IV
Pobożni mężowie w klasztorach. — Staupitz. — Jego pobożność. —
Odwiedziny. — Rozmowy. — Łaska Chrystusowa. — Skrucha. — Potęga grzechu. —
Słodkość skruchy. — Przeznaczenie z łaski. — Opatrzność. — Biblia. — Stary
zakonnik. — Odpuszczenie orzechów. — Świecenie. — Oliad. — Dzień Bożego ciała.
— Powołanie do Wittenbergi.
Podobne boje wewnętrzne odbywali już i inni zakonnicy przed Lutrem. W ciemności murów klasztornych działy się nieraz obrzydłe występki, które, gdyby zostały odkryte, grozą napełniłyby serca ludzkie; ale często także ukrywały się tam cnoty chrześciańskie, które w zaciszu się rozwijały, i gdybyśmy
o nich wiedzieli, serca nasze napełniłyby zdumieniem. Te pobożne dusze żyły w cichości, obcując jedynie z Bogiem; świat o nich nie wiedział, nie poznała się na nich często ani skromna drużyna klasztorna. Życie ich znane było jedynie Bogu. Nieraz zabłąkali się tacy pokorni pustelnicy na bezdroża teologii mistycznej, to cudowne pokrzepienie, lubo i dla najszlachetniejszych duchów nieraz nieco niebezpieczne.
*) Seckendorf. p. 53.
**) Hoc studium ut magis expeteret, illis suis
doloribus et pavoribus movebatur. Melanchth. V. L.
— 125 —
Mistyka była najmilszem zajęciem pierwszych mnichów, którzy żyli nad brzegami Nilu; niejeden atoli umysł, oddawszy się takowej, bezowocnie sterał swe siły.
Jeźli zaś człowiek taki wysokiego dochodził stanowiska, to odznaczał się cnotami, których zbawienny wpływ oddziaływał daleko i szeroko. Świeca stała na świeczniku, i oświecała dom cały. Niejeden człowiek ocucił się wśród takiego światła. Tak przechowywały się wśród każdego pokolenia takie pobożne dusze, świecąc światłością pochodni nawet i w tych czasach, kiedy klasztory nie były prawie niczem innem, jako nieczystemi naczeniami najgęstszej ciemności.
W pewnym niemieckim klasztorze żył człowiek młody, odznaczający się cnotami chrześciańskietni; imię jego było Jan Staupitz. Pochodził on z łona szlacheckiej rodziny, w ziemi „miśnijskiej” zamieszkałej. Od dzieciństwa prawie czując już skłonność do nauk i pałając miłością cnoty, zapragnął Staupitz poświęcić gdzieś na ustroniu życie swoje naukom*). W krótce atoli spostrzegł ten młodzieniec, jak małe mają znaczenie filozofia i nauki przyrodnicze do zjednania człowiekowi wiecznego zbawienia. Poświęcił się tedy nauce teologii, usiłując się połączyć umiejętność z życiem. „Nadaremno,” powiada jego biograf „zdobi się człowiek pięknym tytułem teologa, jeźli życie jego nie świadczy o tem” **). Badania biblii i teologii św. Augustyna, poznanie własnego serca swego, tudzież i boje, które on równie jak Luter przeciwko pożądliwościom swego serca prowadził, wszystko to razem nawróciło duszę jego do Zbawiciela. Wewnętrznego pokoju serca dostąpił Staupitz w wierze w Chrystusa. Współcześnicy cenili go dla poczciwości jego obcowania, dla gruntownej nauki i wielkiej siły wymowy, jako nie mniej dla szlachetnej jego postawy i statecznego sposobu znalezienia się ***). Książę elektor saski, Fryderyk Mądry,
zaszczycił go swą przyjaźnią, używał go do rozmaitych poselstw, tudzież według jego wskazówek założył wszechnicę w mieście Wittenberg. Ten uczeń apostoła Pawła i Augustyna był pierwszym dziekanem teologicznego wydziału onej wszechnicy, z której dla kościołów i szkół tyluż narodów nowa wejść miała światłość. Jako zastępca arcybiskupa Salzburgu brał Staupitz udział w soborze laterańskim, został potem prowincyałem
*) A teneris unguiculis, generöse animi impetu, ad yirtutem et eruditam doctrinam contendit. M. Adam. Vita Staupitzii.
**) Ibidem.
***) Corporis forma atque statura conspicuus. Cochlaeus. 3..
— 126 —
zakonu swego na Turyngia i Saksonia, później jeneralnym wikarym augustiańskiego zakonu na całe Niemcy.
Staupitz ubolewał nad panującem w kościele zepsuciem obyczajów i skażeniem nauki. Wynika' to z jego pism o miłości Bożej, o wierze chrześciańskiej, o podobieństwie z śmiercią. Chrystusową i ze świadectw Lutra. Jednakowoż uważał on zepsucie obyczajów za gorsze z dwojga złego. Łagodny jego lecz chwiejny charakter, i jego życzenie, aby nie opuszczać zakresu działania, który, jako mniemał, jemu został powierzony, wszystko to czyniło go sposobnym do przeprowadzenia poprawy klasztoru, ale nie kościoła. Życzył on sobie na wyższe stanowiska wynieść jedynie znakomitych mężów, lecz jeźli takich nie znalazł, zadowalał się i innymi. „Trzeba koniecznie takimi końmi orać, jakie człowiek ma,” powiadał Staupitz, „a jeźli koni niema, to trzeba brać i woły” *).
Widzieliśmy wewnętrzne boje i trwogi, które w klasztorze erfurckim duszą Lutra miotały. O tymże czasie zapowiedziano odwiedziny jeneralnego wikarego zakonu. Przybył on w własnej osobie, by dopełnić zwykłej inspekcyi klasztoru. Przyjaciel Fryderyka, intelektualny twórca wszechnicy wittenberskiej, i naczelnik augustyańskiego zakonu okazywał się wobec zakonników, władzy jego podległych, uprzejmym. Pewien braciszek zwrócił od razu uwagę jego na siebie; był to młody człowiek średniego wzrostu. Z powodu studyów, biczowań i nieprzerwanych niedosypiań wyglądał on tak nędznie,
iż byś nie trudno wszystkie kości jego policzył**). Oko jego, które później z przenikliwością jastrzębia porównywano, wyglądało znużone; chód jego posępny, tudzież i wzrok jego świadczył o duszy miotanej burzami, lecz zawsze mocnej i do uporu gotowej. Cała postać jego miała w sobie coś poważnego, posępnego, uroczystego. Staupitz, którego oko z długoletniego doświadczenia nabyło wprawy, poznał od razu tajnie tej duszy, i nie omieszkał przed innymi odszczególnić młodego braciszka. Uczuł on do niego istny jakiś tajemniczy pociąg, wielka niby przeczuwając przyszłość jego, i dla tego żywił w sercu swem dla mnicha, poddanego sobie, prawie ojcowską troskliwość. I on walczył niegdyś, jako teraz Luter; on umiał
go zrozumieć i wskazać mu drogę pokoju, którą sam przed nim był znalazł. Wzrósł dlań jego współudział, skoro się o powodach dowiedział, które młodego zakonnika do wejścia
*) Lutheri Opp. V. 2189.
**) P. Mosellani Epist.
— 127 —
do klasztoru skłoniły. Rozkazał tedy przeorowi, żeby obchodzono się z Lutrem łagodniej; sam też użył każdej sposobności, którą mu urząd jego nastręczał, szukając pozyskać sobie ufność młodego zakonnika. Zbliżał się do niego uprzejmie i wszelkiego użył sposobu, by zmniejszyć pewna bojaźliwość mnicha, którą szacunek i bojaźń przed mężem, na tak wysokiem stanowisku stojącym, jeszcze powiększały.
Serce Lutra, surowem obejściem się z nim samo w sobie zamknięte, rozwarło, rozszerzyło się, skoro błysnął nań łagodny promień miłości. „Jako się w wodzie twarz przeciwko twarzy ukazuje, tak serce człowiecze przeciwko człowiekowi. (Przyp. Sal. 37., 19.) Serce Staupitza przemówiło do serca Lutrowego. Jeneralny wikary zrozumiał tajemnice duszy jego, to też mnich znowu uczuł do przełożonego zaufanie, jakiego nie czuł dotąd do nikogo na świecie. Wyjawił mu przyczyny swego smutku, opisał one straszliwe myśli, trapiące duszę jego, i tym sposobem przyszło w klasztorze erfurckim do poufnych między nimi rozmów, pełnych mądrości i nauki.
Aż dotąd nie miał zgoła nikt wyrozumienia dla duszy Lutra. Pewnego razu siedział młody mnich koło stołu, znowu będąc ponury i milczący; ledwie że dotknął się potrawy. Staupitz spoglądał nań przez długa chwilę i rzekł potem do niego: „Czemuś tak smutny, bracie Marcinie?” — „Ach,” odrzekł tenże, wzdychając głęboko, „ja nie wiem, co się ze mną dzieje!” — „Pokuszenia, które wam dolegają, są wam, wierzajcie mi, jeszcze potrzebniejsze niż pokarm i napój!” Nie skończyło się na tej rozmowie; dwaj ci mężowie wiedli z sobą często wśród cichego klasztoru poufne pogadanki, które nie mało przyczyniły się do podniesienia przyszłego reformatora z obecnej jego ciemności.
„Nadaremno powtarzam śluby moje przed Bogiem,” opowiadał przygnębiony Luter powiernikowi swemu, „grzech zawsze mię znowu zwycięża.”
„Mój kochany,” odrzekł Staupitz, wskazując na własne swe doświadczenia, „po tysiąckroć ślubowałem Bogu, iż pobożnie będę żył, a nigdym tego nie dotrzymał. Teraz już nie ślubuję więcej, bo i tak bym tego nie wykonał. Jeźli Bóg dla miłości Jezusa Chrystusa nie zechce dla mnie być łaskawym, i nie użyczy mi błogiego skonania, gdy świat ten opuszczę, to mocą wszystkich ślubów i dobrych uczynków moich nie ostoję się przed nim. Wtenczas jestem stracony” *).
*) Luth. Opp. VIII. 2725.
— 128 —
Młody zakonnik drży z trwogi na wzmiankę o sprawiedliwości Bożej i tłumaczy jeneralnemu wikaremu wszystkie swe obawy. Niewypowiedziana świętość jako i najwyższa chwała majestatu Bożego napawają umysł jego trwogą. Któż będzie mógł znieść dzień przyjścia jego, i kto się ostoi, gdy się on każe?
Staupitz mówił dalej; wiedział on, gdzie sam znalazł pokój serca swego, i wskazał Lutrowi drogę do niego. „Przeczże,” odezwał się do niego, „męczysz się temi spekulacyami i wysokiemi myślami? Spojrzyj na rany Chrystusowe, na krew jego za cię przelana; tam objawia ci się łaska Boża. Nie katuj że samego siebie grzechami swymi, lecz upadnij do serca zbawiciela swego. Ufaj w nim i w sprawiedliwości, którą on w życiu swem pełnił; ufaj w zbawieniu, które w śmierci nam sprawił! Nie chwiej się, nie Bóg gniewa się na ciebie, lecz ty gniewasz się na Boga. Na Syna Bożego bacz; on człowiekiem się stał, by ciebie przez to o łasce Bożej upewnił. On ci powiada: „Ty jesteś owieczką trzody mojej, ty głosu mego słuchasz, a z ręki mojej nie wyrwie cię nikt” *).
Lecz Luter nie znajdował w sobie skruchy, którą uważał za potrzebna; dla tego, jako wszystkie uciśnione i lękliwe dusze, taką i on dał odpowiedź: „'Jakże śmiałbym poważyć się w łaskę Bożą wierzyć, póki się prawdziwie do Pana nie nawróciłem? Ja muszę najprzód się nawrócić, aby mię potom przyjąć mógł Pan!”
Czcigodny przewodnik dał mu do zrozumienia, że póki człowiek lęka się Boga jako surowego sędziego, to dopóty o prawdziwóm nawróceniu mowy być nie może. „A zatem,” odparł Luter, „cóż powiecie wszystkim tym sumieniom ludzkim, którym, by nieba dostąpiły, tysiące nieznośnych dawają przepisów?”
Tuż otrzymał od jeneralnego wikarego odpowiedź, która wydawała się mu nie jakby odpowiedź człowieka, lecz jako głos odzywający się z nieba**): „Nie ma prawdziwej skruchy, oprócz tej, która się od miłości sprawiedliwości i Boga zaczyna***). Co inni za zupełność i koniec skruchy uważają, todopiero jej początek. Jeźli chcesz miłować dobre, miłuj przede wszystkiem Boga. Chceszli się nawrócić, to nie katuj siebie, nie biczuj się! Kochaj tylko tego, który ciebie najprzód umiłował.”
*) Luth. Opp. VIII. 264.
**) Te velut e coelo sonantem accepimus. Luth.
Ep. I. 115.
***) Poenitentia vero non est, nisi quae ab
amore jnstitiae et Dei incipit ibd.
— 129 —
Luter słuchał z uwagą. Pociecha ta napełniła go nieznaną dotąd radością i nową olśniła go światłością. „Sam to Jezus Chrystus,” pomyślał u siebie, „zaiste on sam, tak cudownie mię cieszy, a to tak łagodnemi i błogiemi słowy” *).
Słowa te utkwiły w sercu młodego mnicha, jakby ostra strzała mocarza**). Przed skruchą trzeba miłować Boga! Światłem tem nowem olśniony otwiera biblią i porównywa z sobą wszystkie wyroki, które o skrusze i nawróceniu człowieka uczą. Słowa te, co przedtem umysł jego trwogą napawały, stały się dlań
przyjemną zabawką i najmilszą rozrywką; wszystkie te wyroki Pisma, których przedtem się lękał, zdawały się ze wszystkich stron do niego pośpieszać, jemu się uśmiechać, nadskakiwać koło niego i bawić się z nim! ***)
„Przedtem nie było,” powiada on, „w Piśmie św. słowa dla mnie boleśniejszego nad wyraz „skrucha,” lubo przed Bogiem stan serca mego zataić i miłość okazywać usiłowałem, która była tylko pozorna i wymuszona. Teraz niema dla mnie w Piśmie św. milszego i przyjemniejszego słowa od wyrazu pokuty †). O jakże rozkoszne są przykazania Boże, jeźli je nie tylko w księgach, lecz także w ranach najsłodszego Zbawiciela czytamy” ††)
Chociaż słowa Staupitza dziwnie pocieszyły serce Lutra, to jednak powracały jeszcze dlań chwile głębokiego przygnębienia. W bojaźliwem sumieniu jego podnosił się znowu głos grzechu, a po chwilach radości i zbawiennej rozkoszy następowała dawniejsza rozpacz. „O moje grzechy, moje grzechy, moje grzechy!” jęczał pewnego razu młody zakonnik w obecności Staupitza, najgłębszym będąc miotany bólem. — „Azaż chciałbyś tylko wymalowanym być grzesznikiem,” odpowiedział tenże, „i wymalowanego tylko mieć Zbawiciela? Wiedz! że Jezus Chrystus jest zbawicielem nawet wielkich, prawdziwych i zupełnego potępienia godnych grzeszników.”
Nie tylko grzech w sercu niepokoił Lutra, lecz i myśli jego nie mało trapiły go. Jeźli święte przykazania Pisma serce jego napawały trwoga, to także i niektóre nauki boskiej tej księgi sprawiały mu boleść. Prawda Boża, która serce
*) Memini inter jucundissimas et salutares
fabulas tuas, quibus me solet Dominus Jesus mirifice consolari. Ibid.
**) Haesit hoc verbum tuum in me, sicut sagitta
potentis acuta. Ibid.
***) Ecce jucundissimum ludum; verba undique
mihi colludebant, planeque huic sententiae arridebant et asaultabant. Ibid.
†) Nunc nihil dulcius aut gratius mihi sonat
quam poenitentia.Ibidem.
††) Ita euim dulcescunt praecepta Dei, quando non in libris tantum sed in vulneribus dulcissimi salvatoris legenda intelligimus. Ibid.
— 130 —
człowieka napełnia pokojem, ta sama prawda wniwecz najprzód obraca szkodliwą i złudną duszy jego bezpieczność. Nauka o przeznaczeniu zbałamuciła myśli młodego mnicha i zawiodła go na pole niepomiernych zawikłań. Czy to Bóg obrał najprzód człowieka, czy człowiek najprzód ma obrać Boga? Biblia, historya, codzienne doświadczenie, pisma Augustyna, wszystko to razem pokazało mu, że powinniśmy zawsze i we wszystkich sprawach nie tracić z oka woli Najwyższego, mocą której wszystko powstało i od której wszystko zawiśnie, owszem że powinniśmy o niej zawsze pamiętać jako o ostatecznej wszystkich rzeczy przyczynie. Ognisty duch Lutra dążył dalej. Chciałby przeniknąć tajnie rady Bożej, dociec tajemnic jego, widzieć, co niewidzialne, i pojąć, co ludzkie przechodzi pojęcie. Lecz Staupitz powstrzymał go. On to wezwał Lutra, aby nie szukał zakrytego Boga, lecz trzymał się tego, co o nim w Chrystusie objawiono jest. „Na rany Chrystusa patrz,” powiadał do niego, „tam odbija się wyraźnie rada Boża względem pokolenia ludzkiego. Nie można uchwycić się Boga inaczej jedno w Chrystusie. W Chrystusie, powiedział Pan, znajdziecie, czem ja jestem i czego po was wymagam. Indziej nie znajdziecie go nigdzie, ani na niebie, ani na ziemi*).
Staupitz uczynił jeszcze więcej. Tłumaczył on Lutrowi ojcowski plan opatrzności Boskiej, która te różne pokuszenia i walki dopuściła, jakie duszą jego miotały. Przedstawił mu je w takowem świetle, które nie mało przyczyniło się do ożywienia jego odwagi. Bóg przez doświadczenia wychowywa te dusze, które do pewnego wielkiego przeznaczył dzieła. Okręt musi zostać najprzód wypróbowany, zanim go wyszła na otwarte morze. Każdy człowiek potrzebuje wychowania, w szczególniejszej zaś mierze ci, którzy na wiek swój oddziaływać mają. Wszystko to przypomniał Staupitz zakonnikowi erfurckiemu. „Nie bez powodu tyła walkami doświadcza cię Bóg,” powiedział do niego, „sam bowiem zobaczysz, iż zamyśla on użyć cię jako narzędzia do wykonania wielkich rzeczy.”
Luter słuchał słów tych z pokorą i zdumieniem; czerpał z nich męztwo i uczuł w sobie siłę nieznaną mu dotąd. Mądrość i roztropność doświadczonego człowieka pokazały mu powoli własny jego bohaterski umysł. Staupitz postąpił jeszcze dalej. Udzielił mu najlepszych wskazówek dla odbywania jego
studyów; wezwał go, aby odtąd wszystką swą teologią czerpał z biblii, nie troszcząc się o systemata przez pojedyncze podane
*) Luth. Opp. XXII., 489.
— 131 —
szkoły. „Niech badanie Pisma,” odezwał się do niego, „stanie ci się najmilszem zajęciem.” Nigdy zaiste nie zastosowano się lepiej, niźli tutaj, do dobrej rady podanej. Najbardziej zaś ucieszyło Lutra, iż mu Staupitz podarował biblią. Nie była to wprawdzie ona łacińska biblia w czerwonej oprawie, należąca do klasztoru, którą Luter tak bardzo sobie życzył posiadać i wszędzie takową nosić ze sobą; znał tam bowiem prawie każdą kartę i wiedział o każdym wyroku, gdzie go w niej szukać*). Ale dosyć na tem, Luter posiadał już on skarb nad wszystkie skarby. Odtąd badał on Pismo ś w., szczególnie zaś listy apostoła Pawła, z rosnącą coraz więcej gorliwością. Oprócz tego czytywał także pisma Augustyna. Co przeczytał, to mocno zachował w pamięci ; wewnętrzne walki przysposobiły serce jego do przyjęcia słowa Bożego; rola była zorana, nieskazitelne nasienie znalazło dobre przyjęcie. Gdy Staupitz opuścił Erfurt, zaświtł już dla Lutra dzionek nowy.
Lecz dzieło nie było jeszcze ukończone. Jeneralny wikary przygotował je, pomniejsze narzędzie miało go dokonać. Sumienie mnicha nie było jeszcze spokojne; ciało jego uległo walkom i przesileniom duszy. Ciężka choroba powaliła go na łoże i doprowadziła aż do krawędzi grobu. Było to w drugim roku pobytu jego w klasztorze. Wszystkie strachy i trwogi znowu się w nim w obliczu śmierci ocuciły; plamy serca jego i świętość majestatu Bożego pozbawiły go do reszty pokoju. Gdy tak jęczał pod ciężarem rozpaczy, wstąpił do komórki jego pewien sędziwy mnich, szukając go pocieszyć. Luter wylał przed nim serce swoje i wyjawił mu wszystkie swe obawy. Czcigodny staruszek nie umiał tak, jako Staupitz, walczyć przeciwko wszystkim powątpiwaniom zbolałej jego duszy, lecz umiał na pamięć swoje Credo (Wierzę), w którem w niejednej wątpliwości znajdował pociechę. Tegoż samego lekarstwa użył on także dla młodego braciszka; zwrócił uwagę jego na Apostolskie wyznanie wiary, którego, będąc jeszcze dzieckiem, wyuczył się Luter w szkole mansfeldzkiej. Dobrodusznie odmawiał staruszek przed nim słowa: „Wierzę w odpuszczenie grzechów.” Te proste słowa, w tej chwili z tak serdeczną przez braciszka wypowiedziane wiarą, dziwnie pocieszyły serce Lutra. „Wierzę,” powtarzał on sobie na łożu boleści, „wierzę w odpuszczenie grzechów.” — „Lecz nie powinniśmy wierzyć,” powiedział braciszek, „że grzechy odpuszczone są Dawidowi lub Piotrowi; to wierzy i djabeł. Przykazanie Boże żąda owszem,
*) Seckendorf p, 52.
-- 132 --
abyśmy wierzyli, iż odpuszczone są nam *). Jakże pocieszającym był ten rozkaz dla biednego Lutra! „Albowiem,” dodał sędziwy mnich, „tak mówi św. Bernhard w kazaniu o zwiastowaniu Pańskiem: „Świadectwo, które Duch Święty sercu twemu dawa, brzmi: „Odpuszczone są tobie grzechy twoje.”
W tem rozjaśniło się w duszy mnicha erfurckiego; wypowiedziane zostało słowo łaski, a Luter uwierzył mu. Zrzekł się już nareszcie zarabiania sobie własnymi czyny na zbawienie swoje, i poruczył się pełen ufności łasce Bożej w Chrystusie Jezusie. O wynikach i następstwach nowej tej zasady nie umiał sobie jeszcze zdać sprawy. Wiernym był on jeszcze synem kościoła, lubo takowego nie potrzebował więcej, ponieważ zbawienie jego pochodziło bezpośrednio od Boga.' Rzymski katolicyzm został już właściwie w sercu jego przezwyciężony. Postępował tedy naprzód i odszukał w pismach proroków i apostołów wszystkie wyroki, popierające one nadzieję, której serce jego było pełne. Z każdym dniem wzywał Luter pomocy Bożej, z każdym dniem wzmagała się też światłość oświecająca jego duszę.
Na nowo odzyskane zdrowie duszy jego oddziaływało korzystnie na stan jego ciała. W krotce powstał on z łoża choroby i czuł się przywróconym do życia w dwojakiem tego słowa znaczeniu. Nadchodziło święto Narodzenia Pańskiego, serce Lutra bujało w obfitości pociechy, która ztąd przez wiarę dlań wynikała. Z widocznem wzruszeniem brał on udział we wszystkich obchodach i uroczystościach, a gdy w nabożeństwie dnia tego wypadało mu śpiewać: „O beata culpa, quae talem meruisti redemptorem” **), to cała istota jego odpowiadała na to: Amen! a serce jego drżało z radości.
Dwa lata spędził już Luter w klasztorze; miał więc otrzymać już święcenie kapłańskie. Wiele było mu dano; cieszył się więc z tego, że będąc kapłanem za darmo będzie mógł udzielać i innym z tego, co odebrał za darmo. Chciał też z uroczystości tej w ten skorzystać sposób, iżby całkowicie pogodził się z ojcem. Zaprosił go więc na wspomnianą uroczystość wyświęcenia swego, i poprosił oraz o wyznaczenie jej
dnia. Jan Luter nie był wprawdzie jeszcze zupełnie spokojny, lecz przyjął zaproszenie i oznaczył niedzielę, przypadającą na dzień 2. maja 1507.
*) Davidi aut Petro . . . sed mandatum Dei
esse, et singuli homines nobis remitti peccata credamus. (Melanch. V. L.)
**) O błogosławiona wina, która takiego zjednała nam odkupiciela. (Mathesius s, 5.)
— 133 —
Między przyjaciółmi Lutra zjawił się także Jan Braun, wikary w Eisenach, który już w mieście tem wiernym bywał mu doradcą. Luter napisał do niego list na dniu 22. kwietnia. Jest to z listów reformatora najdawniejszy i nosi napis: „Do Jana Braun, świętobliwego i czcigodnego kapłana Chrystusa i Maryi.” Tylko w dwóch pierwszych listach Lutra znajduje się wzmianka o Maryi.
„Bóg,” powiada nasz kandydat stanu kapłańskiego, „który we wszystkich dziełach swych jest wielki i święty, dziwnie mię nieszczęsnego i ze wszech miar niegodnego grzesznika wywyższył i z czystego miłosierdzia i łaski powołał mię do wzniosłej swej służby; a zatem, bym za tak wielką i wspaniałomyślna dobroć jego. o ile na to stać człowieka z prochu ziemi zrodzonego, okazał się wdzięcznym, powinienem urząd mi powierzony z całego wykonywać serca. Dla tego, kochany ojcze, panie i bracie proszę cię, jeźli ci czas jako też duchowne i świeckie sprawy na to pozwolą, abyś mię obecnością i modlitwą swą wspierał, żeby ofiara moja przed obliczem Bożem stała się przyjemną.”
„Lecz musisz też wprost do naszego przybyć klasztoru i u nas przez niejaki pozostać czas, nie szukając nigdzie indziej pomieszkania. W naszych chciej zamieszkać komórkach.”
Nadszedł nareszcie dzień uroczysty. Górnika z Mansfeldu nie brakowało przy wyświęceniu syna jego. Dał on niechybne dowody swego przywiązania i szlachetnego umysłu już przez to, iż ofiarował synowi swemu w darze sumkę dwudziestu złotych reńskich. Uroczystość odbywała się według przyjętego sposobu. Biskup brandenburski, Hieronym, dopełnił jej. Udzielając Lutrowi moc czytania mszy, wręczył mu kielich, w te uroczyste odzywając się słowa: „Accipe potestatem sacrificandi pro vivis et mortuis.” (Weźmij moc sprawowania ofiary za żyjących i umarłych.) Luter słuchał naonczas spokojnie słów, pozwalających mu sprawować dzieło, które do Syna Bożego należy; później wspomnienie tegoż przerażało go trwogą. „Że nas obydwóch nie pochłonęła ziemia,” pisał o tem później, „to zaiste nie było według sprawiedliwości; to należy jedynie przypisać wielkiej cierpliwości i łagodności Bożej” *).
Ojciec został na obiedzie w klasztorze razem z synem, z przyjaciółmi młodego kapłana i mnichami. W toku rozmowy poruszono sprawę wstąpienia Lutra do klasztoru. Braciszkowie podnosili takowe jako czyn, który nie małe sprawia zasługi
*) Luth. Op. XVI. p. 1144.
— 134 —
przed Bogiem. W tem zwraca się nieugięty Jan do syna swego i powiada: „Jak to, czy nie słyszałeś także, iż dzieci po winne słuchać swych rodziców?” *) Mocno obeszły Lutra te słowa ojca; przedstawiały mu bowiem wstąpienie jego do klasztoru w świetle zupełnie odmiennem i długo jeszcze odzywały się echem w duszy jego.
Według rady Staupitza wybrał się Luter w krotce po swem wyświęceniu pieszo w drogę, zwiedzając sąsiednie parafie i klasztory; czynił to dla odpocznienia, i ze względu na potrzebę ruchu, chcąc przy tem oraz przyzwyczaić się do mówienia kazań.
Święto Bożego ciała miano w mieście Eisleben z wielkim obchodzić przepychem; jeneralny wikary także miał osobiście być obecnym. Udał się tam Luter; potrzebując bowiem jeszcze rady Staupitza korzystał on z każdej sposobności, pozwalającej mu pomówić z doświadczonym tym duszy jego przewodnikiem, który wskazał mu drogę prawdy. W okazałej procesyi wzięła udział bardzo wielka liczba osób, sam Staupitz niósł sakrament święty, Luter szedł za nim w ubiorze kapłańskim. Myśl ta, iż jeneralny wikary samego Chrystusa niesie, że Pan w osobie swojej w pobliżu jego jest obecny, opanowała naraz wyobraźnia Lutra, i nabawiła go takiej trwogi, że zaledwie kroczyć zdołał. Krople potu płynęły mu po twarzy; noga zaczęła się chwiać; Luter mniemał, że umrze z przerażenia i trwogi. Nareszcie skończyła się procesya. Sakrament św., który wszystkie obawy Lutra wzniecił na nowo, uroczyście zachowano w świątyni. Luter, będąc sam na sam z Stäupitzem, wpadł w jego objęcia i wyznał mu swą trwogę. Poczciwy i dobry jeneralny wikary, od dawna już poznawszy łaskę Zbawiciela, który trzciny nałamanej nie dołamie, odezwał się do Lutra łagodnie temi słowy: „To nie Chrystus, Chrystus bowiem nie trwoży, lecz pociesza tylko” **).
Na zawsze nie mógł Luter pozostać w ciemnym swym klasztorze, niby w ukryciu. Nadchodziła chwila, aby na wyższą wystąpił widownia. Staupitz, z którym zawsze w ścisłych pozostawał stosunkach, poznał zanadto czynnego ducha tego mnicha i nie pozwolił mu dłużej w tym ciasnym zabawić życia jego zakresie. Przy nadarzającej się sposobności pomówił o nim z księciem elektorem saskim, Fryderykiem, który podobno pod koniec roku 1508 powołał Lutra za profesora na
*) Luth. Epp. II. 101.
**) Lutheri Opp. XXII. p. 513 i 724.
— 135 —
wszechnicę w Wittenberdze. Tym sposobem dostał się Luter na stanowisko, na którem tak wielkie czekały go boje. Wstępując do zawodu tego miał on przeczucie, że tutaj nakreślona jest mu kolej powołania jego. Wezwano go, aby niezwłocznie wybrał się na nową swa posadę. Luter od razu przygotował się w drogę; i wśród pośpiechu, z jakim przeprowadzać się musiał, nie miał nawet czasu napisać do nauczyciela i ukochanego, jako go nazywał, ojca swego, Jana Brauna, wikarego w mieście Eisenach. W kilka miesięcy potem dopełnił dopiero, czego na razie zaniedbał. „Tak prędko,” pisał do niego, „odjechałem, iż ci, z którymi żyłem, zgoła o tem nie wiedzieli. Daleko od ciebie się znajduję, ale lepsza cząstka mej istoty pozostała przy tobie” *).
Pobytu Lutra w klasztorze erfurckim było lata trzy.
–––––––––– • ––––––––––