X.
Filip
heski. — Rozmowa z cesarzem. — Filip chce wyjechać. — Pogróżki Joachima. —
Ucieczka. — Jej skutki.
W
pałacu cesarza panowało oburzenie i gniew, którego najprzedniejszym powodem
stał się Filip heski. Książę ten nie dał się ugiąć, ale stał jak skała w morzu,
niewzruszony. Pewnego razu rzekł na publicznym posiedzeniu sejmu do biskupów:
“Zróbcie pokój wewnątrz państwa, bo jeśli tego nie uczynicie a ja padnę, to już
jednego lub dwóch z was pociągnę za sobą.” Z tego powodu postanowiono użyć
wobec niego środków łagodności. Cesarz obiecał dopomóc mu do osiągnięcia hrabstwa
Katzenellenbogen, o które z księciem Nassau miał spór, tudzież sprawę księstwa
Wűrtembergu według jego życzeń załatwić. Teść Filipa, książę Jerzy, chciał mu
w spadku kraj swój przeznaczyć, jeśli się podda papieżowi. Słowem, stało się,
jak pewien dziejopis powiada: “Zaprowadzili Filipa na górę bardzo wysoką, pokazali
mu wszystkie królestwa i sławę ich, ale landgraf nie uległ pokusom.”
Dowiedziawszy
się przypadkiem, że cesarz życzy sobie z nim mówić, udał się Filip do niego,
nie czekając wezwania. U Karola napotkał prawie Schweiss'a i biskupa
Konstancji. W obecności tych panów oświadczył mu cesarz, że w czterech sprawach
zasłużył na naganę, a zwłaszcza, że edyktu wormackiego nie wykonał, że mszę
lekko poważa, że podczas nieobecności cesarza rozmaite niepokoje wszczynał, i w
końcu, że kazał cesarzowi doręczyć książkę, w której najprzedniejsze prawa
korony były naruszone. Landgraf usprawiedliwił się jak mógł, cesarz zaś
oświadczył, iż tłumaczenie jego przyjmuje, ale co do wiary, bezwarunkowego żąda
poddania się cesarzowi. Karol zrobił nawet wzmiankę o godności królewskiej, i
że go do niej wyniesie — ale jeśli przy uporze trwać będzie, wtenczas
zasłużonej nie ujdzie kary. Landgraf był do głębi serca urażony słowami
cesarza, nie dając tego jednak po sobie znać, owszem odrzekł: “Ja jestem
obecnie w kwiecie wieku, rozkoszami życia i łaską mocarzy tego świata
bynajmniej nie gardzę, ale niewypowiedzianą łaskę Boga mego jednak wyżej cenię
niż wszystkie skazitelne skarby i klejnoty ziemskie.” Karol nie mógł tego
pojąć. Od tej chwili powiększył Filip usiłowania swoje, aby ewangelików między
sobą pogodzić.
Melanchton
napisał do Bucera: “Ani względy na dobro publiczne ani sumienie nam nie
pozwala, obarczyć książęta nasze nienawiścią, jaką nauka Szwajcarów budzi.”
Deputowani Strassburga odpowiedzieli, że stronnictwo papieża nie jest tyle
zrażone nauką o Wieczerzy Pańskiej, ile nauką o usprawiedliwieniu z wiary. “My
wszyscy, co się Chrystusa trzymamy, jedno jesteśmy, i nie mamy się czego innego
od świata spodziewać jak śmierci.” — Ale na próżno, bo po stronie zwolenników
Lutra nieprzeparte istniało uprzedzenie do zwolenników nauki Zwinglego.
Landgraf
widząc siebie przez cesarza zagrożonym, przez teologów opuszczonym zadał sobie
pytanie, czego nadal szuka w Augsburgu? Karol obiecał dać ewangelikom
Konfutację w odpisie, ale pod tak trudnymi warunkami, że się na nie zgodzić nie
było można. Wskutek tego udał się Filip od razu wieczorem dnia 4. sierpnia do
pfalcgrafa jako ministra cesarskiego, prosząc go, aby mu natychmiast
posłuchanie u cesarza wyjednał. Karol nie tęsknił bardzo za nim, kazał mu więc
powiedzieć, że w tej chwili nie ma czasu, niech na trzeci dzień przyjdzie.
Landgraf tłumaczył się, że na życzenie swej niebezpiecznie chorej żony zamierza
wyjechać do domu i prosi o pozwolenie do wyjazdu na dzień 6. sierpnia. Cesarz
odmówił jego prośbie.
Można
sobie oburzenie landgrafa wyobrazić! Mimo to nie dał nic znać po sobie, owszem
udawał spokój większy niż przedtem, prawie przez cały dzień 6. sierpnia niczym
innym nie będąc zajęty jak przygotowaniem na wspaniałe turnieje, które król Ferdynand
na cześć brata swego Karola urządzał. Służba landgrafa biegła tam i sam, ale
się nikt prawdziwego jego zamiaru nie domyślił. Na tym samym dniu napisał
Melanchton do Lutra: “Landgraf zachowuje się wielce umiarkowanie; dziś mi
mówił, że jeszcze trudniejsze warunki cesarza przyjąć jest gotów i że na
wszystko się zgodzi, co tylko ku pohańbieniu Ewangelii nie zmierza.” Karol
natomiast nie był tak spokojny; myśl o prośbie landgrafa ciągle mu w głowie
leżała, bał się, aby w końcu wszystkie książęta ewangelickie nie wyjechały z
Augsburga. Trzeba więc było zapobiedz przemocą. Takie myśli zajmowały go w nocy
dnia 6. sierpnia; więc wstawszy z łoża kazał radców miasta ze snu obudzić i
ulice obsadzić strażami. O brzasku otrzymały książęta ewangelickie rozkaz cesarza,
aby natychmiast do sali kapituły przybyły.
O
ósmej godzinie przyszedłszy zastały na miejscu elektorów Brandenburgu i
Moguncji, książęta Saksonii, Brunświku i Mecklenburgu, biskupów Salcburga,
Spiry, Strassburga i wielu innych katolickich panów, słowem wszystkich członków
komisji, która cesarz celem załatwienia onej ważnej sprawy ustanowił.
Najgorliwszy
z nich, Joachim brandenburski, zabrał głos i rzekł: “Wszyscy o tym wiemy, z
jaką łagodnością Was cesarz do jedności wiary nakłaniał. Jeśli się jakie nadużycia do kościoła
wykradły, chętnie je w porozumieniu z papieżem obiecał naprawić; ale wasze
nauki, te się zupełnie Ewangelii sprzeciwiają. A dla tego porzućcie swe błędy,
nie odrywajcie się od jedności kościoła i podpiszcie Konfutację. Nie wahajcie
się tego uczynić, bo inaczej przez waszą winę mnóstwo dusz zginie, dużo krwi
popłynie, niejeden kraj spustoszeje, a wewnątrz państwa wojna domowa powstanie.
Wy — te słowa rzekł obracając się do elektora Saksonii — utracicie kraj i
życie, a poddanym Waszym, ba nawet żonie i dzieciom niechybna grozi zagłada.”
— “Teraz wiemy,” rzekły książęta ewangelickie, “dlaczego bramy miasta
pozamykano i wojskiem obsadzono.”
Nie
ulegało już wątpliwości, że cesarz przemocy użyć i ewangelików gwałtem do
kościoła rzymskiego nawrócić postanowił. Ale tak samo ewangelicy ani na chwilę
nie wątpili, co czynić wypada. Mimo wojska, mimo więzienia i tysięcy mieczów cesarskich
ani o krok nie ustępowali. W tym celu wyprosili sobie chwilę czasu do namysłu,
aby dobrze rozważyć, jaką dać odpowiedź. W rzeczy samej nie chodziło o nic
innego, jak o poddanie się, czy ma być dobrowolne, czy wskutek przymusu.
Gdy
o tym w pałacu cesarskim naradzano, szczególniejsze jakieś wieści obiegały po
mieście.
Podczas
przygotowania do turniejów był landgraf zupełnie innymi, poważniejszymi myślami
zajęty. Będąc przez cesarza od wszystkich ważniejszych narad usuniętym, patrząc
na niegodziwe obejście, jakiego książęta ewangelickie w Augsburgu doznawały,
nie mógł oburzenia swego uśmierzyć i oraz się przekonał, że wszystkie
usiłowania zmierzające do zachowania pokoju nie doprowadzą do celu. Sposób
postępowania cesarza wobec jego osoby obudził w sercu jego podejrzenie, jakoby
Karol zwolenników Ewangelii gwałtem pojmać i uwięzić zamierzał. Nie dziw więc,
iż powziął zamiar, który prędkiemu jego i stanowczemu usposobieniu zupełnie
odpowiadał. Postanowił po kryjomu opuścić Augsburg, a powróciwszy do domu,
otwarcie w obronie sprawy ewangelickiej wystąpić. Chodziło jednak o to, aby
zamiar utrzymać w tajemnicy, bo gdyby się wykrył, to landgrafa niechybnie
czekało więzienie. Na dzień 6. sierpnia prosił on cesarza o pozwolenie do
wyjazdu, ale na próżno. Czekał więc spokojnie aż do zmierzchu, a wieczór o 8.
godzinie, nim bramy miasta zamknięto, udał się nie powiedziawszy nikomu i
słowa, w przebraniu ku bramie; za nim jechało pięciu jezdnych, każdy z osobna.
Landgraf przejechał przez bramę, gdzie straże, najmniejszego nie mając podejrzenia,
zupełnie nań nie zważały; tak samo i towarzysze jego bez przeszkody przejechali.
W pewnej odległości od miasta skupiła się mała drużyna i puściła się cwałem
przez pola w stronę północy. Filip tak ostrożnie wszystko przygotował, iż się
nikt odejścia jego nie domyślił. Cesarz kazawszy bramy obwarować strażą, mocno
był przekonany, że się landgraf w mieście znajduje.
Książęta
zebrawszy się o 8. z rana na wezwanie cesarza, zdziwiły się trochę, że między
nimi nie było landgrafa, ale znając jego sposób, iż według własnej głowy lubił
postępować, nie zastanawiały się nad jego nieobecnością. Myślano, że się gniewa
i dla tego nie przyszedł. Landgraf tymczasem był już o niejakich 15 mil od
Augsburga. Po konferencji udały się książęta do domu; elektor Joachim dumny, że
się tak dzielnie spisał, elektor Jan zaś w bolesnych pogrążony myślach. W pomieszkaniu
landgrafa dowiadywano się, dla czego na zebranie nie przybył, i niemało się
zdumiono, gdy wskutek silniejszych nalegań radcy landgrafa oświadczyli, iż do
kraju swego pojechał. Cesarz ogromnie się rozgniewał, katolickie książęta nie
wiedziały co począć, ewangelicy zaś nie mniej byli strwożeni, lękając się, aby
nierozważny krok landgrafa nie stał się hasłem do rozlewu krwi. Jeden Luter
dowiedziawszy się o tym, pochwalił postępek Filipa. Te ciągłe zwlekania i
zabiegi musiały w końcu cierpliwość jego na najcięższe wystawić próby.
Kanclerz
landgrafa wręczył elektorowi saskiemu własnoręczny list pana swego, w którym
Filip tłumaczył, iż tylko przez wzgląd na chorobę żony opuścił Augsburg; ustnie
zaś kazał elektorowi objaśnić, co go do ucieczki spowodowało. Radcom swym
polecił Filip, aby wszelkimi siłami sprawę ewangelików wspierali, przyjaciół
zaś wezwał do wytrwania i wierności dla słowa Bożego. “Co do mnie,” kazał im
powiedzieć, “to ja żonę, dzieci, mienie, kraj i życie swoje dla słowa Bożego
poświęcę.”
Wieść
o odjeździe landgrafa zmieniła w jednej oliwili usposobienie sejmu. Arcybiskup
Moguncji i biskupi Frankonii w największej byli trwodze, widząc już wojska
Filipa w dzielnicach swego kraju. Arcybiskup Salcburga ganił ich trwogę, na co
mu odpowiedzieli, że nie będąc sąsiadem landgrafa, łatwo może bohatera udawać.
Niemniej niepokoił się król Ferdynand ze względu na księstwo wurtembergskie,
które wojska austriackie zagarnęły. Najbardziej strwożył się cesarz sam,
upatrując w kroku landgrafa hasło do wojny domowej, i dlatego natychmiast
zwołał sejm na posiedzenie. Imieniem cesarza zabrał głos pfalcgraf i rzekł:
“Landgraf wyjechał z Augsburga. Jego Cesarska Mość przypuszcza, że się to bez
wiedzy przyjaciół jego stało. Landgraf opuścił miasto nie uwiadomiwszy o tym
cesarza, co więcej wbrew wyraźnemu rozkazowi cesarskiemu wyjechał i tym samem
wszystkie obowiązki swoje pogwałcił. Zamiarem jego było rozerwać sejm! Lecz
Jego Cesarska Mość wzywa was, panowie, nie dajcie się przykładem landgrafa
uwieść, owszem dopomóżcie do tego, abyśmy wszystkie trudności w jak
najpomyślniejszy sposób załatwili, za co wam Jego Cesarska Mość serdeczną
wdzięczność przyrzeka.” Ewangelicy odpowiedzieli, iż o zamiarach landgrafa
najmniejszej nie mieli wiadomości, bo inaczej byliby go do pozostania
nakłonili. Niezawodnie ważne jakieś okoliczności na postanowienie jego
wpłynęły, a zresztą pozostali na miejscu radcy jego, będąc do zastępstwa pana
swego upełnomocnieni. “Co do siebie,” dodały książęta ewangelickie, “to my aż
do końca sejmu w mieście pozostaniemy, nie rozumiemy jednak przyczyny, dla
czego przed nami bramy zamykają?”
Pfalcgraf
tłumaczył się jak mógł; zapewniał, że zamknięcie bram nie jest w żadnym związku
z ewangelikami, że był to tylko środek ostrożności, tudzież że się już to
więcej nie stanie bez porozumienia z elektorem saskim jako marszałkiem sejmu.
Słowem usiłowano się jak można ułagodzić ewangelików, tym bardziej, iż widmo
landgrafa stojącego na czele wojsk na granicy kraju umysły wszystkich książąt
trwogą napawało. Z wielkiej chmury nastał mały deszcz. Groźna postawa
stronnictwa katolickiego przemieniła się od razu w najspokojniejsze
usposobienie. Po groźbach odzywało się hasło pokoju.
–––––––––– • ––––––––––