V.
Kazania.
— Zagajenie sejmu. — Prośba elektora. — Plan legata. — Stanowczość książąt.
Cesarz
nie osiągnąwszy skutku co do procesji, postanowił żadną miarą nie ustąpić w
sprawie kazań ewangelicznych, które jemu same w sobie na wskroś musiały być
wstrętne. W kościele Franciszkanów miewał pewien zwolennik Zwinglego kazania na
teksty z księgi Jozuego; mówił z takim zapałem, sprawy królów kananejskich i
walki Izraela w tak jaskrawych i dobitnych przedstawiał kolorach, iż w
Kananejczykach nie trudną było poznać stronnictwo katolickie i jego zabiegi.
Tłumy garnęły się do kościoła, powracając stąd zbudowane i utwierdzone w wierze
w potężne ramię Pańskie. Dnia 16. czerwca odbyła się narada ewangelików nad
żądaniem Karola i większość stanów odrzuciła takowe.
W
porannej godzinie dnia 17. lipca wystosowały stany ewangelickie odpowiedź swą
do cesarza; powiedziały, iż kazania słowa Bożego zabraniać znaczy tyle, co
sprzeciwiać się Bogu, który nie chce, aby słowu jego czyniono przeszkody. Sami
zaś nędznymi będąc grzesznikami nie mogą się bez posiłku słowa Bożego obejść,
bo w nim jedyną pociechę w utrapieniu mają. Oprócz tego oświadczyła Jego
Cesarska Mość, iż na sejmie wszystkie nauki sprawiedliwie będą badane; jeśli
tedy kazań ewangelicznych z góry zabraniają, toć znaczy to tyle, iż naukę
ewangelików bez wszelkiego poprzedniego badania potępiono.
Karol
zwołał natychmiast książęta katolickie na naradę, która trwała od południa aż
do wieczora. Niektórzy opowiadali cesarzowi, że jemu na przekór w ten sam dzień
odbyło się kazanie. Cesarz się gniewał i ledwie dał się hamować. Próbowano
środków pośredniczenia, ale tu znowu książęta ewangelickie nie dały się
zachwiać. W końcu uchwalono, żeby i katolickich zaniechać kazań, wskutek czego
także ewangelicy swoich przestać będą zmuszeni. Nabożeństwa miały się odtąd
ograniczyć do czytania ewangelii i lekcji i do publicznego wyznania grzechów.
Stany
ewangelickie prosiły o krótki termin do namysłu. Roztrząsano sprawę z jednej i
drogiej strony, aż w końcu postanowiono zgodzić się na wniosek katolików,
niech nie będzie kazań ani tu ani tam. Wskutek uchwały tej oświadczyły książęta
ewangelickie, iż kaznodzieje ich kazać nie będą, chyba żeby co zaszło, czego z
sumieniem swym pogodzić nie mogą. Oprócz tego zastrzegł sobie elektor prawo
ewangelickiego nabożeństwa we własnym mieszkaniu. Cesarz już na wszystko się
zgodził, kontent będąc, że przynajmniej w jednej sprawie doszło do porozumienia.
Było
to w sobotę wieczór o 7. godzinie jechał herold cesarski przez ulice miasta
wołając: “Słuchajcie! słuchajcie, co Jego Cesarska Mość Najmiłościwszy Pan nasz
rozkazuje: W Augsburgu wolno tylko tym kaznodziejom kazać, których Jego
Cesarska Mość wyznaczy; wszystkim innym jest kazanie pod karą niełaski
cesarskiej zakazane!”
Wskutek
zakazu cesarza najrozmaitsze wieści krążyły po mieście. Wszyscy bowiem ciekawi
byli na kazania onych cesarskich kaznodziei, co ani po katolicku ani po
ewangelicku nauczać nie będą. Niektórzy mniemali, że się chyba jakichś dziwolągów
spodziewać należy. Wreszcie nadeszła niedziela dnia 19. czerwca. Tłumy garnęły
się przez ciekawość do kościołów. Księża wszedłszy na kazalnicę, odczytali
najprzód publiczną modlitwę, zatem ewangelię niedzielną i wyznanie grzechów a
potem rozpuścili słuchaczów do domu. Zgromadzenie patrzało nawzajem po sobie
nie wiedząc, czy już to koniec, lub nie. Potem nastąpiła msza, którą szczególnie
w katedralnym kościele z wielkim przepychem odprawiano. Cesarza na niej nie
było, bo zwyczajnie sypiał do 9. lub 10. godziny z rana, i dla niego później
odprawiano mszę; ale był Ferdynand i inne książęta katolickie i wielkie mnóstwo
ludzi ze wszystkich narodów i krajów, a mianowicie Francuzi, Hiszpanie,
Maurowie, Włosi, Turcy i inni. W kościele św. krzyża wystąpił wbrew rozkazowi
cesarza jakiś duchowny z kazaniem w obronie mszy. Cesarz chcąc wyrokowi swemu
wyjednać posłuszeństwo, kazał wrzucić go do więzienia księży Franciszkanów,
skąd mu jednak ujść pozwolono. Ewangeliccy kaznodzieje zaś, opuściwszy miasto
miewali w okolicy w różnych kościołach kazania.
Nienawiść
do ewangelików jednak nie ustawała. Książęta katolickie, widząc, że się im
sprawa co do kazań ewangelickich udała, postanowiły o krok dalej postąpić.
“Elektor saski jest marszałkiem państwa,” rzekł legat Rzymu; “jako takowy nosi
on przy uroczystościach sejmowych przed cesarzem miecz korony, a zatem powinien
i na wielkiej mszy przed zagajeniem sejmu trzymać go w ręku.” Elektor wahał
się, co robić? Wzbraniając się, byłby niechybnie godność swą utracił, a znowu
być na mszy, znaczyło tyle, jak się własnej wierze sprzeniewierzyć. Wśród
takich namysłów zasięgnął rady teologów, którzy z historii Namana (2 Król. 5,
18) udowodnili, że to nie jest zaparciem wiary, gdy elektor pełniąc urząd
powołania swego na wielkiej mszy będzie obecnym, albowiem tego istniejący
porządek uroczystości sejmowych wymaga. Zwolennicy Zwinglego wprawdzie innego
byli zdania, wskazując na męczenników kościoła, którzy inaczej czynili.
W
poniedziałek 20. czerwca odbyła się uroczysta msza na zagajenie sejmu.
Ewangelicy byli także w kościele na galerii, jedyny elektor saski był
przed ołtarzem z mieczem cesarskim w ręku., stojąc i wtenczas, gdy inni na
kolana upadli. Po mszy wstąpił arcybiskup Pompinello na ambonę i wygłosił
kazanie. Zaczął od spustoszeń, które popełnili Turcy, aż w końcu doszedł do
wniosku, że Turcy są lepsi od Niemców. “Turcy mają tylko jednego pana i tego
słuchają; Niemcy mają ich mnóstwo a żadnego nie słuchają. Turcy mają jeden
zakon, jeden obrządek i jedne religią, Niemcom zaś chce się zawsze jakichś
nowych zakonów, obrządków i religii. Nieszytą suknię Jezusową na kawałki
zrywają, wskutek jakichś szatańskich pobudek potępiają nauki, które cały świat
przyjął, a na miejscu ich przebrzydłe i szalone swoje własne wymysły stawiają.
Wszechwładny cesarzu i potężny królu, ostrzcie miecze swoje; uderzcie na
bezbożnych niszczycieli wiary, abyście ich na łono kościoła nawrócili. W ziemi
niemieckiej nie będzie pokoju, póki tego obrzydłego kacerstwa ostrzem miecza
nie wytępicie. A was, wy święci apostołowie, Piotrze i Pawle, wzywam ja na
pomoc; wzywam ciebie, ty Piotrze święty, otwórz kluczem swym skamieniałe serca
tych książąt; ale jeśliby w zatwardziałości swojej nadal pozostali, to przyjdź
z mieczem swoim ty, Pawle święty, a stłucz i rozbij, co się w niesłychanym
przeciwieństwie Bogu opiera.” Między tym nie brakło słów pochwalnych na cześć
Arystida, Temistoklesa, Scrpiona, Katona i innych mężów pogańskich.
Po
nabożeństwie wyszło zgromadzenie z kościoła; z wyjątkiem orszaku legata
wszyscy prawie oburzeni z powodu takiej zniewagi niemieckiego narodu. “Cóż on przez to rozumie,” pytał arcybiskup
Moguncji, “że Piotra świętego wzywa, aby Niemców mieczem swym wy gładził?” Na
środku kościoła nie było można słów arcybiskupa dosłyszeć, dla tego pytano się
po ukończonym kazaniu, co to właśnie mówił, i powszechne objawiało się
oburzenie na zuchwałość kaznodziei. “Im bardziej tamci duchowni książęta swe do
rozlewu krwi pobudzają,” rzekł Brenc, “tym bardziej powinniśmy my naszych od
ślepych zapędów hamować.” Słowa te powiedział po kazaniu rzymskiego kapłana
sługa Ewangelii pokoju.
Po
mszy pojechał cesarz wśród wspaniałego orszaku na ratusz, gdzie się obrady
sejmu odbywać miały, i usiadł na wspaniałym tronie, który w sali dla niego
przygotowano. Naprzeciw usiadł na krześle król Ferdynand, dalej z kolei elektorowie,
42 udzielne książęta, posłowie miast, biskupi i wysłańcy zagranicznych dworów;
po czym zagajono posiedzenie sejmu. Pfalcgraf odczytał odezwę cesarza,
odnoszącą się przeważnie do dwóch spraw, a mianowicie do wojny z Turkami i do
sprawy rozerwania wewnątrz kościoła. “Własne swoje sprawy i interesy
poświęciwszy na ołtarzu publicznego dobra opuściłem ziemie moje, abym mimo
rozlicznych niebezpieczeństw przez Włochy przybył do Niemiec. Z niemałym atoli
żalem serca dowiaduję się o rozterkach i sektach religijnych, które nie tylko
rozkazy korony znieważają, ale nawet zakonowi wszechmocnego Boga się
sprzeciwiają, do tego chyba dążąc celu, aby w kraju zapanowało drapiestwo,
pożoga, a w końcu i śmierć.” O pierwszej godzinie opuścił cesarz i książęta
salę posiedzeń, wracając do domu. Elektor saski zebrał koło siebie stany ewangelickie,
które orędzie cesarza nie mało przeraziło, napominając ich, aby się żadnymi
groźbami od sprawy Bożej oderwać nie dały. Wszyscy wspomnieli sobie na słowo
Pańskie u proroka Izajasza 8, 10: “Wnijdźcie w radę, a będzie rozerwana; namówcie
się, a nie ostoi się: bo Bóg z nami.”
Brzemię
elektora zaprawdę nie było lekkie, bo nie tylko że stał na czele książąt
ewangelickich, ale i przeciw osłabiającemu wpływowi Melanchtona musiał się
opierać. W tej chwili objawiła się szlachetność serca jego w całej okazałości.
Czując potrzebę pokrzepienia duszy na rozmowie z Bogiem, poprosił elektor we
wtorek rano otoczenie swoje, aby go na sam zostawiono; potem uklęknąwszy na
kolana gorąco się modlił, wołając do Pana, aby mu dał siły do bronienia
Ewangelii od przeciwieństwa cesarza i sejmu; a potem powstawszy od modlitwy
wziął do ręki pióro i nieodmienne postanowienie swoje nakreślił na piśmie. Tak
pokrzepiwszy się modlitwą, zaczął się nad wnioskami cesarza bliżej zastanawiać,
i gdy się namyślił, wezwał do siebie znowu syna swego i kanclerza Brucka, a
później także Melanchtona. Z nimi razem roztrząsnąwszy sprawę powziął
postanowienie, że na pierwszym miejscu trzeba będzie na sejmie sprawę religijną
załatwić, na co się wszyscy ewangelicy jednomyślnie zgadzali.
Plan
legata był zupełnie przeciwny; jemu o to chodziło, aby rozprawy religijne zbić
z dziennego porządku sejmu, a ile można zupełnie pogrzebać. Tak nie miałyby
książęta ewangelickie sposobu sprawy swojej bronić i spodziewać się należało,
że reformacja powoli przejdzie w zapomnienie. W tym celu wyprawił legat
pewnego hiszpańskiego szlachcica, imieniem Valdez, do Melanchtona, aby
ostrożnie przygotował pole. “Hiszpanie są zdania,” rzekł Valdez, “że luteranie
jakieś bezbożne nauki o Bogu, o Chrystusie i Matce Boskiej rozpowszechniają; z
tego powodu uważamy za większą zasługę przed Bogiem, gdy kto zabije ewangelika
niż gdy zabije turka.”
“Ja
wiem o tym,” odrzekł Melanchton; “ale mi się dotąd nie udało rodaków twoich
wyprowadzić z błędu.”
“A
czegóż więc uczycie wy luteranie?”
“Sprawa
nasza nie jest bynajmniej tak zawikłaną i niesłuszną, jak się cesarzowi
wydaje. Tu przeważnie o trzy rzeczy chodzi, a mianowicie o pożywanie Wieczerzy
Pańskiej pod obiema postaciami, o małżeństwo duchownych i o zniesienie cichych
mszy. Gdyby się w tych rzeczach można porozumieć, to co do reszty pojednanie
nie byłoby trudne.”
“Ja
o tym cesarzowi doniosę.”
Karol
niemało się uradował. “Powiedz o tym legatowi,” rzekł do Valdeza, “i poproś
Melanchtona o krótkie zestawienie nauk, które oni przyjmują, a które odrzucają.
Valdez
pobiegł do Campeggrego. “Co mi tu powiadacie.” odrzekł legat, “nie byłoby tak
złe. W sprawie pożywania Wieczerzy Pańskiej i małżeństwa duchownych dałyby się
zrobić ustępstwa, ale na zniesienie cichych mszy nigdy się nie zgodzimy.”
Przez to byłby niejeden dochód odpadł kościołowi.
W
sobotę dnia 18. czerwca przyszedł znowu Valdez do Melanchtona. “Cesarz życzy
sobie krótkiego i ścisłego zestawienia waszych nauk, i jest zdania, że byłoby
korzystniejszą, załatwić sprawę w cichości, bez publicznych rozpraw, bo przez
to tylko budzi się gorycz.”
“Ja
wezmę sprawę pod rozwagę,” odrzekł Melanchton, i w rzeczy samej byłby się dla
miłego spokoju na wniosek Hiszpana zgodził, nad czym już legat począł się
cieszyć.
Szczęściem
dla ewangelików nie chciał ani elektor saski ani kanclerz jego o wnioskach
Melanchtona nic wiedzieć, i stanowczość mężów tych ocaliła reformację od
zdrady, jaką sobie legat uknuł. Elektor zgodził się jedynie na to, aby
Melanchton Valdeza z treścią Konfesji zaznajomił, którą tenże poznawszy rzekł:
“Ta mowa zanadto jest gorzką, przeciwnicy wasi jej nie zniosą.” Tak zakończyły
się próby legata.
–––––––––– • ––––––––––