VI.
Przygotowanie
Konfesji. – Dzień 24. Czerwca. – Luter nie ma wiadomości z Augsburga.
Cesarz,
będąc do publicznego słuchania wiary ewangelików zniewolonym, wydał dnia 22.
czerwca rozkaz, aby książęta ewangelickie wyznanie swoje na piątek dnia 24.
czerwca przygotowały. Wezwano i katolików do równego kroku, ale ci uważali
rzecz za zbyteczną. Rozkaz cesarza przyszedł ewangelikom nie w porę; zabiegi
poczynione przez Valdez'a powstrzymały Melanchtona od ukończenia Konfesji,
brakło jeszcze wstępu i zakończenia, a oprócz tego trzeba było przepisać pracę
na czysto. Udano się z prośbą do arcybiskupa Moguncji, aby zechciał wyjednać u
cesarza dłuższy termin, ale na próżno; Karol o tym ani słyszeć nie chciał.
Musiano tedy dniem i nocą pracować, aby Konfesja na oznaczony czas była gotową.
We
czwartek dnia 23. czerwca zebrały się wszystkie stany ewangelickie, książęta,
posłowie miast, radcy i teologowie w pałacu elektora saskiego. Na zgromadzeniu
odczytano Konfesję w języku niemieckim i wszyscy ją pochwalili z wyjątkiem
landgrafa i posłów miasta Strassburga, którzy sobie życzyli, aby ustęp o
Wieczerzy Pańskiej nieco zmieniono, ale życzeniu temu wszystkie inne książęta
były naprzeciw. Elektor wziął pióro, aby podpisać, lecz Melanchton powstrzymał
go, nie chcąc, aby sprawę wiary łączono z polityką. “Wyznanie wiary powinni
słudzy słowa Bożego przedłożyć; powagę i znaczenie mocarzy i książąt dla
innych spraw zachować należy.” “A niech Bóg uchowa,” odparł elektor, “nie
przeszkadzajcie mi Pana mego wyznać i zrobić, co słuszne i sprawiedliwe, choćbym
się przez to nawet na stratę korony naraził. Krzyż Jezusa Chrystusa więcej
znaczy niż mój elektorski kapelusz i gronostajowy płaszcz, bo te oznaki
godności na ziemi zostają, ale krzyż Pana mego pójdzie ze mną aż ponad
gwiazdy.” Przeciw takiej stanowczości wiary nie dało się nic zrobić. Elektor
podpisał i podał pióro landgrafowi, który z początku się wahał, ale w końcu
wobec trudnego położenia rzeczy także podpisał z tym jednak zastrzeżeniem, że
artykuł o Wieczerzy Pańskiej trochę inaczej powinien być ułożony. Za nim
podpisali margrabia brandenburski i książę Luneburgu. Następnie książę Anhaltu
wziąwszy pióro do ręki, rzekł: “Ja się w życiu o niejedną sprawę bliźnich
moich ujmowałem, dlatego teraz gdy o chwałę Jezusa Chrystusa, Pana mego idzie,
tym chętniej za nią mienie i życie poświęcę, do wiecznej sposobiąc się korony.”
To rzekłszy podpisał imię swoje, i zwracając się do teologów, te powiedział
słowa: “Ja prędzej kraj i poddanych moich opuszczę i pójdę z laską w ręku z
ziemi ojców moich, abym sobie czyszczeniem obuwia na kawałek chleba w świecie
zarobił, ale tej nauki, którą Konfesja zawiera, tej nie porzucę nigdy.” Z miast
cesarskich podpisały tylko Norymberga i Reutlingen. Następnie uchwalono prosić
cesarza, aby Konfesję na publicznym posiedzeniu sejmu odczytać pozwolił.
Stanowczość
i odwaga książąt podnosiły otuchę wszystkich stanów ewangelickich, i niemało
było jej potrzeba, gdyż nowe przeszkody się stawiały. Zwolennicy Rzymu
dokładali wszelkich starań, aby do publicznego czytania Konfesji nie dopuścić.
Lękliwe serce Melanchtona truchlało na widok zabiegów, które czyniono; co
więcej Melanchton sam, pragnąc nade wszystko pokoju, biegał do biskupów,
kardynałów, książąt, błagając ich, aby sprawy na ostrzu noża nie stawiali, gdyż
pogodzenie obydwóch stronnictw nie jest tak trudne, jak się na pierwsze
spojrzenie wydaje.
Nadszedł
wreszcie oznaczony dzień 24. czerwca, w który ewangelicy według rozkazu cesarza
na publicznym posiedzeniu sejmu wyznanie swej wiary przedłożyć mieli. Ale znów
się znalazł sposób, aby temu zapobiedz. O trzeciej godzinie popołudniu
zagajono posiedzenie, wtem nadjechał legat i kazał się meldować cesarzowi.
Karol wyszedł naprzeciw niemu i wprowadził go do sali; tam legat usiadłszy na
tronie Ferdynanda, następującymi przemówił słowy: “Nigdy jeszcze łódka Piętrowa
nie była w taktem niebezpieczeństwie jak teraz; burze i wały, wiry i sekty na
wszystkie strony nią miotają. Ojciec święty, widząc z boleścią serca co się
dzieje, pragnie kościół Chrystusów z toni ocalić; a dlatego w imię Chrystusa, w
imię ojczyzny i przez wzgląd na Twoją własną osobę zaklinam Cię, Najpotężniejszy
monarcho, wytęp kacerstwo, oczyść z niego Rzeszę niemiecką i ratuj
chrzescijaństwo!” Imieniem cesarza odpowiedział arcybiskup Moguncji w dosyć
umiarkowanych słowach, poczym Campeggi powstał z tronu i opuścił salę. Teraz
książęta ewangelickie zabierały się do zdania sprawy z swej wiary, ale nowa
nastręczyła się przeszkoda. Przyszli posłowie z Austrii, Karyntii i Krainy w
sprawie wojny z Turkami, i najprzód ich wysłuchać musiano.
Upłynęło
niemało czasu, pora była nieco spóźniona; mimo to podniosły się książęta
ewangelickie z swych krzeseł, a kanclerz Bruck zabrawszy głos rzekł:
“Powszechnie mówią, że jakieś kacerstwa i nowe nauki, które w Piśmie świętem
poparcia nie mają, w krajach naszych rozpowszechniamy. Ponieważ przez to nie
tylko imię nasze cierpi, ale i o zbawienie duszy naszej idzie, dlatego w
pokorze prosimy, aby Wasza Cesarska Mość krótkiego streszczenia nauki naszej
wysłuchać raczyła.” Cesarz jednak porozumiawszy się poprzednio z legatem nie
dopuścił do czytania, owszem kazał ewangelikom oświadczyć, iż pora zanadto
spóźniona, a zresztą publicznego czytania i tak nie trzeba; wystarczy, gdy
książęta wyznanie swej wiary na piśmie wręczą cesarzowi. Plan wyśmienicie był
ułożony; książęta oddadzą wyznanie swoje, cesarz każe je włożyć w archiwum,
tam przejdzie ono w zapomnienie, a sprawa reformacji usunięta z porządku
dziennego cofnie się z widowni rzeczy, hańbą i szyderstwem okryta. Lecz
książęta ewangelickie pokrzyżowały plany, nie zgadzając się z żądaniami
cesarza. “Tu idzie o nasze dobre imię i o zbawienie naszych dusz,” odparły
książęta; “publicznie nas oskarżano, publicznie winniśmy się usprawiedliwić!”
Karol wahał się, co zrobić; Ferdynand podszepnął mu coś do ucha, i cesarz
odmówił żądaniu. “Ależ dla Boga, pozwólcie nam przecie wyznanie nasze
odczytać,” odparli stanowczo ewangelicy, “wszak w nim żadnej obrazy nie
znajdziecie?” Tak tedy stały przeciw sobie dwie strony; po jednej było kilku
mężów pełnych wiary i zapału, domagających się publicznego wygłoszenia swej
wiary, po drugiej zaś był największy monarcha Zachodu z wielką liczbą
kardynałów, prałatów, książąt, usiłując się wyznaniu prawdy Bożej zapobiedz.
Stanowcza była to chwila, ciężki i zacięty odbywał się bój, w którym nie o
ziemskie ale o najżywotniejsze sprawy serca i duszy chodziło. W końcu zmiękło
serce cesarza. Jego Cesarska Mość kazała ewangelikom oświadczyć, że się do
prośby ich przychyla; ale ponieważ dziś już za późno, więc jutro o drugiej
godzinie zbiorą się członkowie sejmu w pałacu cesarza, aby wysłuchać wyznania
wiary ewangelików. Na razie zechcą książęta oddać Konfesję do rąk cesarza. —
Ewangelicy zdumieli się na tak chytrą odpowiedź, co na pozór pozwalała
wszystko, a w gruncie rzeczy nic. Cesarz zgodził się na czytanie Konfesji — ale
gdzie? Nie w sali posiedzeń sejmowych, lecz w pałacu biskupim, w prywatnym swym
mieszkaniu, a zatem nie na publicznym ale prywatnym zebraniu członków sejmu.
Już w tym ogromne było upośledzenie sprawy reformacji, że jej do publicznego
traktowania nie dopuszczono. Po wtóre żądano od ewangelików, aby wyznanie wiary
swojej natychmiast oddali cesarzowi. Książęta ewangelickie wiedziały, co to
znaczy, że to nowa łapka na nich zastawiona; wiedziały, że jeśli żądaniu temu
stanie się zadość, to i do prywatnego czytania Konfesji nie przyjdzie. Dla tego
tłumaczono się przed cesarzem, że Konfesja nie jest odpisaną na czysto, że ją w
nocy jeszcze raz przejrzeć i głębiej się nad nią zastanowić zamierzają, aby ją
potem dopiero w ręce Jego Cesarskiej Mości oddali. Koniec końcem, cesarz musiał
się zgodzić; ewangelicy wracali uradowani do domu, legat zaś i biskupi nie
mogąc już czytaniu Konfesji zapobiedz, nie inaczej jak z pewną trwogą serca dalszych
wypadków wyczekiwali.
Ale
i po stronie ewangelików nie wszyscy byli spokojni. Melanchton upadał pod ciężarem
swego brzemienia; katolicy przezwali go obłudnikiem, ewangelicy mimo
najszczerszych jego zamiarów zarzucali mu brak stanowczości w sprawie prawdy
Bożej, tak iż biedny magister nieraz gorzkie łzy nad położeniem swoim wylewał.
Teraz siedział nachylony nad Konfesja, która jego była dziełem, przeglądając
takową po raz ostatni. Jedno stówko na właściwym miejscu przemilczane lub za
dużo powiedziane mogło go o łaskę książąt przyprawić, mogło stać się zgubnym
dla reformacji i państwa. Nie dziw więc, iż w taktem położeniu wzdychał i na
los swój narzekał. “My tu wśród ustawicznych żyjemy łez, a strachu mego nikt
nie wypowie,” napisał on do Lutra. “Ojcze duchowny, nie chcę co do boleści
serca mego przesadzać, ale oprócz Waszej pociechy nic prawie nie mam, co by mię
nie trapiło.”
Od
zwątpienia Melanchtona dziwnie odbija się wiara, spokój i pewność zwycięstwa,
jaką serce Lutra pałało. Veit Dietrich powiada o nim, że się jego stałości i
wesołości serca, pewności jego wiary w tak krytycznych czasach zgoła nadziwić nie
może. Skąd mu takową pochodziła, nie trudno pojąć. Luter zajmował się wśród
swego zacisza badaniem słowa Bożego, oprócz tego spędzał co trzy godziny
dziennie na modlitwie, a to godziny, które umysłowej pracy najlepiej odpowiadały.
Pewnego razu zbliżył się Dietrich do drzwi jego pokoju, chciał wstąpić, ale z
wnętrza dochodziły uszu jego wyraźne słowa; a więc stanąwszy na miejscu
słuchał. Była to modlitwa Lutra. “Ja wiem o Panie,” modlił się reformator, “że
ty Ojcem naszym i Bogiem jesteś; wiem że prześladowcę dzieci swoich rozproszysz
jak plewy, bo w chwilach niebezpieczeństwa Ty z nami jesteś! Wszak sprawa ta
jest Twoją, a my rozpoczęliśmy ją, bo ty tak kazałeś. Dla tego obroń nas, Ojcze
nasz niebieski!” Dietrich stał jak w ziemię wryty i słuchał; dźwięczny głos
Lutra wyraźnie uszu jego dochodził. Modlitwa była tak gorliwą, wyraźną, pełną
ufności i męstwa, iż sam u siebie wyznał, że nie podobna, aby na sprawę w
Augsburgu pozostała bez wypływu.
Położenie
Lutra było tego rodzaju, iż miał powód się niepokoić. Nie miał bowiem żadnych
wiadomości z Augsburga. Przyszedł do niego poseł z Wittenbergu; Luter oczekując
mnóstwa listów zapytał go, czy przynosi takowe? “Nie,” odpowiedział poseł.— “A
jak się panom powodzi ?” — “Dobrze!” odrzekł. Luter zasmucił się w duchu. Po
niejakim czasie przyszedł goniec z rozkazami elektora. “Czy masz listy?”
zapytał Luter. — “Nie!” — “Jak się panom powodzi ?”— “Dobrze!” Dziwna rzecz,
pomyślał u siebie reformator. Potem wysłano z Koburga wóz z mąką do Augsburga,
gdzie brak żywności uczuć się dawał. Luter czekał niecierpliwie powrotu
woźnicy, spodziewając się, że przywiezie listy, ale na próżno! W końcu przybył
do Koburga nowy poseł z Augsburga. Luter rzucił się formalnie nań z zapytaniem:
“Czy masz listy?” — “Nie!” — “Jakże się panom wiedzie?” — “Dobrze!” Reformator
oddalił się w gniewie i pełen niepokoju, przypuszczając, że chyba jaką klęskę
poniesiono. W izdebce swej usiadł nad biblią i szukał pociechy w rozmowie z
Bogiem. Zajmowały go szczególnie wyroki słowa Bożego: 2 Tym. 3, 12 — Filipen. 2, 12 i 13 — Jan 10, 17 i 18 — Mat. 16, 18 — Ps. 46, 1
i 2 — l Jan. 4, 4 — Ps. 55, 23 — Ps. 27, 14. — Jan 16, 33 — Łuk. 17, 5 — Ps.
32, 11 — Ps. 145, 18, 19 — Ps. 91, 14, 15 — Syrach 2. 11.
— l Machab. 2, 61 — Mat. 6, 33 — 1 Piotr. 5, 6, 7 — Mat. 10, 28. — Rzymian. 41,
6 — Żyd. 5 i 11— l Sam. 4, 18 — l Sam. 31, 4— 8 — l Sam. 2, 30 — 2 Tymot. 2,
17—19 — 2 Tymot. l, 12 — Efez. 3, 20. 21 —
Kilka
wyroków Pisma wypisał na drzwiach, oknach i ścianach zamku. Na jednym miejscu
był wyrok Psalmu 118, 17: “Nie umrę, ale będę żył, abym opowiadał sprawy
Pańskie;” na innym miejscu Przypowieści 12, 7: “Niepobożni podwróceni bywają,”
a nad łożem był napis: Psalm 4, 9: “W pokoju się położę i zasnę, bo ty sam
Panie! czynisz, że bezpiecznie mieszkam.” Trudno znaleźć człowieka, który tak
wyłącznie słowem Bożym żył i oddychał jak Luter w Koburgu.
W
końcu przecie nadeszły listy. Luter napisał do Jonasza: “W innych czasach
byłbym pomyślał, jak wam za to dokuczyć, ale teraz potrzebuję każdej drwili do
modlitwy. Cieszę się, że Bóg naszym książętom tyle otuchy udziela; Filipa zaś
nic innego tyle nie trapi, jak jego filozofia. Sprawa nasza jest w ręku tego,
który w chwale majestatu swego powiada: ‘Nikt ich z ręki mojej nie wyrwie!’ I
nie chciałbym, aby w naszym ręku była, bo cokolwiek kiedy na własną rękę
rozpocząłem, to wszystko przepadło, ale co ręce Najwyższego oddałem, powiodło
mi się aż po dziś dzień!”
Gdy
mu o wielkich wewnętrznych niepokojach Melanchtona doniesiono, napisał Luter do
niego następujące pamięci godne słowa: “Łaska i pokój w Chrystusie. W
Chrystusie, powiadam, a nie w świecie. Amen. Trwogi serca twego, co cię
zabijają, te ja naprawdę potępiam; bo jeśli sprawa nie jest sprawiedliwą, tedy
ją odwołajmy, ale jeśli sprawiedliwą jest, przecz nie wierzyć obietnicom tego,
który nam w pokoju każe położyć się i zasnąć? Szatan nie wskóra więcej nic,
chyba że nam życie odbierze. Chrystus zaiste nie zaprze się sprawiedliwości i
prawdy swojej, owszem on żyje i króluje, i nie ma dla nas powodu, dla czego się
trwożyć. Bóg jest mocny; gdy sprawa jego upada, On ją podeprze, gdy ustawa, On
na nowo popchnąć może, nie jesteśmy my godni, to Pan inne sobie narzędzia
obierze. — Konfesję otrzymałem i nie mogę pytania Twego pojąć, w czym i jak
dalece jeszcze stronnictwu papieża ustąpić by można. Mnie się zdaje, żeśmy już
aż nadto ustępstw zrobili. Ja we dnie i w nocy o tej sprawie myślę, rozbieram
ją z jednej i drugiej strony, i całe Pismo święte przestudiowałem, a przy tym
coraz więcej utwierdzam się w przekonaniu, że nasza nauka jest prawdziwą. Da
Bóg, że sobie ani kreski nie damy wydrzeć z tego, cośmy uczyli. Ty się o koniec
sprawy troszczysz i trwożysz, ponieważ jej pojąć nie możesz; ale gdybyś ją mógł
pojąć, to bym ja zupełnie o niej wiedzieć nie chciał. Bóg postawił sprawę swą
na takim fundamencie, jakiego ty w retoryce i filozofii na próżno szukasz. Tym
fundamentem jest wiara; na niej polega wszystko, co nasze pojęcie przechodzi, a
kto sprawy Boże rozumem zbadać i palcami dotykać pragnie, ma za to tylko żal i
łzy tak jak ty. Jeśli Chrystus nie jest z nami, to gdzież jest? Jeśli my nie
jesteśmy kościołem, to gdzież ten kościół? Jeśli my słowa Bożego nie mamy, to
gdzież je szukać w świecie? — A zatem wiary potrzeba, aby sprawa wiary nie była
bez wiary. Jeśli my padniemy, nie padniemy bez Chrystusa, który jest panem
wszystkiego, a co do mnie, ja wolę paść z Chrystusem niż się ostać z cesarzem.”
Tak
pisał Luter. Z duszy jego ufającej Panu płynęła wiara jakby strumienie wody
żywej. Luter nie ustawał; w ten sam dzień pisał listy do Melanchtona, Brenca,
Spalatyna, Agrikoli, do elektora i innych, a wszystkie one listy tchnęły duchem
i żywotem. Ale nie on jeden się modlił, mówił i wierzył, bo wtenczas prawie
wszyscy ewangeliccy chrześcijanie zachęcali siebie nawzajem do modlitwy. W takiej
zbrojowni sposobiono oręż, z którym na sejmie w Augsburgu wyznawcy Chrystusa
stanęli do boju.
–––––––––– • ––––––––––