III
Man. — Męczennicy
miasteczka Coventry. — Standish. — Zamiary Wolsey’a.
Podobne oznaki budzącego się życia ewangelicznego nie uszły uwagi
duchowieństwa, które będąc z zewnętrznymi obrządkami kościoła zupełnie
spokojne nie życzyło sobie takiego chrztu z Ducha Bożego. Toteż na wszystkich szczeblach hierarchii
odezwały się jakby na skinienie okrzyki gniewu i oburzenia. Na razie jednak nie
uderzono jeszcze na nauczycieli wszechnicy, owszem nienawiść duchowieństwa
dała się najprzód uczuć tym cichym i wśród ludu ukrytym zwolennikom nauki
Wiklefa, których Lollordami zwano. Liczba ich bardzo stała się szczupłą.
Żył w Oxfordzie niejaki wyrobnik imieniem Man, którego dla podziwienia
godnej znajomości Pisma żartem przezwano Doktorem Man. Roku 1511 wrzucono go do
więzienia, wzięto na tortury i tym sposobem udało się wymóc na nim odwołanie,
którego jednak potem z całego serca żałował. Uwolniwszy się z więzienia udał
się Mnń do wschodnich okolic Anglii, gdzie z pracy rąk swoich żyjąc wszelkiej
użył sposobności, aby między ludem znajomość prawd Ewangelii rozpowszechniać.
Później udał się do stolicy kraju z żoną swoją, jak niegdyś Akwila z Pryscyllą
i tam głosił Ewangelią o Chrystusie gdzie i jak mógł, w prywatnym mieszkaniu,
na pewnej od miasta odległej łące i w cienistych zaroślach lasu Windsor. Lud
zbiegał się gromadami na te nabożeństwa. Man twierdził równie jak niegdyś
Chryzostom, że nie wszyscy duchowni są świętymi, ale że wszyscy święci są
kapłanami Bożymi. Każdy, który w sercu swym wyroki Boże składa, ma Pana Boga,
i ta jest prawdziwa jego obecność. Kazaniem swym nawrócił Man mnóstwo ludzi do
Pana. Nic dziwnego, że się zakonnicy ogromnie nad tym gorszyli i wszystkich
podobnych kaznodziei ludowych prześladowali. Na nauczycieli wszechnicy nie
odważyli się jeszcze uderzyć. Mana jednak pojmano, osądzono na śmierć i dnia
29. marca 1519 żywcem na stosie spalono.
W miasteczku Coventry żyła gromadka pobożnych dusz, pięciu szewców, jeden
rękawicznik, jeden pończośnik i pewna wdowa imieniem Smith, która dzieci swoje
po chrześcijańsku wychowywała. Takiej zuchwałości nie mogli pojąć duchowni i
kazali wszystkich razem wrzucić do więzienia. „Pokażcie no,” rzekł ksiądz
Stafford do dzieci, „jakich to kacerstw was wyuczono.” Przestraszone dzieci
zeznały, iż umieją po angielsku „Ojcze nasz,” „Wierzę” i „Dziesięcioro
przykazań Bożych.” „Pod karą spalenia na stosie wam zakazuję, abyście nigdy
Ojczenasza, Wierzę i Dziesięcioro przykazań w angielskim języku nie zmawiały,”
krzyknął duchowny. W pięć tygodni
później osądzono wszystkich pojmanych na spalenie, tylko wdowę ułaskawiono
przez wzgląd na sieroty. Było to w nocy, sierżant biskupa odprowadzał ją do
domu. W drodze podał jej rękę, idąc ciemnymi uliczkami miasteczka. „Cóż to?”
odezwał się naraz; „ja coś słyszę; co to masz u siebie?” I rzeczywiście słyszał
jakby szelest zmiętego kawałka papieru. Odsunąwszy rękę sięgnął do rękawa wdowy
i wydobył z niego kartkę pergaminu. Podszedłszy do latarni obejrzał ją przy
świetle i ujrzał wypisane: Dziesięcioro przykazań, Ojcze nasz i Wierzę w angielskim
języku. „Ha, łotry,” krzyknął sierżant, „natychmiast do więzienia!” Stawiono
wdowę przed biskupa, ten wydał wyrok śmierci, i dnia 4. kwietnia 1519
wyprowadzono onych sześciu razem z wdową Smith na miejsce spalenia za to iż
dzieci swoje pierwiastków katechizmu uczyli.
Zawarły się wargi wyznawców Ewangelii wśród ludu, ale nie tak łatwą było
w niwecz obrócić świadectwo, jakie Nowy testament Erazma wydawał.
Sprzymierzeńcy Lee rozpoczęli swą działalność. Na czele ich stanął biskup
Standish, wielkiej gorliwości staruszek, ale prawie żadnej nie mający nauki.
Ten wystąpił w kościele świętego Pawła z kazaniem, na którym całe przełożeństwo
miasta było obecne, w rzewnych wzywając słowach, aby rada miasta i rząd
zlitowali się nad religią Jezusa Chrystusa, której Nowy testament Erazma ostateczną
gotuje zgubę. Standish nie ograniczył się do skarg ogólniejszej treści, ale
usiłował się prawdę twierdzenia swego z tekstu testamentu udowodnić, i tak się
przy tym ośmieszył, iż zupełnie bredniami swymi zatarł wrażenie, które powaga
jego osoby tu i ówdzie wywarła. Nie wskórawszy tedy nic, z innej postanowił
korzystać sposobności. Pewnego dnia obchodzono u dworu zaręczyny dwuletniej
córki króla, Maryi, z prawie co narodzonym synem króla Francji. Wśród licznego
zgromadzenia arystokracji huczna panowała wesołość, gdy w tej chwili występuje
biskup staruszek, pada królowi do nóg i w te odzywa się słowa: „Przodkowie
Twoi, wszechpotężny królu, którzy na tej wyspie panowali, jako też i Twoi,
Najjaśniejsza królowo, panując nad Aragonią, zawsze słynęli z gorliwości dla
kościoła i wiary. Teraz wam pora pokazać przed światem, że godnymi ich dziećmi
jesteście. Niebezpieczne bowiem nastały czasy; wyszła księga, a Erazm ją wydał,
księga, która religii chrześcijańskiej śmiertelny zada cios, jeśli jej
przystępu do ojczyzny naszej nie wzbronicie.” Nastała chwila milczenia.
Standish wiedząc, że król serdecznie sprzyja naukom, podniósł oczy w górę,
wzniósł ręce ku niebu i zawsze jeszcze klęcząc z głębi serca westchnął: „Ach,
Chryste Panie, Synu Boży, Ty sam oblubienicą swą ocal, bo między ludźmi niema
nikogo, co by jej dopomógł.”
Prałat powstawszy na nogi, czekał co król odpowie. Oczy wszystkich
zwróciły się na Henryka, chcąc mu z twarzy odpowiedź wyczytać. Morus atoli,
nie chcąc przyjaciela swego Erazma opuścić, zabrał głos pytając: „Jakie to
kacerstwa księga ta zawiera?” Prałat zaczyna wyliczać na palcach; po pierwsze,
powiada, obala naukę o zmartwychwstaniu, po drugie obala sakrament małżeństwa,
a po trzecie sprzeciwia się mszy. To rzekłszy trzymał trzy palce lewej ręki
wzniesione do góry, na dowód trzech okropnych kacerstw, które niby Nowy testament
zawiera.
Królowa dewotka zadrżała na same wspomnienie takiego kacerstwa; król
Henryk sam, będąc zwolennikiem nauki Tomasza z Akwinu, nie wiedział co począć.
Wtem ozwało się kilku przyjaciół Erazma: „Dowiedź, dowiedź, że się tak rzecz
ma!” — „Zaraz dowiodę,” odpowiedział biskup, i takie zaczął gadać brednie,
takie opowiadać niedorzeczności, iż nawet kobiety spuściły oczy do ziemi, bo
im wstyd było staruszka. W końcu zaczął bajać o listach apostoła Pawła, że były
napisane po żydowsku a nie po grecku, jak je Erazm wydał, tak iż król sam
zwrócił rozmowę na inne przedmioty, aby upokorzeniom biskupa położyć koniec.
A zatem Standish nie wskórał nic. Na miejscu jego atoli
niebezpieczniejszy wystąpił szermierz do walki przeciw reformacji, chcąc
zwyciężyć takową nie tylko w Anglii, ale na całym zachodzie. Szermierzem tym
był arcybiskup Wolscy, sekretarz korony i legat papieża, ów mąż, który w
państwie i kościele królewską prawie i niczym nie ograniczoną wykonywał
władzę. Synowi prostego rzeźnika z Ipswich nie dosyć było na tym, że najwyższe
dostojeństwo kościoła Anglii otrzymał, że go papież kardynałem mianował, że
został powiernikiem króla i zupełne zaufanie jego posiadając nieograniczony
wpływ na sprawy wywierał, nie dosyć, że mu cesarz i królowie Europy schlebiali,
obcując z nim, jakby z równym sobie, nie dosyć nawet iż mu tytuł „majestatu”
nadano; nienasycona duma Wolsey'a jeszcze wyżej dążyła. Wszystkie wymienione
godności były w oczach jego tylko szczeblami do najwyższej godności wśród
chrześcijaństwa — do stolicy Piotrowej. Jemu się zdawało, że Opatrzność Boska
chyba na to zesłała Lutra, aby Wolscy miał kogo pokonać. Serce człowieka jest
małe, a jednak trudno da się zaspokoić. Kiedy w duszy Wolsey'a owe zamiary
powstały, nie da się ściśle określić, dosyć na tym, że koło roku 1518 pierwsze
ich ślady znajdujemy. Dnia 18. grudnia nadmienił poseł angielski przy dworze
francuskim poufnie królowi Franciszkowi I., że „kardynał o wielkich rzeczach
rozmyśla, z których jedynie Jego Królewskiej Mości zwierzyć się ośmiela.” Król
zrozumiał o co chodzi. Okoliczności sprzyjały zamiarom kardynała. Sędziwy
cesarz Maksymilian umarł, o najwyższą koronę zachodu ubiegali się trzej
współzawodnicy, a mianowicie król hiszpański Karol I., król Francji Franciszek
I. i król Anglii Henryk VIII. Wolsey liczył tak: „Jeśli Pan mój zostanie
cesarzem, to nietrudno będzie mu wynieść kanclerza i przyjaciela swego na
stolicę Piotrową, jeśli zaś przepadnie, to także nieźle, bo przynajmniej w tym
znajdzie satysfakcję, gdy minister jego zostanie papieżem.”
Henryk VIII. usiłował się zbadać myśli Franciszka względem korony
cesarskiej i wyprawił do niego posła, Tomasza Boleyn. Król francuski wiedząc o
co chodzi i nie chcąc posła dopuścić do słowa, ustąpił z nim do osobnego pokoju
i rzekł: „Kilku elektorów ofiarowało mi koronę cesarza; ja liczę na to, iż ze
strony Waszego pana znajdę poparcie.” Boleyn w kłopotliwym znalazł się
położeniu, w tym celu bowiem przyjechał, aby sprawę pana swego popierał; ale
Franciszek nie dał mu czasu do odpowiedzi, pożegnali się w końcu, niezachwianą
ślubując sobie przyjaźń nawzajem.
Franciszek wiedział, iż dla zapewnienia przyjaźni Henryka koniecznie
trzeba pozyskać kardynała. Wspomniał sobie także, co mu niedawno przedtem poseł
angielski o zamiarach Wolsey’a wyjawił. Dla tego rzekł do Boleyn'a: „Brat mój,
król Anglii i ja moglibyśmy naprawdę dla kardynała nieco uczynić; to pewne, że
go Bóg do wielkich rzeczy w kościele przeznaczył.” Innego razu znowu rzekł
Franciszek do posła: „Napiszcie kardynałowi, iż w razie, gdyby się obecnie
panującemu papieżowi coś ludzkiego przydarzyło, z mojej strony na 14
kardynalskich głosów liczyć może. Byle tylko Pan wasz jednej był ze mną myśli,
to przysięgam, że bez naszego zezwolenia nikt w Europie papieżem ani cesarzem
nie będzie.”
Ale właśnie Henryk nie był jednej myśli z Franciszkiem. Idąc za radą
kardynała popierał w Paryżu sprawę Franciszka, w Madrycie sprawę Karola, a we
Frankfurcie na własną rzecz działał. W końcu przepadli obydwa, Henryk i
Franciszek, korona cesarza dostała się Karolowi. Poseł angielski powróciwszy z
Frankfurtu opowiadał o bajecznych sumach, które Karol hiszpański zapłacił, na
co Henryk z udaną odezwał się radością: „Chwała Bogu, że mię ta droga korona
minęła.” Wolsey zaś urządził nabożeństwo dziękczynne tudzież oświetlenie całego
miasta, za to, że Bóg króla jego od tej drogiej korony uchronił.
Kardynał rzeczywiście miał powód do radości. Karol osiadłszy na tronie
rozpoczął wojnę z Franciszkiem I. i obaj monarchowie ubiegali się o przyjaźń
Henryka VIII. Najprzód zjechał Karol do Anglii, udając, że przybył odwiedzić
ciocię i wuja, potem nastąpiło spotkanie Henryka z Franciszkiem w mieście
Calais. Obydwa mocarze nie szczędzili pochlebstw kardynałowi, za co on obydwom
uprzejmie dziękował. „Dla króla Hiszpanii, będącego oraz cesarzem niemieckim,
jest fraszką postarać się, aby tron papieski według jego myśli obsadzono.”
Można sobie wyobrazić, jak głęboko się Wolsey na te słowa ukłonił cesarzowi,
oświadczając się do wszelkich usług gotowym. Przy sposobności spotkania
monarchów w Calais tak samo przymilał się do Franciszka i z tym samym zapałem
na cześć jego sam osobiście śpiewał mszę. Rękę trzyletniej księżniczki
przeznaczył równocześnie dla francuskiego następcy tronu i dla cesarza Karola V.,
pozostawiając spokojnie czasowi, jak kiedyś sprawę rozstrzygnie. Tak wszystkie
przygotowawszy plany powrócił spokojnie do pałacu swego w Londynie, słodkim
oddając się marzeniom o przyszłości. Stolica Piotrowa nie mogła go minąć, a
gdyby mimo wszystko potrójna korona jeszcze za wysoką się okazała, to byli w
Anglii niejacy „ewangelicy”; na tych można w danej chwili uderzyć, przelewem
kacerskiej krwi zasługi swoje około kościoła powiększyć a tym samem zapewnić
sobie widoki do tronu papieskiego.
–––––––––– • ––––––––––