— 116 —

                  

III.

 

Niezadowolenie ojca. — Jego przebaczenie. — Niewolnicze prace. — Komórka klasztorna i wór. — Meztwo. — Augustyn. — D'Ailly, Occam, Gerson. — Biblia. — Hebrajskie i greckie studya. — (Hory) Modlitwy. — Ćwiczenia ascetyczne. — Trwoga. — Msza. — Próżne uczynki. — Zemdlenie.

 

                   Teraz więc był już w pobliżu Boga. Dusza była zabezpieczona. Już mógł Luter dojść tej świętobliwości serca, za którą tęsknił tak długo. Na widok młodego doktora osłupieli zakonnicy, podziwiając jego odwagę i pogardę świata*). Jednakowoż nie zapomniał Luter o przyjaciołach swych; pożegnał się listownie z nimi i ze światem i przesłał im następnego dnia one listy razem z odzieniem, które dotąd nosił, tudzież i pierścień magistra, zwracając go wszechnicy, by nic już więcej nie przypominało mu świata, z którym się rozstał.

Przyjaciele jego w Erfurcie osłupieli z zadziwienia. Czyż istotnie miałby maż tak wielkich zdolności pozostać w klasztorze? To znaczyłoby tyle, co zagrzebać się żywcem**). Pełni smutku udali się tedy do klasztoru, by Lutra odwieść od tak smutnego kroku; lecz próżne były usiłowania ich; brama pozostała zamknięta. Upłynął miesiąc, a młodego zakonnika nie ujrzał nikt, nikt też nie mówił z nim ani słowa.

Rodzicom swym nie omieszkał Luter donieść natychmiast o onej wielkiej zmianie, która w życiu jego zaszła. Ojciec przeląkł się, i drżał o syna swego, jako Luter sam o tem donosi w przedmowie do księgi o „ślubach zakonnych,”  którą ofiarował ojcu. Ze względu na nadwątlone zdrowie, na młody wiek i porywczy temperament Marcina lękał się on, aby tenże, skoro się rozczaruje, przez gnuśne życie mnichów nie popadł w rozpacz, lub nie puścił się na bezdroża. Wiedział bowiem, iż ten sposób życia niejednemu zgotował już upadek. Oprócz tego inne były zamysły górnika i miejskiego radcy mansfeldzkiego co do przyszłości syna, dla którego o znakomitej obmyśliwał żeniaczce. Nieroztropnym onym krokiem zostały w przeciągu jednej nocy wszystkie tym podobne zamysły wniwecz obrócone.

 

*) Ilujua mundi contemtu ingressus est repente, multii admirantibus, monasterium. (Cochlaeus. I.)

**) In vita semimortua. (M. Adami v. Luth. p. 102.)

 

— 117 —

 

                   Jan napisał synowi surowy list, w którym odzywa się do niego wprost przez „Ty,”  czego nie czynił więcej, odkąd tenże został magistrem. Wykluczył go z łaski ojcowskiej, oświadczając mu, że nie posiada już więcej miłości swego ojca. Nadaremno usiłowali się przyjaciele, a szczególnie matka, przebłagać ojca, nadaremno przymawiali mu, że jeźli Bogu co poświęcić chce, niech syna swego, niech Izaaka swego, skarb swój najdroższy poświęci; nieubłagany radca miejski w Mansfeldzie nic o tem słyszeć nie chciał.

W krótki czas potem (Luter wspomina o tem w kazaniu mianem na dniu 20. stycznia 1544 w Wittenberdze) wybuchła zaraza, która zabrała Janowi dwóch synów. Głęboko wzruszonego ojca doszła wieść, że umarł także i mnich erfurcki. Przy tej sposobności usiłowano się pozyskać dlań znowu serce ojca.

„Jeźli wieść ta jest fałszywą,”  rzekli przyjaciele, „to uświęćcie przynajmniej waszą żałobę i pojednajcie się z tą myślą, że został mnichem.”  „Niech i tak będzie,”  odrzekł Jan sercem na wpół złamanem i na wpół odpornem, „niech mu Bóg będzie pomocą!”  Gdy później Luter pojednawszy się z ojcem opowiedział mu o przyczynach wstąpienia swego do klasztoru, odpowiedział na to poczciwy górnik: „Dałby Bóg, żeby to nie było złudzenie i sztuka szatana” *).

Wtenczas nie był Luter jeszcze sposobnym na reformatora kościoła, jako tego dowodzi już jego wstąpienie do klasztoru. Sprzyjał on jeszcze przekonaniom czasu swego, które w krotce sam miał obalić. Nauczyciel świata był jeszcze ślepym naśladowcą świata; nowy został w budowę zabobonu włożony kamień, a zwłaszcza przez tę samą rękę, która ją potem obalić miała. Luter szukał zbawienia w sobie samym, w ludzkich ćwiczeniach i praktykach! Że takowe całkowicie od Boga pochodzi, tego on dotąd nie wiedział. Szukał on własnej, a nie Pańskiej sprawiedliwości i chwały; w krotce jednak miał poznać, co mu jeszcze było zakryto. W klasztorze erfurckim nastąpiła w sercu jego ona wielka przemiana; miejsce świata

i jego podań zajął w duszy Lutra Bóg i słowo jego. Tak przygotowała mądrość Boża ono wielkie przeobrażenie świata, którego najznakomitszem narzędziem był Luter.

Marcin Luter wstąpiwszy do klasztoru zmienił swe imię i nazwał się Augustynem. „Czyż może być co głupszego i więcej bluźnierczego,”  .powiedział on sam później, „niż gdy kto przez miłość habitu swe chrzestne porzuci imię?

 

*) Luth. Epp. II. p. 101.

 

— 118 —

 

Tak wstydzą się papieże swego chrzestnego imienia i pokazują przez to, że są zbiegami od Jezusa Chrystusa”  *).

                   Zakonnicy przyjęli go z radością. Schlebiało to ich próżności i miłości własnej, że jeden z najukochańszych nauczycieli opuścił wszechnicę i wstąpił do ich zakonu. Jednak surowo się z nim obchodzili i najtrudniejsze powierzali mu roboty. Chodziło im o to, aby tego doktora filozofii jak najbardziej upokorzyć i pokazać mu, że nauka jego nie stawia go wyżej od innych braciszków. Oraz chciano oderwać go od studyów, z których klasztor nie miał żadnych korzyści. Były magister sztuk wyzwolonych musiał pełnić urząd klucznika, otwierać i zamykać bramę klasztoru, nakręcać zegar, czyścić kościół i umiatać gmachy**). Skoro biedny mnich ukończył prace klucznika, kościelnego i klasztornego sługi, to nadchodził rozkaz : Cum sacco per civitatem, z worem przez miasto! Chodził tedy z worem po ulicach Erfurtu, idąc żebrać jałmużny od domu do domu ; przytem wypadało nieraz zapukać i do drzwi swych dawnych znajomych lub podwładnych; a gdy powracał, zamykał się w nizkiej i ciasnej komórce klasztornej, z której miał widok tylko na kilka piędzi ogrodu, lub musiał także na nowo zabierać się do pełnienia najpodlejszych prac. Lecz wszystko to wykonał Luter wiernie. Takie było jego usposobienie, iż co czynił, całkowicie i z całego serca czynił; a zatem i teraz był on mnichem z dusza i ciałem. Jakże miałby szanować siebie, jakże pobłażać ciału? Ale tym sposobem nie dała nabyć się pokora i świętobliwość serca, której Luter szukał wśród murów klasztornych. Pracami będąc znużony korzystał mnich ten z każdej wolnej chwili, która mu po ukończeniu najpospolitszej służby pozostała, używając takowej do nauk. Chętnie usuwał się w swoje zacisze, by tam zagłębić się w swe ulubione studya. Lecz zakonnicy spostrzegłszy to obstąpili go i wyłajali i zabronili mu nadal takiego zajęcia. „Co!”  krzyczeli rozgniewani, „klasztorowi nie przysłużysz się naukami, lecz gorliwem zbieraniem i żebraniem chleba, zboża, jaj, ryb, mięsa i pieniędzy” ***)! Luter poddał się, odłożył książki na bok, i brał się do chodzenia z worem; nie przyszło mu na myśl żałować może jarzma, które wziął na siebie, owszem, dobry uczynek musiał całkowicie zostać wykonany! Tam wytworzyła się w duszy jego ta niezachwiana wytrwałość, która później wszystkim jego przedsięwzięciom towarzyszyła.

 

*) Do 1. Mojż. 34., 3.

**) Loca immunda purgare coactus fuit. (M. Adami Vita Luth.p. 103.)

***) Solneccer, Orat. de Lnth. Mathesius. p. 5.

 

— 119 —

 

Opór przeciwko wielkim pokuszeniem spotęgował jego wolę. Bóg ćwiczył go przez małe rzeczy, aby w wielkich stał się wytrwałym. Musiał też całe brzemię nędznego dźwigać zabobonu, by wiek swój uwolnić z ciężaru, pod którym tenże upadał. Musiał on wypić kielich doświadczenia aż do ostatniej kropli. Ciężki ten czas próby nie trwał jednak tak długo, jako Luter miał powód się obawiać. Za wdaniem się wszechnicy, której Luter był członkiem, uwolnił go przeor konwentu od pełnienia poruczonej mu nizkiej posługi.

Odtąd oddawał się młody mnich z cała gorliwością swym studyom. Pisma Ojców kościoła, przede wszystkiem Augustyna, zwróciły na siebie jego uwagę. Wykład psalmów tego znakomitego nauczyciela, tudzież pismo jego o „literze i duchu”  stały mu się ulubionemi książkami. Największy wpływ wywierały nań nauki  Augustyna o skażeniu woli człowieka i o łasce Bożej. Z własnego bowiem przekonania wiedział on o rzeczywistości tegoż skażenia i o potrzebie łaski. Słowa Augustyna znalazły echo w duszy jego; gdyby był w stanie do innej, jako Jezusa Chrystusa, należeć szkoły, to byłby stał się zwolennikiem nauczyciela z miasta Hippo. Dzieła Piotra d'Ailly i Gabriela Biel umiał on prawie na pamięć. Nie uszło uwagi jego, co uczył pierwszy z nich, powiadając, że, gdyby kościół inaczej nie uczył, to lepiej byłoby przyznać, iż w Wieczerzy świętej nie jest jedynie tylko przypadkowo postać chleba i wina.

Luter badał gorliwie także pisma teologów Occama i Gersona, którzy obydwaj bardzo wolnomyślnie znaczenie papieża omawiali. Przy tem oddawał się oraz innym ćwiczeniom; w publicznych dysputach rozwiązywał on najzawikłańsze pytania i znajdował wyjście z labiryntów, jakiego inni znaleźć nie umieli. Wszyscy słuchacze podziwiali go. Lecz nie na to wstąpił do klasztoru, by z powodu bystrości ducha swego szukać tam poklasków, ale wstąpił tam dla pomnażania się w pobożności chrześciańskiej. Dla tego uważał on ćwiczenia te za rzecz podrzędną *).

Nade wszystko lubił Luter czerpać mądrość u czystej krynicy słowa Bożego. Znalazł w klasztorze biblią przywiązaną łańcuchem i do tej przykuwanej biblii powracał on jak najczęściej. Lubo nie zgłębił jeszcze treści słowa Bożego, to przecież go ono już najbardziej zajmowało. Nieraz całymi dniami rozbierał w myślach pojedyncze wyroki, to znowu wyuczył się na

 

*) Melanchthon Vita Luth.

— 120 —

 

pamięć całych ustępów wyjętych z ksiąg proroków. Nade wszystko atoli pragnął on z pism apostołów i proroków poznać wolę Boga, utwierdzić się w bojaźni imienia Bożego i wiarę swą umocnić pewnemi świadectwy słowa Bożego.*)

Wtenczas, zdaje się, zaczął Luter badać Pismo św. w oryginale, przez co położył fundament do najdoskonalszego i w skutki najobfitszego dzieła swego, a mianowicie do przekładu biblii na język niemiecki. Posługiwał się w tym celu hebrajskim słownikiem, prawie co przez Reuchlina wydanym. Pewien braciszek znający się na językach greckim i hebrajskim, udzielał mu podobno w tym kierunku pierwszych wskazówek. Braciszek ten nazywał się Jan Lange; Luter pozostał przez całe życie w najlepszej z nim przyjaźni. Używał także często umiejętnie napisanego komentarza Mikołaja Lyry, który umarł r. 1340. Dla tego powiedział o nim Pflugk, późniejszy biskup naumburski: „Si Lyra non lyrasset, Lutherus non saltasset.”  (Gdy Lyra nie był grał, nie byłby Luter tańczył.)

Młody zakonnik tak pilnie i gorliwie zagłębił się w te studya, iż często przez całe tygodnie zaniedbał modłów zakonnych. Potem znowu przerażony myślą, iż reguły klasztornej nie dotrzymał, zamykał się Luter w swój komórce, usiłując się poprawić popełniony błąd. Powtarzał wtenczas sumiennie wszystkie modlitwy, które zmówić omieszkał, nie pamiętając już ani o pokarmie ani o napoju. Pewnego razu pozbawił się tym sposobem przez całych siedm tygodni snu i odpoczynku.

                   Żądzą świętobliwości serca pałając wstąpił Luter w mury klasztorne; nie dziw tedy, iż z całą surowością oddał się teraz życiu pokutnemu.

Pragnął on ukrzyżować ciało swoje i umartwić je przez posty, biczowania i niedosypianie**). Zamknąwszy się w swej komórce jakby w więzieniu bezustannie walczył Luter przeciwko złym myślom i skłonnościom serca. Często nie jadał nic oprócz kawałka chleba i trochy chudego śledzia. Z resztą z na tury już był on nadzwyczaj skromnym, tak iż i wtenczas, gdy już zaparciem siebie zbawienia dostąpić więcej nie zamyślał, przyjaciele jego nieraz widzieli, jako' najskromniejszym zaspa kajał się pokarmem, ba nawet jako razu jednego, przez cztery

 

*) Et firmis testimoniis aleret timorem et fidem. Melanchthon de Vita Lutheri.

**) Summa disciplinae aeveritate se ipse regit, et omnibus exercitiis lectionum, disputationum, jejuniorum, precum, omnea longe superat (Melanchth. Y. L)

 

— 121 —

 

dni nic nie jadł ani nie pił *). Donosi o tera świadek, zasługujący na wiarę, a mianowicie Melanchton. Ztąd już wynika, co o owych bajkach, które nienawiść i nieświadomość o rzekomej Lutra niemierności wymyśliły, sądzić należy. W onym zasię czasie, o którym opowiadamy, żadnej ofiary nie uważał on za wysoką, byle tylko przez nią zostać świętym i zjednać sobie zbawienie. Może kościół rzymski nie miał nigdy pobożniejszego mnicha, nigdy może nie widziano wśród murów klasztornych tak szczerej i tak niezmordowanej gorliwości, usiłującej się o wieczne zbawienie**). Gdy Luter później wyrzekł, iż zbawienie okupić sobie nie można, to zaiste wiedział on, co mówił. Do Jerzego, księcia saskiego napisał on te słowa: „Ja zaiste byłem pobożnym mnichem, i surowiej przestrzegałem przepisów mego zakonu, niż się to da opowiedzieć! Gdyby w ogóle mógł mnich zakonnictwem swem dojść do zbawienia, to niezawodnie byłbym ja takowym. Wszyscy zakonnicy, którzy mię znali, mogą o tem poświadczyć. Gdyby to dłużej jeszcze było potrwało, to te niedosypiania, modły, posty i inne ćwiczenia byłyby mię na śmierć zmęczyły.”

                   Zbliżamy się do czasu, w którym Luter nowym został człowiekiem, i poznawszy nieprzebrana obfitość miłości Bożej stał się sposobnym do głoszenia takowej przed obliczem świata.

W zaciszu klasztornem i cnotach zakonnych nie znalazł Luter, czego szukał, a mianowicie wewnętrznego pokoju serca. On szukał tylko pewności zbawienia swego; to było najprzedniejszą potrzebą jego duszy; bez niego nie było dlań spokoju. Lecz trwoga, która go wśród świata ogarnęła, nie ustąpiła wewnątrz komórki klasztornej, owszem rosła jeszcze coraz więcej. Pod cichem sklepieniem klasztoru odbijało się tem głośniej i najcichsze serca jego westchnienie. Bóg sam go tam zaprowadził, by Luter samego siebie poznał, i przyszedł do rozpaczy nad własną siłą i własną swą cnotą. Sumienie jego oświecone światłem słowa Bożego tłumaczyło mu, co zawiera w sobie ten wyraz „święty;”  lecz trwoga zdjęła go, gdyż ani w sercu ani życiu swem nie dostrzegał urzeczywistnienia onego wzniosłego obrazu świętobliwości, który z zdumieniem w Piśmie świętem wyczytał. Smutne jest to odkrycie każdego szczerego serca! Niema sprawiedliwości na wewnątrz, nie ma jej na zewnątrz; nic innego

 

*) Et enim natura valde modici cibus et potua: vidi continuis  quatuor diebus, quum quidem recte valeret, prorsus nihil edentem aut  bibentem. Mel. V. L.

**) Strenue in studiis et exercitiis spiritualibus, militavit ibi Deo annis quatuor. Cochlaeus. I.

 

— 122 —

 

                   jedno przestępstwo, grzech i plama! ... Im żywszy był temperament Lutra, tem silniej odbijał się w nim ów ukryty ustawiczny bój natury człowieczej przeciwko temu, co jest dobre, on bój, który go niemal przywiódł do rozpaczy.

Zakonnicy i teolodzy ówcześni wzywali go, aby tak zwanymi dobrymi uczynkami uczynił zadosyć sprawiedliwości Bożej. Lecz cóż to będą za czyny, pomyślał sobie, które pochodzą serca, z jakiem jest moje! Jakże miałbym ostać się w obliczu świętego sędziego z uczynkami, które pochodzą z głębi serca

                   splamionego grzechem? „Znalazłem się,”  powiada o sobie, „wielkim grzesznikiem przed Bogiem, i wydawało mi się niemożebną rzeczą własnemi zasługami przejednać Boga!”

Przez to wszystko stał się Luter roznerwowanym, ponurym, stronił też od gminnych i śmiesznych zabaw mnichów. Ci znowu, nie mając wyrozumienia dla wewnętrznej burzy, która duszą jego miotała, patrzali nań z zadziwieniem*), i wyrzucali mu jego posępność i milczenie. Pewnego dnia, opowiada  Cochlaeus, przyszedł Luter do kaplicy podczas odprawiania mszy, i stanął smętny i strwożony na chórze pomiędzy braciszkami, żałosne wydawając westchnienia. Prawie ukląkł kapłan; zapalono na ołtarzu kadzidło, odśpiewano gloria i czytano ewangelią, gdy biedny mnich nie mogąc wewnętrznych swych  przytłumić dłużej katuszy, upadł na kolana i żałosnym zaczął krzyczeć głosem: „Nie ja jestem! nie ja jestem” **)! Zdumieli się wszyscy; przerwano na chwilę nabożeństwo. Może mniemał on słyszeć jaki zarzut, na który nie zasłużył, może chciał też oznaczyć siebie niegodnym, aby należał do liczby tych, którym Chrystus zjednał żywot wieczny. Cochlaeus opowiada, że czytano wtenczas ewangelią o niemym, z którego Jezus wygnał djabła. Być może, że, jeźli inaczej opowiadanie to spolega na prawdzie, wykrzyknik ten miał odnosić się do onego wypadku; może Luter, który i tak, jako ów niemy nie wiele mówił, chciał tem dać znać, iż milczenie jego nie pochodzi z opętania przez djabła. Cochlaeus przynajmniej opowiada, że niepokoje Lutra przypisywali zakonnicy jakiemuś potajemnemu obcowaniu z djabłem, i autor ten sam jest tegoż zdania***).

Delikatne sumienie Lutra przedstawiało mu i najmniejsze uchybienia jako wielkie grzechy. Ledwie że poznał takowy, to usiłował się od razu najsurowszem biczowaniem odpokutować

 

* ) Visus est fratribus non nihil singularitatis habere. (Cochlaeus I)

**) Quam repente ceciderit, vociferans: non sum, non sum. (Cochlaeus.)

***) Cochlaeus był jako gorliwy zwolennik papieztwa śmiertelnym wrogiem Lutra.

 

— 123 —

 

zań, przyczem coraz bardziej się przekonał, iż wszystkie ludzkie środki nie pomagają do zbawienia. „Męczyłem samego siebie aż na śmierć, szukając zaniepokojonemu sercu memu i sumieniu udręczonemu zjednać pokój z Bogiem, lecz wśród okropnej ciemności nie znajduje nigdzie pokoju.”

Ćwiczenia mniszej świętobliwości, któremi się niejedno dało uśpić sumienie, i do których Luter, w trwodze swej szukając pomocy, sam się uciekał, wydawały mu się za niedługo próżnymi środkami i wymysłami przez ludzi utworzonej i złudnej religii. „Ilekroć na mnie podczas mego zakonnego życia jakie przyszło pokuszenie, to zawsze wyznałem u siebie, że jestem zgubiony! Potem próbowałem tysiąca środków, chcąc głos serca mego zagłuszyć. Spowiadałem się co dzień, lecz im to nic nie pomogło. W głębokim pogrążony smutku męczyłem się mnóstwem różnych myśli. Otóż widzisz, powiadałem sobie, teraz znowu jesteś zazdrosny, teraz niecierpliwy, gniewliwy, i nic ci to nie pomoże, nędzny człowiecze, żeś do świętego wstąpił zakonu!”

A jednak, będąc wychowany w przesądach czasu swego, uważał Luter ćwiczenia te, które dopiero teraz poznał jako bezskuteczne, od młodości już za jedyne lekarstwo dla chorującej duszy. Cóż dało się tedy wnioskować z tego szczególniejszego odkrycia, które wśród klasztornego zrobił zacisza? Można zatem mieszkać w świątyni, i nosić w sobie starego człowieka grzechu! Szata jest inna, lecz serca nowego niema! Zawiodły go nadzieje. Czegóż się tu trzymać? Czyż istotnie wszystkie reguły i praktyki ludzkimi tylko mają być wynalazkami? Takie przypuszczenia uważał Luter to za podszepty szatana, to znowu za niezachwianą prawdę. W duszy Lutra toczył się nieustanny bój między onym świętym głosem, który się w sercu jego odzywał, i między onemi od wieków przyjętemi i uświęconemi ustawami. Młody mnich tułał się jakby istny duch po długich gankach klasztoru, w których się westchnienia jego echem odbijały. Ciało jego wychudło, siły go opuściły; leżąc na łożu wyglądał nieraz jakby umarły*).

Pewnego razu głębokim będąc przygnębiony smutkiem zamknął się w swej komórce i nie wpuścił do siebie przez kilka dni i nocy nikogo. Przyjaciel jego, Łukasz Edemberger zaniepokojony tem zdarzeniem, a to tem bardziej, iż wiedział o wewnętrznych walkach Lutra, zabrał z sobą kilku chłopców

 

*) Saepe eum cogitantem attentius de ira Dei aut de mirandis poenarum exemplis subito tanti terrores concutiebant, ut paene exauimaretur. Melanchth. V. L.

 

— 124 —

 

i poszedł z nimi do drzwi komórki Lutra. Gdy mimo dłuższego stukania nie usłyszano odpowiedzi, zaniepokoił się Łukasz tem bardziej i kazał wyłamać drzwi. — Luter leżał bezprzytomny na ziemi nie dając już ani śladu życia. Nadaremno usiłował przyjaciel przywrócić go do przytomności, Luter leżał bez po ruszenia. Nuż wzięli się chłopcy cichym głosem zaśpiewać pieśń; dźwięczny śpiew dziwnie oddziałał na mnicha, którego największą rozkoszą zawsze była muzyka; powoli powróciły mu siły, pamięć i życie*)! Lecz gdy muzyka była wstanie sprawić mu chwilową rozrywkę, to do zupełnego uzdrowienia jego potrzeba

było innego skuteczniejszego środka, a mianowicie onego cichego i łagodnego głosu Ewangelii, która jest głosem Bożym. Czuł: to Luter dobrze, a dla tego stały mu się troski i obawy jego powodem nowego i gorliwego zajmowania się pismami apostołów i proroków**).

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1