Kultura,
humor i muchomór
Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.
nikt
I
Nie wiem jak się nazywam i skąd
pochodzę. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że leżę na chodniku, na wznak,
z ręką podłożoną pod głowę. Jakbym się opalał. Mój widok musiał być doprawdy
komiczny, gdyż wokół mnie zgromadzili się ludzie śmiejąc się i pokazując
mnie palcami. Nie byli wrogo nastawieni. Stali w bezpiecznej odległości,
kilka kroków ode mnie, nieco onieśmieleni, jakby nie chcieli mi przeszkadzać.
Wyglądali jak grupa, która kibicuje komuś w jakimś karkołomnym przedsięwzięciu,
na przykład linoskoczkowi, albo człowiekowi wspinającemu się po słupie
do trofeum zatkniętego na górze, niczym w zawodach jakiegoś idiotycznego
festynu ulicznego. Stali tak i patrzyli, coś bełkocząc, pokrzykując. Ocknąłem
się i usiadłem. Chciałem rozejrzeć się wokół, ale zasłaniali mi cały widok.
Paru z nich mówiło do mnie coś konkretnego, żywo gestykulując. Usiłowałem
usłyszeć, o co chodzi. Nagle stwierdziłem, że nie jestem w stanie zrozumieć
ani słowa. Dotarło do mnie, że mówią w nieznanym mi języku. Ogarnęło mnie
przerażenie. Zerwałem się na równe nogi i zacząłem uciekać na oślep. Podnieśli
wrzask, ale zdążyłem się przez nich przebić, przebiegłem kilkadziesiąt
metrów i skręciłem w pierwszą przecznicę w lewo, potem w pierwszą w prawo,
gdzie na szczęście panował ogromny ścisk, dzięki czemu mogłem zgubić ewentualny
pościg.
Minęło parę minut zanim ochłonąłem. Zacząłem
dostrzegać przechodniów, sklepy, samochody, budynki, docierał do mnie zgiełk
uliczny i kwilenie latających mew. Dopiero wtedy na spokojnie stwierdziłem,
że rzeczywiście stało się ze mną coś niewytłumaczalnego. Nie rozpoznawałem
miasta w którym się znalazłem ani mowy mijanych ludzi. Usiłowałem się uspokoić,
ale natychmiast przypomniało mi się coś stokroć bardziej przerażającego.
To, że nie wiem jak się nazywam, kim jestem i jak się tu znalazłem.
Sięgnąłem do kieszeni z nadzieją znalezienia
dokumentów. Niestety. Wszystkie kieszenie puste, jeśli nie liczyć brudnej
chusteczki do nosa w tylnej kieszeni spodni. Mimo całej grozy sytuacji,
parsknąłem bezsilnym śmiechem patrząc na zielony, zasmarkany kawałek materiału.
Wyrzuciłem go natychmiast, przy czym nawet ta chusteczka wydała mi się
bardziej cudza niż własna. Poczułem obrzydzenie. Jakim cudem noszę nie
swoją chusteczkę? W tej samej chwili przyjrzałem się swojemu ubraniu. Nowe
odkrycie. Zupełnie nie pamiętam, żebym kiedykolwiek nosił drelichowe spodnie
z czarnymi lampasami. To jakaś maskarada, jakiś żart, pomyślałem, na pewno
zaraz się obudzę. Zamknąłem oczy i ugryzłem się w język. Poczułem w ustach
krew i zawyłem z bólu. Otworzyłem oczy. Przede mną obce miasto, obcy ludzie.
I ja sam, obcy dla samego siebie nie mniej niż wszystko wokół.
Nie miałem na sobie żadnej kurtki czy marynarki,
tylko koszulę z kołnierzykiem, białą, z podwiniętymi rękawami. Jedyne co
mnie odróżniało od otoczenia, to te idiotyczne lampasy. Ale ludzie nie
zwracali na mnie najmniejszej uwagi. Można powiedzieć, że „doraźnie” się
uspokoiłem, na tyle, że mogłem się zdobyć na równy, normalny krok i opanowany
wyraz twarzy. Właśnie, moja twarz. Gdy tylko o tym pomyślałem, ogarnął
mnie lęk. Nie wiedziałem jak wyglądam. Bałem się co zobaczę, gdy nadarzy
się okazja zobaczenia się w lustrze. Zacząłem się rozglądać za czymkolwiek
w czym mógłbym ujrzeć swe odbicie. Po drugiej stronie ulicy ulokowana była
mała fontanienka. Widząc błyszczącą w słońcu kałużę przeszedłem na drugą
stronę i zbliżyłem się do rozlanej wody. Przygotowany byłem na najgorsze.
Spojrzałem i zobaczyłem swoją twarz. To mogła być tylko moja twarz. Tylko
ja stałem pochylony nad kałużą. Zobaczyłem twarz człowieka którego nigdy
przedtem nie widziałem. Okazało się, że jestem brodatym, łysiejącym blondynem
w sile wieku.
Siedziałem w kucki nad kałużą aż jakieś dziecko
przebiegło z krzykiem, rozchlapując wodę. Otworzyłem oczy i przetarłem
twarz. Usłyszałem nad sobą łagodny głos kobiecy. Odwróciłem się, porażony
słońcem zmrużyłem oczy, ale ona już pobiegła za dzieckiem. Najwyraźniej
tylko przepraszała.
Nie miałem zegarka, więc nie wiedziałem ile
upłynęło już czasu. Słońce nadal grzało mocno. Musiało być około drugiej.
Było lato. Nawet pora roku była dla mnie czymś nowym. Równie dobrze mogła
być zima i też bym się nie zdziwił. Albo jesień. Było mi wszystko jedno,
gdyż i tak nie pamiętałem, która z czterech pór roku była prawdziwą porą,
tą porą, kiedy jeszcze wiedziałem kim i skąd jestem.
Powlokłem się w kierunku ławki nie opodal
fontanny. W głowie pustka. Zupełna pustka, żadnego punktu odniesienia,
nic, co mogłoby mnie naprowadzić na jakikolwiek ślad. Albo więc nie jestem
tym kim byłem, albo zapomniałem kim naprawdę jestem. Bo przecież nie jest
to sen. To mi się nie śni. Jestem żywym człowiekiem i jedyne co wiem, to
że boli mnie głowa. Musiałem się zgubić. Może ktoś mnie napadł i ogłuszył.
Nie mam przecież dokumentów ani portmonetki. Ale przecież nie pamiętam,
czy w ogóle je miałem.
Robi się coraz później. Czuję to, choć słońce
nadal wysoko, nadal jest gorąco. Może powinienem odpocząć. Ale boję się
zasnąć. Nie wiem co zastanę, gdy się obudzę. Ostatecznie na tej ławce nie
grozi mi żadne niebezpieczeństwo. Ludzie przechodzą i nie zwracają na mnie
uwagi.
II
Jestem u kresu sił. Za
godzinę skończy mi się zapas żywności uzbierany od wczoraj. Już od trzydziestu
ośmiu dni żeruję jak bezpański pies po śmietnikach i podwórkach. Ze strachu
przed policją prowadzę nocny tryb życia. Za dnia śpię w dziupli jednego
z olbrzymich drzew w śródmiejskim parku. Codziennie łamię prawo, przechodząc
przez ogrodzenie, codziennie po zmierzchu, gdy wychodzę na żer. Nie wiem
jakim sposobem udało mi się nie napatoczyć do tej pory na nocnego stróża.
Widziałem go, jak gestykulując tłumaczył zakochanym parom po co na noc
zamyka się park, jak pokazywał im tabliczki z dokładnymi godzinami otwarcia
i odprowadzał do wyjścia.
Jeżeli do jutra nic się nie zmieni, będę zmuszony
wyjść do ludzi. Jestem chory. Przeziębiłem się w zeszłym tygodniu, gdy
musiałem przebyć rzekę wpław, ratując życie przed pościgiem chuliganów.
Od tego czasu czuję się coraz gorzej, kaszlę, mam zawroty głowy, a co najgorsze,
brakuje mi sił, żeby chodzić po mieście w poszukiwaniu pożywienia i wody
pitnej.
Boję się jednak, że gdy się ujawnię, skierowany
zostanę do zakładu dla umysłowo chorych. Nic o sobie nie wiem, to przecież
wystarczający powód. Na dodatek nie mam żadnych dokumentów.
To dziwne, ale mam wrażenie, jakby nikt nigdy
mnie nie znał. Jakbym nigdy nie miał rodziny ani znajomych. I dlatego boję
się ujawnić, bo nawet gdy rozpoczną dochodzenie, najprawdopodobniej nikt
się po mnie nie zgłosi. Pomimo gorączki usiłuję dojść, skąd to dziwne przeczucie.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa na pewno jest ktoś, kto mnie zna,
choćby tyko z widzenia.
Jeżeli do jutra mi się nie polepszy, wyjdę
do ludzi. Tylko w ten sposób mogę się jeszcze uratować.
q
Copyright © 2000
Miesięcznik Absurdalny