XI

Próby pośredniczenia. – Komisje. – Melanchton ulega. – Nowe próby.

 

Odtąd zaczyna się trzeci oddział rokowań sejmu. Naj­przód nie wiedziano, jak się jąć sprawy, potem nastąpiły groźby, a teraz próbowano pośredniczenia. Z tej strony niemałe gro­ziło reformacji niebezpieczeństwo. Rzym widząc się pozba­wionym miecza, zastawił sieci, udając życzliwość i przyjaźń, którą by odzyskał zwycięstwo.

Dnia 16. sierpnia zebrała się po pierwszy raz komisja na posiedzenie, w której skład wchodzili ze strony katolików Henryk, książę Brunświku, biskup Augsburga, kanclerze biskupów Bazylei i Kolonii, a nareszcie Eck, Kochleusz i Wimpina, ze strony ewangelików zaś margrabia brandenburski, elektorowicz saski, kanclerze Bruck i Heller, Melanchton i Brenc.

Rozprawy rozpoczęto na podstawie Konfesji Augsburgskiej, a strona katolicka nadzwyczaj okazywała się pojednawczą, zgadzając się prawie na wszystkie nauki Konfesji z wyjątkiem sześciu czy siedmiu artykułów. Zastanawiano się trochę nad nauką o grzechu pierworodnym, ale niedługo, bo ewangelicy przyznali, że chrzest winę grzechu gładzi, katolicy zaś, że i po chrzcie pozostaje w człowieku zła żądza, z której się wszelki grzech rodzi. Rozmawiano o spowiedzi: ewangelicy utrzymy­wali, że nie jest podobną rzeczą wszystkie grzechy swoje spamiętać i wyznać na spowiedzi, w czym im nawet Eck przy­znał słuszność.

Chodziło jeszcze tylko o trzy nauki. Doktorowie rzymscy twierdzili, że do pokuty potrzeba trzech rzeczy, mianowicie: skruchy, wyznania grzechów i zadośćuczynienia za takowe. Na zadośćuczynienie nie mogli się ewangelicy zgodzić, katolicy zaś widząc, iż na tej zasadzie opierają się odpusty, nauka o czyśćcu i inne tym podobne praktyki i zdania, żadną miarą w tym względzie ustąpić nie chcieli; przyznali wprawdzie, że ćwiczenia przez spowiednika zadane winy nie zgładzą, lecz utrzymywali, że do odpuszczenia kary niezbędnie są potrzebne.

Drugim punktem spornym były modły do Świętych Pańskich, trzecim zaś i najważniejszym była nauka apostoła Pawła o usprawiedliwieniu za darmo z łaski Bożej przez wiarę w Chrystusa Jezusa. Teologowie rzymscy użyli najrozliczniejszych argumentów, aby tę naukę obalić, a znowu ewangelicy trzymając się słowa Bożego, ani o włos od niej nie odstę­powali.

Gdy powoli oba stronnictwa zbliżały się do siebie, zda­wało się, że może w końcu porozumienie nastąpi. Nie ulegało wątpliwości, kto na tym skorzysta; strona katolicka ustępowała na pozór, spodziewając się, że przy sposobności wszystko na powrót odzyska, ewangelicy zaś nie opatrzyli się, dokąd ich prowadzono. Wszystko zdawało się jak najlepiej układać, oba­wiano się jedynie landgrafa. “On nie wie o tym, żeśmy się zgoła ugodzili,” powiadali ewangelicy. “Może być, że już wojsko za­ciąga; trzeba go więc na powrót zwabić do Augsburga, aby był świadkiem porozumienia między nami.” W tym celu wybrał się dnia 18. sierpnia Henryk, książę Brunświku do landgrafa, a miejsce jego w komisji zajął książę Jerzy.

Od pierwszej części Konfesji przeszli do drugiej, w której ocenione są zniesione nadużycia. Teologom rzymskim trudną było na tym miejscu robić ustępstwa, bo by to hierarchii uwła­czało. Mimo to zgodzili się na niektóre, ale tylko w tym celu, aby nawzajem jak najwięcej od ewangelików odzyskali. “Jego Świątobliwość i Jego Cesarska Mość gotowi są zezwolić, aby tam, gdzie to weszło we zwyczaj, aż do przyszłego soboru Wieczerzę Pańską pod obiema postaciami pożywano. Również gotowi są przez wzgląd na żony i dzieci żonatych duchownych zezwolić, aby takowi aż do przyszłego soboru obowiązki stanu ducho­wnego pełnili; potem będzie sposobność zastanowić się nad sprawą, czy nie lepiej, jak było na początku, zgodzić się znów w zasadzie na małżeństwo duchownych. W końcu nie mają nic naprzeciw, jeśli kto mszę świętą jedynie za pamiątkę męki i śmierci Chrystusowej lub za prostą ofiarę pamiętną uważa.” Nie ma co mówić, ze strony katolików były to ustępstwa nie lada. Ale też w zamian za to niemałych rzeczy żądano. Ta­kowe odnosiły się do spraw zarządu kościoła. Duchowieństwo katolickie gorszyło się, że świeckie książęta w sprawach ko­ścielnych orzekają, a wśród samych ewangelików także się po­dobne zdania objawiały. Nie dziw więc, że ewangelikom przedstawiono wniosek, aby się władzy biskupów poddali, co w dal­szym ciągu rzeczy znaczyło tyle, jak poddać się papieżowi. Sam Melanchton był gotów naczelną władzę papieża uznać, ale tylko według prawa ludzkiego, nie boskiego. Książęta będące pod wpływem teologów, nie wiedziały co robić. Reformacja weszła na drogę pochyłą i nie bez przyczyny się obawiano, aby na niej nie upadła. Skoro bowiem ewangelicy w zewnętrznych sprawach poddadzą się papieżowi, to on i w sprawach nauki nad nimi zapanuje.

Podobne obawy powszechnie się między ludem ewan­gelickim objawiały. Mieszczanie Augsburga mówili, ze wolą umrzeć z Chrystusem, niż bez niego u całego świata być w łaskach. Najbardziej zaś oburzył się Luter, dowiedziawszy się, że wspaniała budowa, której Bóg przezeń dokonał, łatwowier­nością Melanchtona prawie do upadku zesłała doprowadzoną. W ten sam dzień napisał Luter aż pięć listów pełnych wiary i męstwa; pisał do elektora, Melanchtona, Spalatyna, Jonasza, i Brenca. “Boleśnie mię dotknęło, gdym usłyszał, żeście szcze­gólniejszej podjęli się pracy, chcąc Lutra i papieża ze sobą po­godzić. Papież trudno wasze chęci pochwali, a ja po prostu powiadam: nie! Jeśli wam się uda obydwóch wbrew ich woli pogodzić, to ja także według przykładu waszego Chrystusa i Beliala z sobą pojednać spróbuję. Ja wiem, że na świecie pełno jest krzykaczy, którzy nauki o usprawiedliwieniu z wiary nienawidzą i takową przyćmić usiłują. Niech was to wcale nie dziwi, bo wrogowie do niczego innego nie dążą. Ale wy nie przestawajcie prawdy Bożej bronić, bo prawie ta nauka jest ona piętą, co odwiecznemu wężowi potrze głowę. (1 Mojż. 3, 15.). — Go się zaś poddania pod władzę biskupów tyczy, to ja mówię wam, miejcie się na pieczy. Oni będą ustępstwa wasze coraz dalej i dalej rozciągać a swoje przyrzeczenia natomiast coraz bardziej i bardziej ścieśniać, aż w końcu stanie się z Ewangelią zupełnie tak, jak do nie dawna było. Wszystkie wasze układy na nic się nie zdadzą, chyba żeby się papież sam na znie­sienie papiestwa swego zgodził. — Ciekawy to powód, gdy przeciwnicy nasi powiadają, że poddanych swych nie mogą w posłuszeństwie utrzymać, i po nas żądają, abyśmy poświad­czyli, że prawda po ich jest stronie. Przecież Bóg nie na to słowo swe objawił, aby przeciwnicy słowa jego według własnego upodobania ciemiężyli narody. — Niech sobie krzyczą, jako­byśmy cały kościół potępiali, nie! my tego nie czynimy, ale oni potępiają całe słowo Boże, które więcej znaczy niż kościół.”

Do Jonasza napisał Luter: “Ja ci piszę, a przez posłu­szeństwo wasze dla Jezusa Chrystusa uwierzcie mi, Campeggio to istny chytry i potężny wąż. Nie mogę wypowiedzieć, jak bardzo mię żądania i warunki wam podane oburzyły. To jasna jak na dłoni, Campeggio i papież postanowili spróbować naj­przód środków przemocy, a gdyby te nie skutkowały, to potem użyć podstępu. Próby przemocy i gróźb przebyliście szczęśliwie, teraz przyszła kolej na podstęp. Bądźcież więc mężnymi, nie ustępujcie w niczym, czego wam wyraźnie z Pisma świętego nie udowodnią. Gdybyście jednak, od czego niech was Pan Jezus uchowa, wbrew wyraźnej nauce Ewangelii jakie ustęp­stwa poczynili i onego orła Bożego w worku zamknęli, to bądź przekonanym, że Luter znów wystąpi i świetnie go wypuści na wolność. To się pewnie stanie, jak prawdziwie mi Chrystus dopomoże.”

Listy Lutra jednak prawie w niczym rzeczy nie zmieniły. Melanchton prowadził sprawę w taktem będąc zaślepieniu, że ani na Lutra, ani na głos ludu nie zważał. “Nie godzi się,” rzekł magister, “abyśmy na krzyki ludu zważali; powinniśmy przede wszystkim przyszłość i pokój mieć na oku. Lepiej uznać władzę biskupów i poddać się, niż aby nas przyszłe pokolenia przeklinały, żeśmy się stali przyczyną rozerwania w kościele.” Słowa Melanchtona do niejednego przemawiały serca i mimo głosów przestrogi, omal że nie rzuciła się reformację w objęcia Rzymu. Jeszcze jeden lub dwa kroki, i już byłaby pogrzebaną. Karol widząc na co się zanosi, ani jednym ostrzejszym słów­kiem przyjaźni tej nie zraził, natomiast duchowieństwo rzym­skie nie zawsze umiało się miarkować, tak iż sam Melanchton się użalał, że sobie poczynają, jakby zwycięzcami byli. Kościół ewangelicki stał nad przepaścią, lada krok, i już w niej utonął. Któż go miał ocalić? W chwili niebezpieczeństwa znowu ode­zwał się głos, który już nieraz słyszano. Luter wypowiedział imię, na które się wszelkie oko zwracać powinno. “Chrystus żyje; on Panem naszym. W jego imieniu przezwyciężyliśmy wszelkie zapędy wroga, on i teraz użyczy nam siły, abyśmy nad sidłami podstępu zwycięstwo odnieśli.” I w rzeczy samej, z tego źródła nowej reformacja zaczerpnęła siły.

Dla hierarchii rzymskiej była pora nader pomyślną. Gdyby w tej chwili zgodziła się na ustępstwa ewangelików, to za krótki czas byłaby wzięła górę nad nimi. Ale Bóg nie dopuścił do tego, on w stanowczej chwili zaraził hierarchią ślepotą. “Ża­dnych ustępstw!” odezwał się konsystorz rzymski; “żadnych ustępstw!” powtórzył za nim Campeggio, upojony nadzieją zwycięstwa? Odtąd podwoił usiłowania swoje, aby przekonać ce­sarza i książęta, że bezżeństwo duchownych, spowiedź uszna, Wieczerza Pańska pod jedną postacią, prywatne msze itd., to wszystko rzeczy niezbędnie potrzebne. W tym względzie nie może Rzym nawet na najmniejsze zezwolić ustępstwo. Ewan­gelicy spojrzeli teraz po sobie, pytając się, do czego te narady i posiedzenia, do czego ich ustępstwa i usiłowania, kiedy przeciwna strona żadnych uczynić nie ma zamiaru. Wskutek tego rozeszła się komisja, żadnego nie osiągnąwszy skutku.

Dla reformacji niemałym było to szczęściem, choć od razu nowe groziło niebezpieczeństwo. Ewangelicy powinni byli od razu wyjechać z Augsburga, ale “szatan przyjąwszy postać anioła światłości, omamił ich rozum.” Duch kłamstwa i pod­stępu nowe zastawił sidła.

Winę niepowodzenia komisji przypisywano popędliwości kilku członków, a szczególnie żarliwym zapędom księcia Jerzego. Wyznaczono więc nowa komisję, składającą się z sześciu członków. W skład jej weszli ze strony katolików Eck i kan­clerze biskupów Kolonii i Badenu, ze strony ewangelików zaś Melanchton i kanclerze Heller i Bruck.

Obawy ewangelików rosły z każdym dniem, bo kto się naumyślnie na nowe wystawia niebezpieczeństwa, ten musi w końcu upaść! Między ewangelikami budziła się coraz bardziej nieufność do Melanchtona; jedni przyrównywali go do Plazma, drudzy do Achytofela (2 Samuel. 15), a znaleźli się i tacy, co podłe budzili podejrzenie, że go chyba papież przekupił!” Landgraf Filip odezwał się o nim, powiadając: “Melanchton cofa się w tył jak rak.” Do ministrów swych bawiących w Augsburgu wydał Filip następujący rozkaz: “Kto się pocznie cofać, temu się trudno zatrzymać. Z tego powodu powiedzcie moim sprzymierzeńcom, że ja się żadną miarą na te pośredni­czenia nie zgadzam. Jeśli chrześcijanami jesteśmy, to nie wy­starczy, abyśmy nasze jedynie korzyści mieli na oku, owszem powinniśmy pamiętać o owych zasmuconych sercach i sumie­niach, którym słowo Boże jedyną daje pociechę, a liczba takowych zaprawdę nie jest szczupłą. Biskupi nie są prawymi biskupami, bo nie uczą tak jak Pismo św. nakazuje. Uznajmy tylko ich władzę a przekonamy się, co stąd wyniknie. Kazno­dziei nam wypędzą, kazania Ewangelii zabronią, dawne swe nadużycia na miejscu jej odnowią, a w końca się okaże, że ostatnie rzeczy gorsze będą niż pierwsze. Jeśli strona papieża zgodzi się bez wszelkich ograniczeń na kazanie Ewangelii, w takim razie można z nimi rokować, bo prawda wszystko inne zwycięży, ale pod innym warunkiem nie! Teraz nie czas cofać się na wstecz, teraz powinniśmy stać pod sztandarem prawdy aż do ostatniego westchnienia! Obawy Melanchtona na nic się nie zdadzą, rozprószcie je, a powiedzcie deputowanym miast, że powinni być mężami, nie babami! Niczego się nic lękajcie, bo z nami jest Bóg.”

Melanchton i przyjaciele jego usiłowali się od podobnych zarzutów usprawiedliwić, wskazując na dwie rzeczy, których się koniecznie obawiać należało. Pierwszą z nich była wojna domowa, i wszystkie klęski z takową połączone, których się wskutek religijnego rozerwania koniecznie spodziewać musiano; drugą zaś była władza świeckiego ramienia nad sprawami kościoła. Panowanie książąt okazało się już tu i ówdzie nie bardzo dla kościoła korzystnym, nie dziw więc, iż miejscami księża woleli podlegać biskupom.

Rokowania wlokły się i wlokły, strona katolicka coraz większych ustępstw żądała, a najbardziej chodziło jej o zaparcie się nauki o usprawiedliwieniu z wiary. Próbowano środków łagodności, podstępu ale i groźby, lecz ewangelicy nie dali się na tym punkcie zachwiać. W końcu sam cesarz zaczął się niecierpliwić. Dwa miesiące i pół bawił już w Augsburgu, zajmując się sprawą nawrócenia ewangelików na łono rzym­skiego kościoła, a tu ani o krok nie postąpił naprzód. “Czy może być,” odzywali się katolicy, “aby kilku teologów zwy­cięski pochód pogromcy króla Francji zatrzymało? Ileż dni wystarczyło do zwyciężenia Franciszka i papieża, a z tą garstką nędznych ewangelików Wasza Cesarska Mość do końca dojść nie może!”

Postanowiono więc dalszych zaniechać narad, obie strony zbliżyły się prawie o krok do siebie, ale teraz żadna ani o włos dalej postąpić nie chciała. Rokowania rozbiły się o naukę o usprawiedliwieniu z wiary.

Wszystkie szczere ustępstwa Melanchtona okazały się próżne. Pewna wygórowana miłość pokoju napełniła serce jego nadzieją, że mu się nawet niemożebnych rzeczy dokonać uda. Bóg zamiary jego w niwecz obrócił, a tym samem ocalił Me­lanchtona i reformację. Dla usprawiedliwienia jego przytoczyć możemy, że choć dużo, zanadto dużo gotów był poświęcić, jednak Chrystusa nie poświęcił ani się go zaparł, i ta jedna okoliczność poświadcza, że zamiary jego jak najszczersze były.

Elektor saski i margrabia brandenburski prosili cesarza o pozwolenie do wyjazdu. Temu żądaniu cesarz wprost i w dosyć opryskliwych słowach odmówił, później dopiero namyśliwszy się poprosił ich, aby zostali aż do końca, gdyż niebawem spo­dziewa się porozumienia. Jakiego rodzaju porozumienie to być miało, zaraz zobaczymy.

Stronnictwo katolickie podwoiło usiłowania swoje; po ogro­dach, kościołach, po domach odbywały się rozprawy między katolikami i ewangelikami, jakby rozerwaniu zapobiedz i jedność wiary i kościoła zachować. Wszystkie te usiłowania nie pro­wadziły do celu, bo ewangelicy nie chcieli się zasadniczych nauk Pisma świętego zaprzeć ani też katolicy przyjąć takowych. W końcu widział się cesarz zmuszonym wziąć sprawy do ręki i ostatecznie rozciąć węzeł mieczem, gdyby naprawdę nie dał się rozwiązać. Już dnia 4. września szepnęli zwolennicy papieża niby w zaufaniu Melanchtonowi, że cesarz podniósł miecz, bo go pewni ludzie do żywego oburzyli. Cesarz nader jest łagodnym, ale gdy go kto rozgniewa, to wtenczas biada! Prawie o tym czasie otrzymał Karol z Rzymu wiadomość, że się papież w zasadzie zgadza na zwołanie soboru. Kardy­nałowie zebrawszy się na naradę, orzekli, iż w sprawie tej nie ma niebezpieczeństwa dla kościoła, bo kto się dawniejszym soborom sprzeciwia, ten i nowym się nie podda. Klemens wprawdzie opierał się przeciw zwołaniu soboru jak mógł, bo prywatne względy przeciw temu przemawiały, lecz wskutek przyrzeczeń danych cesarzowi w Bolonii nie mógł inaczej postąpić. Z resztą liczył na znaną gorliwość cesarza, więc zgo­dził się na zwołanie soboru pod tym warunkiem, żeby ewangelicy aż do tego czasu co do nauk i obrządków nabożeństwa ze wszystkim poddali się kościołowi. Jako miejsce zebrania soboru oznaczył papież Rzym.

We środę dnia 7. września zebrały się książęta i depu­towani miast ewangelickich w pałacu cesarza, gdzie im pfalcgraf oświadczył, jako Jego Cesarska Mość nie przypuszczała, żeby wobec tak szczupłej liczby swoich odważyli się na two­rzenie nowych sekt, uświęconym ustawom kościoła tak wręcz przeciwnych. Mimo to nie chce cesarz użyć środków surowości, owszem poprosi papieża o zwołanie chrześcijańskiego soboru, po ewangelikach żąda jednakowoż, żeby aż do tego czasu na­tychmiast na łono rzymskiego kościoła powrócili i wszystko tak urządzili, jak dawniej bywało.

Dnia 8. września dali ewangelicy na żądanie cesarskie następującą odpowiedź: “Myśmy żadnej nowej sekty Pismu świętemu przeciwnej nie utworzyli, owszem dla tego się z przeciwnikami nie możemy ugodzić, ponieważ słowu Bożemu chcemy pozostać wierni. Zwołaniem niezależnego, powszechnego chrze­ścijańskiego soboru wypełnią się tylko dawne przyrzeczenia, któreśmy na poprzedzających sejmach otrzymali; co się zaś tyczy przywrócenia dawniejszego porządku w kościele, to żadną miarą nic takiego nie zrobimy, co się wyraźnym wyrokom słowa Bożego sprzeciwia.”

O ósmej godzinie wieczór ponownie wezwano ewangelików do sali sejmowej, gdzie im oświadczono, co następuje: “Cesarz dziwi się, ze ewangeliccy członkowie sejmu w niczym nie chcą ustąpić, podczas gdy katoliccy członkowie tak wielkie ustępstwa zrobili. Cóż znaczy ta garstka ewangelików w stosunku do Jego Cesarskiej Mości, do Jego Świątobliwości papieża, elekto­rów, książąt i stanów Rzeszy niemieckiej, tudzież do innych królów, krajów i państw chrześcijańskich? Według sprawiedli­wości musi się mniejszość poddać większości! A zatem cóż robić? czy jeszcze pośredniczyć, albo czy to ostateczna odpo­wiedź ewangelików? Niech powiedzą, co myślą, bo jeśli się przy swym zdaniu uprą, wtenczas Jego Cesarska Mość jako obrońca kościoła wystąpi. A więc jutro o pierwszej godzinie czeka cesarz ich odpowiedzi.”

Dnia 10. września odpowiedzieli ewangelicy, że nowe próby i pośredniczenia chyba jeszcze bardziej zniechęcą sejm i do niczego nie doprowadzą. Jego Cesarska Mość zechce po­czynić kroki, aby aż do przyszłego soboru do żadnych zaburzeń w kraju nie przyszło. — Cesarz odpowiedział, że sobie sprawę rozważy, na razie jednak nikomu nie wolno wyjechać z Augsburga. Karol rzeczywiście w trudnym był położeniu i sam nie wiedział, jakby z niego wybrnąć z honorem. Elektor saski odniósł się do Karola z prośbą, aby nie poczytał za złe, gdy wyjedzie z Augsburga. Cesarz odparł szorstko: “Niech czeka, aż mu powiem!” Według wszystkiego się zdawało; że koniecznie przyjdzie do gwałtów. Jedno skinienie cesarza wystarczyło i wszystkie zastępy Hiszpanów i pułków niemieckich byłyby się na stany ewangelickie rzuciły, postępując z nimi jak z Maurami: ale Karol nie mógł się do kroku tego namyślić. Znał on usposobienie niemieckiego narodu, wiedział jak wszystkie serca dla tych książąt pałały — jakże było targnąć się na nich jemu, cudzoziemcowi, co od dziesięciu lat nie był w kraju? Cóż w takim razie zrobi lud? czy nie ujmie się o krzywdę swych ulubieńców? — Cóż same katolickie książęta powiedzą? czy nie poczytają tego za pokrzywdzenie własnych przywilejów? Słowem, wszystkie okoliczności przemawiały przeciw targnięciu się na ewangelików. “Luterstwo się już od morza aż po Alpy rozwielmożyło,” napisał Erazm do legata; “teraz nie pozostaje jak tylko jeden środek — tolerować je.”

Ale i po stronie ewangelików zmieniło się usposobienie; łuski spadły im z oczu i poznali, nad jaką stali przepaścią. Jonasz, Spalatyn, ba nawet i Melanchton jednego byli zdania. “Dotąd słuchaliśmy rozkazu apostoła Pawła: Jeśli można, ile z was jest, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie (Rzym. 12, 18.). Teraz musimy usłuchać rozkazu Chrystusowego: Strzeżcie się od kwasu faryzejskiego, który jest obłuda (Łuk. 12, l.). Przeciwnicy nasi używają podstępu i obłudy, o nic innego im nie chodzi, jak tylko o to, aby naukę naszą, która jest prawdą, w niwecz obrócili.”

Równocześnie odezwał się Luter z ponowną prośbą, aby opuścili Augsburg. “Do domu, do domu, domu!” pisał refor­mator. “Nie lękajcie się, choćby was i papież i cesarz potępił. Wyście Chrystusa wyznali, rękę do pokoju podali, cesarza usłuchali, obelgi znieśli, bluźnierstw doznali, a zatem uczy­niliście dosyć, ba więcej niż dosyć. Reszty dokona Pan. Oni mają nasze Wyznanie i mają Ewangelią; jeśli chcą, mogą ją przyjąć, jeśli nie, mogą zginąć. Jeśli stąd wojna wyniknie, to niech wyniknie; myśmy się dosyć modlili i Pana wzywali. Bóg potrze tych, co mu się sprzeciwiają, ale nas z Babilonu i murów jego palących się ocali.”

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1