Kultura, humor i muchomór
Numer pierwszy, rok pierwszy, jakość pierwsza. Sierpień 2000. Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.


pozostaje uwierzyć
Z Władysławem Kropiwniczakiem, podróżnikiem, autorem książki Inna Oceania, rozmawiają redaktorzy Miesięcznika.

Własysław Kropiwniczak           Fot. Archiwum 

Miesięcznik Absurdalny - Panie Władku, dopiero co wrócił Pan z podróży…

Władysław Kropiwniczak - Tak, od tygodnia znowu jestem w kraju.

MA - To właśnie z tej wyprawy Pańskie relacje wywołały pewien zamęt, głównie wśród antropologów i etnografów. Czy mógłby Pan przybliżyć nam tę historię?

W.K. - Z przyjemnością. Otóż będąc na kolejnej wyprawie, już tradycyjnie w obrębie archipelagu White Pebble (południowo-zachodnia Oceania, przyp. MA), natknąłem się na dość szczególne plemię Aborygenów. Można by wiele opowiadać o specyfice ich kultury i obyczajów, nic jednak nie wywołałoby takiego szoku, jak moje pierwsze sprawozdanie, w którym opisałem niektóre z zachowań tych ludzi.

MA - A konkretnie?

W.K. - Krótko mówiąc, chodzi o sposób poruszania się. Proszę sobie wyobrazić, że wszyscy mieszkańcy archipelagu White Pebble poruszają się tyłem.

MA - W naukowym świecie spostrzeżenie to potraktowano jako żart.

W.K. - Niestety. Brak kamery okazał się fatalny. Prawie cały sprzęt został nam skradziony tuż przed opuszczeniem Sydney. Wprawdzie miano nam dosłać zapasowy ekwipunek, lecz tym razem moja łatwowierność została ukarana, bo sprzęt nigdy do nas nie dotarł. W każdym bądź razie miało to kluczowe znaczenie dla szyderstw i kpin, na jakie zostałem narażony po powrocie. Robiłem co prawda zdjęcia, ale zapis ruchu na nieruchomej kliszy jest niemożliwy. Co z tego, że fotografowałem tubylców poruszających się tyłem, skoro na zdjęciach rzeczywiście trudno określić kierunek ruchu. Równie dobrze mogliby chodzić przodem, efekt byłby ten sam. Tylko ich specyficznie pochylone sylwetki zdradzają pewną odmienność poruszania się, co jednak nie jest żadnym dowodem, a tylko poszlaką.

MA - To wszystko brzmi dosyć bajkowo…

W.K. - Owszem. Ale w opowieści Kolumba, jakich słuchać musiała hiszpańska królowa, też mało kto wierzył.

MA - Czy nie myślał Pan powtórzyć wyprawy? Udać się z kamerą i udokumentować swoje odkrycie? To przecież pierwsza rzecz, jaka przychodzi na myśl w podobnej sytuacji.

W.K. - Z pewnością to zrobię, nie mam wyboru. Nim jednak do tego dojdzie, upłynie wystarczająco dużo czasu, by mój autorytet legł w gruzach. Proszę pamiętać, że wyprawy tej skali są przedsięwzięciem i kosztownym, wymagającym dużego nakładu finansowego różnych sponsorów, i niebezpiecznym - można po prostu nie wrócić, z wielu przyczyn. Teraz, gdy moje nazwisko wywołuje śmiech i złośliwe komentarze, ludzie przestają traktować mnie poważnie, całkowicie zapominając czym tak niedawno jeszcze dla nich byłem.

MA - Porozmawiajmy o samym odkryciu. Jak Pan może wytłumaczyć tak nienaturalny sposób chodzenia, czy też, mówiąc ogólnie, poruszania się?

W.K. - To wcale nie jest nienaturalne, od tego trzeba zacząć. Ci ludzie przemieszczają się z dziecięcą łatwością, lekkością, swobodą. Chodząc pomiędzy nimi przodem, czyli tak jak każdy normalny człowiek w naszej kulturze, czułem się niezręcznie, wręcz jak kaleka. Trudno to dokładnie określić, niemniej ich sposób chodzenia był, a nie tylko wydawał się, najzupełniej normalny. Mogę to powiedzieć gdyż widziałem ich na własne oczy. Gdyby mi ktoś to tylko opowiadał, tak jak ja teraz Panom, z pewnością odniósłbym się sceptycznie do całej historii. Dlatego też nie dziwi mnie reakcja z jaką spotkało się moje odkrycie. Szkoda tylko, że ów sceptycyzm był silniejszy niż autorytet jakim do tej pory mnie darzono. Zostałem pozbawiony wiarygodności jako podróżnik i odkrywca.

MA - Cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju…

W.K. - Okazuje się, że nie tylko we własnym. Również na Zachodzie z ironią pisze się o moich ”historyjkach”.

MA - Pomówmy o teraźniejszości. Czy mógłby Pan zdradzić naszym Czytelnikom swoje zamierzenia na najbliższą przyszłość?

W.K. - W związku z ostatnimi wydarzeniami czuję pewien niesmak na myśl o dalszych wyprawach. Jeszcze tego roku miałem odwiedzić zachodnią część Oceanii - miejsce, gdzie zaczęła się cała moja badawcza przygoda. Proszę się nie dziwić, że zmieniłem zdanie i odwołałem przygotowania. W przyszłym tygodniu wyjeżdżam do kuzyna na wieś, dawnośmy się mnie wiedzieli, chciałbym pójść na grzyby.

MA - …albo na ryby.

W.K. - Na grzyby albo na ryby. Mam dość walki z tak zwaną “opinią publiczną”. Chcę się zrelaksować na łonie polskiej, rodzimej przyrody, z dala od mediów… Czuję zmęczenie i chcę odpocząć.

MA - W takim razie - udanego urlopu. A przede wszystkim pomyślnego zakończenia debaty o wiarygodność pańskich relacji.

W.K. - Serdecznie dziękuję. Szkoda tylko, że jedynie Wasz magazyn wyraził pozytywne zainteresowanie. Gdyby większość prasy postąpiła podobnie, już na wstępie, gdy tylko podano do wiadomości moje obserwacje, sprawa wyglądałaby inaczej. Nie byłbym piętnowany na każdym kroku. A przynajmniej miałbym ten komfort psychiczny, że nie jestem pozostawiony sam sobie.                                                                                                                                                                     q

Kliknij tutaj, aby wysłuchać wersji dźwiękowej Miesięcznika


AKTUALNE WYDANIE
ARCHIWUM

Copyright © 2000 Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1