II.
Bilney. — Tyndale. —
Fryth.
Gdy nad Anglią szalała burza, której huk najbardziej się w długich
korytarzach klasztorów odbijał, o tym samym czasie dochodził łagodny szelest
Ewangelii do spokojnego zacisza mężów modlitwy, dziwne budząc życie wewnątrz
murów wszechnic Oxfordu i Cambridge. W pokojach, w salach, refektarzach
napotykano nauczycieli i studentów z Nowym testamentem w ręku, rozmawiających o
źródle i zasadach reformacji. Jedni powiadali, że Chrystus przyszedłszy na
świat, dał nam słowo, a odchodząc do nieba zesłał Ducha swego; słowem tedy i
duchem powstał kościół Chrystusów, a zatem przez słowo i ducha Chrystusowego
powinien się odnowić. Nie, rzekli inni, owszem kościół przez słowo apostołów
powstał, następcami apostołów zaś są księża, oni więc mają prawo rządzić
kościołem i stanowić jego naukę. Te dwie zasady ścierały się z sobą, aż w końcu
pierwsza z nich odniosła zwycięstwo.
Na wszechnicy miasta Cambridge poświęcał się naukom prawa kościelnego
pewien młody magister, usiłując się oraz jak najsumienniej wszystkim rozkazom
zakonu Bożego zadosyć uczynić; ale im więcej się usiłował, tym bardziej
przychodził do przekonania, że myśli serca człowieczego złe są od młodości
jego. Nie wiedząc, gdzie szukać spokojności, uciekał się do duchownych,
upatrując w nich od Boga postanowionych lekarzy dusz ludzkich. Z wybladłym
obliczem i okiem spuszczonym do ziemi widywano nieraz Tomasza Bilney — tak
nazywał się magister — gdy klęczał u konfesjonału wyznając spowiednikowi
grzechy swoje, nawet takie, o których nie wiedział, czy rzeczywiście są
grzechami. Tam polecono mu, aby ciało swoje postami i niedosypianiem katował,
radzono, aby drogie kupował odpusty i kosztowne opłacał msze. Biedny magister
wszystkich wymienionych środków próbował; wycieńczył swoje siły, osłabił umysł,
wypróżnił kieszeń — ale spokoju serca jednak nie odzyskał. „Ach, teraz
nędzniejszym jestem niż przedtem,” narzekał biedny. Niekiedy powstała w sercu
jego myśl, czy też może księża nie pamiętają więcej o sobie, niż o swych
owieczkach, ale podobne myśli od razu tłumił w sercu, nie dając im przystępu do
siebie.
Pewnego dnia doszła uszu jego wieść o jakiejś nowej księdze, o greckim
testamencie Erazma i łacińskim jego przekładzie. Wytrawny język księgi, o
którym mu opowiadano, nie zaś boska jej treść, obudził w sercu magistra
życzenia takowej, ale bał się, aby przez to nie zgrzeszył. Spowiednik
oświadczył mu, iż wszystkie kacerstwa z greckich i hebrajskich ksiąg pochodzą,
a w szczególności przedstawił Nowy testament Erazma jako księgę dla zbawienia
duszy wręcz niebezpieczną i zgubną. Bilney zaniechał swego zamiaru. Ale
pierwotna myśl znowu powróciła i nie mogąc ciekawości swej przezwyciężyć, udał
się po kryjomu na miejsce, gdzie Nowe testamenty sprzedawano, kupił takowy i
powróciwszy do domu, jakby na zbrodniczym jakim znalazł się uczynku, zamknął za
sobą drzwi i otworzył księgę. Oko jego trafiło prawie na wyrok 1 Tym. 1, 15:
„Wierna jest ta mowa i wszelkiego przyjęcia godna, iż Jezus Chrystus przyszedł
na świat, aby grzeszników zbawił, z których jam jest pierwszy.” Bilney zawarł
księgę i na bok ją odłożył. „Jak to?” mówił u siebie, „apostoł pierwszy z
grzeszników, a przy tym tak pewien zbawienia?” Wejrzał znowu w księgę, te same
czytając słowa, czytał je po raz drugi i trzeci, aż treścią ich uniesiony
zgłębi serca westchnął: „Ach, jak słodkie, jak niebiańskie jest to słowo!”
Wydawało mu się, jakby osobno dla niego było napisane, a Duch Boży mu je
tłumaczył. Sam nie wiedział, co się z nim dzieje, ale duszy jego było tak
słodko, tak błogo, jak gdy kropla dżdżu na wyschniętą padnie ziemię, jak gdy
wśród słonecznego skwaru chłodny wietrzyk skronie wędrowca owionie. Zdawało mu
się, że jakiś nieoceniony nabył skarb. Stało się, jak powiedział Pan o Duchu
pocieszycielu, „że z mego weźmie, a wam opowie.” — „I ja jestem jak apostoł
Paweł, ba daleko więcej niż on pierwszym z grzeszników,” westchnął wzruszony
Bilney, „ale Chrystus zbawia grzeszników. Teraz się dopiero o Jezusie
dowiedziałem.”
Wszystkie jego wątpienia minęły, dusza magistra czuła się być ocaloną.
Odtąd jakby się na nowo narodził; serce pląsało od radości, o której nic dotąd
nie wiedział, sumienie trapione grzechami przestało się trwożyć, minęła rozpacz
a do duszy powrócił pokój, który przewyższa wszelki rozum ludzki. „Tak jest,”
powtarzał Bilney, „Jezus Chrystus zbawia grzeszników.” Oto zasadnicza prawda
reformacji, w tym określona zdaniu, że „Jezus Chrystus a nie kościół człowieka
zbawia.” „Teraz dopiero poznaję,” rzekł
magister, „że wszystkie posty, niedosypiania, pielgrzymki, opłacania odpustów i
mszy nie do zbawienia mię wiodły, ale do zguby.”
Od tej chwili nie mógł się Bilney od Nowego testamentu oderwać. Obmierził
sobie, zbrzydził nauki scholastyków, a natomiast usiadłszy w duchu u nóg
Chrystusowych pochłaniał słowa jego, czując w głębi duszy, że to prawdziwie są
słowa żywota wiecznego. Ta sama niebieska potęga, która niegdyś apostoła Pawła,
Apollosa, Tymoteusza do służby swojej powołała, przysposobiła sobie obecnie w
Anglii narzędzie do wykonania woli swojej, i przez nie rozpoczęła reformacją.
Bilney stał się członkiem ciała Chrystusowego, nie przez kapłańskie święcenie
ale przez wewnętrzne powołanie i przysposobienie z góry.
Lecz nie sam jeden stanąć miał do boju, Opatrzność Boska zjednała mu
pomocników. Nad brzegami rzeki Severne w pobliżu miasta Glocester, mieszkała
wśród wiejskiego zacisza w drugiej połowie 15. wieku pewna szlachecka rodzina,
znalazłszy tam pod przybranym nazwiskiem w czasach wojen domowych spokojny
przytułek. Prawdziwe imię rodziny było
Tyndale. W skromnym domu Tyndalów urodził się r. 1484, a więc w rok po
narodzeniu Lutra, syn, którego we chrzcie świętym nazwano Williamem. Lata
dziecinne spędziło pacholę na kwiecistych niwach otaczających Severne, gdzie mu
piękność przyrody opowiadała o Bogu wielkim i w łasce obfitym. Ale niedługo
było tej swobody, ojciec przekonawszy się o nadzwyczajnych zdolnościach
umysłowych Williama, wyprawił go w bardzo młodym wieku na wszechnicę miasta
Oxfordu, gdzie u nóg pierwszych nauczycieli kraju zasiadał. Toteż nadzwyczajne
w naukach robił postępy i w bardzo młodym wieku wszystkie stopnie akademickie
uzyskał. Ale oprócz ziemskich nauczycieli znalazł jeszcze innego, wyższego,
którym był Duch Boży. Między nauczycielami wszechnicy dużo było zwolenników
Erazma; nie dziw tedy, iż grecki Nowy testament nadzwyczajnego doznawał tam
wzięcia. Nauczyciele i uczniowie czytali go z zapałem. Młody Tyndale dostał go
także do ręki, ale po pierwszym wrażeniu nie było się można jakiegoś
nadzwyczajnego zamiłowania do słowa Bożego spodziewać. Tyndale zaznajomiwszy
się z treścią testamentu, uważał go więcej za zbiór pięknych chrześcijańskich
nauk, niby za rodzaj książki do nabożeństwa, która w czytelniku rozmaite budzi
uczucia. Ale im więcej czytał, tym bardziej tajemnicza jakaś siła na serce jego
oddziaływała, tym wyraźniej tajemniczy jakiś do duszy jego przejawiał głos.
Księga ta opowiadała o Bogu, o Chrystusie, o nowym narodzeniu, a to z taką
prostotą i siłą tak przekonywającą, że słowom jej nie umiał się oprzeć. Bóg sam
do swojej powołał go szkoły. Tyndale nie mógł skarbu, jaki znalazł, zachować
dla siebie, owszem połączywszy się z kilkoma przyjaciółmi, razem z nimi wyroki
objawienia Bożego czytał i nad mmi się zastanawiał. Między nauczycielami i
uczniami wszechnicy nowy jakiś niebiański zapanował duch, wynikający z
bliższego badania Nowego testamentu.
Niedługo atoli trwał czas tak spokojnego zasiewu, bo prądy słowu Bożemu
przeciwne niebawem zaczęły się budzie. Duchowni i zakonnicy wydali okrzyki
przerażenia, że jakieś nowe kacerstwa powstają, że mężowie nauki jakieś greckie
księgi czytają, zarażając umysły trucizną, którą stąd czerpią. Wskutek
powyższego przeciwieństwa opuścił Tyndale wszechnicę Oxford u i udał się do
Cambridge. Taka była rada Najwyższego, aby umysły sprzyjające słowu Bożemu i do
pracy w winnicy Pańskiej powołane, na jednym skupiły się miejscu.
Tymczasem i Tomasz Bilney nie próżnował, owszem poznawszy prawdę
objawienia Bożego upadł na kolana, modląc się: „Panie Boże, który jesteś
prawdą, udziel mi siły do nauczania i nawróć niezbożnych przez tego, który sam
był bezbożnym.” Po modlitwie wstąpiła do serca jego nowa otucha i siła, oko
jego wewnętrznym jaśniało zapałem. Zebrał koło siebie grono przyjaciół,
otworzył księgę Nowego testamentu i wskazując na słowa, które tak cudownie na serce
jego oddziałały, przeczytał takowe przed nimi. Na kilku z nich wywarły one
zupełnie podobne wrażenie i te same wydały owoce. Gdy się to działo, przybył
prawie Tyndale do Cambridge i od tej chwili pochodnia Ewangelii tym świetlej
zajaśniała.
Między studentami królewskiego kolegium słynął z czystości obyczajów i
nadzwyczajnych zdolności umysłowych pewien młodzieniec, imieniem Jan Fryth.
Był on synem ubogich rodziców. Bystry jego rozum przezwyciężał wszystkie
trudności naukowe szczególnie na polu matematyki, przy czym jednak nie brakło
duszy jego polotu wyższego, nie brakło onego pragnienia serca, które jedynie
prawda objawienia Bożego zaspakaja. Toteż czytanie Nowego testamentu jakby nowy
świat przed nim otworzyło. „Prawdy te nie dadzą się udowodnić rozumem jak
zasady matematyki, owszem objawienie Boże sprzeciwia się pojęciom rozumu
ludzkiego, aż Duch Boży opór ten zwycięży. Chrześcijaństwo jest nowym
narodzeniem.”
Bilney, Tyndale i Fryth poznali się nawzajem i połączyli z sobą na
fundamencie wiary Chrystusowej, i nie troszcząc się wiele o zewnętrzne obrządki
kościoła nauczali, że człowiek jedynie przez wiarę odpuszczenia grzechów
dostępuje, tudzież że ona żywa wiara oczyszcza serce i na świątynię Ducha Bożego
przemienia. Co zaś najbardziej gorszyło mnichów, była ta okoliczność, iż zawsze
odzywali się słowami Chrystusowymi. „Jeśli się kto nie narodzi znowu, nie może
widzieć królestwa Bożego.” Wskutek tej niesłychanej dotąd nauki nie mały
wszczął się rozruch. Pewnego razu wstąpił jakiś słynny kaznodzieja na ambonę,
postanowiwszy sobie za zadanie, twierdzenia zwolenników Nowego testamentu w
niwecz obrócić. „Jak to,” zawołał, „alboż ty, co może przez 60 lat życia
tarzałeś się w grzechu jak wieprz w błocie, chciałbyś naraz w jednym roku tyle
kroków postąpić ku niebu, ile ich dotąd ku piekłu zrobiłeś?” Bilney wyszedł z
kościoła pełen oburzenia. „A więc to tak każą pokutę w imieniu Chrystusowym? Co
ten kapłan powiedział, znaczy prawie tyle, ile, że Chrystus nikogo zbawić nie
chce. Biada nam, że taką naukę od wieków głoszono, a nikogo nie było, co by
przeciw niej zaprotestował.” — Niektórzy nauczyciele wszechnicy oburzyli się
na Bilney'a, dlaczego tak przeciw nauce wyświęconego kapłana wystaje? Ten zaś
odparł: „Cóż pomoże, choćby tysiąc razy był wyświęcony, gdy wewnętrznego
powołania nie ma. Tchnienie biskupa nic nie pomoże, jeśli Duch Święty serca nie
natchnie.” To rzekłszy poszedł do domu i zamknąwszy siebie w pokoju upadł na
kolana i modlił się do Boga o pomoc dla kościoła: „Nowy czas się zbliża;
chrześcijańskie społeczeństwo się odrodzi; idzie do nas, ja widzę, ja słyszę
go, idzie Jezus Chrystus. On król nasz, on sobie sam przysposobi sługi i ludowi
swemu da Ewangelią.”
–––––––––– • ––––––––––