XI
Próby
pośredniczenia. – Komisje. – Melanchton ulega. – Nowe próby.
Odtąd
zaczyna się trzeci oddział rokowań sejmu. Najprzód nie wiedziano, jak się jąć
sprawy, potem nastąpiły groźby, a teraz próbowano pośredniczenia. Z tej strony
niemałe groziło reformacji niebezpieczeństwo. Rzym widząc się pozbawionym
miecza, zastawił sieci, udając życzliwość i przyjaźń, którą by odzyskał
zwycięstwo.
Dnia
16. sierpnia zebrała się po pierwszy raz komisja na posiedzenie, w której skład
wchodzili ze strony katolików Henryk, książę Brunświku, biskup Augsburga,
kanclerze biskupów Bazylei i Kolonii, a nareszcie Eck, Kochleusz i Wimpina, ze
strony ewangelików zaś margrabia brandenburski, elektorowicz saski, kanclerze
Bruck i Heller, Melanchton i Brenc.
Rozprawy
rozpoczęto na podstawie Konfesji Augsburgskiej, a strona katolicka nadzwyczaj
okazywała się pojednawczą, zgadzając się prawie na wszystkie nauki Konfesji z
wyjątkiem sześciu czy siedmiu artykułów. Zastanawiano się trochę nad nauką o
grzechu pierworodnym, ale niedługo, bo ewangelicy przyznali, że chrzest winę
grzechu gładzi, katolicy zaś, że i po chrzcie pozostaje w człowieku zła żądza,
z której się wszelki grzech rodzi. Rozmawiano o spowiedzi: ewangelicy utrzymywali,
że nie jest podobną rzeczą wszystkie grzechy swoje spamiętać i wyznać na
spowiedzi, w czym im nawet Eck przyznał słuszność.
Chodziło
jeszcze tylko o trzy nauki. Doktorowie rzymscy twierdzili, że do pokuty
potrzeba trzech rzeczy, mianowicie: skruchy, wyznania grzechów i
zadośćuczynienia za takowe. Na zadośćuczynienie nie mogli się ewangelicy
zgodzić, katolicy zaś widząc, iż na tej zasadzie opierają się odpusty, nauka o
czyśćcu i inne tym podobne praktyki i zdania, żadną miarą w tym względzie
ustąpić nie chcieli; przyznali wprawdzie, że ćwiczenia przez spowiednika zadane
winy nie zgładzą, lecz utrzymywali, że do odpuszczenia kary niezbędnie są
potrzebne.
Drugim
punktem spornym były modły do Świętych Pańskich, trzecim zaś i najważniejszym
była nauka apostoła Pawła o usprawiedliwieniu za darmo z łaski Bożej przez
wiarę w Chrystusa Jezusa. Teologowie rzymscy użyli najrozliczniejszych argumentów,
aby tę naukę obalić, a znowu ewangelicy trzymając się słowa Bożego, ani o włos
od niej nie odstępowali.
Gdy
powoli oba stronnictwa zbliżały się do siebie, zdawało się, że może w końcu
porozumienie nastąpi. Nie ulegało wątpliwości, kto na tym skorzysta; strona
katolicka ustępowała na pozór, spodziewając się, że przy sposobności wszystko
na powrót odzyska, ewangelicy zaś nie opatrzyli się, dokąd ich prowadzono.
Wszystko zdawało się jak najlepiej układać, obawiano się jedynie landgrafa.
“On nie wie o tym, żeśmy się zgoła ugodzili,” powiadali ewangelicy. “Może być,
że już wojsko zaciąga; trzeba go więc na powrót zwabić do Augsburga, aby był
świadkiem porozumienia między nami.” W tym celu wybrał się dnia 18. sierpnia
Henryk, książę Brunświku do landgrafa, a miejsce jego w komisji zajął książę
Jerzy.
Od
pierwszej części Konfesji przeszli do drugiej, w której ocenione są zniesione
nadużycia. Teologom rzymskim trudną było na tym miejscu robić ustępstwa, bo by
to hierarchii uwłaczało. Mimo to zgodzili się na niektóre, ale tylko w tym
celu, aby nawzajem jak najwięcej od ewangelików odzyskali. “Jego Świątobliwość
i Jego Cesarska Mość gotowi są zezwolić, aby tam, gdzie to weszło we zwyczaj,
aż do przyszłego soboru Wieczerzę Pańską pod obiema postaciami pożywano.
Również gotowi są przez wzgląd na żony i dzieci żonatych duchownych zezwolić,
aby takowi aż do przyszłego soboru obowiązki stanu duchownego pełnili; potem
będzie sposobność zastanowić się nad sprawą, czy nie lepiej, jak było na
początku, zgodzić się znów w zasadzie na małżeństwo duchownych. W końcu nie
mają nic naprzeciw, jeśli kto mszę świętą jedynie za pamiątkę męki i śmierci
Chrystusowej lub za prostą ofiarę pamiętną uważa.” Nie ma co mówić, ze strony
katolików były to ustępstwa nie lada. Ale też w zamian za to niemałych rzeczy
żądano. Takowe odnosiły się do spraw zarządu kościoła. Duchowieństwo
katolickie gorszyło się, że świeckie książęta w sprawach kościelnych orzekają,
a wśród samych ewangelików także się podobne zdania objawiały. Nie dziw więc,
że ewangelikom przedstawiono wniosek, aby się władzy biskupów poddali, co w dalszym
ciągu rzeczy znaczyło tyle, jak poddać się papieżowi. Sam Melanchton był gotów
naczelną władzę papieża uznać, ale tylko według prawa ludzkiego, nie boskiego.
Książęta będące pod wpływem teologów, nie wiedziały co robić. Reformacja weszła
na drogę pochyłą i nie bez przyczyny się obawiano, aby na niej nie upadła.
Skoro bowiem ewangelicy w zewnętrznych sprawach poddadzą się papieżowi, to on i
w sprawach nauki nad nimi zapanuje.
Podobne
obawy powszechnie się między ludem ewangelickim objawiały. Mieszczanie
Augsburga mówili, ze wolą umrzeć z Chrystusem, niż bez niego u całego świata
być w łaskach. Najbardziej zaś oburzył się Luter, dowiedziawszy się, że
wspaniała budowa, której Bóg przezeń dokonał, łatwowiernością Melanchtona
prawie do upadku zesłała doprowadzoną. W ten sam dzień napisał Luter aż pięć
listów pełnych wiary i męstwa; pisał do elektora, Melanchtona, Spalatyna, Jonasza,
i Brenca. “Boleśnie mię dotknęło, gdym usłyszał, żeście szczególniejszej
podjęli się pracy, chcąc Lutra i papieża ze sobą pogodzić. Papież trudno wasze
chęci pochwali, a ja po prostu powiadam: nie! Jeśli wam się uda obydwóch wbrew
ich woli pogodzić, to ja także według przykładu waszego Chrystusa i Beliala z
sobą pojednać spróbuję. Ja wiem, że na świecie pełno jest krzykaczy, którzy
nauki o usprawiedliwieniu z wiary nienawidzą i takową przyćmić usiłują. Niech
was to wcale nie dziwi, bo wrogowie do niczego innego nie dążą. Ale wy nie
przestawajcie prawdy Bożej bronić, bo prawie ta nauka jest ona piętą, co
odwiecznemu wężowi potrze głowę. (1 Mojż. 3, 15.). — Go się zaś poddania pod
władzę biskupów tyczy, to ja mówię wam, miejcie się na pieczy. Oni będą ustępstwa
wasze coraz dalej i dalej rozciągać a swoje przyrzeczenia natomiast coraz
bardziej i bardziej ścieśniać, aż w końcu stanie się z Ewangelią zupełnie tak,
jak do nie dawna było. Wszystkie wasze układy na nic się nie zdadzą, chyba żeby
się papież sam na zniesienie papiestwa swego zgodził. — Ciekawy to powód, gdy
przeciwnicy nasi powiadają, że poddanych swych nie mogą w posłuszeństwie
utrzymać, i po nas żądają, abyśmy poświadczyli, że prawda po ich jest stronie.
Przecież Bóg nie na to słowo swe objawił, aby przeciwnicy słowa jego według
własnego upodobania ciemiężyli narody. — Niech sobie krzyczą, jakobyśmy cały
kościół potępiali, nie! my tego nie czynimy, ale oni potępiają całe słowo Boże,
które więcej znaczy niż kościół.”
Do
Jonasza napisał Luter: “Ja ci piszę, a przez posłuszeństwo wasze dla Jezusa
Chrystusa uwierzcie mi, Campeggio to istny chytry i potężny wąż. Nie mogę
wypowiedzieć, jak bardzo mię żądania i warunki wam podane oburzyły. To jasna
jak na dłoni, Campeggio i papież postanowili spróbować najprzód środków
przemocy, a gdyby te nie skutkowały, to potem użyć podstępu. Próby przemocy i
gróźb przebyliście szczęśliwie, teraz przyszła kolej na podstęp. Bądźcież więc
mężnymi, nie ustępujcie w niczym, czego wam wyraźnie z Pisma świętego nie udowodnią.
Gdybyście jednak, od czego niech was Pan Jezus uchowa, wbrew wyraźnej nauce
Ewangelii jakie ustępstwa poczynili i onego orła Bożego w worku zamknęli, to
bądź przekonanym, że Luter znów wystąpi i świetnie go wypuści na wolność. To
się pewnie stanie, jak prawdziwie mi Chrystus dopomoże.”
Listy
Lutra jednak prawie w niczym rzeczy nie zmieniły. Melanchton prowadził sprawę w
taktem będąc zaślepieniu, że ani na Lutra, ani na głos ludu nie zważał. “Nie
godzi się,” rzekł magister, “abyśmy na krzyki ludu zważali; powinniśmy przede
wszystkim przyszłość i pokój mieć na oku. Lepiej uznać władzę biskupów i poddać
się, niż aby nas przyszłe pokolenia przeklinały, żeśmy się stali przyczyną
rozerwania w kościele.” Słowa Melanchtona do niejednego przemawiały serca i
mimo głosów przestrogi, omal że nie rzuciła się reformację w objęcia Rzymu.
Jeszcze jeden lub dwa kroki, i już byłaby pogrzebaną. Karol widząc na co się
zanosi, ani jednym ostrzejszym słówkiem przyjaźni tej nie zraził, natomiast
duchowieństwo rzymskie nie zawsze umiało się miarkować, tak iż sam Melanchton
się użalał, że sobie poczynają, jakby zwycięzcami byli. Kościół ewangelicki
stał nad przepaścią, lada krok, i już w niej utonął. Któż go miał ocalić? W
chwili niebezpieczeństwa znowu odezwał się głos, który już nieraz słyszano.
Luter wypowiedział imię, na które się wszelkie oko zwracać powinno. “Chrystus
żyje; on Panem naszym. W jego imieniu przezwyciężyliśmy wszelkie zapędy wroga,
on i teraz użyczy nam siły, abyśmy nad sidłami podstępu zwycięstwo odnieśli.” I
w rzeczy samej, z tego źródła nowej reformacja zaczerpnęła siły.
Dla
hierarchii rzymskiej była pora nader pomyślną. Gdyby w tej chwili zgodziła się
na ustępstwa ewangelików, to za krótki czas byłaby wzięła górę nad nimi. Ale
Bóg nie dopuścił do tego, on w stanowczej chwili zaraził hierarchią
ślepotą. “Żadnych ustępstw!” odezwał się konsystorz rzymski; “żadnych
ustępstw!” powtórzył za nim Campeggio, upojony nadzieją zwycięstwa? Odtąd
podwoił usiłowania swoje, aby przekonać cesarza i książęta, że bezżeństwo
duchownych, spowiedź uszna, Wieczerza Pańska pod jedną postacią, prywatne msze
itd., to wszystko rzeczy niezbędnie potrzebne. W tym względzie nie może Rzym
nawet na najmniejsze zezwolić ustępstwo. Ewangelicy spojrzeli teraz po sobie,
pytając się, do czego te narady i posiedzenia, do czego ich ustępstwa i
usiłowania, kiedy przeciwna strona żadnych uczynić nie ma zamiaru. Wskutek tego
rozeszła się komisja, żadnego nie osiągnąwszy skutku.
Dla
reformacji niemałym było to szczęściem, choć od razu nowe groziło
niebezpieczeństwo. Ewangelicy powinni byli od razu wyjechać z Augsburga, ale
“szatan przyjąwszy postać anioła światłości, omamił ich rozum.” Duch kłamstwa i
podstępu nowe zastawił sidła.
Winę
niepowodzenia komisji przypisywano popędliwości kilku członków, a szczególnie
żarliwym zapędom księcia Jerzego. Wyznaczono więc nowa komisję, składającą się
z sześciu członków. W skład jej weszli ze strony katolików Eck i kanclerze
biskupów Kolonii i Badenu, ze strony ewangelików zaś Melanchton i kanclerze Heller
i Bruck.
Obawy
ewangelików rosły z każdym dniem, bo kto się naumyślnie na nowe wystawia
niebezpieczeństwa, ten musi w końcu upaść! Między ewangelikami budziła się
coraz bardziej nieufność do Melanchtona; jedni przyrównywali go do Plazma,
drudzy do Achytofela (2 Samuel. 15), a znaleźli się i tacy, co podłe budzili
podejrzenie, że go chyba papież przekupił!” Landgraf Filip odezwał się o nim,
powiadając: “Melanchton cofa się w tył jak rak.” Do ministrów swych bawiących w
Augsburgu wydał Filip następujący rozkaz: “Kto się pocznie cofać, temu się
trudno zatrzymać. Z tego powodu powiedzcie moim sprzymierzeńcom, że ja się
żadną miarą na te pośredniczenia nie zgadzam. Jeśli chrześcijanami jesteśmy,
to nie wystarczy, abyśmy nasze jedynie korzyści mieli na oku, owszem
powinniśmy pamiętać o owych zasmuconych sercach i sumieniach, którym słowo
Boże jedyną daje pociechę, a liczba takowych zaprawdę nie jest szczupłą.
Biskupi nie są prawymi biskupami, bo nie uczą tak jak Pismo św. nakazuje.
Uznajmy tylko ich władzę a przekonamy się, co stąd wyniknie. Kaznodziei nam
wypędzą, kazania Ewangelii zabronią, dawne swe nadużycia na miejscu jej
odnowią, a w końca się okaże, że ostatnie rzeczy gorsze będą niż pierwsze.
Jeśli strona papieża zgodzi się bez wszelkich ograniczeń na kazanie Ewangelii,
w takim razie można z nimi rokować, bo prawda wszystko inne zwycięży, ale pod
innym warunkiem nie! Teraz nie czas cofać się na wstecz, teraz powinniśmy stać
pod sztandarem prawdy aż do ostatniego westchnienia! Obawy Melanchtona na nic
się nie zdadzą, rozprószcie je, a powiedzcie deputowanym miast, że powinni być
mężami, nie babami! Niczego się nic lękajcie, bo z nami jest Bóg.”
Melanchton
i przyjaciele jego usiłowali się od podobnych zarzutów usprawiedliwić,
wskazując na dwie rzeczy, których się koniecznie obawiać należało. Pierwszą z
nich była wojna domowa, i wszystkie klęski z takową połączone, których się
wskutek religijnego rozerwania koniecznie spodziewać musiano; drugą zaś była
władza świeckiego ramienia nad sprawami kościoła. Panowanie książąt okazało się
już tu i ówdzie nie bardzo dla kościoła korzystnym, nie dziw więc, iż miejscami
księża woleli podlegać biskupom.
Rokowania
wlokły się i wlokły, strona katolicka coraz większych ustępstw żądała, a
najbardziej chodziło jej o zaparcie się nauki o usprawiedliwieniu z wiary.
Próbowano środków łagodności, podstępu ale i groźby, lecz ewangelicy nie dali
się na tym punkcie zachwiać. W końcu sam cesarz zaczął się niecierpliwić. Dwa
miesiące i pół bawił już w Augsburgu, zajmując się sprawą nawrócenia
ewangelików na łono rzymskiego kościoła, a tu ani o krok nie postąpił naprzód.
“Czy może być,” odzywali się katolicy, “aby kilku teologów zwycięski pochód
pogromcy króla Francji zatrzymało? Ileż dni wystarczyło do zwyciężenia
Franciszka i papieża, a z tą garstką nędznych ewangelików Wasza Cesarska Mość
do końca dojść nie może!”
Postanowiono
więc dalszych zaniechać narad, obie strony zbliżyły się prawie o krok do
siebie, ale teraz żadna ani o włos dalej postąpić nie chciała. Rokowania
rozbiły się o naukę o usprawiedliwieniu z wiary.
Wszystkie
szczere ustępstwa Melanchtona okazały się próżne. Pewna wygórowana miłość
pokoju napełniła serce jego nadzieją, że mu się nawet niemożebnych rzeczy
dokonać uda. Bóg zamiary jego w niwecz obrócił, a tym samem ocalił Melanchtona
i reformację. Dla usprawiedliwienia jego przytoczyć możemy, że choć dużo,
zanadto dużo gotów był poświęcić, jednak Chrystusa nie poświęcił ani się go
zaparł, i ta jedna okoliczność poświadcza, że zamiary jego jak najszczersze
były.
Elektor
saski i margrabia brandenburski prosili cesarza o pozwolenie do wyjazdu. Temu
żądaniu cesarz wprost i w dosyć opryskliwych słowach odmówił, później dopiero
namyśliwszy się poprosił ich, aby zostali aż do końca, gdyż niebawem spodziewa
się porozumienia. Jakiego rodzaju porozumienie to być miało, zaraz zobaczymy.
Stronnictwo
katolickie podwoiło usiłowania swoje; po ogrodach, kościołach, po domach
odbywały się rozprawy między katolikami i ewangelikami, jakby rozerwaniu
zapobiedz i jedność wiary i kościoła zachować. Wszystkie te usiłowania nie prowadziły
do celu, bo ewangelicy nie chcieli się zasadniczych nauk Pisma świętego zaprzeć
ani też katolicy przyjąć takowych. W końcu widział się cesarz zmuszonym wziąć
sprawy do ręki i ostatecznie rozciąć węzeł mieczem, gdyby naprawdę nie dał się
rozwiązać. Już dnia 4. września szepnęli zwolennicy papieża niby w zaufaniu
Melanchtonowi, że cesarz podniósł miecz, bo go pewni ludzie do żywego oburzyli.
Cesarz nader jest łagodnym, ale gdy go kto rozgniewa, to wtenczas biada! Prawie
o tym czasie otrzymał Karol z Rzymu wiadomość, że się papież w zasadzie zgadza
na zwołanie soboru. Kardynałowie zebrawszy się na naradę, orzekli, iż w
sprawie tej nie ma niebezpieczeństwa dla kościoła, bo kto się dawniejszym
soborom sprzeciwia, ten i nowym się nie podda. Klemens wprawdzie opierał się
przeciw zwołaniu soboru jak mógł, bo prywatne względy przeciw temu przemawiały,
lecz wskutek przyrzeczeń danych cesarzowi w Bolonii nie mógł inaczej postąpić.
Z resztą liczył na znaną gorliwość cesarza, więc zgodził się na zwołanie
soboru pod tym warunkiem, żeby ewangelicy aż do tego czasu co do nauk i
obrządków nabożeństwa ze wszystkim poddali się kościołowi. Jako miejsce
zebrania soboru oznaczył papież Rzym.
We
środę dnia 7. września zebrały się książęta i deputowani miast ewangelickich w
pałacu cesarza, gdzie im pfalcgraf oświadczył, jako Jego Cesarska Mość nie
przypuszczała, żeby wobec tak szczupłej liczby swoich odważyli się na tworzenie
nowych sekt, uświęconym ustawom kościoła tak wręcz przeciwnych. Mimo to nie
chce cesarz użyć środków surowości, owszem poprosi papieża o zwołanie
chrześcijańskiego soboru, po ewangelikach żąda jednakowoż, żeby aż do tego
czasu natychmiast na łono rzymskiego kościoła powrócili i wszystko tak
urządzili, jak dawniej bywało.
Dnia
8. września dali ewangelicy na żądanie cesarskie następującą odpowiedź: “Myśmy
żadnej nowej sekty Pismu świętemu przeciwnej nie utworzyli, owszem dla tego się
z przeciwnikami nie możemy ugodzić, ponieważ słowu Bożemu chcemy pozostać wierni.
Zwołaniem niezależnego, powszechnego chrześcijańskiego soboru wypełnią się
tylko dawne przyrzeczenia, któreśmy na poprzedzających sejmach otrzymali; co
się zaś tyczy przywrócenia dawniejszego porządku w kościele, to żadną miarą nic
takiego nie zrobimy, co się wyraźnym wyrokom słowa Bożego sprzeciwia.”
O
ósmej godzinie wieczór ponownie wezwano ewangelików do sali sejmowej, gdzie im
oświadczono, co następuje: “Cesarz dziwi się, ze ewangeliccy członkowie sejmu w
niczym nie chcą ustąpić, podczas gdy katoliccy członkowie tak wielkie ustępstwa
zrobili. Cóż znaczy ta garstka ewangelików w stosunku do Jego Cesarskiej Mości,
do Jego Świątobliwości papieża, elektorów, książąt i stanów Rzeszy
niemieckiej, tudzież do innych królów, krajów i państw chrześcijańskich? Według
sprawiedliwości musi się mniejszość poddać większości! A zatem cóż robić? czy
jeszcze pośredniczyć, albo czy to ostateczna odpowiedź ewangelików? Niech
powiedzą, co myślą, bo jeśli się przy swym zdaniu uprą, wtenczas Jego Cesarska
Mość jako obrońca kościoła wystąpi. A więc jutro o pierwszej godzinie czeka
cesarz ich odpowiedzi.”
Dnia
10. września odpowiedzieli ewangelicy, że nowe próby i pośredniczenia chyba
jeszcze bardziej zniechęcą sejm i do niczego nie doprowadzą. Jego Cesarska Mość
zechce poczynić kroki, aby aż do przyszłego soboru do żadnych zaburzeń w kraju
nie przyszło. — Cesarz odpowiedział, że sobie sprawę rozważy, na razie jednak
nikomu nie wolno wyjechać z Augsburga. Karol rzeczywiście w trudnym był
położeniu i sam nie wiedział, jakby z niego wybrnąć z honorem. Elektor saski
odniósł się do Karola z prośbą, aby nie poczytał za złe, gdy wyjedzie z
Augsburga. Cesarz odparł szorstko: “Niech czeka, aż mu powiem!” Według
wszystkiego się zdawało; że koniecznie przyjdzie do gwałtów. Jedno skinienie
cesarza wystarczyło i wszystkie zastępy Hiszpanów i pułków niemieckich byłyby
się na stany ewangelickie rzuciły, postępując z nimi jak z Maurami: ale Karol
nie mógł się do kroku tego namyślić. Znał on usposobienie niemieckiego narodu,
wiedział jak wszystkie serca dla tych książąt pałały — jakże było targnąć się
na nich jemu, cudzoziemcowi, co od dziesięciu lat nie był w kraju? Cóż w takim
razie zrobi lud? czy nie ujmie się o krzywdę swych ulubieńców? — Cóż same
katolickie książęta powiedzą? czy nie poczytają tego za pokrzywdzenie własnych
przywilejów? Słowem, wszystkie okoliczności przemawiały przeciw targnięciu się
na ewangelików. “Luterstwo się już od morza aż po Alpy rozwielmożyło,” napisał
Erazm do legata; “teraz nie pozostaje jak tylko jeden środek — tolerować je.”
Ale
i po stronie ewangelików zmieniło się usposobienie; łuski spadły im z oczu i
poznali, nad jaką stali przepaścią. Jonasz, Spalatyn, ba nawet i Melanchton
jednego byli zdania. “Dotąd słuchaliśmy rozkazu apostoła Pawła: Jeśli można, ile
z was jest, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie (Rzym. 12, 18.). Teraz musimy
usłuchać rozkazu Chrystusowego: Strzeżcie się od kwasu faryzejskiego, który
jest obłuda (Łuk. 12, l.). Przeciwnicy nasi używają podstępu i obłudy, o nic
innego im nie chodzi, jak tylko o to, aby naukę naszą, która jest prawdą, w
niwecz obrócili.”
Równocześnie
odezwał się Luter z ponowną prośbą, aby opuścili Augsburg. “Do domu, do domu,
domu!” pisał reformator. “Nie lękajcie się, choćby was i papież i cesarz
potępił. Wyście Chrystusa wyznali, rękę do pokoju podali, cesarza usłuchali,
obelgi znieśli, bluźnierstw doznali, a zatem uczyniliście dosyć, ba więcej niż
dosyć. Reszty dokona Pan. Oni mają nasze Wyznanie i mają Ewangelią; jeśli chcą,
mogą ją przyjąć, jeśli nie, mogą zginąć. Jeśli stąd wojna wyniknie, to niech
wyniknie; myśmy się dosyć modlili i Pana wzywali. Bóg potrze tych, co mu się
sprzeciwiają, ale nas z Babilonu i murów jego palących się ocali.”
–––––––––– • ––––––––––