Str. 45
Czternasta księga.
Konfesja Augsburgska.
Rok 1530.
Dwie
zasady. — Karol V. we Włoszech. — Trzej wysłańcy. — Karol i Klemens. — Obawa
wojny. — Pojednawcze wezwanie Karola.
Sprawa
reformacji nie na cielesnych, ale na duchowych polega fundamentach: nauką jest
słowo Boże, środkiem do zbawienia wiara, królem Jezus Chrystus, bronią jej
Duch Święty. Rzym stał według zakonu przykazania cielesnego, reformacja według
mocy żywota nieskazitelnego. (Do Żyd. 7, 16.). Ten prąd ducha stanowi
najgłówniejszą różnicę między chrześcijaństwem i wszystkimi innymi religiami.
Jądrem i rdzenia chrześcijaństwa jest życie nowe. które z góry dane bywa
człowiekowi; nie dziw tedy, iż duch Ewangelii przeciwny jest duchowi tego
świata, tak było od początku i jest po dziś dzień. Lecz co Jezus Chrystus
rozłączył, to się powoli w biegu czasu znowu złączyło; kościół powrócił w
objęcia świata i z połączenia tego wyrodził się ów opłakany stan kościoła, w
jakim go na początku reformacji widzimy.
Posłannictwem
wieku szesnastego było podniesienie duchowego charakteru Ewangelii i
odzyskanie z powrotem stanowiska, jakie się jej według natury rzeczy należy.
Ewangelia głoszona przez reformatorów nie miała nic wspólnego ze światem i
polityką jego. Taka wspólność właściwą była Rzymowi i jego hierarchii, w
której ręku stała się Ewangelia prostym narzędziem dyplomacji. Reformatorzy
pragnęli jedynie wewnętrznego wpływu Ewangelii na serca ludu i książąt. Gdy
sprawa reformacji do tego stopnia doszła, iż zwolennicy w obronie jej świeckich
środków używać zaczęli, to było to poniekąd zgubnym zaparciem Ewangelii, na
które się reformatorzy nigdy nie zgodzili.
Karol
V. pogromiwszy potęgę Franciszka l. i papieża, zawarł z nimi pokój i z
początkiem września 1529 wysiadł z okrętu na brzeg miasta Genui. Gdy od brzegu
Hiszpanii odbijał, towarzyszyły mu radosne okrzyki poddanych, ale na półwyspie
włoskim witała go ludność z trwogą w sercu i obliczem spuszczonym ku ziemi;
obawiano się bowiem; iż za wiarołomstwo papieża wywrze cesarz zemstę na
.ludności. Tymczasem nie najechał kraju książę Hunnów lub Gotow, z mieczem w
ręku i straszliwymi groźbami na ustach, ale przybył młody, delikatny pan o
bladawych rysach twarzy, słabym głosie i uprzejmych obyczajach, więcej do
dworaka niż wojownika podobny, mąż który wszystkich przepisów religii rzymskiej
ściśle przestrzegał. Z nim też nie weszły na ziemię włoską dzikie hordy północnego
barbarzyństwa, ale świetny orszak strojnych hiszpańskich hildalgów,
przedstawiających bogactwo i przepych narodu, tudzież chlubę szlachty
hiszpańskiej. Pogromca Europy nie myślał o zemście, owszem ku zdumieniu Włochów
mówił o zapomnieniu i o pokoju; ba nawet i książę Ferrary, co najwięcej miał powodu
bać się cesarza, oddając klucze miasta uprzejmie został przyjęty i życzliwe
usłyszał słowa. Taka zmiana usposobienia wszystkich zdziwiła, a to tym
bardziej, ponieważ Karol wobec króla Francji udowodnił, iż się z przeciwnikami
surowo obchodzić umie. Lecz sprawa niebawem się wyjaśniła.
Prawie
o tym czasie zjawili się na ziemi włoskiej trzej obywatele z Niemiec, idący w
skromnym pochodzie, bo cała ich drużyna ledwie sześć koni liczyła Byli nimi Jan
Chinger, przełożony miasta Memmingen. człowiek zuchwały i rozrzutny, który szczególnie
co do trzeźwości nie zawsze się hamował; dalej Michał Kaden. radca z
Norymbergi, człowiek pobożny i cnotliwy, ale w śmiertelnej będący
nienawiści u cesarskiego ministra, hrabiego Nassau; w końcu Aleksander
Frauentraut, sekretarz margrabiego Brandenburgu, mąż zacnego charakteru, ale w
oczach katolików już dlatego znienawidzony, że się z zakonnicą ożenił. Mężowie
ci wysłani byli od stanów ewangelickich ze Spiry, aby cesarzowi wręczyli
protestację. Wybrano do tego ludzi mniej wybitnych, bo słusznie przypuszczano,
iż takim mniejsze grozi niebezpieczeństwo; a zresztą nie lada kto miał ochotę z
takim prezentem stanąć przed cesarzem. Mężom tym obiecano, iż w razie jakiego
wypadku wdowy i sieroty ich znajdą opiekę stanów ewangelickich.
Karol
był właśnie w drodze z Genuy do Bolognii, gdy go w Piacency spotkała deputacja.
Prosty, skromny ubiór posłów dziwnie się odbijał od wspaniałych strojów
hiszpańskiego rycerstwa. Kanclerz cesarza, kardynał Gattinara, sam uznając
potrzebę odnowienia kościoła, wyjednał im na dzień 22. września posłuchanie u
cesarza, przy czym im nadmieniono, aby nie mówili nie będąc pytani, bo cesarz
niczego tak bardzo nienawidzi jak protestanckich kazań. Deputacja nie dała się
jednak zastraszyć, owszem wręczywszy cesarzowi protestację zabrał głos
Frauerdraut i rzekł: “My wszyscy nie przed chwiejnymi ludźmi ale przed
najwyższym sędzią za uczynki nasze odpowiadać będziemy; ludzka siła nie może
nas potępić, a dla tego wolimy na świecie choćby w największą popaść nędzę,
byleśmy tylko gniewu Bożego uszli. Narody nasze nie usłuchają żadnego
postanowienia, które się na słowie Bożym nie opiera; my zaś nie mamy ni mocy ni
prawa zmuszać poddanych naszych do rzeczy, które są niemożebne i zgubne.” Tak
odezwali się ci ewangeliccy obywatele do cesarza dwóch światów. Karol nie
odpowiedział ni słowa, tego honoru nie chciał im wyświadczyć. Przystąpiwszy do
jednego z pisarzy kazał mu powiedzieć deputacji, że odpowiedź później nastąpi.
Nie spieszono się zresztą z takową, mimo że posłowie nieraz o nią prosili.
Gattinara zachował się uprzejmie, ale hrabia Nassau szydził z nich jak mógł.
Landgraf dał im na drogę pięknie oprawną książkę pod tytułem: “Suma wiary
chrześcijańskiej” aby ją przy sposobności wręczyli cesarzowi. Pewnego razu, gdy
Karol szedł na mszę, przystąpił do niego Kaden i podał mu ją. Cesarz dał ją
obok idącemu biskupowi, który otworzywszy księgę, trafił prawie na wyrok Pański
Łuk. 22. 25 i 26: “Królowie narodów panują nad nimi, a którzy moc mają,
dobrodziejami nazywani bywają. Lecz wy nie tak: owszem, kto największy jest
między wami, niech będzie jako najmniejszy.” Biskup ścisnąwszy zęby zmieszał
się; cesarz spostrzegłszy to zapytał o przyczynę. Biskup odpowiedział, że tam
stoi napisano, jakoby chrześcijańscy monarchowie nie mieli, prawa do używania
miecza; jedno tylko kacerscy. Pomiędzy Hiszpanami powstał szmer oburzenia przeciw
ewangelikom, że takimi kacerstwami chcą serce cesarza zarazić, i od razu żądano
powieszenia zdrajców.
Dnia
12. października przyniósł sekretarz kancelarji cesarskiej, Aleksander
Schweiss, odpowiedź cesarza na piśmie. Cesarz uwiadomił posłów, iż się
mniejszość sejmu większości poddać musi, a gdyby elektor Saksonii pokazał
chętkę do oporu, to i na niego znajdzie się sposób. Posłańcy wystosowali następnie tę samą odpowiedź do cesarza,
która książęta ewangelickie ogłosiły na posiedzeniu sejmu dnia 26. kwietnia,
ująwszy takową w formę ustawą przepisaną. Przy tym znowu ta sama okazała się
trudność, co w Spirze. Sekretarz cesarza żadną miarą doręczonego aktu przyjąć
nie chciał, aż w końcu posłowie położywszy takowy na stole, do swego
pomieszkania odeszli.
Wskutek
odpowiedzi posłów nic małe powitało oburzenie; cesarz wysłał sekretarza do domu
posłów, rozkazując im pod karą śmierci, aby pomieszkania swego nie opuścili ani
listów do domu nie wysyłali. W chwili tej nie było Kadena w domu; sługa jego
wyszedł szukać pana i uwiadomić o tym, co zaszło. Kaden nie mając dotąd
urzędowej wiadomości o rozkazie cesarza, wyprawił gońca z listem do Niemiec
celem doniesienia książętom ewangelickim o zamysłach cesarza. Później wszyscy
trzej pojmani ocalili się ucieczką z niewoli.
Jak
z jednej strony gniewał się cesarz na Niemców, tak się z drugiej łagodnie z
Włochami obchodził, nie żądając nic innego oprócz zapłacenia dosyć wysokiego
haraczu. Tego bowiem zamiary jego wymagały, aby po za sobą mieć pokój a z sobą
skrzynie pełne pieniędzy.
Dnia
5. listopada przybył do Bolonii. Liczba orszaku, wspaniałość koni i wozów
cesarskich, rycerska postawa Hiszpanów a przede wszystkim 4000 dukatów, które
między zgraję rzucono — wszystko to nie mało podniosło w oczach ludu urok
majestatu i powagę młodego cesarza. Tu nastąpić miało spotkanie cesarza z
papieżem; obie głowy chrześcijaństwa zeszły się z sobie na powitanie.
Karol
przybył na czele licznych wojsk, wystarczających do podbicia całej ziemi
włoskiej; mimo to zachował się tak pokornie jakby dziecię skromne; upadł na
kolana przed papieżem i ucałował jego obuwie. Cesarz i papież mieszkali obok
siebie we dwóch sąsiednich pałacach; w murze wyłamano otwór i wstawiono drzwi,
od których cesarz i papież mieli klucze u siebie. Często widać było młodego
cesarza, gdy z paczką papierów w ręku kroczył do papieża. Tam niejedne sprawę
polityki załatwiono, aż w końcu przyszła kolej na reformację.
Niektórzy
radzili cesarzowi, aby potęgi swej użył i prawie jednym zamachem zgniótł
reformację. Rada ta jednakowoż nie była po myśli Karola, jemu o co innego
chodziło. Niech się tylko ewangelicy i katolicy we wzajemnych zatargach
osłabią, to potem jednym i drugim łatwą będzie wsiąść na kark. Walki domowe
niechybnie władzę cesarza wzmocnią. Nastąpiły dalsze narady. Na jednej z
takowych powstał kanclerz Gattinara i rzekł: “W kościele panuje rozerwanie; ty
(obracając się do cesarza) jesteś głową państwa, a ty (wskazując na papieża) głową
kościoła. Obydwaj powinniście niesłychanemu zaradzić skażeniu. Zgromadźcie
mężów pobożnych z każdego narodu, a ci niech według słowa Bożego ustanowią na
soborze naukę wiary chrześcijańskiej, dla wszystkich narodów przyjemną.” Słów
tych słuchał Klemens jakby gromem rażony. Będąc synem nieprawego łoża,
dostawszy się na stolicę Piętrową sposobem nie zupełnie uczciwym, roztrwoniwszy
skarby papiestwa na wojnach, miał tedy Klemens więcej niż jeden osobisty powód
lękać się soboru i żadnym sposobem do zwołania jego nie dopuścić. “Wielkie
zebrania,” rzekł papież, “nie są do niczego; one tylko zdania ludu
rozpowszechniają. Sporne sprawy rozstrzygają się mieczem, a nie uchwałami
synodów.”
Gattinara
nie cofnął swego zdania, za co papież wystał przeciw niemu gniewliwie, mówiąc:
“Jakże śmiesz oponować, i pana swego przeciw mnie pobudzać?” Cesarz urażony
trochę powstał z krzesła, na chwilę zupełne panowało milczenie. Karol usiadłszy
znowu, popierał wniosek kanclerza, tak iż Klemens zmuszony był oświadczyć, że
sprawę weźmie pod rozwagę. W poufnych rozmowach atoli umiał papież wymóc na
cesarzu obietnicę, iż kacerzy przemocą oręża wytępi, za co ze swojej strony
papież także inne książęta dla sprawy pozyskać obiecał. Wieści o tym,
dochodzące do Niemiec, szerzyły niepokój i trwogę.
Wśród
istniejących stosunków była zgoda pomiędzy ewangelikami nader pożądaną, ale
niestety między nimi coraz bardziej groziło rozdwojenie. Luter powróciwszy do
domu opracował artykuły marburskie w duchu własnej swojej nauki, po czym je na
konferencji w Schwabachu podano pod obradę. Deputowani niektórych miast,
sprzyjający zapatrywaniom Zwinglego cofnęli się z posiedzenia i o
jednomyślności nie było już mowy. O tymże czasie przybył poseł Kadena do
Norymbergi, głosząc o uwięzieniu wysłańców stanów ewangelickich, co powszechnie
za wypowiedzenie wojny przez cesarza uważano. Elektor zażądał rady
reformatorów.
Dnia
18. listopada napisał Luter następującą odpowiedź: “Według naszego sumienia nie
możemy sojuszu książąt przeciw cesarzowi żadną miarą pochwalić; dziesięciokroć
wolelibyśmy umrzeć, niż mieć wspólników, przez których by Ewangelia mogła stać
się powodem rozlewu krwi. Nam przystoi być owieczkami, które na zabicie
prowadzą. My powinniśmy krzyż Chrystusów nosić. Niech się tylko Wasza
Elektorska Mość nie lęka ani trwoży, bo my modlitwą wskóramy więcej niż oni
wszyscy oporem. Tego przestrzegajmy, abyśmy rąk naszych żadną miarą we krwi nie
zbroczyli; jeśli zaś cesarz mnie albo kogo innego zażąda, to natychmiast
pójdziemy. Niech Wasza Elektorska Mość ani mojej ani niczyjej wiary nie broni,
owszem niecił każdy na swą własną odpowiedzialność wierzy.”
Dnia
29. listopada zagajono w Schmalkalden kongres ewangelicki, o którym się
zdawało, że pomyślny weźmie obrót, tym więcej, iż deputacja ocaliwszy się
ucieczką, prawie o tym czasie do domu przybyła. Lecz i tu zwyciężyła zasada
Lutra: Nie mieszać polityki z religią, nie łączyć się z wyznawcami innych nauk!
Uchwalono tedy, aby dnia 6. stycznia zebrały się w Norymberdze tylko te stany
ewangelickie, które artykuły szmalkaldzkie podpisać są gotowe.
Położenie
z każdym dniem stawało się trudniejsze. Katolicy niemieccy odzywali się do
siebie krótkim ale znaczącym hasłem: “Zbawca idzie!” Luter dodał do tego wyroku
uwagę: “Idzie zbawca, ale niemiłosierny, taki co nas wszystkich wespół
pochłonie!” W rzeczy samej przybyli dwaj włoscy biskupi, żądając imieniem
papieża i za zezwoleniem cesarza, aby im wszystko złoto i srebro z kościołów
tudzież trzecią część dochodów kościelnych wydano. Taka zuchwałość nie mało
rozdrażniła umysły. Luter śmiał się mówiąc: “Otóż zbawca wasz idzie!” Rozmaite
znamiona na niebie i między ludźmi szerzyły popłoch i trwogę, powszechnie
mniemano, że koniec świata nadchodzi. Luter widząc, że przekładu całego Starego
Testamentu nie ukończy, zajął się tłumaczeniem księgi proroka Daniela, jako
takiej, co ostateczne rzeczy zwiastuje. “O Aleksandrze, królu macedońskim,”
powiada Luler, zgłosi historia, że księgi Homera zawsze z sobą nosił, a nawet
kładąc się spać miewał je pod głową. Dziś słuszną by było, gdyby królowie i
książęta podobną cześć temu Danielowi wyświadczyli, kładąc go nie tylko pod
głowę, ale i w serca.”
Widmo
postrachu atoli, na które Filip wskazywać nie przestawał, znikło naraz z oczu i
na miejscu jego pojawiła się łagodna postać najuprzejmiejszego między
książętami. Na dniu 21. stycznia zwołał cesarz wszystkie stany Rzeszy
niemieckiej na sejm do Augsburga, odzywając się do nich w sposób prawdziwie
serdeczny. “Zaniechajmy niezgody, przestańmy gniewu i minione błędy
Zbawicielowi poruczmy.” W Augsburgu “wysłuchamy w miłości i łagodności zdania
każdego stanu i zastanowimy się, abyśmy je zrozumieli. Tam chcemy wyrównać, co
jedna lub druga strona fałszywie pojęła, tam usunąć, co złego uczyniła; a potem
jedyną i prawdziwą religią przyjmiemy i przestrzegać jej będziemy, boć przecie
wszyscy jedną mamy głowę, Chrystusa, pod którym walczymy, a dla tego też
wszyscy w jednej społeczności, w kościele i jedności żyć będziemy.”
Nikt
się pewnie takich stów nie spodziewał! Cóż tedy zaszło, że książę trzymający
rękojeść miecza naraz o pokoju mówi? Może być, że się mądry Gattinara do tego
przyczynił, że na wschodzie sułtan groźną przybierał postawę, że niemieccy
katolicy nie bardzo powiększeniu władzy cesarskiej sprzyjali; może też być, że
Karol papieża chciał zastraszyć, albo że słodkie słowa jego były maską, celem
zawiedzenia ewangelików. W każdym razie chciał cesarz spróbować najprzód
środków łagodności, a dopiero, gdyby te nie skutkowały, ze wszelką surowością
przeciw ewangelikom wystąpić. Innego zdania był fanatyczny Ferdynand; ten o
łagodności ani słyszeć nie chciał. “Ja ciągle z nimi rokuję,” napisał on do
cesarza, “a jednak do końca dojść nie mogę. Ale choćbym i doszedł, nie trzeba
ci się obawiać, bo się znajdzie powód do ukarania tych buntowników; a w razie
potrzeby niejeden sobie za największe szczęście poczyta, stanąć na wezwanie
twoje do zemsty nad opornymi.”
–––––––––– • ––––––––––