IV.

Niepokój w Augsburgu. — Pochód cesarza. — Wymagania Karola. — Stanowczość książąt ewangelickich.

 

Między obywatelami Augsburga wielki objawiał się niepokój, złowrogie przeczucia przejmowały umysły. Ewangeliccy mieszczanie otwarcie oświadczali, że tylko ze względu na obecność Sasów, Hesów i inne stany ewangelickie pozostają w mieście, bo inaczej musieliby się schronić ucieczka. “Szatan klęskę gotuje,” odzywano się zewsząd. Najbardziej zaniepokoiło umysły pewne harde słowo cesarza, który powiedział: “Cóż mię ci elektorowie obchodzą? Ja zrobię, co się mnie podoba.” A więc siła, nie prawo miała na sejmie panować. Nie mała stąd powstała między mieszczaństwem obawa. Murarze i ślu­sarze pracowali dniem i nocą; wprawiając do murów ogniwa, aby w razie niebezpieczeństwa można było zatarasować ulice; rada miasta uszykowała 800 pieszego i konnego wojska we wspaniałych strojach, tłumacząc się tym, iż cesarza godnie przyjąć wypada.

W połowie miesiąca maja przybyły do miasta przednie straże cesarskiego orszaku, byli to Hiszpanie, dumni i do gwałtów skłonni i niejednego bezprawia się dopuścili. W mieście panował popłoch. Kiedy służba tak zuchwała, to czegóż się od pana spodziewać? Ministrowie cesarza dowiedziawszy się o gwałtach Hiszpanów, zganili takowe i dla zatarcia pierwszego wrażenia wysłali do miasta niemieckiego oficera, aby grzecznością naprawił, co Hiszpanie zepsuli. Lecz grzeczności tej niedługo było; pytano się rady, co te ogniwa w murach, co te łańcuchy znaczą, i dlaczego tyle wojska pod bronią? Tłumaczenia rady nie zadowoliły wysłańców cesarza, po dłuższych rokowaniach zgodzono się na to, iż miasto rozpuści żołnierzy do domu, a natomiast przyjmie dla utrzymania porządku w mieście załogę 1000. mężów cesarskiego wojska.

Cesarz ruszywszy z Innsbrucku we dwa dni po śmierci Gattinary, przybył dnia 10. czerwca do Monachium, gdzie go świetne czekało przyjęcie. O pół mili od miasta wystawiono niewielką fortecę; naokoło były namioty, działa, jazda. Uderzono do szturmu, zagrzmiały karabiny i działa, zaszczękła broń ręczna, krzyki, kłęby dymu — dla zabawy cesarza po­zorną urządzono bitwę. W Monachium przygotowano widowiska, muzykę, teatr i inne rozrywki. Tak książęta katolickie “zbawcę” swego witały; na co wszystko patrzał Karol z upodobaniem.

Orszak cesarski był już niedaleko Augsburga. Począwszy od 11. czerwca przybywały do miasta oddziały służby cesarskiej, wiodąc konie, wozy, tabory i najrozmaitsze rzeczy dworu ce­sarskiego. Co chwila odzywały się po ulicach dźwięki trąb, kotłów i trzaskanie bicza. Mieszczanie patrzyli na niezliczone tłumy służby i jej zuchwalstwo jak na chmurę szarańczy, a żałość i trwoga przejmowały ich serca. Dnia 15. czerwca ze­brali się elektorowie, książęta i radcy ich już o 5. godzinie z rana na ratuszu; za chwilę nadeszli komisarze cesarscy, wzy­wając zgromadzonych, aby Karolowi wyszli naprzeciw na po­witanie. O 3. godzinie wyruszył z miasta orszak książąt i zajął stanowisko na moście zbudowanym nad rzeką Lech, spoglądając w stronę Monachium, skoro się cesarz zjawi. Po kilku godzi­nach podniosły się chmury kurzu na drodze; 2000 gwardii cesarskiej cwałowało naprzód, a za nimi wśród świetnego orszaku jechał sam cesarz. Gdy już był o 50 kroków od mostu, pozsiadały książęta z koni i szły pieszo na powitanie. Cesarz ujrzawszy to chciał także zsiąść, lecz synowie książąt otacza­jący go prosili, aby tego nie czynił. Karol jednak nie dał się po­wstrzymać, owszem zsiadł z konia, witał się z nimi uprzejmie uścisnąwszy każdemu z osobna rękę. Elektor Moguncji prze­mówił do niego imieniem książąt, na co pfalcgraf imieniem ce­sarza odpowiedział.

Trzy osoby trzymały się trochę z dala, na wzniesionym nieco stanowisku. Legat Rzymu, siedzący na mule ozdobionym purpurą, a obok niego dwaj kardynałowie patrzyli z pewną dumą na powitanie książąt. Przy boku jego był arcybiskup Salcburga i biskup Trydentu. Nuncjusz widząc wszystkie znakomitości Rzeszy niemieckiej przed sobą zgromadzone, wyciągnął z po­wagą rękę do błogosławienia; na ten znak upadł cesarz, ksią­żęta, Włosi, Hiszpanie i Niemcy, wszyscy razem na kolana, jedynie protestanci, na których oczy całego zgromadzenia były zwrócone, zostali stać i tak pierwszą próbę stałości przebyli. Cesarz udawał, jakby tego nie spostrzegł, wiedząc dobrze co to ma znaczyć. Następnie przemówił elektor brandenburski po łacinie do legata; znał on język ten lepiej niż książęta kościoła, co dało cesarzowi powód do uwag o wykształceniu biskupów. Gdy Karol znowu brał się wsiadać na koń, przy­biegł elektorowicz saski i inne młode książęta, aby mu służyli, jeden trzymał wierzchowca, drugi strzemię potężnego monarchy, aż w końcu orszak znowu ruszył naprzód ku miastu. Najprzód szły dwie chorągwie wojska pod dowództwem Symona Seitz z Augsburga, który się na wyprawie do Włoch okrył złotem i chwałą. Za niemi kroczyły nadworne orszaki elektorów, składające się z książąt, hrabiów, radców, szlachty i wojska; potem szedł dwór książąt Bawarii, którzy już wten­czas za naczelników katolickiego stronnictwa uchodzili. Za Bawarczykami postępował dwór cesarza i brata jego króla Ferdynanda, wcale odmienny od wojowniczych orszaków książąt. Najprzód prowadzono za uzdy prześliczne rumaki rasy polskiej, tureckiej i arabskiej, za nimi szli paziowie w przepysznym ubraniu, mając na sobie żółte lub czerwone kurtki aksamitne, potem jechało rycerstwo hiszpańskie, czeskie, rakuskie w stro­jach z aksamitu i jedwabiu, a szczególnie dziarsko wyglądali Czesi na swych dzielnych wierzchowcach. Za rycerstwem kroczyli trębacze, muzykanci, marszałkowie, koniuszy i słudzy legata niosący krzyże. Następnie szły książęta Rzeszy nie­mieckiej, za tymi elektorowie, za nimi elektor saski z mieczem cesarskim w ręku tuż od razu — przed samym cesarzem.

Teraz dopiero zjawił się cesarz i oczy całego zgroma­dzenia skierowały się nań. Liczył on wtenczas lat trzydzieści, był przyjemnej postawy i łagodnej twarzy; ubiór jego lśnił się od złota i drogich kamieni, na głowie miał niewielki kapelusz hiszpański. Karol jechał na prześlicznym polskim siwoszu, a sześciu radców Augsburga trzymało nad głową jego piękny adamaszkowy baldachim o żółtych, białych i zielonych kolorach. Okazałą swą postawą i miną pełną uprzejmości i powagi ocza­rował Karol od razu wszystkie serca, tak iż go jednomyślnie za najpiękniejszego męża i najpotężniejszego monarchę uważano. Ferdynand i legat papieski chcieli pierwotnie jechać obok ce­sarza, lecz elektor Moguncji, któremu 200 jezdnych we wspa­niałych strojach towarzyszyło, rościł sobie według dawnego zwyczaju prawo do jechania po prawej stronie cesarza, tudzież elektor Kolonii z orszakiem swym po lewej. Za nimi więc je­chał brat cesarza Ferdynand z legatem papieża, potem kardy­nałowie, posłowie zagranicznych dworów i prałaci, a wśród nich spowiednik cesarza, dumny biskup Osma. Jazda cesarza i żoł­nierze Augsburga zamykali orszak pochodowy. Czegoś równie wspaniałego nigdy jeszcze wewnątrz Rzeszy niemieckiej nie widziano.

Pochód odbywał się zwolna, tak iż dopiero wieczorem między 8. i 9. godziną stanął orszak w Augsburgu. U bramy miasta oczekiwał cesarza burmistrz z członkami rady miejskiej. Gdy się Karol do nich przybliżył, upadli przed nim na kolana i w tej samej chwili zagrzmiały z wałów działa, wszystkie ozwały się dzwony, zatrąbiono w trąby, uderzono w kotły i nieopisany okrzyk ludności powitał przybywającego. Biskup Augsburga w białym ubraniu, otoczony klerem, zanucił po ła­cinie: Advenisti desiderabilis. Sześciu kanoników wystąpiło z prześlicznym baldachimem, aby pod nim zaprowadzić cesarza do kościoła. Na widok baldachimu spłoszył się koń cesarza, tak iż go ledwie powstrzymać zdołano. W końcu przybył orszak do kościoła ozdobionego wieńcami i girlandami, w którym tysiące palących się pochodni rozlewało światłość. Cesarz uklę­knął przed ołtarzem i wzniósłszy ręce w górę modlił się, po­tem usiadł na tronie, który dlań przygotowano. Podczas pieśni Te Deum (Cię Boże chwalimy) widziały książęta ewangelickie, jak cesarz z arcybiskupem Moguncji rozmawiał, jak nakłonił się do legata słuchając jego uwag, jak księciu Jerzemu dawał uprzej­mie znaki powitania, i nic stąd dla siebie dobrego rokować nie mogły. Po niejakiej chwili wstał cesarz z tronu, a wtem sługa trzymający w ręku wyzłoconą poduszkę podbiegł, aby mu ją położyć pod nogi. Karol jednak usunął poduszkę na bok i na gołej uklęknął posadzce. Z nim razem wszystko zgromadzenie upadło na kolana, tylko elektor saski i landgraf' Filip zostali stać, za co książę Jerzy oburzonym zmierzył ich spojrzeniem. Margrabia Brandenburgu porwany tłumem także uklęknął, ale zobaczywszy, że sprzymierzeńcy jego stoją, podniósł się na nogi. Kardynał arcybiskup Salcburga miał dać błogosławieństwo, ale Campeggi widocznie obrażony, że się dotąd biernie musiał za­chować, usunął go na bok mówiąc: “Ten urząd należy do mnie, nie do was.” Landgraf Filip widząc to, uchylił się za żyrandol, aby nie zdradzić śmiechu. Po błogosławieństwie zaprowadzono cesarza przy odbiciu dzwonów do biskupiego pa­łacu, gdzie zajął mieszkanie. O 10. godzinie zaczęły się tłumy powoli rozchodzić do domów.

Tak nadeszła chwila, o której się zwolennicy papieża spodziewali, że książęta ewangelickie nie trudno na łono ko­ścioła katolickiego nawrócą. Obecność cesarza, bliskość święta Bożego Ciała, późna nocy godzina, — wszystko to zamiarom ich sprzyjało. “Otóż się noc zdrady zaczęła,” zauważał Spalatyn. Po krótkiej poufnej rozmowie z cesarzem w prywtnym jego mieszkaniu udały się książęta katolickie do domu, a po odejściu ich wezwał Karol do osobnego pokoju do siebie elektora saskiego, landgrafa heskiego, Jerzego margrabiego Brandenburgu, tudzież książęta Anhaltu i Luksemburgu; oprócz tychże był tam tylko brat cesarza Ferdynand obecny, przyjąwszy na siebie obowiązki tłumacza. Plan cesarza był jak najlepiej obmyślony, spodziewano się w poufnej rozmowie uzyskać, na co by się na publicznym posiedzeniu ewangelickie książęta nigdy nie zgodziły.

Ferdynand oświadczył im, iż jest życzeniem cesarza, aby kazań ewangelicznych zaniechali. Na te słowa przerazili się obaj sędziwi panowie, elektor i margrabia, i nastała chwila milczenia. Potem zabrał głos Filip heski i rzekł: “Niech Wasza Cesarska Mość zechce od tego żądania odstąpić, bo kaznodzieje nasi tylko szczere słowo Boże głoszą, jak je niegdyś dawni Ojcowie kościoła Augustyn, Hilary i inni kazali.   Waszej Ce­sarskiej Mości nie trudną będzie przekonać się o tym. My się zaś bez pokarmu słowa Bożego obejść nie możemy, ani nam też sumienie nie pozwoli, abyśmy się takowego zaparli.” Ferdy­nand wytłumaczył cesarzowi po francusku odpowiedź książąt, bo cesarz po niemiecku nie rozumiał. Wzmianka o Augustynie i Hilarym była Karolowi bardzo niemiłą, rozgorlił się nieco i na twarz jego wystąpiły rumieńce. Ferdynand oświadczył stanowczo, iż cesarz od żądania swego nie odstąpi. Landgraf od­parł na to: “Sumienie Jego Cesarskiej Mości nie jest panem ani mistrzem naszego sumienia.” Gdy Ferdynand nie przestawał nalegać, nie mógł się już margrabia dłużej utrzymać, i nie dbając na obecność tłumacza przystąpił wprost do cesarza i nadsta­wiając głowę rzekł: “Prędzej ja tu przed Waszą Cesarską Mością uklęknę i niech mi od razu zetną głowę, aniżbym się Boga mego zaparł lub na wydarcie słowa Jego zezwolił.” Te proste ale mężne słowa staruszka, którym odpowiednie gesty towarzyszyły, niemałe wywarły wrażenie. Cesarz zdumiał się i łamaną odrzekł niemczyzną: “Nie, kochany książę, głowy ścinać nie będziemy. To były jedyne słowa, które w ogóle na naradzie i na sejmie z ust jego słyszano. Nieznajomość niemieckiego języka i etykieta hiszpańskiego dworu nie pozwalały mu mówić. Karol spędzał cztery godziny dziennie na duchownych ćwiczeniach, stąd powiadano o nim, że więcej z Bogiem niż z ludźmi rozmawia. W imieniu jego przemawiał zawsze Ferdy­nand lub pfalcgraf. W ten sposób podobny był do bożyszcza, co głową i oczyma rusza, ale nie mówi, i ta prawie okoliczność niemało zamiarom jego szkodziła.

Ferdynand przekonawszy się, że w sprawie kazań nic nie wskóra, innego postanowił spróbować środka. Nadchodziło święto Bożego Ciała. Według dawnego zwyczaju zbierali w uroczystej procesji udział wszyscy członkowie sejmu; obecnie na­leżało się tego tym więcej spodziewać, ponieważ zadaniem sejmu było przywrócenie religijnej jedności w Niemczech. Wszak ewangelicy sami twierdzili, że w Wieczerzy świętej prawdziwie jest ciało i krew Chrystusowa, azaż mieliby się wzbraniać oddać cześć poświęconej hostii? A znowu jeśli w procesji wezmą udział, to się już przez to wierze swojej sprzeniewierzyli. A zatem plan nieźle był ułożony, podstęp Włochów koniecznie obiecywał zwycięstwo.

Odmowna odpowiedź książąt nadała Ferdynandowi spo­sobność do wynurzenia innego żądania; kiedy już zgromadzeń nabożnych nie chcą zaniechać, to przynajmniej w procesji Bożego Ciała powinni iść z cesarzem. Jeśli tego przez wzgląd na cesarza nie zechcą uczynić, to niech przynajmniej Bogu na chwałę z procesją idą. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie słowa te na umysły książąt wywarły; zdumienie i oburzenie malowało się na ich twarzach. “Chrystus ustanowił sakrament święty nie na to, aby mu boską cześć oddawano,” odpowiedziały książęta, ale na próżno; cesarz obstawał przy swym żądaniu, książęta zaś przy oporze. W końcu wyznaczono im termin do namysłu, a mianowicie aż do przyszłego poranka.

Ewangelicy powracali do domu w ogromnym rozdrażnie­niu, ale nie mniej rozdrażniony był cesarz, który się nigdy podobnego oporu nie spodziewał. Ze swojej strony zaś nie omieszkał legat dolewać oliwy do ognia. Karol chodził po po­koju, sierdził się na książęta, odgrażał się im, a nie mogąc do­czekać się poranku wyprawił w nocy posła do elektora, aby się o postanowieniu jego dowiedział. Elektor kazał mu powie­dzieć, że w tej chwili potrzebuje wypoczynku, ale rano odpowie.

Równie jak cesarz nie znajdywał i landgraf spokoju. W nocy wyprawił kanclerza swego do wysłańców Norymbergi, aby im dał znać co zaszło; równocześnie uwiadomiono teo­logów, i Spalatyn wziął się natychmiast do pióra, aby zdanie ich podać na piśmie: “Sakrament święty nie jest na to usta­nowiony, aby mu boską cześć oddawano, jak się niegdyś Żydzi przed wężem na drzewcu wystawionym kłaniali. My powinniśmy poświadczyć to czynem i nie godzi się, abyśmy brali udział w uroczystości.” Rada teologów utwierdziła książęta w prze­konaniu ich, spokojnie więc oczekiwano poranku 16. czerwca. Elektor saski czuł się trochę słabym i nie wychodził z pokoju; w zastępstwie ojca udał się więc elektorowicz wespół z innymi książętami do cesarza o 7. godzinie z rana.

Imieniem ich margrabia Brandenburgii następującymi prze­mówił słowy: “Wasza Cesarska Mość raczy wiedzieć, jakeśmy nieraz przodkowie moi i ja, własne życie swoje w służbie Wysokiego domu Waszego na niebezpieczeństwa narażali, ale gdzie o boskie sprawy chodzi, tam boskich a nie ludzkich roz­kazów słuchać musimy. Opowiadają, że nas śmierć czeka, jeśli się przy nauce naszej upierać będziemy; dla mnie o to mniejsza, ja ją chętnie podstąpię.” To rzekłszy podał Ferdynandowi na piśmie zdanie ewangelików o procesji Bożego Ciała. “Jeśli tego Bogu na chwałę uczynić nie chcecie,” odparł brat cesarza, “to nie zapominajcie, żeście książętami państwa i zróbcie to przez wzgląd na osobę cesarza. Tak Jego cesarska Mość rozkazuje.” Na to odrzekły książęta: “Tu chodzi o sprawę nabożeństwa, która się sumieniu naszemu sprzeciwia.” Karol i Ferdynand rozmawiali z sobą chwilkę po cichu, potem odwróciwszy się odeszli, spodziewając się, że książęta pójdą za nimi.  Ale ewangelicy widząc siebie na sam pozostawionych, udali się spo­kojnie do domu.

Procesja odbyła się dopiero o 12. godzinie. Naprzód szło duchowieństwo, za nim szlachta hiszpańska, belgijska i rakuska, potem heroldowie i trębacze, a za nimi książęta; wszyscy trzymali w ręku zapalone świece. Elektor Moguncji i prymas państwa niósł Sakrament święty, obok niego po prawej stronie kroczył król Ferdynand, po lewej Joachim, elektor branden­burski. Za nimi szedł cesarz z poważnym i posępnym obliczem, trzymając w ręku zapaloną świecę. Mimo skwaru piekącego słońca szedł on z odkrytą i jak u duchownych postrzyżoną głową, aby udowodnić, iż z całego serca do rzymskiego kościoła należy. Im więcej kościół na pierwotnej sile wiary utracił, tym bardziej usiłował się przepychem zewnętrznych obrządków jego niedo­statek zataić, aż się wypełniło, co apostoł Paweł powiada: “Mają kształt pobożności, ale się skutku jej zaparli” (2 Tym. 3, 5). Za cesarzem szło ledwie stu obywateli Augsburga, jakby na oczywisty dowód o postępach, które w ostatnich latach zrobiła reformacja.

                   Podczas procesji nie dał Karol poznać po sobie gniewu, jaki miał do ewangelików, mimo że legat otwarcie ubolewał, iż taktem zachowaniem ogromnie szkodzą papieżowi. Ale po ukoń­czeniu procesji tym gwałtowniej oburzenie jego wybuchło; chciał stanom ewangelickim w pierwszej chwili wydać listy żelazne, aby do domu odeszły, i wespół z katolikami sprawę religijnego rozerwania w Niemczech załatwić. Nie ulegało wątpliwości, iż krok podobny od razu byłby religijną wojnę w kraju zapalił, i z tego powodu uczyniły książęta katolickie co tylko mogły, aby gniew cesarza uśmierzyć i od powziętego powstrzymać go zamiaru.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1