VII.

Niemcy. — Usiłowania landgrafa. — Rozprawa w Marburgu. — Soliman. — Rezultat rozprawy.

 

Protestacja stanów ewangelickich powiększyła nienawiść wrogów. Karol V. poprzysiągłszy w Barcelonie “zadać skuteczny środek przeciw zarazie,” jaka Niemcy ogarnęła, śpieszył w miarę sił tę przysięgę wykonać i pomścić się za zniewagę, jaką Chrystusowi Panu wyrządzono. Papież znowu usiłował się, ile można wszystkie chrześcijańskie książęta do krzyżowej wyprawy przeciw kacerzom nakłonić. Pokój między Karolem V i Fran­ciszkiem I zawarty w Cambray dnia 5. sierpnia sprzyjał sprawie o tyle, iż cesarz nie będąc nigdzie zaprzątany, wszystkich sił swoich przeciw ewangelikom użyć był w stanie.

W Spirze ogłoszono protestację, teraz trzeba było w obronie jej stanąć. Podczas sejmu przygotowano już w głównych zarysach sojusz stanów ewangelickich, chodziło tedy o urzeczywistnienie powziętych zamiarów. Wtem zaczął się elektor saski chwiać, przede wszystkim wskutek rady Lutra, który na Pismo św. wskazując przypomniał mu słowa proroka (Izaj. 30, 15.): “W milczeniu i nadziei będzie moc wasza.” Posłom swoim polecił elektor, aby na wszystkie wnioski sprzymierzonych zważali, ale żadnego postanowienia nie powzięli. Wskutek tego odroczono sprawę na czas późniejszy. Luter cieszył się, że układy spełzły na niczym. “Pan nasz Jezus Chrystus umiał sobie dotąd dziwnie bez landgrafa i wbrew woli jego poradzić,” napisał reformator do elektora, “on nam i nadal dopomoże.” Filip zaś niecierpliwił się z powodu upartości Lutra, mówiąc: “Tu o nic innego nie idzie jak o zwolenników Zwinglego; usuńmy więc różnicę, jaka między nimi zachodzi!”

Powodzenie reformacji koniecznie wymagało jednomyślności między zwolennikami słowa Bożego, bo jakże mieli oprzeć się potędze cesarza i papieża, jeśliby sami z sobą byli w nie zgodzie? Landgraf szukał wprawdzie pojednania umysłów, ale w tym celu, aby potem miecze połączyć. Sprawa Chrystusowa atoli nie taka bronią zwycięża, ona szuka połączenia serc w wierze i modlitwie, a gdy takowe znajdzie, staje się silniejszą niż wszystkie grody i wojska książąt tego świata.

Prawie w tej chwili stało się pojednanie umysłów coraz trudniejszym. Między Lutrem i Zwinglim zawrzała walka co do nauki o Wieczerzy Pańskiej. “Gdy do Wieczerzy idę,” napisał pewnego razu Luter, “tedy mi w niej daje Bóg potwierdzenie i znak, że mię dla sprawiedliwości i męki Chrystusowej do łaski swej przyjmuje.” Słowa te poczytano w niektórych oko­licach Niemiec za dowód, jakoby się Luter co do nauki o Wie­czerzy Pańskiej zgadzał z Zwinglim, ponieważ wspomina o “znaku.” Okoliczność ta spowodowała Lutra już roku 1527 do wydania publicznego oświadczenia, że się nigdy z Zwinglim nie zgadzał. Reformator Szwajcarii odparł w łagodnych sło­wach zdanie Lutra, ale prawie o tym czasie wyszło drukiem kazanie Lutra sprzeciw szaleńcom i oburzyło Szwajcarów do żywego. Rozpoczęła się piśmienna walka między oboma refor­matorami, w której Zwingli odzywał się z oziębłością i spo­kojem, Luter zaś dosyć popędliwie.

Landgraf postanowił obydwóch szermierzy z sobą pogo­dzić. Spowodowały go do kroku tego różne okoliczności, a nie najmniej szyderstwo katolików, którzy mu już w Spirze nie raz przymawiali: “Wy się to niby czystego słowa trzymacie, a sami z sobą jesteście w niezgodzie!” Landgraf odniósł się w tej sprawie do Zwinglego, co więcej postąpił o krok dalej i wezwał teologów obu stronnictw do Marburga na naradę. Wezwanie Filipa niejednakie znalazło przyjęcie. Zwingli szu­kając zgody i braterskiej jedności, z radością przyjął podaną mu rękę, Luter zaś niewiele okazywał ochoty, obawiając się, aby na tej drodze do sojuszów i wojny nie dążono.

Co do Zwinglego, to zamiarowi jego rozmaite trudności były na przeszkodzie. Trzeba było jechać przez kraje cesarza i książąt katolickich nie mając listu żelaznego. Sam Filip nie taił przed nim niebezpieczeństwa, na jakie się narażał.

Luter i Melanchton znów z innych powodów przybyć nie chcieli. “To nie dobra rzecz,” powiadali, “że landgraf tak zwo­lennikom Zwinglego oddany. Nauka ich przemawia do rozumu i niejednemu może zawrócić głowę.” W końcu jednak nie mogąc się naleganiom landgrafa oprzeć udali się w podróż, ale z tym oświadczeniem, że “jeśli Szwajcarowie nie ustąpią, to chyba wszelkie usiłowania na próżne.”

Zwingli koniecznie życzył sobie osobiście rozmówić się z Lutrem, bo powiadał: “Jestem pewny, że światłość prawdy nasze serca oświeci, gdy osobiście pomówimy o sprawie.” Wszelako nie było to rzeczą łatwą, bo rada miasta, obawiając się nowego wybuchu wojny, nie miała chęci dać mu pozwo­lenie do podróży. Zwingli postanowił udać się w drogę, więc przygotowawszy wszystko napisał list do rady miasta uspra­wiedliwiając swój wyjazd, i puścił się w drogę w nocy dnia l. września. Gdy się rano o odjeździe jego dowiedziano, naj­rozmaitsze wieści krążyły po mieście; jedni żałowali, że się naraził na niebezpieczeństwa, inni cieszyli się, że już więcej nie wróci, i nie brakło złośliwych języków, co podłe oszczer­stwa o nim rozsiewały. Rada zebrawszy się na posiedzenie, pochwaliła jego odjazd i wysłała jednego z radców, aby Zwingliemu towarzyszył do Marburga.

Ci przybywszy do Bazylei połączyli się z Oekolampadem, wsiadłszy dnia 6. września na okręt pojechali Renem aż do Strassburga, i stąd pod opieką 40 jeźdźców landgrafa ruszyli dalej do Marburga. Luter stanął w towarzystwie Melanchtona, Krucigera i Jonasza na granicy Hesji, i wszedł do kraju dopiero wten­czas, gdy mu żelazny list landgrafa doręczono. Do Marburga przybył on dnia 30. września, w dzień po nadejściu Zwinglego. Luter stanął z drużyną swą w gospodzie, ale Filip wysłał do niego natychmiast poselstwo z zaproszeniem, aby do zamku przybył; chodziło mu bowiem o to, aby się reformatorzy i w prywatnym spotkaniu bliżej poznali. Na zamku landgrafa podejmowano ich z wielką gościnnością i wspaniałością prawdziwie książęcą.

Karlstadt, który cały ten spór wszczął, bawił podówczas w Fryslandji, a to w tak wielkiej nędzy, iż dla kawałka chleba nawet swą hebrajską biblią sprzedać był zmuszony. Nędza upo­korzyła jego dumę. Napisał więc do landgrafa: “Jesteśmy jedno ciało, jeden dom, jeden naród, jedno pokolenie kapłańskie, — a żyjąc i umierając do jednego należymy zbawiciela. A dla tego przez krew Chrystusową proszę ja, nędzny wygnaniec, Miłość Waszą o pozwolenie, abym na dyspucie mógł być obecnym.” Ale jakże było wezwać go w obecności Lutra, a znowu jakże odmówić nieszczęśliwemu? Landgraf kazał mu porozumieć się z Lutrem w tej sprawie, i Karlstadt nie przybył.

Filip życzył sobie, aby przed publiczną rozprawą teolo­gowie najprzód prywatnie z sobą pomówili i tak się do siebie zbliżyli. Ponieważ atoli między Lutrem i Zwinglim nie trudno do popędliwych wybuchów przyjść mogło, uważano za ko­rzystniejszą pokierować sprawę tak, iżby najprzód Luter z Oekolampadem a Zwingli z Melanchtonem rozmawiali. W piątek dnia l. października wprowadzono ich po odbytem nabożeń­stwie do dwóch osobnych pokojów, dając im sposobność do zmierzenia swych sit.

W pierwszym dniu toczyły się rozprawy o zasadniczych naukach wiary chrześcijańskiej, i pokazało się, że reformatorzy Niemiec i Szwajcarii zgadzają się we wszystkich prawie naukach Pisma świętego z wyjątkiem nauki o Wieczerzy Pań­skiej. Po tych wstępnych krokach postanowiono do głównej przystąpić rozprawy; chodziło tylko o to, czy ma być pu­bliczną, czy nie. Za pierwszym wnioskiem przemawiał Zwingli, Luter zaś życzył sobie; żeby tylko pewną ograniczoną liczbę słuchaczów przypuszczono, i życzeniu temu stało się zadość.

Nad brzegiem rzeki Lahn wznoszą się na pewnym wzgórzu mury starego grodu, dawnej siedziby panów Marburga. Przed obliczem widza otwiera się prześliczna dolina otaczająca rzekę, a w oddaleniu odbijają się rysy potężnego łańcucha gór. W głó­wnej sali zamku tego usiadł w porannej godzinie dnia 2. paź­dziernika landgraf Filip na krześle, w skromnym ubraniu, iżby się nikt w osobie jego nie domyślał księcia. W sprawach ko­ścioła nie chciał Filip odgrywać roli panującego. Obok niego stał stół, około którego zasiedli Luter, Zwingli, Melanchton i Oekolampad. Luter wziąwszy kawałek kredy nachylił się na­przód i na aksamitnym nakryciu stołu napisał słowa: “To jest ciało moje (Hoc est corpus meum).” Tym zewnętrznym znakiem chciał się Luter każdej chwili utwierdzać w wierze, a ile można także przeciwnikom podać wskazówkę do wiary. Z tyłu za reformatorami siedzieli przyjaciele ich: Hedion, Sturm, Funk, Thann, Jonasz, Kruciger i inni. Tak byli tedy naprzeciw siebie naczelnicy ruchu reformacyjnego, których głosu słuchały na­rody mieszkające na płaszczyznach Saksonii, nad brzegami Renu i wśród szczytów gór Szwajcarii. Niejedno serce skiero­wało w tej chwili myśli swe w stronę Marburga, a stąd znowu w stronę nieba do onego Pana, który rządzi sercami jakby strumieniami wód. W imieniu kościoła ewangelickiego odezwał się do nich wieszcz Kordus tymi słowy: “Potężni bohaterowie słowa, mądry Lutrze, łagodny Oekolampadzie, wspaniałomyślny Zwingli, pobożny Schnepfie, wymowny Melanchtonie, odważny Bucerze, szczery Hedionie i wy wszyscy inni, których zacny książę Filip koło siebie zgromadził, nauczyciele i kaznodzieje, co was miasta chrześcijańskie celem zażegnania rozdwojenia do Marburga wysłały! oto kościół ze łzami do kolan wam pada, na rany Chrystusa błaga was i zaklina, niechaj koniec sprawy będzie pomyślny, aby poznał świat, że Duch Święty przez was ją załatwił.”

Kanclerz landgrafa, Jan Feige, przypomniał imieniem księcia, że celem rozprawy ma być przywrócenie i utwierdzenie zgody. Luter odparł na to: “A ja uroczyście oświadczam, że naukę o Wieczerzy Pańskiej inaczej niż moi przeciwnicy rozu­miem i nadal rozumieć będę. Pan Jezus powiedział: ‘To jest ciało moje.’ Niech mi tedy wykażą, że ciało nie jest ciałem. O to, co mi rozum ludzki, co względy cielesne i prawdy ma­tematyczne zarzucić mogą, ja sobie nic nie dbam. Bóg jest wyższy niż matematyka. Słowo jego mając powinniśmy je przyj­mować i pełnić.”

Oekolampad odparł: “Nikt nie może zaprzeczyć, że się w słowie Bożym podobieństwa znajdują. Jan jest Eliaszem, Chrystus skałą, jam jest winna macica. Równie ma się rzecz co do słów: “To jest ciało moje.” — Luter przyznał, że są podobieństwa, ale w tym miejscu nie. Oekolampad udowadniał twierdzenie swoje następującym wnioskiem:

1.        Czemu Pan Jezus w szóstym rozdzielę ewangelii św. Jana zaprzeczył, tego nie mógł słowami ustanowienia Wie­czerzy świętej potwierdzić.

2.        Do ludzi miasta Kafarnaum rzekł Pan: “Ciało nic nie pomaga,” (Jan. 6, 63), przez co oczywiście cielesne pożywanie ciała swego potępił.

3.        Stąd wynika, że ustanawiając Wieczerzę św. nie miał Pan cielesnego pożywienia ciała swego na myśli.

Luter nie zgadzał się na drugie zdanie Oekolampada, oświadczając, że w słowach według św. Jana 6, 63. potępia Pan Jezus tylko pospolite jedzenie, jak gdy ludzie potrawy pożywają. Z resztą co Bóg nakazuje, to staje się duchem i ży­wotem. Choćbym z rozkazu Bożego nic więcej jak tylko źdźbło z ziemi podniósł, to już i przez to duchowny uczynek uczy­niłem, bo musimy zważać na tego, który mówi, a nie tylko na to, co mówi.

Oekolampad: Mając duchowne pożywienie nie potrzebu­jemy cielesnego.

Luter: Ja się nie pytam, czy lub dlaczego potrzebu­jemy, ale patrzę na to, że stoi napisano: To jest ciało moje. Naszym obowiązkiem jest wierzyć i czynić.

Następnie wziął i Zwingli udział w rozprawie, mówiąc: Pismo należy wykładać według nauk Pisma. Gdy Pan Jezus powiada, że cielesne pożywienie ciała jego nic nie pomaga (Jan. 6, 63), to by nam w Wieczerzy św. chyba coś zbytecznego był dał.

Luter: Gdy Pan Jezus rzekł, że ciało nic nie pomaga, to się słowa te do naszego a nie do jego ciała odnosiły.

Rozprawa trwała dosyć długo i stawała się coraz gorętszą, ale Luter nie dał się zachwiać, wskazując ciągle na słowo Chrystusowe: To jest ciało moje. Zwingli widząc, iż wyrokami Pisma nie przekona Lutra, użył w tym celu dogmatyki i filozofii. “Ja przedstawiam Warn słowa artykułu wiary: ‘Wstąpił na niebiosa.’ Jeśli Chrystus według ciała jest w niebie, jakże może być w chlebie?  Słowo Boże twierdzi o nim, że we wszystkim podobny był braciom (Żyd. 2, 17), stąd wynika, że równocześnie na kilku miejscach być nie może.” Wszczęła się sprzeczka, którą Luter zakończył, wskazawszy na słowa napi­sane na stole. “Moi panowie,” rzekł, “Pan Jezus powiedział: To jest ciało moje; a dla tego wierzę, iż w Wieczerzy świętej prawdziwie ciało jego jest.” Nie mogąc dojść do zgody, za­kończyli według polecenia landgrafa na dziś rozprawę.

Następnego dnia, 3. października była niedziela; ale po­nieważ w mieście szerzyła się zaraza, więc na nowo rozpo­częto rozprawę. Tym razem przytoczył Zwingli wyroki niektó­rych ojców kościoła, Luter atoli wskazał na słowa ustano­wienia Wieczerzy Pańskiej i stanowczo oświadczył, iż takowych za nic w świecie w myśl nauki Zwinglego pojmować nie może. Wskutek tego okazała się wszelka dalsza dysputa bezowocna.

Wtem wystąpił kanclerz księcia i prosił teologów, aby się koniecznie między sobą porozumieli. Luter odpowiedział: “Na to jest tylko jedna droga; przeciwna strona musi wierzyć to, co my wierzymy.” — “Tego my nie możemy,” odrzekli Szwajcarowie. — “Tedy Bóg będzie sędzią między wami i nami; ja zaś modlić się będę za was. aby was Bóg oświecił,” odrzekł Luter. — “To samo i my uczynimy,” odpowiedział Oekolampad. Podczas tej ostatniej rozmowy stał Zwingli mil­czący, do głębi serca wzruszony i — gorzko płakał. Porozu­mienie stało się prawie niepodobieństwem.

Zaraza grasująca w Marbnrgu co dzień więcej pochłaniała ofiar, tak iż kto mógł, uchodził z miasta szukając przed nią schronienia. Filip stanąwszy wpośród zebrania reformatorów rzekł do nich: “Moi panowie, tak się wam rozstawać nie godzi.” Z tego powodu wezwał ich do siebie do stołu. Filip słuchał rozpraw z wytężoną uwagą; obie strony były zdania, że ich przekonanie podziela. Luter zestawił w końcu niektóre wyroki ojców kościoła, które za jego pojmowaniem rzeczy przema­wiały i wręczył je księciu na piśmie, aby wywody Zwinglego co do nauki ojców kościoła także z przeciwnej strony wyświetlić. Chwila odjazdu się zbliżała, książę wezwał reformatorów, każdego z osobna do siebie, nalegał na nich, prosił, napominał, prze­strzegał i zaklinał, aby się koniecznie porozumieli. “Pamiętajcie, czego chrześcijaństwu potrzeba, zaniechajcie między sobą nie­zgody,” przemawiał Filip, usiłując się pogodzić umysły.

Z tego powodu jeszcze jedno odbyło się zebranie, uro­czyste i ważne, jakich mało w kościele bywało. Luter i Zwingli, Saksonia i Szwajcaria widzieli się po raz ostatni. Była to chwila ze wszech miar poważna. Zaraza grasowała naokoło, cesarz i papież pogodziwszy się z sobą zbroili się do wymie­rzenia ostatecznego ciosu przeciw reformacji. Ferdynand i ksią­żęta katolickie podarły protestację spirską, ewangelikom ze wszech stron groziła burza. W takiej chwili była zgoda nie­zbędną; a oto godzina rozstania się zbliża, Luter żegna się z Zwinglim i nastaje rozerwanie — może na zawsze!

Zwingli rzekł: “Zachowajmy jedność we wszystkim, w czym się zgadzamy, a przy wszelkiej różnicy zdań nie zapo­minajmy, że jesteśmy braćmi. Byle w zasadniczych prawdach była jedność, to w innych rzeczach mogą być różnice. Tak tylko będzie pokój.” Na tej zasadzie może wszędzie być wspól­ność między ewangelikami, ale wiek szesnasty nie umiał jeszcze prawdy tej pojąć. “Niechże tak będzie,” odrzekł landgraf, “zga­dzacie się, więc to i na zewnątrz pokażcie i uznajcie siebie na­wzajem za braci.” Zwingli zbliżył się do Wittenberczyków i rzekł: “Z nikim innym na świecie tak zgody nie pragnę, jak z wami.” Tak samo mówili Oekolampad, Bucer i Hedion. Land­graf nie przestawał wzywać do zgody; serca rozczuliły się, Zwinglemu stanęły łzy w oczach i przystąpiwszy do Lutra po­dał mu rękę. Zdało się, że w ogólnym wzruszeniu serc oba stronnictwa spór swój pogrzebią i nastąpi zjednoczenie wszyst­kich ewangelików; lecz stało się inaczej. Luter nie przyjął po­danej ręki Zwinglego, owszem rzekł: “Wy macie innego ducha jak my.” Słowa te po kilkakroć powtórzone zraniły serca Szwajcarów i boleśnie ich dotknęły.

Wittenberczycy ustąpili na chwilę do osobnej sali na na­radę. Będąc przekonani, że nauka ich o Wieczerzy Pańskiej jedynie jest prawdziwą i do zbawienia niezbędną, uważali wszystkich, którzy jej nie podzielali, za ludzi nie należących do społeczności wiary chrześcijańskiej. Szwajcarowie znowu nie byli tak ciasnego sumienia. Bucer rzekł: “Nam się wydaje, jakoby nauka wasza uwłaczała czci Jezusa Chrystusa, który siedzi na prawicy Ojca. Ale ponieważ widzimy, iż wszystkie swoje sprawy do Pana odnosicie, dlatego mamy wzgląd na sumienie wasze, które wam tak wierzyć nakazuje, i bynaj­mniej nie wątpimy, iż Chrystusowi jesteście.”

Luter zabrawszy głos rzekł: “My zaś oświadczamy, iż sumienie nie pozwala nam uważać was za braci.” — “Kiedy tak,” odrzekł Bucer, “to my tego nie możemy od was żądać.” — “Jakże chcecie mię za brata swego uważać?” zapytał Luter, “tym samem poświadczacie, iż wielkiej wagi do nauki swej nie przywiązujecie.” — “Dobrze,” odparł Bucer, “więc sami obierzcie; albo nie chcecie nikogo nazwać bratem, co się choć w jednym artykule z wami nie zgadza, a w takim razie ani wśród własnego stronnictwa nie znajdziecie może ani jednego człowieka, któregobyście nazwać mogli bratem; albo też mimo mniejszych różnic niektórych za braci uznacie, a w takim razie i nas uznać musicie.”

Luter naradziwszy się po niejakiej chwili z przyjaciółmi zabrał głos i odezwał się do Zwinglego: “My uznajemy was przyjaciółmi ale nie braćmi i członkami kościoła; nie odma­wiamy wam miłości, którą i nieprzyjaciołom winni jesteśmy.” Słowy tymi uczuli się Zwingli, Bucer, Oekolampad boleśnie do­tknięci i obrażeni, ale jednak postanowili zgodzić się i na to. “Niech tedy każdy nauki swej uczy,” odpowiedzieli Szwajcarowie, “a niech nie będzie między nami sporu ani ustnie ani pismami.”  Luter postąpiwszy do Szwajcarów podał im rękę mówiąc: “Z naszej strony zgoda; oto wam na dowód miłości i pokoju rękę podawani.” Szwajcarowie pełni wzruszenia i nadziei po­stąpili o krok naprzód i serdecznie ją uścisnęli. Luter także był wzruszonym, miłość chrześcijańska odniosła zwycięstwo. Landgraf wyraził życzenie, aby tę ugodę spisano i tym spo­sobem w obliczu całego świata udowodniono, że się reformatorzy Szwajcarii i Niemiec we wszystkich zasadniczych na­ukach chrześcijańskich z wyjątkiem nauki o Wieczerzy Pań­skiej zupełnie zgadzają. Wniosek landgrafa znalazł poparcie, ale komuż powierzyć ułożenie odnośnych artykułów? Jedno­myślnie wskazywano na Lutra, nawet i Szwajcarowie tego żą­dali, mając w prawość duszy jego jak najszczersze zaufanie.

Dla Lutra nie było zadanie to łatwym do spełnienia. Z jednej strony trzeba było nie urażać Szwajcarów, z drugiej zaś własnemu nie uwłaczać przekonaniu o Wieczerzy Pańskiej. W końcu zastanowiwszy się nad sprawą ułożył 15 artykułów i przedłożył je teologom.

Odczytano pierwszy: “Najprzód wierzymy w jednego, je­dynego prawdziwego Boga, stworzyciela nieba i ziemi i wszystkich rzeczy stworzonych, tudzież że ten Bóg jest jeden w trzech osobach, Ojciec, Syn i Duch Święty; jak to na soborze nicejskim określono i powszechny kościół chrześcijański wyznaje.” Szwajcarowie zupełnie się zgadzali, równio i ze wszystkimi zdaniami, które o bóstwie i człowieczeństwie, o śmierci i zmar­twychwstaniu Chrystusa Pana stanowiły; tak samo zgadzali się z artykułami o grzechu pierworodnym, o usprawiedliwieniu z wiary, o skutkach Ducha Świętego i słowa Bożego, o chrzcie św,, o dobrych uczynkach, o spowiedzi, o zwierzchności, o trą­dycji. Dotąd poszło wszystko jak najlepiej ku wielkiemu zdzi­wieniu Wittenberczyków. Oba stronnictwa reformatorów stały na wspólnym gruncie przeciw Rzymowi, który z wiary chrześcijańskiej zrobił same obrządki i formy zewnętrzne, tudzież przeciw szaleńcom, co w wewnętrzne światło duszy swej ufając wszystką chrześcijańska naukę ulotnić zamierzali. Obawiano się tylko zakończenia, bo Luter artykuł o Wieczerzy Pańskiej na sam koniec zostawił. Zaczął więc czytać: “Wszyscy wierzymy, że Wieczerze Pańską według ustanowienia Chrystusowego pod dwiema postaciami przyjmować należy, że przez mszę ani dla żyjących ani umarłych łaski u Boga wyjednać nie możemy, tudzież że sakrament ołtarza jest sakramentem prawdziwego ciała i krwi Chrystusowej i że duchowe pożywanie ciała i krwi Pańskiej dla każdego chrześcijanina koniecznie jest po­trzebne.”

Kolej dziwowania się przyszła teraz na Szwajcarów. Luter zaś czytał dalej: “Względem przyjmowania świętego sa­kramentu zgadzamy się o tyle, iż wierzymy, że go wszech­mocny Bóg równie jak słowo swoje na to ustanowił, aby przez Ducha Świętego słabe ludzkie sumienie do wiary i miłości zo­stało pobudzone.” (Szwajcarowie jeszcze bardziej się cieszyli.) “A lubo się z sobą nie zgadzamy co do pytania, czy praw­dziwe ciało i prawdziwa krew Chrystusowa cieleśnie w chlebie i winie się znajduje, to jednak oba chrześcijańskie stronnictwa zachowają wobec siebie chrześcijańską miłość, jak dalece na to sumienie pozwoli, i wszyscy gorliwie modlić się będziemy, aby nas Pan przez Ducha Świętego w prawdziwym pojmowaniu rzeczy utwierdzić raczył.” Obie strony postanowiły akt ten podpisami swymi zatwierdzić, po czym go do druku podano.

Rozprawa marburska stanowi niezaprzeczenie pewien po­stęp w rozwoju reforrnacji. W kościele chrześcijańskim istniały od najdawniejszych czasów dwa prądy co do nauki o Wieczerzy Pańskiej; jeden upatrywał w niej tylko prostą pamiątkę śmierci Chrystusowej, drugi zaś podnosząc znaczenie świętego sakramentu doszedł do nauki o przemienieniu się chleba w ciało, a wina w krew Chrystusowa, którym lud i na zewnątrz cześć i chwałę oddawać powinien. Pierwszy z tych prądów można by nazwać racjonalistycznym, drugi jest rzymskim. Luter i Zwingli stojąc przeciw sobie zbliżają się jeden do jednego prądu, a drugi do drugiego. Zwingli bez Lutra byłby popadł w błędy racjonalizmu, Luter bez Zwinglego zanadto byłby się na stronę nauki Rzymu przechylił. Rozprawa marburska, aczkolwiek do zgody nie doprowadziła, jednak ten pomyślny wydala owoc, iż się ani z jednej ani z drugiej strony do ostateczności nie posunięto.

W ostatni dzień byli wszyscy doktorowie u księcia na obiedzie, potem pożegnawszy się uprzejmie, stroili się do od­jazdu. We wtorek dnia 5. października opuścił Luter miasto w towarzystwie przyjaciół i udał się z powrotem do domu. Umy­słowe usposobienie jego nie było wesołe, na twarzy odbijały się walki wewnętrzne i troski serca, tak iż mu się zdawało, że już rodziny swej nigdy nie zobaczy. Ten mąż, co serca stroskane tak dziwnie napawał otuchą, sam teraz potrzebował pociechy. A cóż było przyczyną takiego przygnębienia umysłu? Może z jednej strony przykre uczucie, iż wobec Szwajcarów zanadto szorstko postąpił i nie dosyć im braterskiej miłości okazał, z innej strony znów bolało go serce nad losem ojczyzny, której od wschodu ciężka groziła burza.

Roku 1528 zażądał król Ferdynand od sułtana Solimana wydania twierdzy Belgradu. Dumny Soliman kazał mu powie­dzieć, że mu klucze twierdzy sam do Wiednia przyniesie. Teraz zdawało się, jakoby groźbę wykonać zamierzał. Przekroczywszy granicę zagarnął kraje, w których jeszcze nigdy stopa muzułmana nie postała, i w osiem dni przed rozpoczęciem rozprawy marburskiej była już cała okolica Wiednia zalaną namiotami, na wszystkich pagórkach paliły się ognie i stały straże tureckiego wojska. Z początku nie przyszło do starcia, owszem wojna odbywała się pod ziemią. Kopano doły. sypano groble, zasadzano miny, którymi Turcy trzy razy mury miasta wysa­dzili w powietrze. “Kule działowe i karabinowe latały jakby stado ptactwa w powietrzu; była to istna biesiada duchów, a służba śmierci nalewała biesiadnikom puchary,” powiada pewien turecki dziejopis.

Luter i w tym względzie nie był bezczynnym. Napisawszy odezwę do narodu wydał następnie drukiem “kazanie wzywające do wojny przeciw Turkom”, w którym powiada: “Mahomet przyznaje Chrystusowi, że był bez grzechu, ale twierdzi, że nie jest Synem Bożym, i jest mu wrogiem. Dziś zdaje się, jakby cały świat pełen był uczniów Mahometa. Trzeba więc, aby dwaj przeciw nim wystąpili, najpierw chrześcijanin, to jest modlitwa, a potem Karol z mieczem w ręku. Ale ja moich kochanych Niemców znam; skoro niebezpieczeństwo minie, to i tak o niczym innym jak o jedzeniu i piciu nie pomyślą. Biada nam, bo jeśli tej broni nie pochwycimy, to przyjdzie Turek, zagrabi cię i sprzeda jak psa, a potem będziesz we dnie i w nocy robił pod batem za trochę wody i kawałek chleba. Pa­miętaj o tym, a nawróciwszy się służ Panu, aby ci Turka nie zesłał na kark.”

W rzeczy samej użyto jednej i drugiej broni, poleconej przez Lutra, aż w końcu Soliman mężny znalazłszy opór, za­niechał oblężenia i cofnął się do Konstantynopola.

Zwingli opuściwszy Marburg przybył dnia 9. października do Zurycha, głosząc przed przyjaciółmi, iż Luter zupełną klęskę poniósł; z przeciwnej strony znów Luter przywłaszczał sobie zwycięstwo. W rzeczy samej było tak, iż żadna strona drugiej nie przekonała, owszem każda z nich trzymała się i nadal swego własnego pojęcia o rzeczy. Wtenczas jednak zwyciężały jeszcze względy jedności nad różnicami nauki, o czym najlepsze świadectwo ówcześni katoliccy autorzy wydają. “Pogodzili się z sobą przeciw kościołowi,” powiadano o nich, “jak niegdyś Piłat i Herod przeciw Jezusowi.”

Głosy o różnicach nauki przycichły niebawem wobec in­nego większego wzruszenia, które nagle umysły zajęło. Ewangelikom groziła burza; potrzeba zgody i jednomyślnego działania stała się konieczną.

“Cesarz gniewa się z powodu protestacji w Spirze,” opowiadano publicznie, “i już jest we Włoszech. W Barcelonie poprzysiągł, że wszystkich kacerzy wyda papieżowi. Teraz śpieszy do Rzymu, padnie papieżowi do kolan, a potem ze wszystkim wojskiem wyruszy do Niemiec, aby przysięgę wy­konać. “ —

“Cesarz Karol bardziej nam grozi i okropniej się sroży niż Turek,” napisał Luter. “Chwila walki i cierpienia nad­chodzi; módlmy się za wszystkimi; których w krotce na mękę i śmierć poprowadzą.”

Podobne wieści szerzyły postrach wśród ludu i rzeczy­wiście o to chodziło, czy stany ewangelickie znajdą siłę do bronienia protestacji wobec połączonej potęgi cesarza i papieża.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1