IV.
Edykt
Ferdynanda. — Męczennicy. — Podstęp Pack’a — Niebezpieczeństwo i sita
reformacji.
Zwycięstwa reformacji nie uszły uwagi wrogów, owszem tym więcej
nienawiść ich budziły. Należało się nowych przeciwieństw spodziewać. Takowe
nie mogły się wprawdzie na większą skalę odbywać, póki papież i cesarz z sobą
byli w wojnie, ale za to nie brakło ich w krajach katolickich książąt.
Tortury i stosy należały do rzeczy codziennych.
Dnia 20. sierpnia 1527 ogłosił Ferdynand, jako król węgierski, spis
zbrodni religijnych tudzież kar, jakie w państwie jego za takowe wymierzać
należy.
Zbrodnia:
Omieszkanie spowiedzi,
Mówienie przeciw czyśćcowi,
Mówienie przeciw świętym,
Nazwanie Maryi niewiastą
równą innym,
Pożywanie Wieczerzy Pańskiej
pod dwiema postaciami,
Podania św. Sakramentu, nie
będąc rzymskim kapłanem,
itp.
Kara:
Więzienie, kary pieniężne.
Klątwa.
Więzienie, klątwa i inne
kary.
Chłosta, zabranie mienia lub
śmierć.
Ta sama kara; oprócz tego za
branie lub zburzenie domu, w którym Wiecz. P. pożywano.
Śmierć przez miecz, wodę
albo ogień.
itp.
Inaczej myślał Luter. Link odniósł się do niego z zapytaniem, jak z
fałszywymi prorokami postąpić, czy ich śmiercią ukarać należy? Reformator
odpowiedział: “Co do kary śmierci, to ja bardzo jestem ostrożnym nawet i tam,
gdzie na nią zasłużono. Żadną miarą zaś nie mógłbym zezwolić, aby kogokolwiek
za fałszywą naukę ukarano śmiercią; wystarczy, gdy go z kraju wydalą.” Kościół
rzymski przywykł od wieków do brodzenia we krwi swych ofiar, pierwszym zaś
człowiekiem, co się w imię ludzkości i wolności wiary odezwał, był Luter.
Prawda, że się zasady przezeń głoszone nie wszędzie wśród ewangelickiego ludu
przyjęły, bo narody zanadto przesiąkły duchem Rzymu; ale “Luter puścił chleb
swój po wodzie, i po wielu dni go znaleziono.” (Kaznodz. 11, l.).
Niekiedy użyto przeciw reformacji środków jeszcze więcej doraźnych, niż
były stosy. W mieście Halle był pastorem Jerzy Winkler, zwolennik reformacji.
Arcybiskup wezwał go przed siebie, ponieważ Winkler poważył się udzielać
Wieczerzę Pańską pod obiema postaciami. Ku wielkiemu zgorszeniu kanoników
wypuszczono go na wolność, i dla okazania pogardy kazano wsiąść na konia, na
którym zwykle nadworny błazen arcybiskupa jeździł. Gdy przez jakieś zarośla
powracał do domu, wypadli jeźdźcy z lasu, rzucili się. nań i na miejscu go trupem
położyli, zaczem nie tknąwszy się jego mienia zniknęli wśród gęstwiny. Luter
powiedział na to: “Świat jest jakby jaskinia zbójców a hersztem ich diabeł;
jest podobny do gospody, której godło brzmi: ‘Pod kłamstwem i zabójstwem’, a
najchętniej tych mordują, co imię Chrystusowe głoszą.”
Niebawem rozpoczęło się prześladowanie w Brandenburgii, Szwabii i nad
Renem. “Miasto, miasto moje!” wołał Fletstedt, gdy go przez ulice Kolonii na
miejsce stracenia prowadzono, “przeczże słowo Boże prześladujesz. Oto obłok na
niebie, a maluczko tylko, i strumienie gniewu Bożego luną na ciebie.” Kat
zaprowadził go do namiotu ze słomy i drzewa, i posadził nagiego na kawałku pnia
obok brata jego Klarenbacha, którego już ciężkim łańcuchem włożonym mu na szyję
uduszono. “Bracie,” westchnął Fletstedt, “nad tobą zlitował się Bóg, a ja za
tobą idę.” Zatem podłożono ogień — i garstka popiołu była jedynym śladem
męczenników.
W Monachium prowadzono Jerzego Charpentier na spalenie, ponieważ
powiedział, że woda chrztu sama w sobie nie zbawia człowieka. Kilku przyjaciół
wezwało go, aby im wśród płomieni dał znak, czy się w wierze nie zachwiał.
“Póki wargami ruszę, poty imienia Chrystusowego wzywać nie przestanę,” odrzekł
męczennik. Kat przymocował ciało jego do drabiny, przywiązał mu koło szyi worek
prochu do strzelania i zapalił stos. “Jezu! Jezu!” wzdychał męczennik. Kat
obrócił go dużymi kleszczami na inną stronę, męczennik westchnął jeszcze razy
kilka: “Panie Jezu” i — oddał ducha.
W Landsbergu spalono żywcem osiem osób na stosie, w Monachium
dwadzieścia i dziewięć ewangelików utopiono w wodzie. W miasteczku Schärding
prowadzono na stracenie Leonarda Keyser, który był uczniem i przyjacielem
Lutra. Ogoliwszy mu głowę odziano go w długą suknię i wsadzono na koń. Kaci
zaczęli kląć, nie mogąc rozwikłać powrozów, aby go związali. Męczennik odrzekł
im: “Moi mili, waszych powrozów nie trzeba, Chrystus sam mię związał.” W
obliczu stosu odezwał się Keyser do zgromadzonego ludu: “Oto żniwo Twoje,
Panie, wyślij robotników do niego.” Wstąpiwszy na stos westchnął i zawołał:
“Panie Jezu, jam jest twoim, ach, raczże mię zbawić!” To były jego ostatnie
słowa. “Ach, któżem ja, co tylko gadam i piszę, w porównaniu do takich
czynicieli słowa Bożego!” napisał Luter usłyszawszy o tym zdarzeniu.
Takimi uczynkami potwierdziła reformacja, że wiara nie jest, jak
twierdził Rzym, rzeczą głowy i wiedzy, ale że jest rzeczą serca i silną
ufnością w Panu, jest dziełem Ducha Świętego i niby kanałem, którym Chrystus
serca ludzkie nowymi sitami i nowymi zarodami życia napełnia: słowem że wiara
to istna służba Boża w duchu i prawdzie.
Prześladowanie szerzyło postrach i popłoch w krajach niemieckich;
książęta i lud złowrogie przeczuwali rzeczy. W długich wieczorach zimowych
prawie o niczym innym u domowego ogniska nie rozmawiano jak o więzieniach, o
torturach, męczennikach i stosach; najmniejszy szelest budził postrach u
kobiet, dzieci i starców. Rozmaite wieści idące z ust do ust powiększały
trwogę, przedstawiając niebezpieczeństwo w grożących rozmiarach. Stronnictwo katolickie
także się do tego przyczyniło, udając z pewna powagą, iż się sprawa niebawem
zakończy. Wśród takiego zaniepokojenia umysłów znalazł się łotr, co z
położenia rzeczy umiał korzystać.
Otton von Pack był wicekanclerzem na dworze księcia Jerzego, a przy tym
człowiekiem równie biegłym jak rozrzutnym. Stanowiska swego umiał Pack użyć do
wyłudzania pieniędzy. Pewnego razu wysłał go książę na sejm do Norymbergi,
gdzie mu biskup Merseburga wręczył kwotę podatku swego kraju, aby takową na
właściwym miejscu oddał. Wicekanclerz schował pieniądze dla siebie, powiedział,
że je u jakiegoś kupca w Norymberdze złożył, i umiał się jakimś dłużnym listem
usprawiedliwić. Lecz gdy się okazało, że podpis i pieczęć są podrobione, umiał
sprawą tak zręcznie pokierować, iż zaufania pana swego nie utracił.
Landgraf Filip nie dowierzał przywódcom katolickiego stronnictwa. Będąc
młodym, porywczym i niespokojnym łatwo dawał się uwieść. W lutym 1528 bawił
Pack w mieście Kassel, gdzie w jakiejś trudniejszej sprawie rady jego potrzebowano.
Landgraf wynurzył przed nim swoje obawy co do wrogów reformacji,
przypuszczając, iż wicekanclerz największego jej wroga o planach katolickiego
stronnictwa wiedzieć powinien. Chytry Pack głęboko westchnął, spuścił oczy na
dół i milczał. Zachowanie to zaniepokoiło młodego landgrafa, nalegał więc na
Packa, aby wydał, co wie, uroczyście mu zaręczając, iż stąd żadna szkoda dla
księcia Jerzego nie wyniknie. Wskutek tego oświadczył Pack z tajemniczą miną,
jakoby książęta katolickie w środę dnia 12. maja 1527 zawarły pomiędzy sobą w
Wrocławiu sojusz przeciw luteranom, tudzież obiecał landgrafowi doręczyć akt
zawartej ugody w oryginale, za co żądał wynagrodzenia w sumie 10.000 złr.
Można sobie oburzenie landgrafa wyobrazić. Tymczasem hamując swój gniew
milczał jeszcze wobec przyjaciół, ażby na własne oczy akt ugody ujrzał. Udał
się do Drezna, lecz Pack oświadczył, iż nie jest w stanie pokazać mu oryginał,
bo go książę ciągle celem pozyskania innych książąt u siebie nosi. Tak go np.
niedawno księciu Brunświku w Lipsku przedłożył. Natomiast ma w ręku swym odpis
ugody, sporządzony z rozkazu księcia Jerzego. Landgraf wziąwszy odpis przekonał
się, że wszystkie oznaki o prawdziwości świadczą. Akt był obwinięty nicią z
czarnego i białego jedwabiu, miał wyciśniętą pieczęć książęcej kancelarii
tudzież odcisk pierścienia, który książę zawsze na palcu nosił. O prawdziwości
pisma trudno było wątpić. Król Ferdynand, elektor Moguncji i Brandenburgii,
książę saski Jerzy, książęta Bawarii, biskupi Salcburga, Wurzburga i Bamberga
sprzysięgli się, że elektora saskiego wezwą, aby arcykacerza Lutra i wszystkich
odszczepieńców między księżmi, mnichami i zakonnicami w ręce ich wydał, a na wypadek
gdyby tego nie uczynił, postanowili ziemie jego najechać, i zrzuciwszy elektora
z tronu kraj jego między siebie podzielić. Równy los spotkać miał landgrafa
Filipa, tylko że za wdaniem księcia Jerzego miano mu spuściznę jego oddać,
gdyby na łono rzymsko-katolickiego kościoła powrócił. W akcie sporządzonym była
nawet suma pieniędzy i liczba żołnierza określoną, jaka każdy z sprzymierzeńców
powinien dostarczyć. Landgraf sporządził odpis aktu, i obiecawszy na razie
milczeć o sprawie wypłacił Pack’owi kwotę 4000 złr., resztę obiecał wyliczyć,
skoro Pack oryginał aktu przedłoży. Potem udał się do Weimaru, aby elektora
Saksonii o sprawie uwiadomić.
“Na własne oczy akt widziałem,” rzekł landgraf do Jana i syna jego, “co
więcej, egzemplarz tego okropnego sojuszu w własnym ręku miałem; pieczęć i
podpisy widziałem, niczego nie brakowało. Oto jest odpis, oryginał może za
niedługo będę mógł przedłożyć. Słowo Boże, my i poddani nasi w największym
jesteśmy niebezpieczeństwie.”
Elektor nie mając powodu wątpić o doniesieniu landgrafa mocno był
strwożony i oburzony. Tu trzeba było działać od razu, inaczej bowiem niechybny
groził upadek. Dnia 9. marca 1528 postanowili bronić słowa Bożego, siebie i
poddanych swoich aż do ostatniej kropli krwi, również uchwalono wezwać książęta
Prus, Mecklenburgu, Luneburgu. Pomorza i inne, aby przystali do związku;
oznaczono siły wojska i sumy pieniędzy, jakie sprzymierzeńcy dostarczyć powinni
i tak wszystko na wypadek zbrojnej obrony przygotowano.
Lecz nad dziełem woli swojej czuwał Pan. Luter i Melanchton zakładając
ufność swą na słowie Bożym odpowiedzieli: “Napisano, nie będziesz kusił Pana
Boga twego.” Mężowie ci najbardziej byli zagrożeni niebezpieczeństwem, albowiem
ich wydania się domagano; ale gdy ujrzeli, iż młody landgraf i sędziwy elektor
dobywają miecza, wznieśli w krytycznej chwili modły swe do Pana zastępów i tym
ocalili reformację. Luter, Melanchton i Pomeranus odnieśli się do elektora z
taką radą: “My nie rozpoczynajmy napadu, aby z naszej winy nie było krwi
przelewu; czekajmy lepiej na przybycie wroga i szukajmy pokoju. Oprócz tego
trzeba wyprawić poselstwo do cesarza, aby go o tych strasznych zamysłach
uwiadomić.” Gdy się mądrość polityków zachwiała, wtenczas wiara dzieci Bożych
wśród ogólnego zamętu wskazała drogę prawą.
Elektor i syn jego zgodzili się na radę reformatorów i oświadczyli
landgrafowi, że sami nieprzyjacielskich nie rozpoczną kroków. “Albóż to
zbrojenia wrogów nie są zaczepką?” odparł landgraf. “Będziemyż tylko grozić a
nie prowadzić wojny? Tym sposobem wznieciwszy nienawiść wrogów zostawiamy im
czas do uzbrojenia się! Nie, owszem naprzód do boju! tak sobie przynajmniej
korzystne warunki pokoju zapewnimy.”
Reformator odparł na to: »”Jeżeli landgraf nie usłucha, to mój
najmiłościwszy pan nie ma obowiązku przestrzegać ugody, albowiem więcej trzeba
słuchać Boga niż ludzi. Sprawiedliwość i Bóg zajmują pierwsze miejsce, a potem
dopiero idą ugody. Jeśliby atoli na landgrafa uderzono, to w takim razie
powinien pan mój przybyć mu w pomoc, bo według woli Bożej danego przyrzeczenia
wiernie przestrzegać należy.” Można sobie wyobrazić, jakie katusze reformatorzy
przechodzili; z jednej strony dokuczała im nienawiść wrogów, z drugiej znowu
popędliwy umysł Filipa. Wtenczas napisał Melanchton: “Serce moje trapi ból a
troski mię zabijają. Wynik sprawy jest u Boga, nam tylko na kolanach o jej
rozwiązanie błagać należy.”
W końcu postanowił elektor zebrać wojska swe i postawić je pod bronią,
ale tylko w celu utrzymania pokoju. Filip zgodził się na to i wystosował do
księcia Jerzego, księcia Bawarii i radców cesarza odpisy zawartego spisku
dodawszy prośbę, aby tak okropne zamiary porzucili. “Wolałbym rękę pod miecz
katowski położyć,” napisał landgraf do teścia swego, “niż Ciebie pomiędzy nimi
widzieć!” Można sobie wyobrazić zdumienie, jakie obwinione książęta ogarnęło,
Jerzy saski napisał natychmiast do landgrafa, że to nic innego, jedno podłe
oszustwo, tudzież aby koniecznie wymienił zdrajcę, bo inaczej na niego spadnie
podejrzenie, że sam tę bajkę wymyślił. W ten sam sposób i inne odzywały się
dwory. Filip, przekonawszy się, że go oszukano, zapłonił się ze wstydu. Później
sam wyznał: “Gdyby nie wtenczas, to dziś trudno by mi się już coś podobnego
przydrzyało.” Przerażony Pack uciekł do landgrafa, który go uwięzić rozkazał.
Następnie zebrali się w mieście Kassel posłowie obrażonych książąt; przed nimi
stawiono Packa, aby go przesłuchali. Zdrajca zuchwale utrzymywał, że w
dresdeńskim archiwum rzeczywiście widział wymienioną ugodę w oryginale. Później
wypędził go Filip z kraju swego. Pack szukał przytułku w Belgii, gdzie go w
końcu wykryto, na żądanie księcia Jerzego pojmano, na tortury włożono i
śmiercią ukarano.
–––––––––– • ––––––––––