III.
Augsburg.
— Kazania ewangelickie. — Konfesja. — Luter. — Śmierć Gattinary. — Eck,
Kochleusz. — Posty.
W
Augsburgu coraz bardziej robiło się gwarno. Książęta, biskupi, posłowie,
rycerstwo, szlachta i żołnierze we wspaniałych strojach garnęli się do miasta
zapełniając ulice, gospody, kościoły, pałace. Wszystkie znakomitości kraju
stanęły na miejscu, bo też było co widzieć i słyszeć. Trudne położenie kościoła
i państwa, obecność i uprzejme zachowanie cesarza, ciekawość nowin i widok
wspaniałych igrzysk niejednego zwabiły człowieka, iż opuściwszy zacisze
domowej zagrody podążył do miasta. Kto tylko jaką sprawę miał do załatwienia,
wybierał się w drogę, nie licząc włóczęgów, co na obfite spieszyli żniwo.
Wśród
powszechnego zgiełku widać było elektora Jana i landgrafa, jako w myślach
pogrążeni chodzili po mieście. Bo i mieli nad czym rozmyślać powziąwszy
postanowienie, że otwarcie wyznają Chrystusa i korzystając z obecności tylu
znakomitych książąt, daleko i szeroko słowo Ewangelii rozpowszechnią. Elektor
przybywszy do Augsburga rozkazał swym kaznodziejom, aby na każdy dzień w
dominikańskim kościele przy otwartych drzwiach mówili kazanie; dnia 8. maja
zaczęto kazać w kościele św. Katarzyny, dnia 13. maja wystąpił w katedralnym
kościele nadworny kaznodzieja landgrafa imieniem Schnepf i inni. Później zajął
Filip z orszakiem swym kościół św. Ulryka, elektor zaś kościół św. Katarzyny, a
głoszenie Ewangelii nie doznawało przeszkody.
Zwolennicy
Rzymu ogłupieli. Spodziewali się, że znajdą skruszonych grzeszników, co się
błędów swych wstydzą; a oto cóż znajdują? — nieustraszonych wyznawców
Chrystusa, co potężną wymową prawdy Boże głoszą. Biskup Augsburga chcąc
zaradzić złemu, wyprawił sufragana i kapelana swego na ambonę, lecz okalało
się, że duchowni rzymscy zdolniejsi byli do mszy niż do głoszenia Ewangelii.
Ludność szydziła z nich mówiąc: “Hałasują i krzyczą bezmyślnie jak ludzie, co
zdrowego rozumu nie mają.”
Katolicy
wadząc, że przez niedołęstwo swych księży w drodze kazań zwycięstwa nie
odniosą, szukali pomocy władzy świeckiej, i nie na próżno. Karol zdumiał się
nad zuchwałością ewangelików. Zwolennicy papieża przymawiali im, że cesarz
pogromiwszy króla Francji i papieża rzymskiego, znajdzie sposób i na
ewangelików. Elektor zasięgnął rady teologów, ale nim ta jeszcze nadeszła,
przybyli z rozkazu cesarza dwaj ministrowie do miasta; byli nimi hrabiowie
Nassau i Nicenar, obaj wierni słudzy cesarza, ale oraz w sercu sprzyjający
Ewangelii, którą później otwarcie wyznali.
Dnia
24. maja wręczyli wysłańcy elektorowi pismo cesarza, w którym było zażalenie,
że Sasi przez religijne spory zrywają dobre stosunki z Austrią, tudzież że
elektor edyktu wormackiego nie przestrzega i takim postępowaniem chyba do
ogromnej wojny domowej doprowadzić może. Prosili następnie, aby elektor kazań
ewangelicznych zabronił, bo inaczej mogłaby sprawa wydać owoce dla niego nader
niepomyślne. “Ale to tylko my tak myślimy,” dodali posłowie, będąc przez
cesarza naprawieni, aby do cesarskiego zlecenia kilka stów groźby od siebie dodali.
Słowa ich niemałe wywarły wrażenie na elektora. “Jeżeli mi Jego Cesarska Mość
kazań zabrania, to ja lepiej od razu do domu powrócę.” Najprzód jednak czekał
jeszcze rady teologów. Co do Lutra, to takowa niebawem nadeszła: “Cesarz jest
naszym panem” - napisał Luter – “miasto i wszystko jemu należy, równie jakby
miasto Torgau nie śmiało się sprzeciwiać, gdyby Wasza elektorska Mość tego lub
owego zażądała. Wprawdzie wolałbym łagodnymi słowy umysł cesarza odmienić; ale
jeżeli tego nie można, to nic innego nie pozostaje, jak poddać się rozkazowi;
z naszej strony zrobiliśmy, cośmy byli powinni.” Tak odezwał się człowiek,
którego niejednokrotnie buntownikiem okrzyczano. W podobny sposób się i inni
teologowie oświadczyli. Cóż tu zatem robić? Głoszenie prawdy Bożej było w
oczach reformatorów najwyższym celem dążenia; czyż mieli zaprzeć się takowego i
przynieść cesarzowi ofiarę posłuszeństwa, nim sam jeszcze przybył do miasta? A
gdzież koniec tych ofiar?
Wbrew
orzeczeniu teologów postanowił elektor, iż nie da się zachwiać, a gdy wszyscy
za zaniechaniem nabożeństw ewangelickich przemawiali, to Jan jeden potrząsł
głową i inaczej rozporządził, Melanchton znalazł się w kłopotach; raz jeszcze
próbował nakłonić elektora do posłuszeństwa, ale na próżno, bo szczęściem stał
przy boku księcia mąż inny, mniej trwożliwego usposobienia, kanclerz Bruck,
który był przekonany, że względy roztropności, polityki, honoru a nade wszystko
względy obowiązku za oporem przeciw groźbom Karola przemawiają. “Cesarz żąda
teraz zaniechania kazań, później będzie żądał, abyśmy się Ewangelii zaparli.
Jeśli teraz ustąpimy, to nas później nie trudno zdepcą; a więc lepiej prośmy,
aby nam i nadal kazań nie broniono.” A zatem maż stanu dał hasło do wytrwania.
Dnia
31. maja wręczył elektor ministrom cesarza odpowiedź swą na piśmie. Elektor
udowodnił, iż edyktu wormackiego wszystkie książęta nie przyjęły, bo i przyjąć
nie mogły, inaczej bowiem byłyby przeciw rozkazowi słowa Bożego postąpiły. Co
do sojuszów, to je tylko celem obrony od napaści zawarto; niech także
katolickie książęta oświadczą, co w tym względzie zrobiły, potem i ewangelicy
nie będą się taić, a cesarz będzie w stanie osądzić rzecz sprawiedliwie.
Kazania szczerego słowa Bożego nie myślą zaniechać, bo jeśli kiedy, to prawie
w tej chwili bez niego obejść się nie mogą. — Wskutek takiej odpowiedzi
elektora należało się rychłego przybycia cesarza spodziewać. Plan ewangelików
był prosty: chcieli najprzód najgłówniejsze zasady wiary swej wyznać, a potem
już zupełnie cicho i spokojnie się zachować.
Melanchton
pracował dniem i nocą nad ułożeniem Konfesji, nad każdym wyrazem się
zastanawiając; niejedno zdanie zmieniał, łagodził, w końcu często do
pierwotnego powracając wyrazu. Tak się tą pracą zaprzątał, że się przyjaciele o
jego zdrowie obawiali. Dnia 12. maja napisał do niego Luter następujące słowa:
“Tobie i towarzyszom twoim pod karą klątwy rozkazuję, abyś wątłego ciała swego
zbytecznie nic nadwerężał, bo przez wypoczynek także służy człowiek Panu Bogu,
a nieraz nawet jeszcze lepiej; na to Pan Bóg święcenie sabatu przykazał.”
Melanchton
nie dał się powstrzymać, owszem dokładał wszystkich sił, aby zasady wiary
ewangelickiej w jak najłagodniejszej, a przy tym równie jasnej formie określić.
Przy opracowaniu pierwszej części trzymał się artykułów ułożonych w
Schwabachu, przy drugiej części zaś artykułów określonych w Torgau, ale tak,
żeby pierwsza i druga część Konfesji ograniczoną stanowiły całość. Pierwsza
część zawiera te zasadnicze nauki, które ewangelikom i katolikom są wspólne,
druga zaś te, w których jedni od drugich się różnią. W Augsburgu nadał Melanchton
pismu swemu szatę jeszcze powabniejszą, nazywając je “Apologią.” Dopiero
później nazwano je “Konfesją”. Takowa była już dnia 11. maja zupełnie
ukończoną. Elektor przestał ją do Lutra, aby o niej uwagi swoje wypowiedział.
Luter zaś przeczytawszy dziełko odesłał je dnia 15. maja z następującym pismem
napowrót do Augsburga: “Apologią magistra Filipa przeczytałem, zupełnie mi się
podoba i nie mam, co bym poprawił lub zmienił, ani by też dla mnie nie
uchodziło, bo ja tak łagodnie i cicho stąpać nie umiem. Niech Chrystus Pan
nasz zdarzy, aby jak najwięcej dobrych owoców wydała, czego się spodziewamy i o
co się modlimy. Amen.”
Gdy
się w Augsburgu zbrojono do boju, podnosił Luter w Koburgu jak “Mojżesz na
górze Synaj” ręce swoje w górę do Pana. On bowiem, a nikt inny, w tej potyczce
ducha, dowodził; pisma, listy; rady i zachęty jego były jakby grad kul, co się
z twierdzy sypały. Samotny pobyt w Koburgu był bardzo przyjemny, nikt mu w
naukach nie przeszkadzał. Dnia 22. kwietnia napisał on : “Ja z tego Synaju
zrobię Syjon i wystawię trzy namioty, psalmom jeden, prorokom jeden, Ezopowi
jeden.” Na pierwsze spojrzenie uderza ten pomysł, bajki Ezopa — i Pismo święte.
Bajki te miały być rozrywką po trudnych badaniach prawdy Bożej. Ale nie długo
nią były — na miejsce ich wstąpiły rozkosze rodzinne, jakie reformacja sługom
słowa Bożego przywróciła. Wtenczas napisał Luter on słynny list do synka swego,
opowiadając mu o ogrodzie, w którym dzieci mają złote sukienki, bawią się
jedząc gruszki, jabłka, czereśnie i śliwki, a do tego mają koniki ze złotymi
uzdami i srebrnymi siodłami i jeżdżą sobie na nich. — Dziwna to rzecz, ten mąż
co na barkach swoich całą sprawę reformacji dźwigał, umiał z dziećmi bawić się
jak dziecię.
Ale
i smutniejszych spraw nie brakowało. O tymże czasie umarł sędziwy ojciec jego
spokojnie w wierze zbawiciela. Wieść o śmierci ojca głęboko Lutra wzruszyła.
“On się dla mnie w pocie czoła męczył, abym się stał, czym jestem,” napisał
reformator. To znów wewnętrzne obawy i cierpienia mu dokuczały, tak nawet, iż
pewnej nocy zemdlał; gdy się ocucił, musiał mu sługa czytać list do Galatów.
Luter zasnął, a ocknąwszy się, zaśpiewał na przekór szatanowi, jak powiadał,
psalm 120: “Z głębokości wołam do ciebie o Panie.” Wśród podobnych bojów
wewnętrznych przetłumaczył na język niemiecki księgi proroków Jeremiasza i
Ezechiela. Wszystka ta praca zdawała mu się być niczym, sam nazywał ją próżnowaniem.
Oprócz tego pisał listy do elektora, Melanchtona, Brenca i o wszystkich i
najdrobniejszych sprawach pamiętał. Tu udzielał rady, tam zachęcał truchliwych,
wszystkich zaś jak wódz prawdziwy do zwycięstwa prowadził.
Ale
prawie wtenczas bystrości takiej bardzo było potrzeba, bo rzeczy coraz
niepomyślniej się układały. Dnia 4. czerwca umarł kanclerz Gattinara, o którym
Melanchton wspomina, że był dla Karola V. tym, czym czasu swego Ulpianus dla
Aleksandra Severa. Śmierć męża tego wszystkie ludzkie nadzieje ewangelików w
niwecz obróciła. “Toć nam Bóg sam tego Namana w obozie Syryjczyków wzbudził,”
rzekł Luter. W rzeczy samej był Gattinara jedynym mężem, co się papieżowi
sprzeciwiał; nieraz bowiem gdy mu Karol zarzuty Rzymu przedstawiał, odezwał się
Gattinara: “Niech cesarz nie zapomina, że On sam jest panem!” Toteż ewangelicy
powszechnie i szczerze śmierci jego żałowali i w rzeczy samej się zdawało, że
od tej chwili wszystko się zmieniło. Rzym żądał po cesarzu, aby po prostu byt
katem papieża, wykonującym wyroki śmierci nad kacerzami. Eck zebrał z pism
reformatora 404, niby to kacerskie zdania, usprawiedliwiając się, że naprędce
więcej zebrać nie mógł, i żądał dysputy. Ewangeliccy teologowie zbyli go
szyderstwem. Zręczniej wziął się do dzieła Kochleusz, który od roku 1527 był
kapelanem księcia Jerzego. Ten prosił o rozmowę z Melanchtonem, bo z żonatymi
duchownymi nie chciał rozprawiać, Melanchton zaś ujęty grzecznością swego
gościa, tym łagodniej się zachowywał.
Duchowni
i świeccy sierdzili się, że na dworze elektora w postne dni mięsne potrawy
jadano. Melanchton przedstawił księciu sprawę, radząc mu, aby służbę w tym
względzie ograniczono, bo z tego tylko zgorszenie wynika. Elektor zaś obawiając
się, aby ustępstwa za dowód słabości nie poczytano, nie usłuchał rady
profesora.
Dnia
31. maja przedłożono Konfesję wszystkim stanom ewangelickim, aby o niej zdanie
swoje wydały, i wskutek tego uchwalono wręczyć ją cesarzowi “imieniem
wszystkich książąt i miast ewangelickich,” uroczyście sobie zastrzegając, iż
władza świeckiego ramienia w sprawach wiary i nauki rozstrzygać nie ma prawa.
Stany oświadczyły, iż we wszystkich innych sprawach usłuchają cesarza, ale w
sprawie słowa Bożego więcej muszą słuchać Boga niż ludzi. W tym względzie
zupełna istniała jednomyślność. Rozerwanie nastąpiło, gdy chodziło o sprawę
zwolenników Zwinglego. Orszak cesarski zbliżał się do miasta, a ewangelicy nie
mogli się między sobą pogodzić.
–––––––––– • ––––––––––