SKAUTING I HARCERSTWO W SZCZEBRZESZYNIE 1915 - 1939
Materiały zebrał i opracował mgr inż. Jerzy Jóźwiakowski
POLSCY
HARCERZE- ZDEMOBILIZOWANI ŻOŁNIERZE POLSKIE
LICEUM i GIMNAZJUM w LUBECE
W dniu 9 czerwca 1940 roku dyrektor gimnazjum w Szczebrzeszynie Wiktor Jóźwiakowski i burmistrz Szczebrzeszyna Jan Franczak zostali aresztowani przez gestapo, gestapowcy byli też po Piotra Bohuna ale go nie zastali, będąc czynnym w Związku Walki Zbrojnej znajdował się w terenie.
Wiktor Jóźwiakowski po przesłuchaniu w zamojskim gestapo został przewieziony na rotundę a natępnie do więzienia w Lublinie, gdzie był ponownie przesłuchiwany przez gestapo. Przy końcu czerwca został wywieziony do obozu w Oranienburgu. Taki sam los spotkał burmistrza Jana Franczaka, byli oni pierwszymi aresztowanymi w Szczebrzeszynie.
W tym czasie Niemcy nie prowadzili jeszcze
masowej eksterminacji Polaków i pozwalali na wysyłanie paczek
do Oranienburga, paczki te były ważną częścią wyżywienia. Po paru miesiącach
pobytu w obozie, o rygorze z bestialskim znęcaniem się nad więźniami,
Wiktor Jóźwiakowski został przeniesiony na Mathematikerabteilung
Oranienburg - Sachsenhausen. Tu grupowano więźniów mających kwalifikacje
do wykonywania obliczeń potrzebnych dla fabryk w Sachsenhausen oraz techników
umiejących wykonywać rysunki techniczne. Czasem wyszukiwali ludzi o takich
kwalifikacjach z dokumentów personalnych a czasem na apelu kazali zgłaszać
się na ochotnika. Warunki na tym oddziale były lepsze. Po godzinach pracy w
czasie przeznaczonym
na odpoczynek profesor Jóźwiakowski uczył tych, którzy chcieli się nauczyć
matematyki i fizyki a kilku studentów nawet matematyki wyższej. Więźniowie
byli w czasie odpoczynku zamknięci w baraku
ale gdyby nawet udało im się wyjść to ucieczka była nierealna. Gdy strażnicy
wchodzili do baraku to profesor i uczniowie nie afiszowali się notatkami ale
i strażnicy nie interesowali się co więźniowie robią. (Stwierdzenie
powyższego stanu przez współwięźniów w załączeniu).
Fot. 75
Przy końcu kwietnia 1945 roku więźniowie Oranienburga - Sachsenhausen byli pędzeni przez SS-manów w kierunku północnym. Oto relacja Wiktora Jóźwiakowskiego z tego marszu:
" Więźniowie półprzytomni z wyczerpania szli siłą woli. Wokół słychać było detonacje i kanonadę walk. Więźniowie - widma, podświadomie nakazywali sobie przejść jeszcze jakiś odcinek, upadających SS-mani zabijali. W pewnej chwili usłyszałem, że ktoś upadł a nie było strzału. Zerknąłem w bok gdzie zawsze szedł SS-man, nie było go. Chciałem zerknąć w drugą stronę, gdy usłyszałem przerywany szlochem krzyk " nie ma..." i cisza, a zaraz po tym narastające dźwięki nie do opisania. Wśród płaczu szczęścia kręciliśmy się nie wiedząc co robić. Z boku drogi był rozbabrany kopiec z kartoflami, rzuciliśmy się do niego pchając kartofle po kieszeniach, za chwilę spojrzeliśmy po sobie i zreflektowawszy się, z uśmiechem przez łzy odeszliśmy od kartofli.
Po pewnym czasie dał się słyszeć warkot i ukazał się pancerny samochód, z którego wychylili się angielscy żołnierze. Wkrótce sprowadzili samochody, rozdzielili jakieś suche ciastka i słodki płyn w buteleczkach. Tych, którzy czuli się względnie dobrze odwieźli na kwatery a chorych do szpitala w Schwerinie". (W załączeniu kserokopia dokumentu stwierdzającego oswobodzenie WJóźwiakowskiego przez aliantów.)
Prof. Wiktor Jóźwiakowski po miesięcznym pobycie w szpitalu został skierowany na "stancję" u Niemców. Po pewnym czasie odnalazł swego towarzysza obozowego prof. Pawła Fenca. Wszędzie, znajdowało się dużo Polaków : uwolnionych z obozów zagłady i przymusowej pracy u Niemców a po pewnym czasie także zdemobilizowanych polskich żołnierzy. Wśród żołnierzy przeważali ludzie młodzi.
Obaj profesorowie Fenc i Jóźwiakowski udali się wkrótce do Lubeki, gdzie było duże skupisko Polaków. Wszyscy chcieli wracać do kraju, ale bali się represji UB - NKWD i wywózki na sybir. Na razie czekali i nudzili się. Jedynym pożytecznym sposobem, spędzenia czasu oczekiwania, byłaby dla nich nauka. Większość tych młodych ludzi w chwili wybuchu wojny uczęszczała do gimnazjum lub do szkół zawodowych. Padła propozycja zorganizowania tu w Lubece Polskiego Gimnazjum i Liceum. Na apel profesorów Fenca i Jóźwiakowskiego, do znajdujących się w angielskiej strefie okupacyjnej polskich profesorów, zgłosiło się kilku.
Po
załatwieniu formalnej rejestracji u władz angielskich i administracyjnych
rozpoczęła się 5 lipca 1945 roku nauka.
Fot. 76
Fot.
77
Fot.
78
Atmosfera w gimnazjum i liceum w Lubece przypominała pod pewnym względem Seminarium Nauczycielskie w Szczebrzeszynie zaraz po wojnie w roku 1921, gdy uczniami byli w większości powracający z wojny żołnierze. Tak jak wtedy w Szczebrzeszynie, tak teraz w Lubece, młodzi wiekiem ludzie ale poważni w wyniku przeżyć na frontach II Wojny Światowej, chcieli posiąść wiedze, aby być pożytecznymi dla Polski.
Ci w Lubece byli w gorszej sytuacji. Tamci w Polsce mieli bardzo ciężkie położenie materialne w wyniku strasznych zniszczeń wojennych, ale mieli wolny kraj i perspektywę budowy lepszego jutra. Ci tu na obcej ziemi, przez pięć lat wojny walcząc o wolną ojczyznę byli wykorzystywani przez wielkie mocarstwa a po wojnie oddani pod dominację mocarstwa o zbrodniczym systemie.
Ci adepci liceum przestepowali z niewiarą próg jakiegoś domu, w którym mieściło się polskie liceum.i gimnazjum. Zaznajomieni z materialistycznym podejściem Zachodu, przyswajanym często przez Polaków, nie wierzyli w bezpłatną pracę profesorów, mieli wątpliwości jak bez książek można się uczyć. Obawali się, że po pierwszych dniach zostaną zdyskwalifikowani przez profesorów, ponieważ nie pamiętali już najprostszych wzorów z matematyki ani praw fizycznych. Poza tym tracili wiarę w możliwość pracy dla kraju i w kraju wobec napływających wieści o deportacjach Polaków na Sybir.