębokie wrażenie, że proste już wspomnienie tej przysięgi w czasach
*) Doctor biblicus et non sententiariua. Melanchthon.
**) Luth. Opp. XVI. p. 2061.
— 153 —
późniejszych wystarczyło, aby wśród największych niebezpieczeństw i najzaciętszej walki serce jego napełnić otuchą. Gdy patrzeć musiał, jako słowo przezeń głoszone cała Europę wzruszyło i wstrząsało takową, gdy oskarżenia Rzymu, gdy nagany pobożnych mężów, tudzież powątpiwania i obawy własnego jego tak bardzo wrażliwego serca mogły go chwiejnym uczynić i trwożliwym, ba nawet do rozpaczy go doprowadzić, to w takich chwilach wspomniał sobie Luter na swą przysięgę i stał na miejscu swem niezachwiany, spokojny, wesoły. W pewnem przykrem znajdując się położeniu napisał on te słowa: „W imieniu Pańskiem postąpiłem naprzód; jego poruczyłem się ręce. Jego wola niech się dzieje. Któż Pana prosił o to, aby mię uczyniono doktorem ? Jeźli on to uczynił, to nieehajże mię broni; jeźli tego żałuje, może mię ztrącić. To pokuszenie nie trwoży inię. Ja niczego nie szukam, jedno abym łaskę Pana zachował
we wszystkiem, co On mi czynić każe.” — Innego razu znowu napisał*): „Kto się bez Bożego powołania czegoś podejmuje,ten własnej szuka swej chwały. Ja, Doktor Marcin Luter, byłem zmuszony zostać Doktorem. Papieztwo chciało mi przeszkodzić w pełnieniu obowiązku mego, lecz mu się to nie udało, i gorzej mu się jeszcze powiedzie; albowiem oni nie mają broni przeciwko mnie. W imieniu Bożem po lwach, smokach i wężach stąpać będę. Za dni życia mego rozpocznie się dzieło, a po śmierci mej zakończy się.”
Od chwili złożenia przysięgi szukał Luter prawdy nie już dla siebie jedynie, lecz dla kościoła. Zrażony wspomnieniami Rzymu w ogólnych ledwie zarysach widział on przed sobą kolej, której wszystkiemi duszy swej siłami trzymać się postanowił. Życie wewnętrzne, przybrawszy w duszy jego pewne wybitne formy, uwydatniało się oraz i na zewnątrz. Była to trzecia epoka wewnętrznego jego rozwoju. Wstąpienie do klasztoru skierowało myśli jego do Boga, poznanie odpuszczenia grzechów i sprawiedliwości, pochodzącej nam z wiary, wybawiło duszę jego; przysięga Doktora stała mu się chrztem
dokonanym ogniem, sposobiącym go na reformatora kościoła.
Za niedługo poczęły budzić się w duszy Lutra ogólne, zasadnicze myśli reformacyjne. W pewnej mowie, którą, zdaje się, spisał on dla użytku proboszcza miasteczka Lietzkau, mającego wygłosić takową na soborze laterańskim, znajduje się ustęp, w którym Luter zepsucie panujące w świecie tłumaczy tem, iż księża zamiast szczere głosić słowo Boże, tylko bajki
*) Luth. Opp. XXI. p. 2061.
— 154 —
i podania ludzkie opowiadają. Słowo żywota jedynie ma siłę, sprawiająca wewnętrzne odrodzenie człowieka. A zatem wtenczas już odnosił Luter zbawienie świata nie do odnowienia czystości obyczajów, lecz do przywrócenia czystej nauki słowa Bożego. Wtenczas nie miał jeszcze Luter wyrobionego i jasnego pojęcia o rzeczy, zdania jego często jeszcze były z sobą sprze czne; lecz przez wszystkie pisma jego wionie już silny i potężny duch. Odważną ręką zerwał on więzy, którymi poprzednie szkoły teologiczne skrępowały sposób ludzkiego myślenia, odważną noga przekroczył on na wszystkie strony dobitnie nakreślone kresy, które poprzedzające wytknęły wieki, i utorował sobie drogi nowe. Przezeń działał Bóg!
Najprzód wystąpił Luter przeciwko okrzyczanym scholastykom, którymi sam tak gorliwie się zajmował. Na wszystkich wszechnicach dzierżyli oni podówczas samowładne berło.Luter obwiniał ich o zasady pelagianizmu, tudzież wypowiedział wojnę Aristotelesowi, ojcu tejże szkoły i Tomaszowi z Akwinu, usiłując się ztrącić ich z tronu filozofii i teologii*).
„Aristoteles, Porphyrius, doktorowie sentencyj (scholastycy)” pisał Luter do Langiego, „oto one niepożyteczne studya czasu naszego. Niczego nie życzę sobie goręcej nad to, żeby mi się udało przed wszystkimi ludźmi zerwać z twarzy gre ckiego aktora maskę, pod która ukryty tak długo wyszydzał on
kościół, tudzież na widok ogółu wystawić jego sromotę**). Wewszystkich publicznych dysputach słyszano go zawsze powta rzającego te słowa, że „pisma apostołów i proroków pewniej sze i wznioślejsze są od wszystkich wynalazków ludzkich i wszystkiej teologii, nauczanej na szkołach.” Słowa takie były zupełnie nowe. lecz powoli przyzwyczajono się do nich. W rok później mógł już Luter pisać jako zwycięzca: „Bóg działa! Nasza teologia i święty Augustyn dziwne robią postępy i panują na naszej wszechnicy. Aristoteles traci na znaczeniu i chyli się ku bliskiemu i trwałemu upadkowi. Odczyty o sentencyach ogromnie wydawaja się nudne. Kto biblijnej nie uczy teologii, nie ma słuchaczów” ***). Błogo wszechnicy, o której takie można wydać świadectwo.
Podjawszy walkę przeciwko znaczeniu Aristotelesa wystąpił Luter równocześnie w obronie Erazma i Eeuchlina przeciwko wrogom ich. Wstąpił zatem w stosunki z tymi wielkimi
*) Aristotelem in philosophicis, sanctum Thomam in theologicis evertendos suseeperat. Pallavicini I. 16.
**)
Perdita studia nostri saeculi. Epp.
I. 15.
***) Epp. I. 57.
— 155 —
mężami, tudzież i innymi uczonemi, jakimi byli Pirkheimer, Mutiau i Hütten, którzy wszyscy mniej więcej do tego samego należeli obozu. Oraz zawarł on z innym jeszcze mężem serdeczną przyjaźń, która dlań na całe życie niepomiernie zachowała znaczenie.
Na dworze księcia elektora żył podówczas mąż, słynący z wielkiej mądrości i szczerości serca. Był nim Jerzy Spalatin. Urodziwszy się w miasteczku Spalt, należacem do biskupstwa Eichstädt, został Spalatin proboszczem w wiosce Hohenkirch, w pobliżu Turyńskiego lasu położonej. Fryderyk Mądry powołał go do urzędu sekretarza, nadwornego kapłana i nauczyciela swego synowca Jana Fryderyka, późniejszego elektora saskiego. Na dworze elektora zachował Spalatin dawniejszą swą skromność; wobec wielkich wypadków okazywał się trochę bojaźliwym, oględnym i przezornym jako sani pan jego*), różniąc
się w tym względzie od ognistej duszy Lutra, z którym codziennie zamieniał listy. Jako Staupitz tak i on dla spokojnych stworzony był czasów. Mężów takich koniecznie potrzeba; są oni niby łagodneni okryciem kryształów i drogich kamieni, mającem takowe uchować przed uszkodzeniem. Na pozór wydawaja się one niepotrzebnemi, a jednak bez nich klejnoty te by się stłukły i zniszczyły. Spalatin nie był człowiekiem wielkich czynów, lecz obowiązki powierzone sobie wypełniał wiernie i w cichości**). Najprzód wspierał on pana swego w zbieraniu relikwij, w których Fryderyk przez długi czas wielkie miewał zamiłowanie; lecz powoli zaczął razem z księciem sprzyjać prawdzie Ewangelii. Wiara obudzająca się naonczas wśród kościoła, nie ogarnęła serca jego tak gwałtownym sposobem, jako porwała serce Lutra; Spalatin powoli kroczył naprzód. Był on przyjacielem Lutra na dworze księcia, pośrednicząc niby między kościołem i państwem; był niby ręką, za której pośrednictwem reformator i książęta z sobą obcowali. Elektor zaszczycał Spalatina swą poufałością; w drodze brał go zawsze do swego powozu***). Dworskie powietrze nie bardzo atoli nęciło poczciwego kapłana; często w smutnych bywał on pogrążony myślach; nieraz byłby chętnie wszystkie te zaszczyty poświęcił i oddał je za ciche pożycie plebana w wiosce Turyńskiego lasu. Lecz Luter pocieszał i zachęcał go do stałego wytrwania na stanowisku jego. Spalatin posiadał powszechny
*)
Secundum genium heri sui. Weissmann,
hist. ecl.
**) Fideliter et sine strepitu fungens.
Weissmann, ibid.
***) Qui cum principe in rheda sive lectico
solitus est ferri. Corp. Ref. I. 33.
— 156 —
szacunek; książęta i uczeni ówcześni oświadczali mu najszczersze uznania. Erazmus tak się o nim odezwał: „Spalatina nazywam nietylko jednym z moich najlepszych przyjaciół, lecz także jednym z najszanowniejszych mych dobrodziejów, nie na papierze, lecz w własnem mem sercu” *).
Spór Reuchlina z zakonnikami powszechnie naonczas zajmował umysły Niemców. Najpobożniejsi mężowie nie wiedzieli na razie, po czyjej stanąć tu stronie; zakonnicy bowiem chcieli zniszczyć książki, w których miały znajdować się bluźnierstwa przeciwko Chrystusowi. Książę elektor rozkazał nadwornemu duchownemu swemu, aby zasiągł w sprawie tej rady wsławionego już doktora wittenberskiego. Przy tej sposobności napisał Luter pierwszy swój list do Spalatina, odzywając się w tej
sprawie w następujący sposób: „Cóż mam powiedzieć? Zakonnicy chcą wygnać Belzebuba, ale nie palcem Bożym. Nie mogę się nad tem dosyć naboleć i nanarzekać. My chrześcianie jesteśmy na zewnątrz mądrzy, a na wewnątrz głupi**). Na wszystkich miejscach Jeruzalemu stoją bluźnierstwa o stokroć od tych żydowskich gorsze; wszystko pełne tam duchownych bałwan. My powinniśmy szlachetnym przejąwszy się zapałem porwać i wytępić wewnętrznego wroga naszego. Lecz co spiesznej potrzebuje pomocy, o to nie dbamy; szatan pobudza nas do zaniedbywania prawie tego, co nas najmocniej obchodzi, a tem samem przeszkadza nam oraz poprawić innych.”
*) Melch. Adam, vita Spalatini p. 100.
**) Foris sapere, et domi desipere. Luth. Epp.
I. 8.
–––––––––– • ––––––––––