— 140 —
VI.
Podróż do Rzymu. — Klasztor nad brzegiem rzeki Po. — Choroba Lutra w
Bolonii. — Wspomnienia Rzymu. — Zabobonne nabożeństwo. — Rozpusta kleru. — Pogadanki.
— Niewłaściwości w Rzymie, — Studya biblijne. — Wpływ ich na wiarę. — Wpływ na
reformacya. — Brama do raju. Wyznanie.
Luter uczył w sali akademickiej i w kościele; w tem działalność jego została przerwaną. Wysłano go r. 1510 (inni są za rokiem 1511 lub 1512), do Rzymu. Siedm klasztorów jego zakonu było w pewnej sprawie innego zdania, nie zgadzając się z jeneralnym wikarym*). Też to klasztory obrały Lutra ze względu na bystrość jego ducha, na jego wymowę i zręczność w prowadzeniu spraw swym zastępcą i wysłały go do papieża**). Potrzeba było i tego zrządzenia Bożego; Luter musiał poznać Rzym. Dzieląc przesądy i złudzenia klasztorów wyobrażał sobie Luter Rzym istną siedzibą świętobliwości chrześciańskiej.
Puścił się więc w drogę i przebył szczyty Alp. Ledwie że wstąpił na równiny bogatej i bujnej ziemi włoskiej, to już na każdym kroku napotykał rzeczy budzące podziw i zgorszenie. Biedny niemiecki mnich znalazł przyjęcie w pewnym bogatym klasztorze bynedyktyńskim, nad brzegiem rzeki Po w Lombardyi. Klasztor ten miał 36.000 dukatów rocznego dochodu; 12.000 obracał na wydatki stołowe, 12.000 na utrzymanie budynków w dobrym stanie, i równą sumę na pokrycie innych potrzeb mnichów***). Wspaniałe komnaty, piękne ubiory, wykwintne potrawy napełniły Lutra zdumieniem; skromny braciszek wittenberskiego klasztoru aż osłupiał na widok tego marmuru, tego jedwabiu i rozlicznego przepychu. Luter dziwił się i milczał. Lecz gdy w piątek przynoszono na stół rozliczne mięsne potrawy, nie mógł już dłużej milczeć i odezwał się, że „kościół i papież na to nie pozwalają.” Benedyktyni urazili się ta uwaga nieokrzesanego Niemca. Lecz gdy Luter uparł się na swem i zagroził może, iż o zdrożnościach ich doniesie przełożonym, to mniemali niektórzy, iż najstosowniejszą byłoby uprzątnąć tak uciążliwego gościa.
*) Quod sęp tem conventus a vicario in
quibusdam dissentirent. Cochlaeus 2.
**) Quod esset tacer ingenio et ad
contradicendum audax et vehemens. Ibid.
***) Luth. Opp. XXII. p. 1468.
— 141 —
Klucznik ostrzegł Lutra o grożącem mu niebezpieczeństwie. Opuścił on tedy tę siedzibę rozwiązłego życia i udał się do Bolonii, gdzie się niebezpiecznie rozchorował*). Uważano to za skutki podanej mu trucizny, lecz lepszą będzie tłumaczyć to tem, że skromny wittenberski zakonnik, żyjący śledziami i chlebem, rozchorował się z powodu odmiennego sposobu życia. Choroba ta nie była mu na śmierć, lecz przyczyniła się ku chwale Boga. Smętek i przygnębienie usposobieniu jego właściwe opanowało jego serce; azaź istotnie w oddaleniu od ziemi rodzinnej pod skwarnem słońcem włoskiego nieba trzeba będzie tu umierać? Niepokoje, których w klasztorze erfurckim doznawał, gwałtem znowu opanowały jego duszę, poczucie grzechu napełniło go trwogą ; lecz gdy obawy jego najwyższego dochodziły stopnia, to wspomniał sobie na słowo apostoła Pawła, które już w Wittenberdze tak wielkie na nim wywarło wrażenie, ono słowo, że „sprawiedliwy z wiary żyć będzie.” (Rzym. 1., 17.) Wyrok ten stał się i teraz dla duszy jego niby promieniem niebieskiej światłości. Pokrzepiony i pocieszony na nowo powrócił do zdrowia i wybrał się dalej w drogę do Rzymu, spodziewając się, że znajdzie tam życie zupełnie inne od tego, jakie w lombarckim napotkał klasztorze. Z góry już cieszył się, iż widok świętobliwości rzymskiej zatrze w duszy jego przykre wrażenie, jakiego doznał podczas pobytu w onym klasztorze nad brzegiem rzeki Po.
Nareszcie, z początkiem lata, znalazł się Luter po długiej i mozolnej podróży wśród skwaru włoskiego nieba w pobliżu miasta na siedmiu położonego wzgórzach. Serce jego biło ze wzruszenia, oko usiłowało się dostrzedz onę królowę świata i kościoła. Dostrzegłszy z daleka to miasto wieczne, miasto
apostołów Piotra i Pawła, one stolicę chrześciaństwa, upadł Luter na kolana i zawołał: „Rzymie święty, bądźże mi pozdrowiony!”
Luter znajduje się w Rzymie; profesor wittenberski stępa po wymownych gruzach Rzymu konsulów, cesarzów, Rzymu wyznawców Chrystusa i męczenników. Tu żył niegdyś Plautus i Wergiliusz, których pisma Luter zabrał z sobą do klasztoru; tu żyli wszyscy ci wielcy mężowie, na których wspomnienie serce jego nieraz głośniej uderzało. Tu natrafia na posągi ich, na gruzy pomników, które o chwale ich świadczą. Lecz wszystka wspaniałość, wszystka potęga ich minęła już
*) Math. Dresser, hist. Lutheri.
— 142 —
dawno; prochy ich pod jego nogami. Wszędzie przypomina mu się smutne przeczucie, jakie owładnęło duszę Scipiona na widok zburzonej Kartaginy i pałaców jej w perzynę obróconych, tudzież murów jej leżących w gruzach, tak iż w te odezwał się słowa: „Tak niegdyś powiedzie się i Rzymowi!” „Zaprawdę,” powiada Luter, „Rzym Scipionów i Caesarów stał się trupem. Tyle tu prochu i gruzów, iż fundamenta domów na tem samem stoją miejscu, gdzie niegdyś były dachy pałaców.” „Tyle” (powiada Luter, spoglądając żałośnie na te rumowiska), „pozostało z bogactwa i skarbów świata!” *) Wszystkie te gruzy, których dotykała się noga Lutra, odzywały się do niego w sa mym Rzymie, iż cokolwiek w oczach ludzi jest najsilniejszego, to wszystko za lada powiewem ducha Bożego niknie i przepada.
Lecz z popiołami świata zmieszane są i popioły Świętych; o tem nie zapomniał Luter. Cmętarze męczenników znajdują się niedaleko od cmętarzów bohaterów i tryumfatorów rzymskich. Chrześciański Rzym z wszystkimi jego uciskami więcej oddziaływa na serce saskiego mnicha, niż pogański Rzym z wszystką swa chwałą. Tu ztąd wyszedł list, w którym pisze apostoł Paweł, że: grzesznik przez wiarę usprawiedliwiony bywa. Tam stał on niegdyś sam niedaleko rynku Appiusza i trzech Tabern. Tam stał dom Narcyssa, tam pałac Caesara, gdzie Bóg wybawił apostoła z paszczęki lwa. Jakże wspomnienia te pokrzepiały duszę wittenberskiego zakonnika!
Rzym przedstawiał naonczas widok zupełnie odmienny. Na tronie papiezkim siedział Juliusz II., mąż wojowniczego ducha, nie zaś Leon X., jako przez nieuwagę powiadają nie którzy znakomici dziejopisowie niemieccy. Luter często opowiadał pewne powieść o tymże papieżu. Gdy uszu jego doszła
wiadomość o klęsce, którą wojsko jego koło Ravenny przez Francuzów poniosło, był Juliusz prawie zajęty modlitwą. Usłyszawszy to, porzucił on książkę do modlitwy i zaklął okropnie. „A więc Francuzem zostałeś” , rzekł papież, „tak to kościoła twego bronisz?” Potem zwróciwszy się twarzą w stronę kraju, którego pomocy wezwać zamierzał, te powiedział słowa: „Święty szwajcarze, módl się za nami!” **) W mieście tem pożałowania godnem panowała sama ciemnota, lekkomyślność, rozpusta, umysł światowy, pogarda wszystkiego, co święte, i przebrzydły handel rzeczami boskiemi. Mimo to pozostawał pobożny mnich jeszcze przez niejaki czas w złudzeniu.
*) Luth. Opp. XXII. p. 2374 i 2377.
**) Sancte Swicere ora pro nobis. Luth. ep.
XXII. p. 1814 i 1382.
— 143 —
W czasie około Świętego Jana przybywszy do Rzymu słyszał tam z ust Rzymian nieraz w tych stronach bardzo rozpowszechnione przysłowie, że „błogosławiona ta matka, której syn czyta mszą w wieczór przed dniem św. Jana!” — Jakże pragnął Luter przyczynić się do zbawienia swej matki! Lecz nie udało się pobożnemu synowi Małgorzaty wykonać życzenie swe; natłok bowiem był za nadto ogromny*).
Luter zwiedził gorliwie i nabożnie wszystkie kościoły i kaplice, wierzył wszystkim wymysłom, które tam opowiadano, odbył wszystkie nabożne ćwiczenia, jakich wymagano, i cieszył się, tyle dobrych dopełniwszy czynów, do których ziomkowie jego nie mieli sposobności. „Jakże żałuję,” powiedział ten pobożny niemiecki mnich, „że rodzice moi jeszcze żyją. Tak pragnąłbym mojemi mszami, modłami i innymi wspaniałymi uczynkami wybawić dusze ich z oczyśćca!” Znalazł już światłość, lecz ciemność nie ustąpiła jeszcze zupełnie. Serce jego się nawróciło, lecz duch nie przejął się jeszcze zupełnie światłością; miał on wiarę i miłość, lecz brakło mu wiedzy. Nie łatwa była to rzecz, wydobyć się z głębi ciemności, która od tylu wieków zalegała ziemię**).
Luter czytał w Rzymie kilka kroć mszą. Czynił on to zawsze z pewnem namaszczeniem i powaga, takiej uroczystości godną. Lecz jakiż to ból musiał przejmować serce tego saskiego mnicha, gdy patrzeć musiał, z jak nędzna i pospolitą bezmyślnością, jakby istni rzemieślnicy, rzymscy kapłanie ten sakrament ołtarza sprawują! Ci znowu drwili sobie z jego naiwności. Pewnego dnia ukończono u sąsiedniego ołtarza już siedm mszy z kolei, zanim on w pobliżu odbył jedną. „Prędko, prędko, spraw się, aby już raz nasza miła pani syna swego dostała!” odezwał się do niego pewien kapłan z bluźnierczym przycinkiem do nauki o przemianie chleba w ciało i wina w krew Chrystusową. Innego razu zaczął się Luter dopiero czytać ewangelią, gdy inny kapłan w pobliżu już ukończył mszą. „Passa, Passa,” odezwał się tenże, „spiesz się, spiesz się, abyś już raz ukończył” ***).
Zdumienie jego wzrosło, skoro się przekonał, że dostojnicy kościoła nie są lepsi od zwyczajnych duchownych; albowiem po tych czegoś lepszego się spodziewał.
Należało to do dobrego tonu na dworze papiezkim, gdykto naukę chrześciańską zaczepiał. Chcąc uchodzić za człowieka
*) Luth. Opp. Do psalmu 117.
**) Luth. Opp. Do psal. 117.
***) Luth. Opp. XIX.
— 144 —
bywałego w świecie, trzeba było koniecznie mieć o naukach kościoła jakieś fałszywe lub kacerskie zdanie *). Erazmowi chciano wyrokami wyjętymi z pism Pliniusza, udowodnić, że niema żadnej różnicy między duszą człowieka i bydlęcia **); młodzi dworacy papiezcy zaś utrzymywali, że wiara chrześciańska spolega na wymysłach niektórych Świętych***).
Jako wysłannika niemieckich Augustyan zapraszano Lutra na niejedno zebranie wyższego duchowieństwa. Pewnego razu siedział on w gronie kilku prałatów u stołu; ci, uważając go za podobnego sobie, nie zadawali sobie w obecności jego przymusu, lecz bawili się w sposób nie bardzo poważny, wyprawiając tysiąc nieprzyzwoitych żartów. Między innem opowiadali w obecności mnicha wśród śmiechu i przechwałek, jako sobie niekiedy u ołtarza słowa ustanowienia Wieczerzy Pańskiej, mające według nauki kościoła wywołać przemianę chleba i wina, przez żart w błazeński sposób przekręcają i powiadają: „Panis es et panis manebis, vinum es et vinum manebis.” To znaczy: chleb jesteś i chlebem zostaniesz, wino jesteś i winem zostaniesz.” „Potem podnosimy monstrancya w górę,” mówili dalej, „a lud uwielbia ją.” Luter zaledwie że uszom swym wierzył. Żywy jego i w towarzystwie przyjaciół wesoły umysł stawał się wobec rzeczy świętych nadzwyczaj poważnym. Żarty Ezymian były mu zgorszeniem. „Ja byłem,” powiada on o sobie, „pobożnym i poważnie usposobionym mnichem; takie mowy głęboko mię zasmucały. Pomyślałem sobie, że jeżli w Rzymie tak swobodnie i publicznie u stołu gadają, jakże dopiero muszą wyglądać czyny, które tym słowom odpowiadają, a zwłaszcza tem bardziej, jeżli wszyscy, papież, kardynałowie, dworacy w ten sposób mszą czytają? Jakżebym ja się tutaj na nich oszukał, ja, co tak nabożnie nieraz mszą czytać słyszałem !”†)
Luter znajdował się w Rzymie nieraz w towarzystwie mnichów i mieszczan. Niektórzy z nich chwalili papieża i dwór jego, większa atoli część głośne przeciwko niemu podnosiła skargi i szyderstwa. Ileż to bowiem rzeczy dało się opowiadać o panującym naonczas papieżu, o Aleksandrze VI. i o innych wielu! Pewnego razu opowiadali mu znajomi jego w Rzymie
*) In quel tempo non pareva fosse galantuomo e
buon cortegiano colui ehe de' dogmi delia chiesa non aveva qualche opinione
erronea ed heretica. (Carraciola vit. Ms. Pauli IV.)
**) Burigny, vie d' Erasme I. 139.
***) E medio romanae curiae sectam juvenum . .
qui asserebant, nostram udem orthodoxam potius quibusdam sanctorum astutiia
subaistere.(Paul Canensius, vita Pauli II.)
†) Lutheri Opp. XIX. O pokatayeh mszach.
— 145 —
o Caezarze Borgia, jako uciekłszy z Rzymu, w Hiszpanii został pojmany i wrzucony do więzienia. Gdy go na śmierć osądzono, błagał on w więzieniu o łaskę i o nadesłanie mu spowiednika. Przysłano mu mnicha, którego Borgia zamordował i przywdziawszy habit jego, swobodnie uszedł z więzienia. „To opowiadano mi,” powiada Luter, „w Rzymie jako rzecz prawdziwą.” Innego razu szedł on znowu główną ulicą w kierunku kościoła świętego Piotra, aż tu naraz stoi zdziwiony przed posągiem wyobrażającym kobietę-papieża, która stoi ubrana w płaszcz papiezki, w ręku trzymając berło, i piastuje dziecko. Miała to być niejaka nierządnica rodem z Moguncyi, która niegdyś przez kardynałów na stron papiezki wyniesiona na onemże miejscu porodziła dziecko. Z tego powodu nigdy żaden papież ta nie chodzi drogą. „Dziwi mię,” powiada Luter, „że posąg ten nie każą usunąć papieże” *).
Luter spodziewał się ujrzeć kościół stojący u szczytu potęgi i chwały, a oto! bramy jego znalazł wyłamane, mury spalone, świątynię spustoszoną! Widokiem tym rażony, aż cofnął się nazad. O świętobliwości marzył, a sprośną znalazł poniewierkę rzeczy świętych.
Nie mniej zadziwiły go nieporządki istniejące po za obrębem kościołów. „Policya rzymska,” powiada Luter, „jest surowa. Sędzia, czyli kapitan, przejeżdża każdej nocy ulice miasta na koniu w towarzystwie 300 sług, i zabiera każdego, kogo napotyka; jeźli pojmany nosi broń, to go natychmiast wieszają, lub rzucają do Tybru. A mimo to wszystko pełno tam zepsucia i rozbojów; gdzie atoli słowo Boże szczerze i czysto głoszone bywa, tam panuje porządek i pokój, i nie potrzeba tam używać surowości praw” **). Dalej powiada Luter: „Nikt nie uwierzy, ile się to sromoty i zbrodni dzieje w Rzymie; trzeba to widzieć i słyszeć, aby temu uwierzyć! Dla tego powstało przysłowie, które brzmi tak: Jeźli w ogóle jest piekło, to nad niem stoi Rzym; on bowiem jest otchłanią, z której wszystko złe pochodzi” ***).
Widok ten dziwne wywarł na Lutra wrażenie, które w krotce jeszcze się podniosło. W kilka lat później napisał Luter te słowa †): „Im bliżej Rzymu, tem więcej złych chrześcian. Istnieje takie przysłowie, że kto po pierwszy raz przychodzi do Rzymu, ten szuka łotra, przyszedłszy po raz drugi, znajduje
*) Luth. opp. XX, p. 1322.
**) Ibid. p. 2376.
***) Lutheri opp. XXII. p. 2377.
†) Słowo do chrześciańskiej szlachty narodu niemieckiego.
— 146 —
takowego, a po trzeci raz już go z sobą zabiera. Lecz oni takiej doszli już wprawy i biegłości, iż te trzy podróże za jednym razem wykonują.” Tę samą uwagę zrobił jeden z najznakomitszych i w smutny sposób wsławionych geniuszów ziemi włoskiej, a mianowicie Macchiavelli, który o tym samym czasie żył we Florencyi, gdy Luter, będąc w drodze do Rzymu, miasto to zwiedził. Pisze on, iż „głównym znakiem bliskiego upadku chrześciaństwa (miał on na myśli katolicyzm rzymski) jest ta okoliczność, iż ludy najbliżej stolicy chrześciaństwa żyjące, najbardziej cnót chrześciańskich są pozbawione. Gorszące przykłady i zbrodnie kuryi rzymskiej stały się powodem, iż lud włoski wyzuł się z wszelkich pobożniejszych zasad i wszelkie prawie postradał uczucia religijne. Kościół i duchowieństwo najwięcej zawiniło, że my Włosi zostaliśmy niedowiarkami i rozpustnikami” *). Później uznał nawet Luter znaczenie podróży tej dla siebie, wyraziwszy się o niej, iż woli, że widział Rzym, aniż żeby mu kto 100.000 złotych darował” **).
Również pod „względem nauki nie była podróż ta dla Lutra bez pożytku. Jako Reuchlin, tak i on korzystał we Włoszech z każdej chwili, używając takowej do głębszego zbadania nauk Pisma świętego. Pewien znakomity rabin, Eliasz Lewita, udzielał mu nauki języka hebrajskiego. W Rzymie nabył Luter po części znajomości słowa Bożego, które prawie potęgę Rzymu obalić miało.
Lecz w innym jeszcze kierunku wyszła podróż ta na korzyść Lutra. Bo jeźli z jednej strony zerwała ona z oczu jego zasłonę i odkryła przed obliczem przyszłego reformatora gorzkie bluźnierstwa i ohydną postać niedowiarstwa, które się po za zabobonami rzymskimi ukrywało, to znowu przyczyniła się takowa nie mniej do utwierdzenia serca jego w żywej chrześciańskiej wierze, którą w duszy jego zaszczepił Bóg.
Widzieliśmy Lutra, jako wszystkim i najbardziej niedorzecznym oddawał się ćwiczeniom, które kościół dla zgładzenia grzechów człowieka wymyślił. Między innemi zapragnął on dostąpić odpustu, przeznaczonego dla tych, którzy się po tak zwanych „schodach Piłata” na kolanach w górę wysuną. Luter podjął się także tej mozolnej pracy; biedny mnich saski czołgał tam pokornie z stopnia na stopień powyższych schodów, które cudem miały dostać się z Jeruzalemu do Rzymu. Lecz wśród pełnienia tej rzekomej zasługi odzywał się w głębi serca jego, jako już tam w Wittenberdze i Bologna, siłą gromu pewien
*) O pierwszej dekadzie Liwiusza.
**) Lutheri opp. XXII. p. 2374.
— 147 —
tajemniczy głos, że „sprawiedliwy z wiary swej żyć będzie!” Słowo to po dwa kroć już wydawało mu się dotąd niby głosem anioła wołającego nań; teraz atoli bez ustanku, a to coraz potężniej, odzywało się w duszy jego. Pełen będąc trwogi zatrzymał się Luter na onym stopniu, do którego prawie był doszedł; przeląkł się przed samym sobą, i wstydząc się zabobonu, którym tak bardzo się poniżył, opuścił spiesznie ono miejsce, przypominające mu jego głupotę*). Wyrok ten wywierał na duszę Lutra przez całe jego życie pewną jakąś tajemniczą siłę; był on nie jako słowem stworzenia dla reformatora i reformacyi. Przezeń przemówił do niego Pan: Niech będzie światłość, i stała się światłość.
Jeźli prawda jaka na umysł człowieka głębokie ma wywrzeć wrażenie, to niejednokrotnie do duszy jego odezwać się musi. Luter pilnie czytywał list apostoła Pawła do Rzymian, ale nauka o usprawiedliwieniu z wiary w nim zawarta, nie uwydatniła się dotąd przed okiem ducha jego nigdy z taką, jak teraz, jasnością. Teraz dopiero uchwycił Luter one sprawiedliwość, która się jedynie przed obliczem Bożem ostoi, teraz przyjął on z ręki Chrystusowej ono posłuszeństwo, które Bóg za darmo każdemu grzesznikowi policzą, jeźli tenże sercem pokornem na ukrzyżowanego Boga-człowieka oko swe podnosi. Była to chwila rozstrzygająca w wewnętrznem życiu Lutra. Wiara, która Lutra z trwogi śmierci wybawiła, stała się odtąd duszą jego teologii i grodem warownym dlań we wszystkich niebezpieczeństwach jego; z niej pochodziła potęga jego wymowy, tudzież i siła jego miłości, ona była źródłem jego pokoju, bodcem do wszelkiej pracy, i oraz jego pociechą w życiu i śmierci.
Wielka ta prawda o zbawieniu, pochodzącem od Boga a nie od ludzi, była mocą Bożą nie jedynie ku zbawieniu duszy Lutra, ale oraz ku przeprowadzeniu poprawy kościoła. Broń ta, potężna niegdyś w ręku apostołów, przez długi czas leżała w zapomnieniu, lecz nareszcie wyniesiono ją znowu a zwłaszcza w pierwotnej okazałości ze zbrojowni mocnego Boga. W tej samej chwili, w której tam w Rzymie Luter z kolan swych powstał, czując się rażonym jakby gromem i do głębi serca wzruszonym, a zwłaszcza mocą tego samego słowa prawdy, któreni niegdyś przed piętnastu wiekami apostoł Paweł mieszkańców tej stolicy świata potępił, w tej samej, powiadam, chwili podniosła się z nim razem i stanęła wespół z nim prawda, tak długo przez kościół głębiona i w smutnej jęcząca niewoli, aby powstawszy nigdy już więcej zgnieść się nie dała.
*) Seckendorf. p. 66.
— 148 —
Luter sam wyraża się o tem temi słowy: „Lubo pobożnym byłem ja mnichem, i prócz wszelkiej nagany, to zawsze jednakowoż miałem sumienie obciążone i niespokojne. Już to Błowo „sprawiedliwość Boża” było mi nieznośnem. Nie czułem w sercu swem miłości do sprawiedliwego i świętego Boga, który grzesznika karze i potępia; owszem potajemnie czułem do niego pewien gniew, nienawidziałem go, albowiem nie tylko że nas, z powodu grzechu pierworodnego nędznych i potępionych grzeszników, przez zakon i niedolę życia ziemskiego przestrasza, to jeszcze przez Ewangelią pomnaża nasze katusze. Lecz gdy zapomocą Ducha Bożego powyższe zrozumiałem słowa, gdy przekonałem się, że miłosierny Bóg grzesznika przez wiarę usprawiedliwia, uczułem się naraz jakby na nowo narodzonym, jakby otwartą bramą do samego wstępującym raju*). Odtąd zupełnie innem okiem patrzałem na zacne mi Pismo święte. Przeczytałem biblią, pozbierałem znaczną liczbę wyroków, omawiających to dzieło Boże, i jako przedtem
wstrętne mi było słowo o „sprawiedliwości Bożej,” tak teraz pokochałem je i za najmilsze poczytywałem sobie słowo pociechy. Zaprawdę, to słowo apostoła Pawła stało mi się bramą do raju.”
Ztąd tłumaczy się także, dla czego Luter, ilekroć w uroczystszych chwilach życia naukę tę wyznać był spowodowanym, z takim to zawsze czynił zapałem, jemu właściwym, i z tak silnym oraz naciskiem. W pewnej stanowczej chwili napisał on te słowa: „Widzę, jako djabeł nie przestawa przez doktorów swoich uderzać na zasadniczy artykuł ten, i nie może się co do niego uspokoić. Ja, Doktor Marcin Luter,
niegodny ewangelista Pana naszego Jezusa Chrystusa, wyznawani ten artykuł, że sama szczera wiara bez uczynków nas przed Bogiem usprawiedliwia; oświadczam oraz, że rzymski cesarz, turecki cesarz, cesarz Tatarów, cesarz Persyi, papież, wszyscy kardynałowie, biskupi, duchowni, mnichy, zakonnice, królowie, książęta, panowie, cały świat i szatan na wieki nie uczynią mu ujmy. Jeźli przeciwko tej prawdzie Bożej walczyć zechcą, to ogień piekła na głowę swą garną. Tac jest prawdziwa i święta Ewangelia, i moje, Doktora Marcina Lutra wyznanie, według oświecenia Ducha Bożego .... Nikt za grzechy nasze nie umarł, jedno Jezus Chrystus, Syn Boży. Jeszcze raz to powtarzam, a chociażby wszystek świat i szatan
*) Qua vos deus misericors justificat per fldem
, . . hic me prorsum renatum esse senei, et apeftis portis in ipsum paradisum intrasse.
Lutheri opp. lat. in praef.
— 149 —
się zerwał i pękł od gniewu, to jednak to jest prawdą. Jeżli On jedynie gładzi grzech, to my uczynkami naszymi takowego zgładzić nie możemy. Lecz dobre uczynki następują po usprawiedliwieniu i wynikają z niego tak, jako owoce jawią się na drzewie. Oto nauka, której Duch Święty wespół z całem chrześciaństwem uczy. Tej się też w imię Boże trzymać będziemy. Amen” *).
A zatem znalazł Luter, czego w pewnym stopniu wszystkim, najsławniejszym nawet doktorom i reformatorom brakowało. W Rzymie dał mu Bóg jasne wyrozumienie o tej zasadniczej nauce chrześciaństwa. Udał się on do tego miasta papieztwa, szukając tam załatwienia niektórych spraw dotyczących się pojedynczego zakonu; a oto, powracając przynosi w sercu swem zbawienie całego kościoła.
–––––––––– • ––––––––––